WildRoe: Ojeju tak strasznie dziękuję, za ten przemiły komentarz. Niestety nie zasługuję choćby w połowie na te pochwały, ja tu tylko tłumaczę, a to opowiadanie już zanim zaczęłam się nim bawić było cudowne. Co do kontynuowania to jak tu tego nie zrobić skoro mam takich wspaniałych czytelników, nie mówiąc już o 56 gotowych przetłumaczonych rozdziałach 😉
11 lipca
- Łapo? - zawołał Remus, pukając w ciężkie drzwi mieszkania.
- To ty, Lunatyku? - odkrzyknął Syriusz.
- Tak. - odparł Remus. „Głupie pytanie" pomyślał. Serio, gdyby był Śmierciożercą powiedziałby to samo.
Syriusz mieszkał w centrum Londynu, w należącym do mugoli budynku, na parterze którego mieściły się sklepy. Wszędzie kręcili się mugolscy modnisie, w większości młodzi, o kolorowych włosach i niepasujących do siebie ubraniach. Mimo to Remus musiał przyznać, że mimo onieśmielających mieszkańców, było w tym miejscu coś niezwykłego. Podobała mu się atmosfera. Nie wątpił, że mógłby w środku dnia przejść się tą dzielnicą Londynu w swoich szatach i tylko nieliczni dziwnie by na niego spojrzeli i to głównie dlatego, że jego ubranie nie miało dość dziur, ćwieków czy agrafek. Nie zrobił tego jednak.
Remus zawsze starał się unikać podejrzeń. Był ostrożny, ale Śmierciożercy coraz bardziej rośli w siłę i wiedział, że wkrótce dorwą się do jego akt w Ministerstwie. A wtedy po niego przyjdą. Wykształcony wilkołak. Będą chcieli, by utemperował watahę Greybacka, po prostu wiedział, że tak się stanie. W domu był na tyle bezpieczny na ile to możliwe, ale przez cały czas miał wrażenie, że ludzie próbowali go oszukać, złapać w pułapkę i zmusić do mieszkania z bestiami takimi jak on. Tymi samymi bestiami, od których tak usilnie próbował się odciąć.
Ale nie przez cały czas myślał o tragediach i mroku. Nie dało się zbyt długo nad sobą użalać kiedy przyjaźniło się z wariatami takimi jak Syriusz Black. Jakby na potwierdzenie tych słów, pytanie, które mu zadał, by sprawdzić jego tożsamość należało do najgłupszych jakie Remus kiedykolwiek słyszał.
- Ile razy Rogacz zaprosił Lily na randkę zanim się zgodziła? - spytał Syriusz, wyrywając Remusa z wewnętrznej konsternacji.
- Ale w sumie? - zdumiał się Remus. - Łapo, zadaj pytanie, na które rozsądny człowiek może odpowiedzieć. Chyba nawet sam Rogacz nie zna dokładnej liczby.
- Właściwie to zna. - odparł Syriusz. - A ja zaczynam się zastanawiać, czy nie jesteś Śmierciożercą w przebraniu, bo prawdziwy Lunatyk dałby sobie z tym radę. - jego głos brzmiał jakoś dziwnie. „Rozbawienie?" pomyślał Remus. Cóżby innego?
- Merlinie, Łapo. Chcesz iść, czy nie?
- Nie z kimś kto podszywa się pod Lunatyka. - rzucił bezczelnie Syriusz.
- Na litość boską - westchnął z politowaniem Remus. Wiedział, że kłócąc się tylko zmarnuje czas. Prościej po prostu to rozpracować.
- No dobra - zaczął, myśląc na głos. - więc jakoś raz czy dwa miesięcznie na czwartym roku... to około dwudziestu. Dodać raz w tygodniu na piątym roku... to, Boże, czterdzieści? Potem na szóstym... wtedy właśnie zaczął naprawdę się starać... może co dwa dni? - teraz liczył już na palcach. - Czyli to będzie... sto dwadzieścia razy? Nie licząc wakacji. Merlinie, był walnięty. - mruknął do siebie. - A więc sto dwadzieścia plus czterdzieści to sto sześćdziesiąt... ile mówiłem, że na czwartym roku?
Nagle usłyszał donośny śmiech idioty, którego nazywał przyjaciela.
- Ale jesteś, Łapo! Och, poczekaj...już wiem, dwadzieścia. Więc to jakieś... sto dziewięćdziesiąt dla bezpieczeństwa, bo wiem, że na trzecim roku próbował co najmniej dwa razy.
- Nieźle, Lunatyku. - odparł chichocząc Syriusz. - Dokładnie sto dziewięćdziesiąt osiem. Szczerze powiedziawszy Rogacz żałował, że nie zgodziła się za dwusetnym razem. Myślał, że tak byłoby bardziej poetycko. Co za głąb.
- Całkiem jak mój inny znajomy. - mruknął Remus. - Ile razy zastanawiałem się czemu się z tobą w ogóle przyjaźnię? - spytał w odpowiedzi.
- Banalne, Lunatyku! Nigdy! - drzwi otworzyły się. Remus potrząsnął głową, myśląc o dziecku uwięzionym w ciele dorosłego.
- Błędna odpowiedź. - odparł ostro. - Ale niestety ja również nie znam poprawnej. Bo wiesz, nie pamiętam wszystkich rozmów, które odbyliśmy. A myślę o tym za każdym razem.
- Wiesz, że tak nie myślisz. - Syriusz przybrał urażony wyraz twarzy.
- Nie, to przesada. Tylko podczas co drugiej konwersacji. - Remus uśmiechnął się do niego z wyższością.
- Cudownie! - zaśmiał się Syriusz. - Więc tylko przez połowę czasu.
- Pośpiesz się, ciołku. Obiecałem Glizdogonowi, że przyjdziemy przed trzecią.
Remus odwrócił się i ruszył krótkim korytarzem, a potem w dół po wąskich schodach. Kiedy Syriusz go dogonił nie był już taki wesoły.
- Więc jak idzie infiltracja rodziny?
- Całkiem nieźle. - odparł Syriusz, wciskając obie ręce do kieszeni. Szli szybko chodnikiem w stronę zaułka, którego Syriusz używał jako miejsca do deportacji. - W zeszły weekend zjedliśmy razem obiad. Wiedźma przyjęła moje przeprosiny. Tak właściwie to chciałem poprosić, żebyśmy nie wspominali o tym Pettigrewowi. O Hermionie też nie. Wiesz jaki jest. W ten sposób nie da rady powtórzyć tej historii jeśli ktoś spyta.
Remus rozważył to.
- To prawda... może powinieneś zaserwować mu to kłamstwo? Wtedy będzie mówił to co chcesz. Tak będzie dla niego bezpieczniej.
- Dobry pomysł, Lunatyku. - Syriusz wyglądał na odrobinę zdziwionego.
Aportowali się w okolicach domu Pettigrewów, niewielkiej chatki w Północnym Kesteven. Pobielanie ściany i pokryty dachówką dach sprawiały, że wyglądała jak stereotypowy angielski wiejski domek. Dookoła rozciągał się nieogrodzony teren, a w okolicy nikt nie mieszkał. Świadkiem pojawienia się Remusa i Syriusza była jedynie przywiązana do palika zabiedzona koza szczypiąca trawę pod swoimi nogami i kilka lękliwych kurczaków, które narobiły hałasu i przerażone uciekły za dom.
- Ty pytasz, czy ja? - Remus uniósł rękę, by zapukać, jednocześnie zerkając na Syriusza. Ale na twarzy jego przyjaciela widniały wypieki i wyglądał jakby się pocił. Rękę trzymał za pazuchą kurtki, jak się wydawało Remusowi zaciśniętą na różdżce. - Wszystko w porządku, Syriuszu? Czy coś...
- Jest super, Lunatyku. Żadnych problemów. - odparł, uśmiechając się tak, że Remus poczuł się nieswojo. Oczy Syriusza błyszczały i Remus nie miał pojęcia co się działo. Jego przyjaciel nie był sobą. Poczuł napływ paniki, jednocześnie zdając sobie z czegoś sprawę. Nigdy nie zadał Syriuszowi prawdziwego pytania. Czy to naprawdę był jego przyjaciel? Każdy mógłby udawać... nie tak trudno było znaleźć Eliksir Wielosokowy...
Włożył rękę do kieszeni i zacisnął palce na własnej różdżce.
- Łapo? Nigdy nie zadałem ci prawdziwego pytania. - powiedział, siląc się na spokój.
- Zadałeś. - Syriusz był zdumiony. - Spytałeś ile razy...
- Co Wrzeszcząca Chata ma do czynienia z naszymi szkolnymi latami? - rzucił ostro Remus, wyciągając różdżkę i kierując ją na Syriusza.
- Lunatyku... co? - Syriusz cofnął się o krok. Remus zauważył, że ani na chwilę nie puścił różdżki.
- Odpowiedz. - warknął Remus.
- Um... - zająknął się Syriusz, a jego oczy błysnęły. - widzisz... jesteś... um... Mieszkał tam twój agresywny królik i odwiedzaliśmy go raz w miesiącu... Aż do drugiego roku trzymałeś go przed nami w sekrecie, a potem ja i Rogacz poznaliśmy ten twój futerkowy problem. My też kochamy zwierzęta, ja na przykład uwielbiam psy, a James... cóż on preferuje roślinożerców.
Remus z westchnieniem wypuścił powietrze.
- Dobra. Wybacz, Syriuszu, ale zachowujesz się cholernie dziwnie.
- Nie tylko ja. - prychnął Syriusz. - Masz paranoję, Lunatyku.
- Wolę paranoję niż śmierć. - odparł Remus z ponurym uśmiechem, obejmując przyjaciela za ramiona i ściskając. - Wybacz, Łapo.
Syriusz szturchnął go w żebra.
- Święta prawda, panie Lunatyku. Święta prawda. No dobra, to o co pytamy Pettigrewa? - spytał, kiedy Remus go puścił.
- Mam pomysł. - poinformował Remus i wreszcie zapukał.
- Kto tam? - zawołał żeński głos.
- Remus i Syriusz, proszę pani. Czy Peter jest w domu?
- Tak, poczekajcie chwilkę.
Po pięciu minutach usłyszeli głos swojego przyjaciela.
- Kto tam? - spytał Peter.
- Lunatyk i Łapa, Glizdku. - odparł Remus.
- O, cześć. Jesteście gotowi na pytanie?
- Powinieneś po prostu spytać, Pete. - wytłumaczył cierpliwie Remus. - Nie chcesz, żeby cię oszukali.
- Racja, wybaczcie... Na którym roku wygrałem z tobą w szachy, Lunatyku?
- To musi być pytanie podchwytliwe, Glizdogonie. - prychnął Syriusz.
- Nie - zaśmiał się Remus. - To było na szóstym roku, Pete. Miałeś szlaban z Jamesem. Filch złapał was jak przekradaliście się z Hogsmeade, a ja i Łapa czekaliśmy aż wrócicie. My... cóż, wypiliśmy większość Ognistej Whiskey po którą poszliście. Łapa powiedział, że niszczyliśmy dowody, ale wszyscy wiemy, że tak naprawdę jest pijakiem, choć to ukrywa. Więc kiedy wróciliście i wyzwałeś mnie na szachowy pojedynek nie byłem w pełni sił.
- Hańba ci, Lunatyku. - mruknął Syriusz.
- Dobra odpowiedź. - odparł dumny z siebie Peter.
- Glizdogonie, co zrobiliśmy pierwszej nocy po Świętach na piątym roku jak wkurzyliśmy się na Rogacza i Łapę, za to że wpakowali nas w kłopoty? - spytał Remus.
Peter zachichotał, co sprawiło, że Syriusz uniósł brew.
- Jestem zazdrosny, Lunatyku. - powiedział. - Jak mogliście od lat zatrzymywać dla siebie jakieś psoty?
Remus tylko się zaśmiał.
- Nauczyłeś mnie - odparł, dalej chichocząc Peter - tego zaklęcia, które sprawiała, że suchy materiał wydaje się mokry i rzuciliśmy je na ich prześcieradła!
Drzwi otworzyły się i stanął w nich śmiejący się radośnie Peter.
- Dobrze cię widzieć, Glizdku. - powiedział Remus i kiedy mijał go w drzwiach, klepnął go w ramię.
- Jak się masz, Pettigrew? - spytał Syriusz, waląc Petera w bark.
- Auć! - krzyknął Peter, prawie się przewracając. - Za co to, Łapo?
- Och, wybacz. Sam nie zdaję sobie sprawy z tego jaki jestem silny. - odparł Syriusz, ale brzmiał jakby zupełnie nie było mu przykro.
Remus potrząsnął głową. On nigdy nie dorośnie.
- Jak twoja mama, Pete? - spytał, kiedy usiedli wszyscy w salonie. - Chyba czuje się już lepiej.
- Tak. - odparł Peter. Wyglądał na zmartwionego, a Remus nie mógł go za to winić, Peter opiekował się matką od sześciu miesięcy. Tak go to pochłaniało, że właściwie go nie widywali. - Tak, dziś ma dobry dzień. A wy co ostatnio porabiacie?
- Niewiele. Ja głównie przerzucam papiery. Słyszałeś o dzieciakach Bonesów? Wydostaliśmy ich całych i zdrowych. Świetnie, co?
- Tak, dobra robota. Byłeś tam, co Łapo? - Peter spojrzał na Syriusza.
- Co? - kiedy Syriusz na nich spojrzał, wzrok miał ostry.
- Dzieciaki Edgara. - przypomniał Remus. - Pomogłeś je uratować.
- O, tak. Racja. Szkoda tylko, że nie wszystkim udało się wyjść z tego cało. Poplecznicy Voldemorta to takie obrzydliwe dupki. - oświadczył wściekle, cały czas patrząc na Petera.
- No ba. - zgodził się Remus. - Oni wszyscy to cholernie obrzydliwe dranie.
- Racja, - dodał cicho Peter. - są tacy okropni.
„Biedny Pete" pomyślał Remus. Zawsze był bojaźliwy. Zwykle dawał sobie radę... to znaczy dopóki miał po swojej stronie Jamesa, Syriusza, albo Remusa. Wystarczyła zachęta, by jego gryfońska natura wyszła na jaw. Remus wiedział, że wojna wytrącała Petera z równowagi. Nie mogli przecież cały czas go chronić. Remus miał tylko nadzieje, że wszyscy ja przetrwają. Jak na razie mieli szczęście.
- A tak w ogóle to Łapa znalazł sobie nową przyjaciółkę. - powiedział Remus, próbując rozluźnić atmosferę. Trochę niepokoił go wyraz twarzy Petera. Jego przyjaciel był tego dnia nadzwyczaj nerwowy. Biedak. A Syriusz cały czas patrzył na niego wilkiem. Czemy nie mógł zrozumieć, że nie wszyscy byli tak śmiali jak on i w odróżnieniu od niego przejmowali się swoim bezpieczeństwem.
- Naprawdę? - spytał Peter i uśmiechnął się do przyjaciela. - Świetnie, Łapo! Ktoś na więcej niż jedną noc?
Remus parsknął śmiechem, szczęśliwy, że w sprawie Syriusza i jego rozwiązłości miał Petera po swojej stronie.
- Niezłe, Glizdku. - powiedział. - Ja spytałem o to samo.
Syriusz założył ręce na piersi i westchnął. Nawet wyglądał jakby było mu głupio.
- Tak, tak. Bardzo zabawne. Wiem, puszczam się.
- Czy jej to nie przeszkadza? - dopytywał się Peter, który po odpowiedzi Syriusza nabrał odwagi. - Wydawało mi się, że większości dziewczyn, by się to nie spodobało. – zachichotał. Remus roześmiał się jeszcze głośniej.
- Doszliśmy do porozumienia. - wyjaśnił Syriusz, a jego twarz rozpogodziła się odrobinę.
- Więc kim ona jest? Znamy ją? - spytał Peter. Syriusz uśmiechnął się lekko.
- To córka Lady Fehr, ma na imię Hermiona.
- Fehr? - Oczy Petera prawie wyszły z orbit. - Ja ci z kontynentu?
- Dokładnie ci. - odparł z szelmowskim uśmiechem Syriusz.
- O rany, Łapo... to świetnie... oni są tacy potężni. - Peter był pod wrażeniem, co Remus w pewien sposób rozumiał. Petera fascynowało to jak sławni ludzie trafiali na szczyt, no ale to była już lekka przesada. - Czyli co... jest miła? Słyszałem, że z niektórymi członkami jej rodziny ciężko się dogadać.
- Jest bardzo miła, Pete. - wtrącił Remus. - Poznałem ją. Dobrze się z nią rozmawia, no i jest piekielnie bystra.
- I w formie. - dodał Syriusz.
Remus zaśmiał się pod nosem. „Cholerny Łapa" pomyślał. „Potrafi myśleć tylko o jednym."
- To masz szczęście. - zauważył Peter. – Byliście ostatnio u Lily i Jamesa? Bo ja nie. Jak się ma Harry?
- Ta - odparł Remus. - Widziałem się z nimi tydzień temu. Wszystko u nich dobrze. Nie zdziwi cię pewnie wiadomość, że James dalej nie może się przyzwyczaić do siedzenia w domu. Harry rośnie tak szybko, nie mogę uwierzyć, że za trzy tygodnie skończy roczek. Co zamierzałeś mu kupić, Łapo? - spojrzał na Syriusza, a na jego twarzy zobaczył to samo co przed wejściem do domu. Oczy szeroko otwarte, płytki oddech, policzki zaczerwienione od... gniewu?
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Syriusz skoczył na równe nogi.
- Wybaczcie, Remusie, Pettigrew. Muszę iść. Zapomniałem, że mam... um... spotkać się z Hermioną. Widzimy się później. – i nim Remus wreszcie zareagował, wybiegł na korytarz. Lupin podążył za nim i dotarł do przedpokoju akurat na czas, by zobaczyć zamykające się za Syriuszem drzwi.
Co mu się dzisiaj stało? Zmieniał nastroje jak na huśtawce. Szczęście, gniew, cisza, przerażenie. Remus westchnął i zajrzał znów do salonu. W progu dołączył do niego Peter.
- Pete, bracie, ja też już pójdę. Sprawdzę co się stało Łapie.
- Musi się bać tej Fehrówny, jeśli tak bardzo się stara nie spóźnić. - powiedział zasmucony Peter. - Jesteś pewien, że jest miła?
- Tak, Pete. Nie przejmuj się, zajmę się tym. - Remus poklepał Petera po ramieniu i wyszedł, zastanawiając się gdzie powinien zacząć poszukiwania swojego nad wyraz emocjonalnego przyjaciela.
Syriusz aportował się z głośnym pyknięciem na wąskim balkonie. Oddychał ogromnymi haustami, całkiem jakby to był jego pierwszy kontakt z tlenem, a mimo to brakowało mu powietrza. Klatkę piersiową miał za ciasną, całkiem jakby nie minęły jeszcze skutki aportacji.
Boleśnie powoli, kawałek po kawałku, jego płuca rozciągały się na powrót. Dopóki tlenu nie zaczęło wystarczać do odpowiedniej pracy mózgu, Syriusz czuł się straszliwie słaby. Mięśnie jego ramion dygotały, palce prostowały się i zginały na powrót. Oczy miał mocno zaciśnięte. Pierwszą rzeczą, na której udało mu się skoncentrować był Peter. Brudny, kłamliwy, fałszywy Peter.
I nagle ciepła ręka opadła na jego ramię i łagodny, ponaglający głos szepnął mu do ucha.
- Syriuszu? Co się stało? Kto...? Czy komuś coś się stało?
- Nie, ja tylko... Peter. - wydusił z siebie. - Lunatyk i ja... my... my widzieliśmy się z Peterem.
- Och. - westchnęła ze zrozumieniem, a potem pociągnęła go za ramię i wprowadziła do środka. W salonie popchnęła go na kanapę, a dłonią zaczęła rysować małe kółka na jego plecach w geście pocieszenia. - Herbaty? A może wina? Jest prawie piąta, wiesz? Można już spokojnie pić.
- Tylko herbaty. - mruknął. A potem poprawił się. - Potem wina. - jego klatka piersiowa prawie powróciła do zwyczajnego rozmiaru, a dygotanie mięśni niemal całkiem zanikło. Syriusz odchylił głowę do tyłu i otworzył oczy. Hermiona stała za kanapą z ręką na jego ramieniu.
- Jak już dopadniemy Riddle'a - odezwał się odrobinę silniejszym głosem. - proszę, obiecaj mi, że będę mógł sprać Pettigrewa. Nawet nie chcę używać do tego magii. Chcę poczuć jak pod moimi pięściami łamią mu się kości. Chcę żeby błagał, bym przestał. Nigdy nikogo nie nienawidziłem tak jak jego. Nigdy.
To jak Hermiona na niego spojrzała, sprawiło, że zamilkł. Jej oczy błyszczały od nieprzelanych łez. Ale kiedy się odezwała, głos miała całkiem pewny.
- Tak. - powiedziała, mrugając gwałtownie. - Sądzę, że to do zrobienia. Chociaż będziesz musiał w końcu przestać. Nie ma sensu żebyśmy tak się namęczyli tylko po to, byś i tak poszedł do więzienia za morderstwo, prawda? - tu uśmiechnęła się do niego dziwnie. - Wiesz, zwykle nie pochwalam przemocy, ale czasami... cóż, powiedzmy, że w tej sytuacji nie mam nic przeciwko.
Uśmiechnął się do niej. Paniczny gniew, który czuł przed chwilą przeminął, pozostawiając po sobie tylko wyczerpanie. Znów zamknął oczy.
- Dzięki. - powiedział cicho.
Z zamkniętymi oczami słuchał jak kręciła się po małej kuchni i próbował zgadnąć źródło każdego dźwięku. Woda lejąca się z kranu, ciche syczenie, kiedy zaczęła się gotować, pyknięcie czajnika, metaliczne stukanie łyżeczki o porcelanę. Bardzo to było odprężające. Pomysł, że coś tak zwyczajnego jak herbata mogło poprawić mu humor sprawił, że poczuł się głupio. Jakie to dziecinne. Ale nawet ta myśl nie dała rady zetrzeć cienia uśmiechu z jego twarzy.
- Chyba poczułam, że będziesz dziś potrzebował pocieszenia. - głos Hermiony wyrwał go ze zdumiewającego snu na jawie, w którym gotował Pettigrewa w ogromnym dzbanku do herbaty.
Otworzył oczy i zobaczył jak dziewczyna kładzie na stoliku do kawy tacę. Stał na niej dzbanek normalnej wielkości, pasujące filiżanki na spodeczkach, a oprócz tego wyłożono na nią kolorowe makaroniki. Wyszczerzył zęby.
- Po prostu kocham makaroniki. - oznajmił.
- Och świetnie. - odparła radośnie Hermiona. - Kawałek stąd jest francuska piekarnia. Nie wiem czy powinnam się cieszyć, czy martwić, że ją odkryłam. - dodała, nalewając herbaty.
- Martwić? - spytał. - Dla makaroników kręci się świat, szczególnie dla tych niebieskich. Niebieskie jedzenie jest niesamowite. Takie nienaturalne, a jednak pyszne. Nie ma się czym martwić.
- Masz rację. - Hermiona roześmiała się. - Zawsze sądziłam, że jest w nich coś czarodziejskiego. Chyba dlatego tak je lubię. Mugolskie jedzenie w magicznym przebraniu.
- Wiesz - powiedział, pochłaniając niebieskie ciasteczko dwoma gryzami. - Ustawiasz poprzeczkę bardzo wysoko. Mogę zacząć oczekiwać takiego przyjęcia przy każdej wizycie.
- Oczekuj sobie czego ci się żywnie podoba. - odparła Hermiona, która trzymała w ręku pomarańczowe ciasteczko. - To wcale nie znaczy, że to dostaniesz.
- Hej! Potrzeba mi pocieszenia, pamiętasz? Jeden z moich kumpli jest zdradzieckim szczurem, mój najlepszy przyjaciel i chrześniak są w niebezpieczeństwie, a ja naprawdę chcę powiedzieć Remusowi co się dzieje, żeby nie był tak cholernie miły dla Pettigrewa! Trochę sympatii, niebeskie ciastka wszystkiego nie załatwią.
- Też myślałam o Remusie. - wyznała dziewczyna, ignorując resztę jego tyrady.
- Naprawdę? - spytał. Znów poczuł coś dziwnego, jakby zmartwienie? Nie chciał, by zbyt wielu ludzi wiedziało kim była, to mogło narazić misję i tych, którzy znali prawdę. Ale ufał Lunatykowi. Całkowicie. Może i nazywał Jamesa swoim najlepszym przyjacielem, ale Remus był mu równie bliski. Właściwie to mieli ze sobą więcej wspólnego niż z Jamesem, teraz kiedy się ożenił i zaprzątało go co innego. Lunatyk z łatwością wypełnił pozostawione przez niego miejsce.
- Tak. Myślałam, że moglibyśmy mu powiedzieć. Jeszcze nie teraz, dopiero jak znajdziemy wszystkie horkruksy. Jestem pewna, że będziesz chciał z kimś porozmawiać jak już będzie po wszystkim. A przecież nie zobaczysz mnie przez ładnych parę lat, a nawet wtedy nie będę wiedziała o niczym aż wrócę, więc...
- To będzie dziwne, wiesz? Nie pomyślałem o tym... Wiedzieć kim jesteś i co zrobisz.
- Zdaję sobie z tego sprawę. - odparła. - Dlatego wszystko zapisuję. Zanim odejdę będę miała dziennik swojego pobytu i tego co zrobiłam. Dam go komuś, może Dumbledore'owi, żeby przygotował mnie do tego co mam zrobić. Bo to właśnie najtrudniej mi sobie poukładać. Nie będzie Voldemorta, więc moi przyjaciele i rodzina nie będą cierpieć. Ale jeśli w wieku dwudziestu jeden lat nie cofnę się na pięć miesięcy w czasie, na powrót powstanie oryginalna linia czasu. Tyle, że bez wojny nie będę ta samą osobą, więc czy w ogóle będę chciała się cofnąć?
W Syriusza jakby grom strzelił. Ta kobieta... była taka, jak ona to określiła? Kompetentna. I logiczna. Wydawało się, że mogłaby rozwiązać każdy problem, gdyby tylko miała pod ręką pergamin, pióro i trochę wolnego czasu. Miała jednak rację. Czy bez wojny stanie się wojowniczką, którą widział przed sobą? Czy będzie dość zdeterminowana, by zniszczyć kogoś kto przecież nie ścigał jej przyjaciela i nie próbował go zabić?
Zdał sobie sprawę, że Hermiona dalej mówiła.
- Więc gromadzę tu wspomnienia, które dołączę do notatek. Mam też listę instrukcji dla Dumbledore'a. Wiesz, rzeczy takie jak co powinnam trenować czy czego powinnam się nauczyć.
- Cóż... racja. - przyznał Syriusz. - Daj mi znać, gdybyś potrzebowała z tym pomocy. - próbował udać zadowolonego, że tak dobrze się przygotowała, ale pełen winy, samolubny głosik w jego głowie powiedział: „A co ze mną?Jesteśmy przyjaciółmi, to niesprawiedliwe, że będę musiał czekać dwadzieścia lat, żeby znowu cię zobaczyć."
