3 lipca
- Dziękuję, że przybyłaś tak szybko. - powiedział Dumbledore, na widok Hermiony, która właśnie wkroczyła do piwnicy Świńskiego Łba.
- Żaden problem, profesorze. - odparła cicho i rozejrzała się po pomieszczeniu.
Przy stole oprócz dyrektora siedziało czterech mężczyzn. Był pośród nich Moody, który skinął jej głową na powitanie. Hermiona dalej nie mogła się przyzwyczaić do widoku dwojga prawdziwych oczu na jego twarzy. Obaj siedzący obok niego mężczyźni mieli popielate włosy i byli do siebie uderzająco podobni. Coś w ich postawie, w tym jak trzymali ramiona i jak siedzieli kogoś Hermonie przypominało. Miejsce naprzeciwko nich zajmował wysoki mężczyzna po trzydziestce. Miał jasne włosy, a kiedy Hermiona napotkała jego spojrzenie uśmiechnął się ponuro.
- Panowie - odezwał się Dumbledore - przedstawiam wam Hermionę. Za kulisami pomaga w naszej walce i mam nadzieje, że dziś też użyczy nam swoich umiejętności.
Moody znów skinął głową, a pozostali mężczyźni wymienili zdumione spojrzenia.
- Hermiono, chciałbym ci przedstawić Gideona Prewetta, - ciągnął Dumbledore. Popielatowowłosy mężczyzna obok Moody'ego puścił do niej oko i uśmiechnął się wesoło. - jego brata Fabiana - Fabian podążył za przykładem swojego brata, dodatkowo salutując jej dwoma palcami. - i Benia Fenwicka. - zakończył dyrektor, wskazując na jasnowłosego mężczyznę po drugiej stronie stołu. Benio także wyszczerzył zęby.
Pomimo tych radosnych powitań Hermiona ledwo mogła zaczerpnąć tchu. To musiał być okrutny żart. Ci mężczyźni należeli do ofiar pierwszej wojny, jak miała teraz pozwolić im umrzeć? Nagle stali się w jej oczach prawdziwymi ludźmi, a nie tylko imionami na kartce, czy twarzami na wypłowiałej fotografii. Czuła się jakby patrzyli na nią Fred i George, bo właśnie zdawała sobie sprawę, że to ich przypominali jej bracia Prewett Może i mieli włosy innego koloru i piegi, ale oprócz tego bliźniacy uderzająco przypominali swoich wujów. Co miała teraz zrobić?
Jakby w odpowiedzi na jej narastającą panikę, drzwi do piwnicy otworzyły się raptownie. Zawiasy zaskrzypiały tak głośno, że wszyscy podnieśli głowy. W progu stanął Syriusz, opierając się na framudze i oddychając ciężko.
- Przepraszam, - wykrztusił, choć brakowało mu tchu - przyszedłem tak szybko jak mogłem. Co się stało?
- Zamknij drzwi, Black. - warknął Moody. Syriusz usłuchał.
- Więc nic ci nie jest. Co tu robisz? - spytał na widok Hermiony.
- Jeszcze nie wiem. - odparła. W obecności Syriusza poczuła się odrobinę lepiej. - Dopiero mnie przedstawiono.
- No tak. - mruknął Syriusz. Zajął miejsce obok Benia, który odsunął się od niego odrobinę.
- Dziś nie będzie termitów, co chłopie? - spytał.
- Cóż... - policzki Syriusza zaróżowiły się odrobinę, a po drugiej stronie stołu Moody zawarczał i wbił w niego wściekłe spojrzenie. Hermiona była zdumiona. „Syriusz Black zakłopotany?" Bracia Prewett zakrywali usta, by się nie roześmiać.
- Cóż, wracając do naszych spraw - odezwał się Dumbledore, jego głos drżał, a broda się zatrzęsła. - Benio natknął się na bardzo interesujące informacje. - lekki nastrój wyparował i pięciu mężczyzn skupiło się na Dumbledorze. - Poznaliśmy położenie zakładników. Dzieci Bonesów są przetrzymywane w domu w Glasgow, należącym do Waldena Macnaira. Z informacji Benia wynika, że są żywe. Voldemort miał nadzieję, że porwanie ich przekona Edgara i jego żonę do przyłączenia się do niego. Nie wiemy w jakim stanie są trzej chłopcy, ale zaginęli dopiero trzy dni temu, więc możemy mieć nadzieję, że unikną większej traumy. Jeszcze nie poinformowałem o tym Edgara, chcę potwierdzić, że chłopcom nic nie jest zanim do zrobię.
- Chce pan żebyśmy zrobili rekonesans? - wtrącił Syriusz, w dość oczywisty sposób podekscytowany, że będzie mógł się na coś przydać Zakonowi.
- Chwileczkę, Black. - uciął Moody. - Dumbledore, nie możesz jej wysłać. Jego też nie, jeśli o to chodzi. - tu wskazał na Hermionę, a potem na Syriusza.
- Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa, Alastorze. Niestety, brakuje nam ludzi. Pozostali obserwują Dwór Malfoyów i Forte de Sang. A ci, którzy tego nie robią, nie spali od dwóch dni. To misja minimalnego ryzyka i zależy od niej zdrowie dzieci Edgara. Nie chcę czekać ani wysyłać nieprzytomnych ludzi. Chciałbym, żeby ta piątka zgromadziła informacje o terenie, wejściach i wyjściach, kiedy zmieniają się warty i oczywiście o magicznych zabezpieczeniach. Dwoje oznaczy dla nas okolicę, a pozostała trójka będzie ich osłaniać.
- Ale jeśli ktoś zauważy dziewczynę i Blacka... - naciskał Moody, cały czas nieprzekonany.
- Alastorze, musisz mi zaufać. - Powiedział spokojnie Dumbledore. Benio i Prewettowie ze zdumieniem wędrowali wzrokiem od Hermiony do Syriusza i z powrotem.
- Profesorze? Czemu nie mogą zostać zauważeni? - spytał Benio. Moody zorientował się, że powiedział zbyt wiele.
- Black pracuje w Ministerstwie i próbuje udawać niezaangażowanego, a jeśli chodzi o dziewczynę to im więcej mamy nieznanych członków, tym lepiej.
Mężczyźni nie byli przekonani, ale nie kłócili się. Hermiona zdziwiła się, że Moody dalej mówił o niej „dziewczyna", co brzmiało dość niegrzecznie. Może nie chciał używać jej nazwiska. W końcu razem z Dumbledorem starali się rozpowszechnić plotkę, że była dziedziczką rodu czystej krwi. Ale i tak mógłby nazywać ją po imieniu. „Zrzędliwy stary pryk", pomyślała.
- Więc kiedy ruszamy? - spytał Syriusz, a oczy lśniły mu z entuzjazmem.
- Wkrótce. - odparł Dumbledore, zerkając na zegarek kieszonkowy, a potem na każde z nich. - Jest dziesiąta trzydzieści. Czy wszyscy jedliście? Rekonesans może wam zająć ładnych kilka godzin.
Hermiona przytaknęła, ale czterech mężczyzn popatrzyło po sobie.
- Cóż, Dumbledore... - odezwał się Fabian. - Obiad był dość dawno.
- Nie wiem czemu pytałem. - Dumbledore uśmiechnął się. Machnął różdżką, a na stole pojawiło się jedzenie, kilka bochenków chleba, osełka sera i połowa pieczonej szynki. Jeszcze jedno machnięcie, a dołączyła do niego zastawa i ogromny dzban soku z dyni.
- Profesorze? Czy naprawdę uważa pan, że powinnam pójść? - odezwała się cicho Hermiona, kiedy mężczyźni zajęli się posiłkiem.
- Tak, Hermiono. - odparł natychmiast Dumbledore. - Razem z panami Blackiem i Fenwickiem zajmiesz się kryciem tyłów. Prewettowie są świetni w rekonesansach, wy tylko ostrzeżecie ich w razie potrzeby i pomożecie im się wycofać, gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego.
Hermiona nie wiedziała co powinna zrobić. Ci trzej mężczyźni mieli zginąć w tym tygodniu i dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy udawali się na niezapowiedzianą misję? Czy gdyby coś powiedziała, wszystko by się zmieniło? Właśnie dlatego bała się iść z nimi. Jeśli misja była skazana na porażkę, ona też mogła zginąć i co wtedy?
Dumbledore przyglądał się jej przerażonej minie.
- Hermiono - odezwał się. - Wszystko będzie dobrze. To tylko rekonesans, nikt nawet nie zauważy, że tam byliście...
Nagle rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi.
- Albusie! - zagrzmiał czyjś głos.
- Przepraszam, rodzina wzywa. - westchnął z rezygnacją Dumbledore i wstał. Ostrożnie zbliżył się do drzwi i otworzył je powoli. W szparze ukazała się twarz Aberfortha.
- Wiedziałem! - krzyknął na widok zastawionego stołu. - Który to już raz, Albusie? Nie możesz po prostu poprosić? To kradzież! Dodam to do twojego rachunku.
- Oczywiście. - zgodził się Dumbledore, a potem dodał lekkim tonem. - Ile tam się już zebrało?
- Nie mam pojęcia. Cholernie dużo. Będę musiał zatrudnić goblina z Gringotta, żeby mi to wszystko podliczył.
- Przepraszam, że sprawiam ci tyle kłopotów. - zaśmiał się Dumbledore.
- I to od zawsze. - prychnął gniewnie Aberforth, a potem zamknął z hukiem drzwi.
- No dobra. - szepnął Gideon. - Hasło to „Termity", odzew „Wiąz".
Syriusz ucieszył się z ciemności, która ukryła jego rumieńce. Nigdy by mu tego nie zapomnieli.
- Wrócimy za dwadzieścia minut, żeby się zameldować. - kontynuował cicho Gideon.
- Nie ma problemu. - odszepnął Benio.
Syriusz patrzył jak zakamuflowani bracia skradają się w dół ulicy, a serce mu waliło. Fajnie było wreszcie zrobić coś naprawdę ważnego. Nie znał zbyt dobrze młodych Bonesów, ale byli dziećmi, a żadne dziecko nie powinno przechodzić przez coś takiego.
Fenwick, Hermiona i Syriusz chowali się pomiędzy śmietnikiem, a kamienną ścianą w alejce pięć budynków od tego należącego do Macnaira. Po dwóch stronach ulicy wznosiły się stare, pokryte sadzą domy szeregowe. Znajdowali się w starej dzielnicy Glasgow, zamieszkanej głównie przez mugoli. Syriusza dziwiło, że Śmierciożerca mieszkał w takim miejscu, ale może wyznawał stare przekonanie, że najciemniej pod latarnią.
- Biorę pierwszą wartę. - mruknął Fenwick po jego lewej stronie.
Oni też rzucili na siebie zaklęcie kameleona, co stanowiło część planu bitwy. Hermiona i Syriusz mieli się ukrywać aż bracia Prewett wrócą, a Fenwick robił za czujkę. Czekali w odwodzie, w razie, gdyby coś poszło koszmarnie nie tak. Kiedy bracia Prewett wrócą z raportem wszyscy ukryją się i będą obserwować czy coś dzieje się na posesji, albo, jeśli nikogo nie zauważą, przeniosą się do zaułka po drugiej stronie ulicy, skąd będą mieli dobry widok na drzwi frontowe. Potem znowu mieli rozejść się do swoich zajęć. Gideon i Fabian na dach i do kanałów w poszukiwaniu ukrytych wejść, a pozostała trójka do sprawdzania barier magicznych. Fenwick był specjalistą od kartografii, więc kiedy już spotkają się po raz drugi zbiorą wszystkie informacje na papierze, a powstała mapa trafi do Dumbledore'a. Potem zajmą się planowaniem jak wyciągnąć chłopców bez szwanku.
Syriusz słyszał przyspieszony oddech Hermiony tuż obok siebie.
- W porządku? - zaszeptał.
- Pewnie. - odparła tak samo cicho. - Próbuję nie myśleć o chorobach, które złapiemy w tym brudzie.
Syriusz zaśmiał się pod nosem.
- Możesz mieć rację. - odparł, rozglądając się po ich kryjówce. Zdumiewająca ilość śmieci, które nie trafiły do kosza zalegała na ziemi. Opakowania po fast-foodzie i puste butelki nie należały do najprzyjemniejszych elementów dekoracyjnych, a Syriusz na prawdę wolał nie myśleć co jeszcze tam leżało. Z początku zapach obezwładniał, ale po kilku minutach mężczyzna zauważał go coraz mniej. Syriusz spojrzał na zegarek, wyginając rękę tak, by dostrzec jego tarczę w nikłym blasku latarni. Prewettowie mogli wrócić w każdej chwili.
- Już niedługo. - powiedział do Hermiony.
Dziesięć minut później dalej się nie pokazali. Ani za kolejne dziesięć minut.
- Co powinniśmy zrobić? - pełne niepokoju pytanie dziewczyny było tylko odrobinę głośniejsze od oddechu. Nagle coś zaszurało po jego drugiej stronie i głos Fenwicka zaszeptał „Termity".
- Wiąz. - mruknął Syriusz. - Gdzie są?
- Nie jestem pewien. - odparł Fenwick. - Chyba będziemy musieli rzucić okiem.
- Dobra. - zgodził się Syriusz i poruszył się z zamiarem wydostania się zza śmietnika.
I wtedy nad ich głowami coś eksplodowało z hukiem, który wstrząsnął ulicą, a ceglana ściana alejki runęła. Ktoś krzyknął, Syriusz nie wiedział czy czarodziej czy może mugol. Czyjaś ręka chwyciła go za nadgarstek i pociągnęła do tyłu. Z góry spadały cegły. Nagle zrobiło się znacznie ciemniej, a Hermiona szepnęła coś i metalowa klapa śmietnika otworzyła się, osłaniając ich i przejmując na siebie spadające kamienie.
- Gdzie Benio? - spytała pospiesznie.
- Tutaj. - odparł Syriusz. - Fenwick? Chodź tutaj. Fenwick? - odpowiedź nie nadeszła.
- Termity, termity - powtórzy zdyszany głos, wcale nie ściszony. Syriusz zorientował się, że to Fabian.
- Wiąz. - odparł.
- No dalej! - wydyszał Fabian nie mogąc złapać tchu. - Rzucili zaklęcia antydeportacyjne, musimy wiać! Wszyscy cali?
- Co się dzieje? - krzyknął Syriusz wyciągając Hermionę z ich tymczasowej kryjówki. Wytrzeszczył oczy na widok towarzyszących Fabianowi trzech chłopców. Najmłodszy, który trzymał się pleców dalej zakamuflowanego aurora nie mógł mieć więcej niż sześć lat, tulący się do siebie dwaj pozostali może dziesięć. Wszyscy, bladzi i przerażeni, wlepiali wzrok w kupę gruzu.
Obok Syriusza Hermiona głośno wciągnęła powietrze i on także spojrzał w dół. I wtedy zobaczył Fenwicka, który leżał pod cegłami i betonem. Ramię miał wygięte pod nienaturalnym kątem, a z ucha ciekła mu krew. Zanim do Syriusza dotarło co się stało, rozległ się kolejny wrzask.
- Termity! Gonią mnie! - krzyczał Gideon wyłaniając się zza zakrętu. Ledwo widoczna Hermiona pochylała się nad Fenwickiem.
- Nie ma pulsu. - oznajmiła cicho.
- Musimy go zostawić. - pospiesznie zdecydował Fabian. - Potem możemy wrócić. - skierował różdżkę na pozostałości muru. - Reducto. - gruzy powstałe po wywołanym zaklęciem wybuchu przysypały ich przyjaciela. - Na razie to musi wystarczyć. No dalej. - Gideon prawie już do nich dotarł. - Black, ty i dziewczyna weźcie tę dwójkę. Musimy biec!
Syriusz nie miał pojęcia co się działo. Przecież mieli tylko rozeznać się w terenie! Co do cholery? Przynajmniej tyle, że odzyskali dzieci, ale nie taki był plan. Hermiona znalazła się w niebezpieczeństwie, a to stanowiło ogromny problem. Nie to żeby pozostali o tym wiedzieli. Co Dumbledore sobie myślał wysyłając ją z nimi? Gdyby zginęła... albo trafiła do niewoli... Syriuszowi zrobiło się zimno, chociaż krew huczała mu w żyłach. Chwycił jednego z chłopców za rękę i puścił się biegiem... nie mógł do tego dopuścić. Nie kiedy mieli razem powstrzymać Voldemorta. Bez niej to nie zadziała.
- Hermiono! - zawołał.
- Jestem tutaj. - odparła szybko. Drugi Bones biegł przed nią. W ręku miała różdżkę i z wściekłością rzucała zaklęcia na pędzących za nimi Śmierciożerców. Syriusz naliczył ich dziesięciu, a dwóch na jego oczach padło od czarów Hermiony.
- Gdzie biegniemy? - spytał Syriusz pospiesznie, kiedy Gideon się z nim zrównał. Pociągnął chłopca za rękę, żeby usunąć go z drogi pędzącego w ich stronę pomarańczowego pasma i przyspieszył.
- Nie jestem pewien. - wysapał Gideon. - musimy się tylko wydostać z zakresu zaklęcia. Skręć w lewo na końcu tej uliczki. Zatrzymamy ich, zabierzcie stąd dzieciaki.
Obok niego Hermiona wydała z siebie dziwny odgłos. Spojrzał na nią. Może była po prostu zmęczona?
- Fabian! - krzyknął. - Daj mi małego.
Słyszał, jak Fabian mamrocze do chłopca, którego niósł na plecach, widział, jak dziecko przytakuje ze zrozumieniem, a potem Fabian zawołał:
- Raz...dwa...trzy!
Przystanął tylko na chwilę, chłopiec zsunął się na nogi i pobiegł do Syriusza. Fabian odwrócił się i wypalił kilka szybkich promieni czerwonego światła, a dwóch Śmierciożerców padło na ziemię.
Syriusz puścił rękę starszego chłopca.
- Biegnij z bratem. – nakazał. Hermiona i trzeci chłopiec zostawili ich w tyle. Najmniejsze dziecko wpadło na Syriusza, który kucnął. Momentalnie chude ramiona oplotły jego szyję.
- Trzymam się. - powiedział cichy głosik, nie mogąc złapać tchu i zabrzmiał przy tym dość niewyraźnie. Syriusz wstał, a chłopiec skrzyżował kostki na jego brzuchu. Mężczyzna puścił się biegiem.
Hermiona i starsze dzieciaki byli już u wylotu uliczki, dookoła nich błyskały co chwila zaklęcia, a z góry spadały kawałki gruzu. Do jego uszu dochodziły odgłosy walki. Prewettowie zatrzymali pościg. Czuł się jak tchórz zostawiając ich, ale dzieci miały pierwszeństwo. „Nie powinni byli wyciągać tych cholernych dzieciaków!" pomyślał wściekle Syriusz. Ale się wpakowali! Czemu nie trzymali się planu?
Od ściany obok jego głowy Syriusza odbiła się klątwa i niesiony przez niego chłopiec podskoczył odrobinę.
- Już niedaleko, mały. - powiedział do niego Syriusz. - W porządku?
- Tak. - odparł cichy głosik.
Hermiona i dwaj chłopcy właśnie mijali zakręt, kiedy Syriusz ich dogonił.
- Gideon mówi w lewo. - oznajmił. Hermiona oddychała ciężko, ale wydawała się cała i zdrowa.
- Okej. Słyszeliście chłopcy, idziemy. - powiedziała i pobiegli dalej.
Nie mogli wciąż uciekać, zdał sobie sprawę Syriusz. Nie wiedzieli jak rozległy był czar antydeportacyjny, mógł zostać rzucony na obszarze trzech mil, jak u Lunatyka. Potrzebowali planu. Po drugiej stronie ulicy ziało wyjście kolejnego zaułka, tak wąskiego, że ledwo można by zmieścić motor.
- Hermiono! - zawołał, a ona się odwróciła. - Potrzebujemy planu!
- Wiem! - krzyknęła desperacko. - Myślę!
- Tutaj! - wskazał, kierując się w stronę uliczki. Przebiegli na drugą stronę drogi, mijając liczne zaparkowane samochody i schronili się w przejściu między domami.
- Homenum revelio. – mruknęła Hermiona, gdy tylko przystanęli i machnęła różdżką. - Dobra, na razie jest czysto. Syriuszu, pilnuj wejścia.
- Pewnie. - podszedł odrobinę bliżej wyjścia na ulicę. Cieszył się, że przejęła dowodzenie. Lepiej mu szło podejmowanie decyzji w biegu, ale kiedy już się zatrzymał, zawsze potrzebował chwili na skupienie myśli.
Hermiona pochyliła się do poziomu chłopców, którzy stali bardzo blisko siebie i dygotali lekko.
- W porządku. - powiedziała. - Nic wam nie jest?
Jeden ze starszej dwójki wyciągnął przed siebie rękę i Syriusz zobaczył długą ranę na przedramieniu, ale pozostali tylko potrząsnęli głowami. Hermiona przytknęła różdżkę do ręki dziecka i rana zaczęła się zasklepiać.
- Jak macie na imię? - spytała uprzejmie.
- Ja jestem Graeme Bones, a to moi bracia. - odezwał się jako pierwszy ranny chłopiec. - Aaron i David.
- Jak nas znaleźliście? - spytał najmłodszy, który wydawał się zdumiewająco spokojny jak na kogoś kto przeżył coś takiego.
- Znamy waszego tatę. - wyjaśniła spokojnie Hermiona. - Zabierzemy was do niego.
- O, świetnie. - maluch uśmiechnął się. - Musi się o nas bardzo martwić.
- Oczywiście, że się martwi, Davey. - Graeme spojrzał na brata ostro. - Porwano nas!
Dolna warga Davey'ego zaczęła drżeć, a jego drugi brat, Aaron objął go ramieniem.
- Ale to już nie ważne, jesteśmy bezpieczni. Bo jesteśmy, prawda? - spojrzał na Hermionę, która z kolei zwróciła się do Syriusza. Mężczyzna odchrząknął.
- Jesteśmy bezpieczniejsi niż dziesięć minut temu. - powiedział. - A wy trzej z pewnością lepiej wyjdziecie na trzymaniu się z nami niż ze Śmierciożercami.
Aaron i Graeme spojrzeli na siebie, a potem Graeme odezwał się:
- Gdzie są bracia Prewett? Czy nie powinni już do nas dołączyć?
Syriusz przełknął ślinę. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Jak powiedzieć dziesięciolatkowi, że ludzie, którzy go uratowali najprawdopodobniej już nie żyli?
- Trzymają Śmierciożerców z daleka od nas żebyśmy mogli uciec. - wyjaśniła Hermiona. - Będą walczyć jak bohaterowie. - głos jej się załamał przy ostatnim słowie. Potem odwróciła się do Syriusza. - Mam pomysł.
Odetchnął z ulgą. Wszystko co sam wymyślił było niewykonalne w towarzystwie trzech dzieciaków.
- Co? - spytał.
- Nie wiemy na jaki obszar rzucono zaklęcie, prawda? - odparła pytaniem Hermiona, a on potrząsnął głową. - I nie możemy mieć nadziei, że uda nam się wyjść poza jego zasięg?
- Nie. - zaprzeczył. - Nie z nimi.
- Szybko biegamy. - zapewnił Aaron.
- Wiemy. - odparła Hermiona. - Świetnie sobie radzicie. Niestety nie możemy uciekać i walczyć w tym samym czasie. - oślepiło ich światło, którego źródłem było miejsce, gdzie bracia Prewett nadal walczyli ze Śmierciożercami. - Poczekajcie tutaj. - nakazała Hermiona, mijając Syriusza i znikając u wylotu uliczki.
Więcej światła, kolejny huk. Syriusz zastanawiał się jak Ministerstwo wytłumaczy to wszystko mugolom, bo przecież sądząc po poruszających się firankach, musieli się znaleźć tacy, którzy wyglądali teraz przez okna. Niedługo zaczną wychodzić na ulicę, by sprawdzić co się dzieje.
Znów błysnęło światło i bliżej uliczki rozległ się wibrujący dźwięk.
- Do tyłu. - nakazał chłopcom. - Bądźcie gotowi do ucieczki na mój znak. Davey, trzymaj się braci.
- Syriusz! Termity. - szepnął głos Hermiony. Syriusz obrócił się i zobaczył ją na fotelu kierowcy mugolskiego samochodu. Źródłem światła były przednie reflektory. Poczuł, jak opada mu szczęka. „Genialne", pomyślał.
- Chodźcie, chłopcy.
- Termity - powtórzyła Hermiona pełnym napięcia głosem. Różdżkę trzymała wycelowaną w niego.
- Cholera, przepraszam. - powiedział, zbliżając się do samochodu. - Wiąz.
- Pospieszcie się. - nakazała niecierpliwie. Oczarowani chłopcy wdrapali się na tylne siedzenie.
- Połóżcie się. - nakazała Hermiona. - Będziecie bezpieczniejsi.
Syriusz zajął siedzenie pasażera i spojrzał na migającą sylwetkę Hermiony.
- Potrafisz to prowadzić? - spytał z podziwem.
- Oczywiście. - odparła zwięźle. Kiedy nacisnęła na pedał pojawiło się więcej światła i z pierwszej uliczki dobiegły krzyki. Byli prawie na jej wysokości, kiedy wypadły z niej dwie postacie. Syriusz poznał je natychmiast. Fabian podpierał Gideona. Żyli!
- Hermiono, - powiedział pospiesznie. - nic im nie jest, patrz! Jak otworzyć to okno? - spytał pchając je.
- Dźwignia. - rzuciła dziewczyna. Załapał i pociągnął.
- Nie, zakręć nią. - poradziła Hermiona. Posłuchał jej, a okno zaczęło się otwierać. Zagwizdał na palcach. Fabian spojrzał w ich stronę.
- Termity! - krzyknął Syriusz. Fabian pospieszył w ich stronę. Oczy miał szeroko otwarte.
- Wiąz. Co do cholery, Black?
- Mugolaczka. - wyjaśnił Syriusz, wskazując na Hermionę. Coś kliknęło z tyłu samochodu.
- Do kufra. - zakomenderowała Hermiona, pochylając się nad Syriuszem, żeby porozmawiać z Fabianem. - Z tyłu siedzą dzieciaki.
Fabian spojrzał na nią dziwnie, a potem rozejrzał się w poszukiwaniu bagażu.
- Nie, do kufra samochodu. - wyjaśniła Hermiona. - To jego tylna część.
- A, w porządku. - Fabian otworzył drzwi, wepchnął swojego brata do środka i wskoczył za nim.
- Wiedziałam, że kombi się przyda. - wymamrotała Hermiona, kiedy drzwi zamknęły się z hukiem.
- Coraz ich więcej. - poinformował Fabian. - Jeden nam się wymknął, więc wkrótce przybędą posiłki. Wynośmy się stąd!
Syriusz z niepokojem spojrzał na ulicę.
- Fenwick.
- No wiem. - mruknął Fabian. - Co za strata. Trafili tamtą stertę zaklęciem wybuchającym. Rozwalili ją w drobny mak.
Syriusz skrzywił się.
- Co za śmierć. Jedźmy. - powiedział do Hermiony.
Ruszyła dźwignią znajdującą się pomiędzy fotelami i silnik zawył, a samochód ruszył ulicą. Kiedy mijali wylot uliczki Syriusz zrozumiał, że Fabian miał rację. Cały czas pojawiało się tam więcej i więcej zakapturzonych postaci.
- Gideon w porządku? - spytał Syriusz, oglądając się przez ramię.
- Ta, trafili go klątwą odwracającą kolana na drugą stronę. Zemdlał, kiedy ostatni Śmierciożerca rzucił się do ucieczki. Wszystko w porządku, chłopaki? - spytał Fabian, wyglądając zza siedzenia. Obaj Graeme i Aaron byli bladzi, ale przytaknęli i nawet się uśmiechnęli. Davey zasnął albo może stracił przytomność skulony za fotelem pasażera.
Kiedy oddalali się od miejsca, gdzie zostali zaatakowani Syriusz czuł coraz mniejszą radość z przetrwania, a jej miejsce zajmował gniew. Naprawdę nie chciał wrzeszczeć na Fabiana, bo jeszcze nie wiedział co dokładnie się stało, ale nie mógł uwierzyć jak bardzo wszystko się zwaliło. Gdyby Hermiona nie wciągnęła go pod osłonę śmietnika leżałby razem z Fenwickiem pod tymi gruzami, a wtedy cały ich plan poszedłby się paść. Hermiona potrzebowała jego koneksji, bez nich Lily i James umrą. Czemu Dumbledore wysłał właśnie ich?
- Musimy zameldować Dumbledore'owi co się stało. - Powiedziała Hermiona. - Idziemy prosto do niego?
- Tak, możemy aportować się do Hogsmeade... - urwał, bo za wszędzie dookoła pojawiły się nagle błyskające światła. Syriusz obrócił się na swoim miejscu z różdżką wycelowaną do tyłu.
- Szybciej! - krzyknął Fabian, ale Hermiona tylko się zaśmiała, choć niebiesko-czerwone światła stawały się coraz jaśniejsze. Syriusza nagle uderzyło wrażenie, że to pułapka.
- To mugolska policja. - wyjaśniła szybko Hermiona. - Pożyczyłam ten samochód. Raczej nie okażą nam zrozumienia.
- Co robimy? - spytał Syriusz. - Moglibyśmy po prostu usunąć im pamięć, ale teoretycznie powinniśmy mieć na to zgodę Ministerstwa, a to przecież misja Zakonu. Ministerstwo nie zawsze pochwala nasze metody. Na pewno już opuściliśmy teren objęty zaklęciem.
Pomyślał też, że Ministerstwo pod żadnym pozorem nie powinno wiedzieć, że Hermiona była członkinią Zakonu. Nie powiedział tego jednak na głos. Słowa Moody'ego i tak wzbudziły zbyt duże podejrzenia Fabiana.
- Kiedy zjadę na pobocze musimy się wszyscy deportować. Graeme? - powiedziała Hermiona, tym spokojnym i pewnym głosem. - Czy mógłbyś chwycić Davey'ego jedną ręką, a drugą złapać się Syriusza?
- Tak. - odparł cicho chłopiec.
- Świetnie. Aaronie? Ty weź za rękę Fabiana. Fabianie? Hogsmeade jak tylko zjadę, dobrze?
- Co to za hałas? – spytał spanikowany Fabian. Za nimi rozbrzmiewała policyjna syrena. Radiowóz był bardzo blisko.
- Wszyscy gotowi? - spytała Hermiona, zerkając w środkowe lusterko. Z tyłu samochodu dobiegło zgodne potwierdzenie.
Nagle Hermiona zjechała na bok, krzycząc „Już!". Syriusz wyciągnął rękę i chwycił jej dłoń, drugą już wcześniej złapał Graema. Obrócił się gwałtownie na siedzeniu i pociągnęło ich w przytłaczającą ciemność. Wylądowali jedni na drugich w Hogsmeade. Davey płakał, a Graeme porzygał się odrobinę, a potem zabrał się za pocieszanie brata. Syriusz w mgnieniu oka zerwał się na równe nogi i pociągnął do siebie Hermionę.
- To było cholernie genialne! - krzyknął, przytulając ją. - Mugolskie auto! Nigdy bym na to nie wpadł!
- Um... - Hermiona podniosła głowę, by na niego spojrzeć, zakłopotana komplementem i tym jak radośnie ją przytulił. Wskazała na siebie. - Jak mówiłeś... mugolaczka.
- Termity? - Syriusz uśmiechnął się na dźwięk znajomego głosu Fabiana.
- Wiąz. - odkrzyknął, puszczając Hermionę. - Hermiono, możesz wysłać patronusa do Dumbledore'a? Poproś, żeby przyprowadził panią Pomfrey do Świńskiego Łba.
- Nie ma problemu. - odparła i poszła sprawdzić, jak się mają chłopcy.
Syriusz udał się w stronę, z której dochodził głos Fabiana, po drodze zdejmując z siebie zaklęcie kameleona. Gideon odzyskał przytomność i siedział teraz oparty o ścianę Herbaciarni u pani Puddifoot. Aaron uśmiechał się, zorientowawszy się, że niebezpieczeństwo naprawdę minęło. Wyczerpany Fabian zajmował miejsce obok swojego brata.
- Wstajemy - zakomenderował Syriusz, podając mu rękę. - I to pubu. Tam będziesz mógł odpoczywać, ile ci się spodoba. - zerknął przez ramię i zobaczył jak Hermiona wprowadza pozostałych dwóch chłopców do Świńskiego Łba. - Idź przodem. Ja pomogę Gideonowi. Aaronie, ty idź z Fabianem. - nakazał, patrząc w dół na Gideona, podczas gdy pozostali wlekli się w stronę gospody. Twarz Prewetta była szara i spocona. - W porządku, stary?
- Nie bardzo. - odparł Gideon. - Ale żyję, a to już coś. - spojrzał na swoją nogę, a jego usta wykrzywił grymas. - Niestety kolano mam na odwrót, a to boli jak diabli.
- Dumbledore jest w drodze. Poprosiłem, żeby zabrał ze sobą pielęgniarkę. Niedługo będziesz jak nowy. - Syriusz pochylił się i pomógł Gideonowi wstać, a potem podparł go i razem pokuśtykali do Świńskiego łba.
- Jak mogłeś nas tam wysłać, Dumbledore? - spytał Syriusz. - Rany, co za porażka! Mogli ją złapać. Albo zabić!
- Syriuszu, musisz się uspokoić. Przykro mi, że nic nie poszło zgodnie z planem, ale słyszałeś co powiedział Fabian, w domu był tylko Macnair. Jeden Śmierciożerca. Nie mogli przepuścić takiej okazji.
Syriusz był tak zdenerwowany, że nie mógł usiedzieć na miejscu i chodził w kółko po pustej piwnicy Świńskiego łba. Dumbledore z kolei obserwował go spokojnie. Czy on nie rozumiał?
- Panu jest przykro?! Macnair niedługo był sam. Fenwick nie żyje, a niewiele brakowało, by Hermiona do niego dołączyła. I co byśmy wtedy zrobili? Nie chce pan zabić Voldemorta? Nie możemy ryzykować jej życiem!
- Syriuszu, proszę. Nie kwestionuj mojego zaangażowania. To co się stało Beniowi to tragedia, ale Hermiona poinformowała mnie, że za pierwszym razem zginęli też Fabian i Gideon, nie mówiąc już o chłopcach.
Syriusz zaczerpnął powietrza.
- Co?! - warknął. - Merlinie, Dumbledore, bawi się pan czasem! Może i pan myśli, że wie pan wszystko, ale proszę popatrzeć co się dziś stało! Co jeśli coś zrobią i Peter nie... CHOLERA! - odetchnął głęboko, próbują uspokoić wrzący w nim gniew. - Nie mogę w to cholera uwierzyć!
- Nie odzywaj się tak do mnie, Syriuszu. Zrobiłem to, co uważałem za słuszne. Jest mi bardzo przykro z powodu Benia i tego jak ciężko przyjąłeś jego śmierć, ale kłótnia ze mną nic nie zmieni. Proponuję żebyś odprowadził pannę Granger do domu. Może ona przemówi ci do rozsądku.
- MI?! - wrzasnął Syriusz, tracąc nad sobą wszelką kontrolę. - Dumbledore! To nie ja tu podejmuję złe decyzje!
- Czyżby? - powiedział wolno Dumbledore. - Panie Black, większość ludzi uważa, że to niemądre kłócić się ze mną.
Syriusz przełknął ślinę. Coś zmieniło się w jasnoniebieskich oczach profesora. Błysk zniknął. Teraz płonął w nich ogień. Stąpał po cienkiej linii i wiedział o tym, ale nie potrafił zrozumieć jak Dumbledore mógł tak wiele ryzykować. Hermiona była zbyt ważna. Czemu Dumbledore tego nie pojmował?
- Dobrze! - prychnął. - Dokończymy tę rozmowę. Musze się napić. - wściekle otworzył drzwi i poszedł do baru.
Hermiona siedziała przy stoliku w rogu, z twarzą ukrytą pod kapturem. Inni udali się do szkoły, by spędzić noc w Skrzydle Szpitalnym. Tam spotkali się z nimi Edgar Bones i jego żona, przeszczęśliwi z odzyskania dzieci. Syriusz obiecał pójść się z nimi przywitać po rozmowie z Dumbledorem, ale teraz nie mógł tego zrobić. Był tak niesamowicie wściekły, że potrzebował tylko alkoholu i potwierdzenia, że Hermiona już nigdy nie zostanie wysłana na żadne proste misje.
- Dobry Boże! - zawołała Hermiona, gdy się zbliżył. - Co Dumbledore ci zrobił?
- Nic. - odparł Syriusz, próbując nie wyglądać jak rasowy morderca. - Tylko sobie porozmawialiśmy. Powiedziałem mu, że nie zgadzam się, żebyś brała udział w takich misjach.
Hermiona spojrzała na niego dziwnie i popchnęła nietkniętą szklankę Ognistej w jego stronę.
- A dlaczego nie? - odezwała się groźnie. - Beze mnie wy wszyscy bylibyście martwi.
- No właśnie. - powiedział Syriusz, dwoma haustami wychylając szklankę. - Dumbledore bawi się czasem. Mówiłaś, że nie możesz nic zmieniać, bo nie wiesz, jak to wpłynie na przyszłość. Że ludzie, którzy zginęli przez Nocą Duchów, muszą zginąć, albo coś pójdzie nie tak i Voldemort nie przyjdzie w odpowiednim dniu czy godzinie.
- Tak, to prawda. - westchnęła dziewczyna. - Ale Syriuszu, nie mogłam pozwolić, żeby umarły dzieci, tak się nie robi.
- Fakt. - przyznał Syriusz. - Ale co z braćmi Prewett? - sam był zdziwiony, że to pytanie przeszło mu przez gardło.
- No wiem... naprawdę myślałam, że już nie żyli. Ale nie żałuję. Sądzę, że jeśli tylko Peter zostanie Strażnikiem, wszystko pójdzie po naszej myśli. Tydzień przed Nocą duchów był dość spokojny, więc myślę, że niewiele rzeczy mogłoby wpłynąć na nasze plany.
- Ufam ci. - powiedział cicho Syriusz. - ale wydaje mi się, że Dumbledore nie traktuje tego dość poważnie. Znaczy, co gdyby cię złapali? Zmusiliby cię do mówienia. Wszystkiego by się dowiedzieli.
- Zmusiliby mnie to mówienia? - Hermiona spojrzała na niego z oburzeniem. - Musisz wiedzieć, że ta sadystyczna suka Bellatrix złapała mnie podczas poprzedniego polowania na horkruksy i torturowała mnie. Nic nie powiedziałam Właściwie to ją oszukałam. Przestań mnie nie doceniać, Syriuszu. Jestem silniejsza niż może się wydawać.
Syriusz był zszokowany. Bellatrix ją torturowała? Bellatrix? Mówiono, że jej Cruciatus był prawie tak samo bolesny jak Voldemorta. Spojrzał na Hermionę z nowym szacunkiem.
- Wybacz. - mruknął szczerze. - Nie wiedziałem. Martwiłem się po prostu.
- W porządku. - powiedziała z delikatnym uśmiechem dziewczyna. - Ron i Harry robili to samo, a wiedzieli do czego jestem zdolna. Nie mogę cię winić.
Wyszczerzył do niej zęby. Już panował nad swoim gniewem. „Jakim cudem zawsze jej się to udawało?"
- To co, idziemy? - zaproponował.
- Tak. - zgodziła się. - Jestem skonana.
Opuścili pub i aportowali się na wąski balkon należący do jej pokoju.
- Dziękuję ci, przyzwoitko. - odezwała się Hermiona. - Chyba dam radę sama otworzyć drzwi.
- Jestem pewien, że dasz. - Syriusz uśmiechnął się szelmowsko. - Taka z ciebie zdolna wiedźma i w ogóle.
- Och, zamknij się. - mruknęła, otwierając drzwi.
- Byłaś dziś genialna. - oznajmił poważnie.
- Dziękuję. - odparła. - Ty też się przydałeś. Zerknęła na zegarek. - Syriuszu, jest druga w nocy! Marzę o łóżku, a ty też potrzebujesz odpoczynku. Jutro wieczorem musimy być zwarci i gotowi.
- Przyjdę po ciebie o szóstej. - poinformował Syriusz.
- Więc dobranoc. - znów się uśmiechnęła, patrząc na niego z zaciekawieniem, a potem zostawiła go tam i zamknęła drzwi.
Stojąc na balkonie Syriusz czuł dręczący go niepokój. Nie chciał, żeby cokolwiek jej się stało i to nie tylko ze względu na to, że bez niej trudniej by było pokonać Voldemorta, ale dlatego... dlatego, że byli przyjaciółmi, zdał sobie sprawę ze zdumieniem. Nie zaprzyjaźnił się z nikim od czasów szkolnych.
Uśmiechnął się lekko, myśląc o tym jak bardzo cieszył się, że wzięła na siebie tak szaloną misję. Nie tylko dlatego, że to miało uratować Rogacza, Lily i jego samego, ale też dlatego, że była zabawna, mądra i...
- Wiesz, to trochę niepokojące, tak przejść obok tych drzwi i zobaczyć, że dalej tu stoisz. Przestraszyłeś mnie na śmierć. Hermiona otworzyła drzwi i spojrzała na niego marszcząc brwi, w połowie rozbawiona, a w połowie zaniepokojona. - Wszystko w porządku?
- Tak, świetnie. - powiedział, zdumiony, ale uśmiechnięty. - Trzym się. - rzucił i obrócił się na pięcie.
- Co za dziwny chłopak - mruknęła Hermiona, zamykając drzwi.
N/A: The Gauntlet (Rękawica przyp. tł.) - Dropkick Murphys
