Ifi: Bardzo się cieszę, że tak Ci się podoba moje tłumaczenie. Przyznam, że sama nie przepadam za opowiadaniami ze Snapem w roli głównej. No ale zanim nie natknęłam się na to opowiadanie paring Hermiona/Syriusz też mnie raczej dziwił, więc...


14 sierpnia

H.

Masz może ochotę poznać jelenia, ciasto marchewkowe i najlepszego szukającego jakiego widział Hogwart?

Ciasto marchewkowe właśnie zaprosiło nas na obiad. Chcą cię poznać. Podobno pewien nasz paranoiczny przyjaciel sporo o tobie opowiadał i teraz są zazdrośni.

Jeśli chcesz iść bądź gotowa o zwykłej porze.

DTV

Twój,

Pan Ogden

- Nie będzie odpowiedzi. - Hermiona poinformowała Zoffa, który przyglądał jej się, jednocześnie próbując zbliżyć się na tyle blisko, by móc ją dziobnąć. Zahukał raz i natychmiast odleciał.

Szykując się na spotkanie z Potterami, Hermiona miała duszę na ramieniu. Bardzo chciała zrobić dobre pierwsze wrażenie. Wydawało jej się, że dzisiaj zostanie oceniona jako potencjalna przyjaciółka ich syna, choć było to oczywiście całkowicie niedorzeczne. Martwiła ją myśl, że mogłaby się z nimi nie dogadać, bo wtedy nie chcieliby, by przyjaźniła się z Harrym, a on przecież tyle dla niej znaczył. Był najdzielniejszym, najbardziej lojalnym choć i najbardziej upartym człowiekiem jakiego znała, więc brak aprobaty na jakimkolwiek poziomie bardzo by jej przeszkadzał.

Hermiona zastanawiała się jak bardzo zmieni się osobowość Harry'ego, jeśli wychowają go ludzie, którzy go kochają. Nie podejrzewała, by jego dobre cechy miały stać się mniej widocznie, ale może w siebie uwierzy, bo przecież niemożliwe, by stracił talent do pakowania się w kłopoty czy wyrażania opinii. Wpływ Jamesa pomoże raczej kultywować te buntownicze zapędy. Chociaż jeśli wściekła Lily była tak przerażająca jak twierdzili Remus, Syriusz, a nawet sam Dumbledore, to może na Harry'ego bardziej przemówi groźba wysłania pisma do rodziców.

„Cóż", pomyślała Hermiona „przecież tym razem nie będziemy musieli wymykać się w środku nocy na spotkanie z trzygłowym psem i nie będziemy dostawać szlabanów za przylecenie do szkoły magicznym autem." Powód tych wydarzeń zostanie wyeliminowany. Przez nią.

Zasmuciła się na chwilę, bo zdała sobie sprawę, że ominą ją te wszystkie szalone przygody.

Syriusz przybył o tej samej porze co zwykle, czyli tuż po szóstej. Usłyszała, jak puka w szybę.

- Pomocna Poppy Pomfrey pielęgnuje poparzonych pacjentów. – rzuciła Hermiona, odsunąwszy zasłonę.

Syriusz uśmiechał się od ucha do ucha.

- Filch filuternie filtruje fachowe efekty fermentacji. - zaśmiał się z uznaniem.

- No dobra. - oznajmiła Hermiona otwierając drzwi. - Używamy tego sposobu, bo jest szybki, ale twoje zdania stają się odrobinę kuriozalne.

Syriusz tylko się roześmiał i radośnie wkroczył do pokoju.

- To chcesz iść, czy nie? - spytał entuzjastycznie. - Naprawdę powinnaś. Lily jest świetną kucharką, naprawdę wspaniałą. No i zobaczyłabyś Harry'ego, będzie już taki duży. I mogłabyś poznać Rogacza, jest odlotowy i...

- Dobra, dobra, zwolnij. Jakim cudem jesteś taki podniecony? - spytała Hermiona, zastanawiając się czy w międzyczasie nie trafiono go zaklęciem rozweselającym.

Syriusz wzruszył ramionami, a radosny uśmiech ani na chwilę nie zniknął z jego twarzy.

- Nie mam pojęcia. Wieki ich nie widziałem, jakieś sześć tygodni! Nie mogę się doczekać. Lily mówiła, że Harry już chodzi, więc będzie super. I chcę zobaczyć jak lata na swojej miotełce, bo Rogacz twierdzi, że ma wrodzony talent.

Hermiona prawie się cofnęła. Syriusz kołysał się w przód i w tył. Pięty, palce, pięty, palce. Oczy mu błyszczały, ciemnie włosy tańczyły dookoła głowy. Jeszcze nigdy nie widziała go takiego szczęśliwego i to ją obezwładniło. Wyglądał znacznie młodziej, jak nastolatek. Żadnego stresu i śladów lęku. Tylko zwyczajna, staromodna radość.

- Oczywiście, że chcę iść. - zapewniła. - Wychodzimy od razu?

- Acha. - potwierdził natychmiast. - Mogę tu zostawić moje szaty? Nie chce mi się wracać do domu, żeby je podrzucić.

- Pewnie. - zgodziła się Hermiona i poszła po wieszak. Po powrocie powitał ją obraz Syriusza, który najwyraźniej utknął. Jego głowa, ramiona i nadgarstki były zaplątane w drapiącą szatę z Ministerstwa, a brzuch odsłonięty, bo t-shirt podciągnął mu się aż po pachy.

- Słynny auror i Huncwot Syriusz Black uduszony przez własne szaty. - zaśmiała się Hermiona. - To prawie dorównuje śmierci z powodu zasłony, wiesz? Ja tu próbuję zapobiec żenującym zgonom.

- Cicho bądź. - mruknął z odmętów materiału Syriusz, ale jasne było, że się śmieje. Jeszcze raz silnie pociągnął i wreszcie się uwolnił.

Hermiona zagapiła się na jego nagą klatkę piersiową i pożałowała, że w ogóle nosił koszulki. Raptem zamrugała i natychmiast odwróciła wzrok, schylając się, by podnieść leżący na podłodze t-shirt i szatę. Próbując ukryć fakt, że przed chwilą bezczelnie się na niego gapiła, rzuciła mu koszulkę i zabrała się za rozplątywanie zmiętej w kulę szaty.

- O rany, Syriuszu! - zawołała, dalej na niego nie patrząc. - Jak ci się udało doprowadzić ją do takiego stanu?

- To zimowe. - wyjaśnił. - Są jeszcze gorsze niż letnie. Zapomniałem, że rękawy zapinają się po wewnętrznej stronie na guziki. Próbowałem ściągnąć ją przez głowę, ale ręce mi utkwiły.

Hermiona znów się roześmiała, a nagły atak gorączki zmysłów całkiem jej minął.

- Czemu miałeś na sobie zimową szatę? Przecież mamy sierpień, jest ciepło!

- Obie letnie są brudne. - odparł wzruszając ramionami.

- Naprawdę, Syriuszu - mruknęła Hermiona, walcząc z chęcią wywrócenia oczami. - czasami zastanawiam się jak udaje ci się wyżywić.

- Um... nie udaje. - wyszczerzył do niej zęby. - Jadam w pubach, z tobą, albo u Jamesa i Lily. W pracy kupuję lunch, a płatki śniadaniowe nie liczą się jako wyżywienie. Umiem zrobić kawę i herbatę, a nic więcej facetowi nie potrzeba.

- Też prawda. - odparła. - To co, chyba chciałeś już iść? - powiesiła wieszak z rozprostowaną szatą na drzwiach do łazienki, wzięła ze stołu torebkę i razem z Syriuszem poszli na balkon, żeby się deportować.

Kiedy aportowali się na zewnątrz domku w Dolinie Godryka, Hermiona ze zdumieniem zauważyła, że nie przytłoczyły jej wspomnienia z tamtej strasznej Wigilii, kiedy odwiedziła to miejsce z Harrym. Budynek wyglądał całkiem inaczej. Urokliwy i niezniszczony, z kwiatami w oknach i wypielęgnowanym ogródkiem, wcale nie przypominał poczerniałej ruiny, z jej wspomnień. Syriusz otworzył przed nią skrzypiącą furtkę i razem podeszli do drzwi frontowych. Mężczyzna uśmiechnął się do niej szeroko, a potem zapukał, a na jego twarzy odmalowała się dziecięca radość.

- Kto tam? - zapytał poważny głos, który dwa tygodnie wcześniej słyszała z ust świetlistego jelenia.

- Łapa i żeńska wersja Lunatyka. - odparł takim samym tonem Syriusz, a Hermiona spojrzała na niego unosząc brwi. - No przecież nie wymienię twojego prawdziwego imienia. - wzruszył ramionami mężczyzna. - Mógł się podszywać.

Powaga zniknęła i z drugiej strony drzwi dobiegł ich cichy śmiech.

- Kto ukradł składniki Eliksiru powodującego kurczenie się i dostał szlaban na drugim roku?

- Acha, podchwytliwe pytanie. Jeśli chodzi o kradzież, to Lunatyk. - odparł Syriusz. - Ale szlaban dostałeś ty, bo trzy dni później Ślimak przyłapał cię na wyrzucaniu pustej butelki po soku z pijawek.

- Dobrze. - przyznał James. - Chociaż szlabany ze Ślimakiem nie były takie złe. Słuchanie jak gada i przepisywanie linijek.

- W porządku. - odparł przez drzwi Syriusz. - Gdzie zabrałeś Lily, kiedy po raz pierwszy zgodziła się pójść z tobą na randkę?

- Kopiujesz moje podchwytliwe pytania, co? - zaśmiał się James. - Nigdzie. Wystawiła mnie. Mieliśmy iść do Hogsmeade, ale się nie pojawiła. Twierdziła, że to przez obowiązki Prefekta Naczelnego, ale ja wiem, że to bzdury, bo sam też je miałem.

Syriusz zaśmiał się. Drzwi stanęły otworem, a Hermiona i Syriusz szybko przekroczyli próg.

James Potter zamknął je za nimi, a potem z siłą, która mogła łamać kości przytulił swojego najlepszego przyjaciela. Hermiona nie mogła oderwać od nich wzroku, kiedy tak walili się nawzajem w plecy, śmiali się i dogryzali sobie. Stał przed nią Harry. Harry, którego widziała zaledwie trzy miesiące wcześniej. Jego oczy miały inny kolor, a włosy były odrobinę dłuższe, ale gdy on i Syriusz wreszcie się puścili to Harry uśmiechał się do niej tym swoim uśmiechem.

- Ty musisz być Hermiona. - odezwał się James ściskając jej rękę. - Miło cię poznać. Lunatyk bardzo dużo o tobie opowiada, nie to co ten kretyn tutaj.

- Tak - potwierdziła Hermiona, próbując się skupić. - Ciebie też miło poznać, James. Ten kretyn - spojrzała na Syriusza. - może i o mnie nie opowiada, ale o tobie mówi cały czas. Od Remusa też sporo słyszałam. Co za barwna znajomość.

- A Pete? - spytał James. - Poznałaś go już? Jego mama jest chora, więc ostatnimi czasy prawie nie wychodzi z domu, ale jest spoko. Któregoś wieczora musimy spotkać się wszyscy razem.

Hermiona zerknęła na Syriusza, który zbladł.

- Nie, jeszcze go nie poznałam. - odparła, przełykając obrzydliwy posmak w ustach. – Ale z opowieści to uroczy człowiek.

James uśmiechnął się.

- Chodź, poznaj Lily. Zaraz będzie obiad. - zaprosił.

Idąc za panami wąskim korytarzem w stronę kuchni, Hermiona czuła narastające zdenerwowanie. Nagle na wysokości jej kolan przemknęła czarno-biała błyskawica.

- Co do...

- To Klepka - wyjaśnił Syriusz, a Hermiona obróciła się i dostrzegła czarno-białego kota wspinającego się po schodach obok nich.

- Co ją tak rozdrażniło? - spytała, zdumiona dziwnie niespokojnym zachowaniem zwierzęcia.

- Nic, ona ma tak zawsze. Dlatego James nazwał ją Klepką, bo ta cholerna kotka zgubiła piątą.

- Acha. - mruknęła Hermiona. Próbowała się roześmiać, ale obawa przed spotkaniem z Lily i Harrym jej w tym przeszkodziła.

- Lily - odezwał się James, kiedy weszli do kuchni. - to jest Hermiona.

Lily odwróciła się do nich od deski, na której kroiła pomidory. Uśmiechała się szeroko, a na jej przyjaznej twarzy lśniły radośnie zielone oczy Harry'ego.

- Cudownie cię poznać, Hermiono. - powiedziała, spiesząc w jej stronę z ogromnym nożem w dłoni. Hermiona zerknęła na niego z rezerwą, co Lily musiała zauważyć, bo odłożyła go na stół i dopiero potem przytuliła drugą kobietę i pocałowała ją w policzek. - Strasznie się cieszę, że przyszłaś. Remus twierdzi, że jesteś mądrzejsza od niego, jest pod ogromnym wrażeniem. To musi być okropne, cały czas chodzić do Blacków. Jak sobie z tym radzisz? I z nim? - spojrzała na Syriusza. Mężczyzna trzymał na rękach potargane dziecko ze zdjęcia, które kiedyś przyniósł Hermionie. Posłał Lily spojrzenie pełne udawanego bólu.

Hermiona nie odpowiedziała od razu, przytłoczona tą ilością pytań i widokiem swojego najlepszego przyjaciela w pieluszce, śmiejącego się radośnie podczas udawania samolotu.

- Um... miło cię poznać, Lily. - przeniosła spojrzenie z wesołego dziecka na jego matkę. - Prawdę powiedziawszy to jestem w niewielkim szoku. Biorąc pod uwagę jak Remus i Syriusz o tobie opowiadają trochę się bałam. Nawet Dumbledore ostrzegał mnie przed podpadnięciem ci. Nieustraszona wojowniczka, tak cię nazywają. - Hermiona uśmiechnęła się do ładnej rudowłosej kobiety. Lily zachichotała.

- Nie masz się czego bać. Zachowuję te umiejętności na utrzymywanie tych facetów w ryzach.

- Dobrze wiedzieć. – odparła ze śmiechem Hermiona.

Syriusz i James rozmawiali cicho po drugiej stronie pokoju. Harry, dalej trzymany przez Syriusza, ciągnął na ich koszule, próbując zwrócić na siebie uwagę. Hermiona zdążyła jeszcze usłyszeć, jak Syriusz mówi: „Bracie, to nic. Nie przejmuj się tym." zanim Lily się odezwała.

- O czym tam plotkujecie?

- O niczym, Liluniu. - zapewnił natychmiast James. - Hermiono, poznaj mojego syna, najnowszego szukającego Anglii. - przedstawił z dumą.

Gdy do nich dołączyła, Syriusz podał jej Harry'ego, a Lily wróciła do krojenia. Hermiona poczuła na sobie spojrzenie dziecka. Jego twarzyczka była porażająco znajoma, choć od razu rzucał się w oczy brak blizny na jego czole. Wybełkotał coś, kiedy Hermiona dotknęła miejsca, gdzie mogła się znaleźć błyskawica, a jego pulchne rączki sięgnęły do jej dłoni. Miał kilka ostrych ząbków, które dostrzegła, kiedy wydawał z siebie radosne odgłosy, całkowicie pochłonięty wspaniałą zabawą polegającą na odpychaniu jej ręki.

Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że w kącikach jej oczu zbierały się łzy. Potrząsnęła głową i zamrugała raptownie, by się ich pozbyć. Nie mogła dopuścić do tego, by Potterowie stwierdzili, że była zbyt dziwna, a płakanie nad ich dzieckiem na pewno doprowadziłoby ich do takiego wniosku.

- Możesz go postawić, jeśli tylko będziesz trzymała go za ręce. - oznajmił James. - Uwielbia chodzić, mógłby to robić godzinami. I dobrze, bo zrobił się dość ciężki.

Więc Hermiona stała i trzymała Harry'ego za rączki, podczas gdy on stawiał niepewne kroki. Lily potrząsała ogromną miską sałaty, Syriusz zastawiał stół, a James kroił pieczonego kurczaka, którego wyjął z piekarnika. Myśli Hermiony krążyły wokół tego, ile Harry stracił przez brak tej małej, ale prawdziwej, kochającej rodziny. Rozumiała już czemu Syriusz zrobiłby dla tych ludzi wszystko. Z jego twarzy ani na chwilę nie znikał uśmiech. Sortował właśnie sztućce i żartował z Jamesem na temat ich rozmiaru, zwracając uwagę na rozmiar wielkiego noża, który dzierżył jego przyjaciel i mrucząc coś o kompensowaniu sobie braków.

Komentarz ten sprawił, że James wyciągnął z rękawa różdżkę i posłał sztućce prosto w głowę Syriusza. Black też już miał różdżkę w dłoni, ale to Lily zareagowała. Wydać by się mogło, że bez zastanowienia mruknęła „Finite" i „Impedimenta".

Zarówno jej mąż jak i jego najlepszy przyjaciel zamarli w bezruchu. Lily nawet nie mrugnęła, tylko postawiła sałatkę na stole, zebrała noże i widelce z powietrza dookoła twarzy Syriusza i umieściła je na odpowiednich miejscach przy każdym nakryciu. Potem odebrała z nieruchomych rąk Jamesa kurczaka i umieściła go obok sałatki. Dopiero wtedy spojrzała na Hermionę, która również się nie ruszała, ale z powodu fascynacji, a nie magii.

- Hermiono, mogłabyś posadzić Harry'ego na jego krzesełku? - poprosiła pogodnie, całkiem jakby nie wydarzyło się nic dziwnego. - Za chwilę odzyskają zdolność ruchu, więc lepiej sobie nałożyć zanim te wygłodniałe bestie dorwą się do stołu.

Hermiona roześmiała się, wzięła Harry'ego pod pachy i umieściła go we wskazanym miejscu. Wyrzucał nóżki do przodu i patrzył spode łba, całkiem jakby przerażała go konieczność siedzenia jak dziecko, skoro był już chodzącym dorosłym. Nie popłakał się jednak, siedział tylko zirytowany faktem, że nie traktuje się go poważnie.

Dziewczyna zajęła swojej miejsce, a Lily nałożyła im obu. Właśnie zaczynały jeść, kiedy dwaj unieruchomieni mężczyźni powrócili do normalnego stanu. Obaj przybrali posępne miny ludzi, których skarcono w najokrutniejszy sposób i zasiedli przy stole.

Patrząc na nich, Hermiona ledwo powstrzymywała się przed ryknięciem śmiechem, ale kiedy Syriusz śmiertelnie poważnie oznajmił Harry'emu: „Bracie, nie wiem jak ci się udaje robić to bezkarnie." dłużej nie mogła już tego tłumić. Lily także chichotała ukrywszy twarz za serwetką, ale James i Syriusz tylko wbili w kobiety spojrzenia, a na ich twarz odbił się wyraz niedowierzania, że nie doceniono ogromu ich cierpienia.


- I co? Są tacy, jak sobie wyobrażałaś? - spytał Syriusz, kiedy czekali aż woda się zagotuje. Właśnie wrócili z obiadu u Potterów i Syriusz opierał się o wyspę kuchenną obok Hermiony, która wyciągała filiżanki z szafki nad zlewem.

- Dokładnie tacy. - odparła. - James wygląda identycznie jak Harry. To strasznie dziwne, bo musze sobie powtarzać, że to kto inny. Lily jest wspaniała, już rozumiem czemu wszyscy tak ją cenią.

- O tak. - westchnął z zadowoleniem Syriusz. Czajnik zagwizdał. - Miałem nadzieje, że ucieszysz się ze spotkania z ludźmi, których ratujesz.

Hermionę nieco wybił z rytmu ten komentarz. Nie cofnęła się w czasie, by kogoś uratować, przybyła tu, by zniszczyć Voldemorta. To był jej główny cel. To, że Lily i James przeżyją dzięki korzystnemu ułożeniu dat, to tylko szczęśliwy zbieg okoliczności.

- Cieszę się. - powiedziała mimo to. Nie było sensu wspominać o tym ponurym fakcie. - Dziękuję. I miałeś rację. Lily naprawdę świetnie gotuje.

- Merlinie, wiem. - zgodził się. - Zawsze po obiedzie u niej mam ochotę na drzemkę. - ziewnął i przeciągnął się, a Hermiona zabrała pełny dzbanek z herbatą do salonu.

- To o czym tak szeptaliście z Jamesem? - spytała, kiedy zajął miejsce na kanapie. - Słyszałam, jak tuż po przyjściu mówiłeś mu, żeby o coś się nie martwił.

- O, to było chore. - odparł Syriusz, nalewając sobie herbaty. - Spytał mnie, czy dalej ufam Lunatykowi. Mówił, że ostatnio Remus odrzucał zaproszenia na obiady i w ogóle. Powiedziałem mu, że oczywiście, że ufam. Rogacz martwi się, że wataha coś mu zrobiła.

- Tak, - potwierdziła Hermiona. - to pewnie dlatego poprzednim razem nie powiedzieliście mu o zmianie Strażnika. Wiedziałam, że ty i James go podejrzewaliście, ale nie miałam pojęcia, dlaczego. Rany, to takie okropne co ta wojna robi z ludźmi.

- No jasne. - zgodził się Syriusz. - Dziwne, żałuję czegoś czego nigdy nie zrobiłem. Lunatyk nigdy nie dołączyłby do watahy, a gdyby nie miał innego wyboru, całkiem by się od nas odciął. Bez względu na to co by na niego mieli, próbowałby nas przed tym chronić.

Hermiona przypomniała sobie jak podczas drugiej wojny Dumbledore wysłał Remusa na dokładnie taką misję i jak bardzo Remus tego nienawidził. Boże, musiało im się udać.

- Co myślisz o skarbcu? - spytała, skupiając się na jedynym sposobie, by zapobiec problemom Remusa. - Sądzisz, że matka niedługo da ci do niego dostęp? Do października zostało nam już tylko sześć tygodni z kawałkiem i zaczynam się denerwować.

- Wydaje mi się, że tak. - mruknął. - Ale nawet jeśli to zrobi będę musiał kilka razy wybrać się do Gringotta, zanim zaatakuję. Wiesz, żeby to było coś normalnego. Tak właściwie, to już o tym myślałem. - powiedział, skopując buty i podciągając nogi na kanapę, by się na niej wyciągnąć z dłońmi pod głową.

- Miałem taki pomysł, że jak Matka czy Dziadek dadzą mi dostęp mogę zaproponować, że pójdę na cotygodniową wizytę. Parę razy mogę nawet towarzyszyć Dziadkowi. Potem poproszę, czy nie mógłbym wziąć czegoś dla ciebie ze skarbca. Leży tam strasznie dużo biżuterii i innych rzeczy, więc to zupełnie zrozumiałe, a Matka ucieszy się na myśl, że urocza panna Fehr nosi pamiątkę rodu Blacków. Odchylił głowę na poduszce, by spojrzeć na nią siedzącą w fotelu ze swojej pozycji do góry nogami i puścił jej oko. - A wtedy będziesz mogła pójść ze mną, żeby coś wybrać, a po drodze radośnie rzucisz sobie Imperiusa na jakiegoś goblina. - dodał, śmiejąc się krótko.

- Nie wydaje ci się, że pomyślą, że próbujesz dorwać się do ich złota? - spytała z niepokojem Hermiona.

- To rodzinne złoto. - odparł bez zastanowienia Syriusz. - Jestem członkiem rodziny.

- Wiesz co mam na myśli. - odparła Hermiona, kręcąc głową.

- Nie, wierzą mi. - zapewnił poważnie. - No, przynajmniej Dziadek i Matka. Zapomniałem ci powiedzieć, że sama dała mi jedną pamiątkę rodzinną.

- Naprawdę? - zdziwiła się Hermiona. - Kiedy?

- W noc pokerową. - uciął temat Syriusz.

- No... to co to jest? - zachęciła, zastanawiając się po co o tym wspomniał, skoro nie zamierzał podzielić się szczegółami.

- Pierścionek zaręczynowy Babci Irmy. - wymamrotał, patrząc w sufit.

- Rany boskie, - westchnęła Hermiona. - niech zgadnę, masz mi go dać? Twoja matka jest natarczywa.

Ze swojej horyzontalnej pozycji, Syriusz przytaknął.

- O tak.

Hermiona znów myślała o skarbcu. Gdyby Syriusz się zaręczył z pewnością uwierzyliby, że można mu ufać jako dziedzicowi. Musiałby przecież zadbać o przyszłość dzieci i założyć dla nich konta. A dzieci Hermiony Fehr potrzebowały czegoś więcej niż tylko aurorska pensja. Może to właśnie był najlepszy sposób na dostanie się do skarbca?

Syriusz milczał rozciągnięty na kanapie, a oczy miał zamknięte. Hermiona zdała sobie sprawę, że pewnie myślał o tym samym co ona.

- Sądzisz, że powinniśmy się zaręczyć? - spytała raptownie. - Znaczy, czy uważasz, że wtedy szybciej wpuściliby cię do skarbca?

Nie poruszył się, ani nawet nie otworzył oczu, ale po pewnym czasie odparł:

- Nie sądzę. Powiedziałem Matce, że to za wcześnie, gdybym nagle zmienił zdanie mogłaby zacząć coś podejrzewać. Nie, jutro odwiedzę Dziadka. Co poniedziałek chodzi do Gringotta, więc jeśli wspomnę, że chciałbym więcej im pomagać, może poprosi, by się tam z nim wybrał podczas lunchu, czy coś.

- A, no dobrze. - odparła Hermiona. - A tak na marginesie to twój plan brzmi świetnie. Wolałabym nie używać Eliksiru Wielosokowego, jeśli da się tego jakoś uniknąć.

Zerknęła na zegarek. Dochodziła prawie północ. Nie zapowiadało się, żeby Syriusz wybierał się do domu. Wzięła książkę ze stosu leżącego na drugim fotelu. Nie chciała być niegrzeczna i go wypraszać, a przecież nie zamierzała zrywać się wcześnie rano w sobotni poranek. Było mu chyba dość wygodnie, kiedy tak leżał na kanapie z zamkniętymi oczami, więc czemu miałaby go wyrzucać? I tak zamierzała posiedzieć jeszcze z godzinkę i poczytać.

Pół godziny później Syriusz już spał. Hermiona pozwoliła mu na to, myśląc, że pewnie wkrótce się obudzi i wtedy będzie mogła za nim zamknąć. Tak się jednak nie stało.

W pół do drugiej zdecydowała, że pozwoli mu spać na kanapie. Jej zaklęcia ochronne więziły go w pokoju, ale gdyby się obudził (zapewne obolały, bo tej kanapy nie zaprojektowano do spania) i chciał wyjść, zawsze mógł ją obudzić, żeby go wypuściła.

„Rany boskie, całkiem jakbym miała psa" pomyślała, kładąc się do łóżka. Ironia sprawiła, że zachichotała.


Budząc się następnego poranka Hermiona zauważyła, że było jej za gorąco. Kołdra oplatała ją trochę za ciasno. Sennie dziewczyna spróbowała się wyplątać, ale napotkała sprzeciwiający się temu ciężar. Pospiesznie otworzyła oczy i sięgnęła po różdżkę. Przykrycie tak ją krępowało, że ledwo mogła się poruszyć. Odwróciła głowę i z ulgą, ale i zdumieniem zauważyła, że ciężarem tym był Syriusz. Leżał na kołdrze pogrążony we śnie, dość blisko niej mimo rozmiaru łóżka. Jego głowa spoczywała na poduszce obok jej własnej. Chrapał cicho.

W półśnie szturchnęła go w ramię, bo tylko tam mogła dosięgnąć swoimi zaplątanymi w kołdrę rękami. Próbowała zmusić go, żeby się posunął i pozwolił jej poluźnić zrobiony z kołdry kaftan bezpieczeństwa. W jakiś sposób utknęła na końcu kołdry, a ponieważ Syriusz leżał po jej drugiej stronie, nie mogła się poruszyć.

- Co? - wymamrotał nieprzytomnie.

- Przewróć się. - mruknęła, znów go szturchając. - Jestem w potrzasku.

Na dźwięk jej głosu mężczyzna otworzył oczy. Leżeli twarzą w twarz, a jego mina, kiedy ją zobaczył zaplątaną aż po uszy w puchową kołdrę była dość zabawna, mimo że Hermiona patrzyła na niego ze swego więzienia. Zaspane oczy otworzyły się szeroko i przez chwilę wydawał się całkowicie otumaniony.

- Um... dzień dobry? - odezwał się.

- Jestem w potrzasku. - prychnęła niecierpliwie Hermiona. - Przewróć się. Udało jej się wyplątać jedną nogę aż po kolano i kopnąć go w goleń przez fałdy pościeli.

- Auć - jęknął, przewracając się na plecy, by złapać się za ranną kończynę. - Jak widzę nie jesteś rannym ptaszkiem. - przesunął się na tyle, by mogła uwolnić ramiona.

- Nie mam problemu z porankami. - odparła. - To bycie przetrzymywaną jako zakładnik we własnym łóżku mi przeszkadza. A tak właściwie, to co tutaj robisz? Czemu mnie nie obudziłeś? Zawsze możesz iść się przespać w domu.

- Szczerze powiedziawszy - odparł, wpełzając pod kołdrę i układając się wygodnie. - to nie pamiętam nawet jak tu przyszedłem. - ziewnął i na powrót zamknął oczy.

- Co robisz?

- A na co to wygląda? - spytał, uchylając jedno oko, by na nią spojrzeć. - Śpię. Dziś pełnia, muszę być wypoczęty. Rogacz nie może przyjść. - jęknął. - Jest stanowczo za wcześnie na bycie przytomnym w sobotni poranek.

Hermiona popatrzyła na niego. Mówił poważnie. Uwolniła się już z pułapki, więc mogła wstać. Spojrzała na zegarek stojący na stoliku przy łóżku. Dziesięć po szóstej. A może jednak zostanie? Zdecydowała, że nie warto się kłócić, przewróciła się na drugi bok i poszła spać.


Od tłumacza: Z ciekawostek, które wynikły przy tłumaczeniu. Ten rozdział sprawił mi więcej kłopotów niż można by się spodziewać, a to przez swój tytuł. W oryginale brzmi on „A Seeker, A Stag and The Gingerbread Man". Mogło by się wydawać, że to proste, a jednak… Seeker i Stag nie sprawiły problemów, ale Gingerbreadman… cóż, mnie kojarzył się tylko i wyłącznie z ludzikiem z piernika, co sprawiało, że zupełnie nie zrozumiałam dowcipu ukrytego w tytule. Dopiero tłumacząc list Syriusza zorientowałam się, że imię to odnosi się do Lily, a ginger jest tu użyte w znaczeniu imbir i rudy jednocześnie. Stąd konieczność zupełnego odcięcia się od oryginału i znalezienia innego smakołyku, który nam Polakom kojarzyłby się z rudymi włosami pani Potter.