Od tłumacza: Z ogromną radością ogłaszam, że w ten piątek oficjalnie skończyłam tłumaczenie opowiadania i w związku z tym została mi już tylko korekta nadchodzących rozdziałów. Niestety z przyczyn rodzinnych nie jestem Wam w stanie teraz już obiecać przyspieszonych publikacji, ale kiedy sytuacja nieco się unormuje to obiecuję, że wezmę taką możliwość pod uwagę. Tymczasem pozdrawiam wszystkich czytelników i bardzo dziękuję za komentarze i polubienia. Nawet sobie nie wyobrażacie ile to dla mnie znaczy.

Miłego czytania.


23 lipca

Syriusz wędrował Ulicą Pokątną. Było bardzo ciepło, a słońce stało w zenicie i mężczyzna zaczynał żałować, że w tak ciepły, letni dzień założył ciężkie buty i dżinsy. Ale w tunelach pod Gringottem panowała zupełnie inna atmosfera, a ponieważ tam właśnie zmierzał, zdecydował się znieść tę niewielką niewygodę.

Wspiął się na marmurowe schody i minął goblina strzegącego drzwi. Już w holu banku czuło się przyjemny chłód, kontrastujący z gorącem na zewnątrz. Czekając cierpliwie w kolejce, przyglądał się innym klientom. Udręczone twarze, zdenerwowane spojrzenia. Dookoła panowała nieprzyjemna atmosfera. Wiedzieli, że to złoto kręciło światem. W ich oczach Bank Gringotta był celem o wysokim priorytecie.

Wreszcie starsza czarownica przed nim odeszła od lady. Dość długo zajmowała czas goblinowi, który ją obsługiwał, najwyraźniej każąc mu trzy razy sprawdzać monety, które wypłacała, w obawie przed fałszerstwem. Syriusz zajął jej miejsce i uśmiechnął się do goblina, ale w odpowiedzi otrzymał tylko nieszczere spojrzenie czarnych, błyszczących oczu.

- Jak mogę dziś panu pomóc?

- Chciałbym dokonać wypłaty. - oznajmił Syriusz. - Prosto z mojego skarbca, jeśli łaska. - znów spróbował uśmiechu. Żadnej odpowiedzi.

- Imię?

- Syriusz Black.

- Klucz czy skrytka wyższego znaczenia? - spytał goblin ze znudzeniem.

Syriusz z rozmachem położył na ladzie złoty klucz. Jego prywatny skarbiec nie był nawet w połowie tak ważny jak ten rodzinny. Szczerze powiedziawszy kiedyś miał inny, ale ojciec zamknął go, kiedy Syriusza wydziedziczono. Jeszcze tego samego lata Syriusz sam otworzył ten nowy. Był na tyle zapobiegawczy, by dwa lata wcześniej zacząć trzymać część pieniędzy u państwa Potter. Spodziewał się czegoś takiego. Że coś przeważy szalę goryczy i jego matka wyrzuci go z domu na zbity pysk.

Więc kiedy zdecydował się uciec, zamiast czekać na nieuniknione, otworzył sobie nowy skarbiec, a rodzice Jamesa przenieśli tam jego niewielkie oszczędności. A kiedy trzy lata temu zmarł jego wuj Alfard, Syriusz wszystko po nim odziedziczył. Ta niezła sumka także została dodana do wspomnianego skarbca. Dalej musiał pracować, ale miał dość pieniędzy, by kupić swoje ukochane mieszkanie na piętrze. Po dodaniu jego pensji wystarczyło też na spokojne życie, jeśli tylko nie oszaleje i nie zmarnuje wszystkiego.

Goblin oddał mu klucz i wezwał pracownika imieniem Bakruc, żeby zabrał Syriusza do skarbca.

Wyszedłszy z powrotem na słońce, Syriusz udał się do Markowego sprzętu do quidditcha. Za dziesięć dni były urodziny Harry'ego i chciał mu kupić coś niesamowitego. Także Lily dała mu listę rzeczy, których potrzebowała, a przecież sama nie mogła pójść na zakupy. Niestety wspomniana lista zawierała jedynie nudne rzeczy. Książki? Dzieciak kończył roczek, ledwo umiał chodzić, co dopiero czytać. „Zestaw małego ważyciela eliksirów?" Cóż, to przynajmniej dawało możliwość wybuchów, ale nawet wybuchów trzeba się było nauczyć. Od tego właśnie był Hogwart. Mały miał całe dziesięć lat zanim będzie się musiał uczyć. Lily zamierzała zrobić z dzieciaka geniusza i chociaż Syriusz cenił inteligencję, sądził też, że każde dziecko powinno mieć prawo być dzieckiem zanim zacznie się je wprowadzać w ten nudny świat. Poza tym z takimi rodzicami jak James i Lily, dzieciak miał sprawny umysł w genach.

Przeglądając przecenione towary Syriusz usłyszał kłótnię pomiędzy kobietą i mężczyzną.

- Nawet nie ma mowy, Rab!

- Ale dlaczego? Nie wzlatuje wyżej niż na pół metra. Żaden problem.

- Żaden problem?! - Syriusz usłyszał wściekłe prychnięcie, a w chwilę potem zza rogu wyszła zdenerwowana kobieta. To zaostrzyło ciekawość mężczyzny, więc poszedł w miejsce, z którego przyszła, by zobaczyć o co się kłócili. Kto kłócił się o sprzęt do Quidditcha?

Przy regale kucał mężczyzna, który przyglądał się najniższej półce i mamrotał pod nosem:

- Cholernie nadopiekuńcza, chłopak musi się kiedyś nauczyć.

Kiedy Syriusz zauważył w co wpatrywał się kucający mężczyzna serce mu podskoczyło. Dosłownie, podskoczyło. Szeroki uśmiech wykwitł mu na twarzy. Idealnie. Rogacz będzie zachwycony! A Lily nie aż taka zła.

- Chłopie - odezwał się Syriusz do mężczyzny, który wpatrywał się tęsknie w zabawkową miotełkę. „Od 1 roku do 4 lat. Zawiera Zaklęcie Swobodnego Zwisu." - myślisz, że są w porządku?

Mężczyzna nie podniósł wzroku.

- Tak - mruknął. - Strasznie chcę kupić taką dla syna, bo w przyszłym miesiącu kończy dwa latka. - westchnął. - Ale wiesz, żony. Nie mogą pozwolić, żeby dzieciaki dobrze się bawiły.

- Acha, - odparł Syriusz. - sam nie jestem żonaty. Wszyscy dookoła strasznie się śpieszą do małżeństwa, potem się żenią i już tylko marudzą. Postanowiłem, że lepiej zawczasu dać sobie spokój.

Mężczyzna parsknął śmiechem i wreszcie wstał, nie odrywając jednak wzroku od błyszczących miniaturowych mioteł.

- Mądry z ciebie gość. - odwrócił się i wyciągnął rękę. - Jestem Rab, miło cię po... - przerwał, zakasłał i kontynuował. - Dobrze cię znowu widzieć, Black. - ale jego głos stracił przyjazny ton.

Jego ręka dalej była wyciągnięta, więc Syriusz ujął ją i uścisnął, mówiąc.

- Dobrze cię widzieć, Rab. - w szkole musiał wyciąć temu facetowi jakiś straszny numer. Mężczyzna był od niego trochę starszy, chociaż wyglądał znajomo. Nagle zaskoczyło. Rab... Rabastan... Rabastan Lestrange. Szwagier Bellatrix, możliwie Śmierciożerca... prawdopodobnie Śmierciożerca. Syriusz nie dał nic po sobie poznać. W końcu miał być z powrotem członkiem rodziny. - Ile masz dzieci?

Rabastan widocznie się zdziwił, że Syriusz był dla niego miły.

- Troje. - odparł. - Chłopiec jest najmłodszy, ma dwie starsze siostry.

- Cóż - odparł Syriusz. - Szczęściarz. Chyba kupię taką dla mojego chrześniaka. Jak mówiłem, to jedna z zalet kawalerstwa.

Wziął zapakowaną miotełkę z półki, uśmiechnął się współczująco do Rabastana, poklepał go po ramieniu i poszedł zapłacić.

„Jak straszliwie dziwnie", pomyślał. Oczekiwał, że Rabastan z miejsca rzuci na niego klątwę. Przecież wiadomości o jego powrocie na łono rodziny nie mogły roznieść się tak szybko. Najwyraźniej jednak właśnie tak było, bo kiedy wychodził ze sklepu silna ręka złapała go za ramię.

- Black, czy to prawda? Spotykasz się z Fehrówną?

Syriusz uśmiechnął się szeroko.

- O tak, chłopie. - odparł. - I jest naprawdę śliczna.

- Brat mi powiedział. Jest mężem twojej kuzynki.

- Wiem, Rab - potwierdził Syriusz. - Bellatrix. Muszę powiedzieć, myślisz, że twoja żona to silna sztuka? Postaw się na miejscu brata.

Lestrange roześmiał się.

- Zawsze byłeś zabawnym gościem, Black. - znów wyciągnął rękę. - Powodzenia z ta dziewczyną. - powiedział, a Syriusz ponownie uścisnął jego dłoń.

- Nawzajem. - odparł.

Podczas dalszych zakupów Syriusz chcąc nie chcąc pomyślał, że dobrze by było zaprzyjaźnić się z kimś z rodziny Lestrange. W końcu to oni ukrywali jeden z horkuksów, a Rabastan nie zachowywał się jak kompletny czystokrwisty dupek. Syriusz miał pewność, że w istocie był kompletnym czystokrwistym palantem, ale łatwiej udawało się przyjaźń z takim palantem, który tego nie okazywał.

Godzinę później po raz ostatni sprawdził listę. Udało mu się kupić wszystko. Kiedy składał pergamin na pół, by włożyć go do kieszeni, zauważył coś na drugiej stronie, niewielki bazgroł, a dokładnie, parę rogów, dwa odciski łap i wąsiki.

- Rogaczu... - mruknął z uśmiechem i wyciągnął różdżkę. - Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego. - powiedział cicho, stukając różdżką w pergamin. Pojawiła się notka napisana ręką Jamesa.

Łapo,

Proszę, kup Harry'emu coś fajnego na urodziny. Dzieciak nie przetrwa na prezentach od Lily. I jeśli będziesz miał czas wstąp do Gambola i Japesa po coś dla mnie. Niedługo zwariuję z nudów!

DTV

Rogacz

Syriusz roześmiał się na głos. Stara sztuczka, której nauczyli się w szkole. Ukryte wiadomości miały tysiące zastosowań, ale ukrywanie swojego zdanie przed żoną na jej własnej liście zakupów było całkowicie nowym pomysłem. Odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w górę krętej ulicy. Miał jeszcze pół godziny zanim musiał pokazać się w Ministerstwie, a wzywał go sklep z żartami.


Syriusz był w swoim kąciku w Kwaterze Głównej Aurorów i właśnie z powrotem zakładał obrzydliwie niewygodną szatę, kiedy Frank Longbottom zawołał go przez ściankę boksu.

- O, świetnie, że już jesteś. Moody chce nas widzieć.

- Co zrobiłem tym razem? - spytał Syriusz, próbując poprawić kołnierzyk i ułożenie kaftana bezpieczeństwa.

- Nie mam pojęcia. - odparł Frank. - Ale nie wyglądał na wkurzonego. - wzruszył ramionami. - Dowiemy się.

- Moody nie wyglądał na wkurzonego? Merlinie, Frank. Teraz naprawdę się boję. Jedyną rzeczą, która mogłaby sprawić Alastorowi Moody'emu radość jestem ja w straszliwym, niekończącym się bólu.

- W takim razie po co mu ja? - Frank zbladł. Teraz to Syriusz wzruszył ramionami.

- Może średniowieczna machina tortur, której zamierza na mnie użyć wymaga dwóch różdżek?

Frank zaśmiał się nerwowo.

- Cokolwiek się stanie, Longbottom - powiedział Syriusz, dając sobie spokój z prostowaniem szat. Wyszedł ze swojego boksu i skierował się do gabinetu Moody'ego. - obiecaj, że powiesz wszystkim, że nie krzyczałem.

- Przestań dramatyzować, Black. - warknął przez niedomknięte drzwi Moody. Ku swemu wielkiemu zażenowaniu, Syriusz aż podskoczył z przestrachu. Frank zaśmiał się szczerze, a Syriusz spojrzał na niego wilkiem. - Właźcie, wy dwaj. - kontynuował niecierpliwie Moody.

Zajęli miejsca naprzeciwko niego. Szef Biura Aurorów siedział za ogromnym drewnianym biurkiem i prawie zasłaniała go ogromna sterta pergaminów, a obok nich leżała odczepiona sztuczna noga.

- No dobra. - powiedział strząsając siwe włosy z twarzy, na której czas w taki sam sposób odcisnął swoje piętno. - Mam dla waszej dwójki zadanie i to niezbyt miłe.

- Mówiłeś, że nie jest wkurzony. - syknął Syriusz do Franka, zasłaniając usta dłonią.

- Na twój widok jakoś mi to wraca, Black. - odparł Moody, ściągając wąskie brwi.

Syriusz roześmiał się.

- Wybacz, staruszku. Więc, o co chodzi z tym zadaniem? - spojrzał na złowieszczą górę pergaminu. - Niech zgadnę, to zamówienie na roczny zapas skrzeloziela. Wysyłasz mnie na trwające dwanaście miesięcy całkowite zanurzenie, żebym szukał kryjówek Śmierciożerców na dnie Bałtyku?

Syriusz nie mógł uwierzyć w to co widzi. Moody się uśmiechnął. Tylko na chwilę, ale młody Black był pewien, że się uśmiechnął.

- To by było spełnienie moich marzeń, Black. - burknął Moody. - Ale nie, niestety. Tylko te dwa są dla was. - podał każdemu z młodych aurorów po dwa kawałki pergaminu.

- Irlandia? - spytał Frank, zerknąwszy na swoje.

- Dokładnie. - odparł Moody. - Od miesiąca docierają do nas stamtąd dziwne pogłoski i chcemy się dowiedzieć czegoś więcej. To misja pod przykrywką, więc macie pięć dni na zebranie się. Żadnego kontaktu przychodzącego czy wychodzącego.

- Ale Moody, co z Alicją i Nevillem? Co jeśli coś się stanie? - Frank wyglądał na bardzo zaniepokojonego.

- Dam ci znać, Longbottom. Obaj macie pozwolenie na stworzenie świstoklika w nagłym wypadku, więc jeśli coś pójdzie nie tak możecie wrócić do domu w dziesięć minut. Przypominam ci, Longbottom, - kontynuował Moody - że twoja żona jest wykwalifikowanym aurorem. Wydaje mi się, że da sobie radę, jeśli przez tydzień nie będziesz wracał do domu na obiad.

- Tak, proszę pana. - odparł speszony Frank.

- Więc wyruszacie stąd o dziewiętnastej, dwudziestego ósmego. Wracacie o siedemnastej, czwartego sierpnia. Wszystkie inne szczegóły znajdziecie na tym pergaminie.

Syriusz poczuł jak serce mu się ściska. Przegapi urodziny Harry'ego. No czyż nie wspaniale?


Zasuwając zasłony tego wieczoru Hermiona musiała stłumić krzyk. W ciemności na jej balkonie stał wysoki mężczyzna w ciemnych szatach i z naciągniętym kapturem. Hermiona natychmiast schowała się za ścianę. Uspokoiła oddech. Mężczyzna po prostu tam stał, najwyraźniej oczarowany dość zwyczajnym widokiem.

Drzwi były zamknięte na mugolskie i magiczne sposoby. Do tego umocniła szkło, a na cały pokój rzuciła zaklęcia ochronne. Nikt nie mógł dostać się do środka bez jej pozwolenia. Ale to wcale nie sprawiało, że czuła się bardziej komfortowo.

Mężczyzna dalej się nie poruszył. Słyszała wycie syren karetki pogotowia, która przejechała ulicą pod nimi i wykorzystała tę szansę. Ostro stuknęła różdżką w drzwi i otworzyła zamek. Uchyliła jedno skrzydło i wycelowała różdżkę w plecy mężczyzny. Było tak ciemno, że ledwo go widziała.

- Petrificus Totalus - szepnęła. Padł do tyłu i wylądował z głośnym łupnięciem u stóp dziewczyny.

Wycelowała różdżkę w pierś mężczyzny i w blasku spojrzała na jego twarz.

- Och, na litość boską! - zawołała. - Mówiłam ci już, żebyś nie stał tutaj, kiedy się ciebie nie spodziewam. Przestraszyłeś mnie.

Patrzyły na nią szeroko otwarte, szare oczy Syriusza, a była to jedyna część jego ciała, która mogła się poruszać. Lecz chociaż twarz miał nieruchomą, wściekłość w jego spojrzeniu sprawiała, że Hermiona poważnie się zastanawiała, czy chce go odmrozić. Wyglądał na podirytowanego, a ona dobrze to rozumiała.

- Wybacz. - mruknęła. - Finite.

- Merlinie, za co to? - warknął Syriusz, dłonią macając tył swojej głowy. - Prawie rozwaliłaś mi czaszkę.

- Wybacz. - powtórzyła Hermiona. - Ale serio, Syriuszu, nie możesz tam stać i to jeszcze w kapturze, żebym nie mogła cię rozpoznać i oczekiwać, że nie zareaguję.

- Kto inny mógłby tam stać? Ilu facetów cię tu odwiedza? - teraz w jego głosie pojawiło się rozbawienie. - Ależ to boli. Myślałem, że jestem jedyny. - Hermiona roześmiała się i wyciągnęła rękę, by pomóc mu wstać. - To mi pokaże, jak się kończy randkowanie rozwiązłych Szwajcarek. - powiedział, wstając.

- Tak. – zgodziła się Hermiona, kontynuując żart. - Matka mówi, że nie powinnam niczego wykluczać.

Znów się do niej wyszczerzył, dalej masując to miejsce, w które się uderzył.

- I pomyśleć, że przyszedłem tu, by mnie pocieszono. Masz jeszcze makaroniki? - dodał z nadzieją.

- Mam, ale zjadłeś już wszystkie niebieskie.

- Ten dzień robi się coraz gorszy. - westchnął Syriusz.

- Nastawię wodę na herbatę. - powiedziała Hermiona i poprowadziła go do środka. Syriusz prychnął głośno i padł na kanapę. - Boże, dziś jesteś pełen dramatyzmu, co? - mruknęła z kuchni.

- Też byś była. - jęknął stłumionych głosem. - Spędziłem przerwę na lunch robiąc zakupy dla Lily, a nie ma na świecie człowieka, który miałby nudniejszy gust w sprawie prezentów urodzinowych i musiałem gadać o niczym z kompletnym głupkiem. Potem dostałem rozkazy od Moody'ego i przez najbliższy tydzień będę na misji bez kontaktu ze światem zewnętrznym. A na dodatek, kiedy już przyszedłem tu na herbatę i makaroniki zrozumienia, zaserwowano mi wstrząśnienie mózgu.

Hermiona potrząsnęła głową słuchając tego przedstawienia.

- Nie, oprócz wstrząśnienia mózgu dostaniesz też herbatę i makaroniki zrozumienia. Poza tym, ostrzegałam cię przed czajeniem się na balkonie.

- Nie czaiłem się. - Syriusz znów prychnął. - Myślałem.

Hermiona postawiła tacę z herbatą na stoliku i zabrała Syriuszowi poduszkę, którą zakrył twarz.

- Słucham. - powiedziała, rzucając ją na pusty fotel i nalewając mężczyźnie herbaty. Zmarszczył brwi i usiadł, biorąc z tacy żółte ciasteczko.

- Nie będzie mnie na urodzinach Harry'ego. - mruknął słabo. - Wiem, że tego nie zapamięta, ale naprawdę chciałem tam być.

Hermiona przypomniała sobie list od Lily, który Harry znalazł w sypialni Syriusza na Grimmauld Place.

- Zaprosiła tylko mnie, Lunatyka, Pettigrewa i jedną z sąsiadek. Peter mówi, że nie może przyjść z powodu mamy, ale pewnie będzie masował Voldemortowi stopy czy coś, a Lunatyk będzie na służbie dla Zakonu, a z nikim nie może się zamienić. A teraz ja też nie mogę przyjść. Gówniana sytuacja i tyle.

- No wiem. - powiedziała Hermiona ze zrozumieniem.

- Ale nigdy nie zgadniesz co mu kupiłem. - oznajmił Syriusz, a oczy mu zalśniły.

- Naprawdę? - rzuciła wyzywająco Hermiona zadowolona z siebie Hermiona.

- A co? - Syriusz złapał przynętę. - Myślisz, że jesteś taka cwana?

- Oj tak. Jestem pewna, że dam radę zgadnąć. Powiedziałeś, że Lily chciała mu kupić same nudne prezenty... więc ty pewnie dasz mu coś całkiem innego. - Syriusz przytaknął niechętnie. - I kochasz żarty i psoty... - uśmiechnął się i skinął głową. - Nie... to nie zadziała. - powiedziała Hermiona, udając, że rozważa wszystkie opcje, jednocześnie uderzając palcem, o wargę. - Cóż... z ojcem takim jak James... może zabawkowa miotła wyścigowa?

- Jak do cholery? - zdumiał się Syriusz. - Śledzisz mnie?

- Nie, ale jestem z przyszłości, ciołku. - Hermiona roześmiała się.

- A, racja. - Syriusz skrzywił się. - Poproszę o lżejsze traktowanie. Miałem długi i gówniany dzień.

- Więc gdzie ta misja?

- Irlandia Północna - odparł, upijając łyk herbaty. - Naprawdę nie chcę jechać. Niby tylko ja i Frank, więc będzie spoko, ale cały tydzień? Co jeśli Dumbledore znowu będzie chciał cię gdzieś wysłać? Może ci się coś stać.

- Hej - upomniała go Hermiona. - jeśli dobrze pamiętam, wtedy to ty potrzebowałeś mojej pomocy. A co do misji, to nikt mnie nigdzie nie wyśle. Powiedziałam Dumbledore'owi, że to zbyt ryzykowne. To, że bracia Prewett żyją to jedno, ale powtarzać tego nie będę. To zbyt trudne i zbyt niebezpieczne.

- A, dobra. To w porządku. - dalej był przybity, ale ciągnął. - Nie zanudzisz się na śmierć, co? Znaczy, przez siedem dni nie będziesz miała z nikim kontaktu.

- Zawsze mogę odwiedzić Dumbledore'a. Teraz, w wakacje, ma trochę wolnego czasu.

- Racja. - z jakiegoś powodu wcale go to nie przekonało.

- Więc co to za misja? - spytała Hermiona. Nie martwiła się. Musiał być jakiś powód, dla którego Syriusz nie mógł przyjść na przyjęcie urodzinowe Harry'ego ostatnim razem, więc wiedziała, że wróci szczęśliwie. A w liście, który znalazł Harry Lily nie wspominała, by martwiła się o Syriusza.

- Pod przykrywką. Będziemy udawać mugoli. - Syriusz potrząsnął głową bez zrozumienia. - Komiczne, że wybrał akurat Franka i mnie, przecież obaj dorastaliśmy w czarodziejskim świecie. Ale to Moody, on uważa, że wszyscy wiedzą tyle co on. A potem wszystko się chrzani, bo tak nie jest. Więc tak, mugole przez tydzień. Będziemy próbowali dowiedzieć się co Śmierciożercy tam robią. Moody martwi się, że mogą mieć wtyki w IRA i wykorzystywać je jako przykrywkę do zabijania mugoli.

No dobra, może jednak powinna się martwić.

- Um... IRA? To naprawdę niebezpieczne, Syriuszu. Oni sobie nie żartują. Szczególnie z dwoma wymuskanymi Anglikami.

Syriusz zaśmiał się.

- Tydzień na Eliksirze Wielosokowym i akcentach, kochanie. - powiedział z przyjemnym irlandzkim akcentem.

- Eliksir Wielosokowy? Przez cały czas?

- Ta, zanim skończymy, zdążymy całkiem zapomnieć jak naprawdę wyglądamy. Ostatnim razem byłem tym kurduplem przed trzy tygodnie i kiedy już wróciłem do swojej postaci cały czas waliłem o coś głową. Doprowadzało mnie to do szaleństwa. Aż mi się czaszka wgniotła. - dotknął ręką tyłu swojej głowy. - A nie, to twoja sprawka!

- Powiedziałam, że mi przykro. - powtórzyła Hermiona z krzywym uśmiechem. - Nie podkradaj się do mnie.