Cat: Wow, aż się rumienię, wielkie dzięki za tak miłe słowa. No i za życzenia weny, bo chociaż to tłumaczenie jest właściwie ukończone (z wyjątkiem korekty, trzeba pamiętać o korekcie) to zawsze są jakieś projekty, nad którymi można pracować.

Od tłumacza: Swoją drogą nawet sobie nie wyobrażacie jak wielką miałam ochotę zostawić oryginalny tytuł czyli Carry on. I dodać my wayward son...

Tak z innej beczki, biorąc pod uwagę, że w przyszłą niedzielę jest Wigilia Bożego Narodzenia i nie będę miała głowy zajmować się internetem, postanowiłam, że kolejny rozdział opublikuje 23 grudnia (sobota) wieczorem. Do usłyszenia!


28 sierpnia

Dwa tygodnie po spotkaniu z Potterami coś zakłóciło rutynę Hermiony. Od samego początku nie miała zbyt wiele do roboty, ale teraz mierzyła się z samotnością prawie tak często jak na początku miesiąca, kiedy Syriusz wyjechał.

Syriusz z kolei wszedł w drugą skrajność. Pracował na pełnych obrotach, a wieczorami odwiedzał nie Hermionę, lecz Grimmauld Place. Jego dziadek przyjął ofertę pomocy i teraz zapoznawał go z przeróżnymi finansowymi obowiązkami jakie ciążyły na dziedzicu potężnego, bogatego rodu. W ostatni poniedziałek Syriusz po raz pierwszy dołączył do Polluxa podczas wyprawy do banku i ujawnił długo skrywany talent do księgowości i kontrolowania wszystkich darowizn i inwestycji rodzinnych.

Hermiona cieszyła się, że infiltracja przebiegała pomyślnie, bo czas powoli im się kończył i do Nocy Duchów zostały już tylko dwa miesiące. Była przekonana, że obwód jej zegara znacznie się zwiększył przez ostatni miesiąc, ale może powodem tego była ta przeraźliwa cisza wynikająca z braku hałaśliwej obecności Syriusza Blacka. Prawie każdego wieczora pojawił się, żeby powiedzieć 'Cześć' i złożyć jej raport z ostatnich wydarzeń, ale zawsze było już tak późno, że zasypiał na kanapie po pół godzinie rozmowy. Hermiona siadywała w fotelu obok niego i czytała, wmawiając sobie, że tylko drzemał i z pewnością obudzi się na czas, by zdążyła go wypuścić zanim sama pójdzie spać.

Nie miała pojęcia czemu dalej to robiła, bo przecież przez dwa ostatnie tygodnie przekonała się, że Syriusz nie ucinał sobie drzemek. Jeśli zasypiał to już na dobre. Więc zostawiała go tam gdzie leżał z długimi członkami dziwnie podkurczonymi na za krótkiej kanapie, a o poranku znajdowała go obok siebie w ogromnym hotelowym łóżku. Ten dziwny nawyk na początku ją martwił, ale po dwóch tygodniach zaczął dodawać jej otuchy. Przypominali małżeństwo, które rzadko rozmawia, ale utrzymuje związek przy życiu tym małym aktem spania w tym samym łóżku.

Zaproponowała, że nauczy go zaklęcia chroniącego pokój, by mógł wyjść nie prosząc jej o wypuszczenie go, ale odmówił, twierdząc, że woli zachować te kolejną barierę ochronną. Gdyby został złapany i użyto na nim Veritaserum, wrogowie mogliby dostać się do niej. Te ich głupawe wyrażenia pozwalały sprawdzić, czy to naprawdę on zanim Hermiona go wpuściła.

Przez ostatnie dwa tygodnie spędzała całe dnie i wieczory sama, a tykający wciąż zegar grał jej na nerwach. Zegar, którego bicie brzmiało podejrzanie jak czara... czara... czara. Nic więc dziwnego, że Hermiona ucieszyła się słysząc odgłos pukania w piątkowe popołudnie. Pospieszyła do drzwi i ze zdumieniem zobaczyła Remusa Lupina opierającego się ciężko o framugę po drugiej stronie. Jedno oko miał podbite do tego stopnia, że nie mógł go otworzyć, a otaczał go imponujący siniak. Cała reszta też nie wyglądała najlepiej.

- R-Remus? - wydusiła.

Obdarzył ją czymś co miało być szerokim uśmiechem, ale sprawiło mu zbyt wiele bólu i w połowie zamieniło się w grymas. Przeszukała umysł w poszukiwaniu dobrego pytania.

- Um... co ty i twoi trzej przyjaciele stworzyliście, żeby ułatwić sobie łamanie zasad w Hogwarcie?

Znów spróbował uśmiechu i znów mu się nie udało.

- Pewnie chodzi ci o mapę, Mapę Huncwotów. Hasło do niej to 'Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego'. - odparł. Hermiona przytaknęła i poczekała aż on o coś zapyta. - Jakie pytanie zadał mi Łapa za pierwszym razem, kiedy mnie odwiedziliście? - wyglądało na to, że przez opuchliznę z trudem wymawiał słowa.

O Boże, nie pamiętała... Chodziło o coś związanego z Filchem... I wtedy sobie przypomniała.

- Pytał kogo wolałbyś przelecieć zamiast pójścia na kolejną lekcję wróżbiarstwa. - Hermiona szybko otworzyła drzwi i na tym samym wdechu spytała. - Co się stało, Remusie? Wszystko w porządku? Dlaczego jesteś ranny... czy Syriusz...?

Niepokoiło ją to, że Remus przyszedł do niej bez wcześniejszej zapowiedzi i jeszcze ranny. Przecież gdyby Syriuszowi nic się nie stało, odwiedziliby ją obaj.

- Jest cały i zdrowy, a i mnie nic nie jest, to tylko podbite oko. - to z całą pewnością było coś więcej niż tylko podbite oko, siniak zajmował pół jego twarzy. Mimo to Hermiona nie zakwestionowała użytego sformułowania. - Chciałem wcześniej ci powiedzieć, ale mnie zatrzymano, wczorajszej nocy zginął Gideon Prewett. Miałem służbę z nim, Fabianem i Dedalusem przy Forte de Sang, obserwujemy go od tygodni i niestety pani domu właśnie wróciła z Francji.

- Och nie, Remusie. - westchnęła Hermiona, zapraszając go do środka. - To straszne. Czy pozostałym nic się nie stało?

- Ta, udało nam się czmychnąć na czas. - przytaknął, szybko wchodząc do pokoju. - Ale nie wiedziałem czy to będzie miało na coś wpływ. Znaczy, to okrutne, ale on miał już nie żyć. Stwierdziłem, że powinnaś się dowiedzieć, a Łapa jest taki zarobiony, że nie wiedziałem kiedy będzie mógł ci powiedzieć. To nie coś co można napisać w liście.

- Dziękuję, Remusie. - odparła Hermiona. - Też nie wiem czy to coś zmieni. Ale to straszne. Biedni Fabian i Molly stracili brata, a oni przecież nie wiedzieli, że powinien był zginąć dwa miesiące temu. Ktoś oglądał twoje oko? Siadaj. Zaparzę herbaty.

- Nic mi nie jest, nie trząś się nade mną. - mruknął Remus siadając na kanapie. - Powinnaś mnie zobaczyć po pełni.

Hermiona syknęła pod nosem i zajęła się parzeniem herbaty, a potem przetrząsnęła swoją torebkę i wyciągnęła tubkę żółtego kremu.

- Więc co się stało ostatniej noc? Forte de Sang... to dom Lanstrange'ów, prawda?

- Tak, a wczoraj z wakacji na kontynencie wróciła pani Lastrange we własnej osobie. - wyjaśnił Remus, a jego lekki ton nie dał rady ukryć strachu. - To był bardzo zły dzień na danie się złapać.

- Och nie. - powtórzyła Hermiona. - Nie torturowała cię, prawda? - wspomnienie potężnych klątw Bellatrix wstrząsających jej ciałem sprawiło, że przeszedł ją dreszcz.

- Nie mnie. - powiedział cicho Remus. - Diggle jest ranny, znokautowali go ci dwaj na warcie, którzy nas znaleźli. Dość szybko ich oszołomiliśmy i związaliśmy. Właśnie wyciągałem stamtąd Diggle'a, bo nadchodziło ich więcej, a pierwsi dwa uruchomili zaklęcie antydeportacyjne. - z przygnębieniem potrząsnął głową. - Cholerna katastrofa. Chowałem go za drzewem kiedy usłyszałem jej głos. Merlinie, to brzmiało jak drapanie paznokciami po tablicy. Miała ze sobą jeszcze trzech innych.

Hermiona pozwoliła mu mówić. Wiedziała, że poczuje się lepiej kiedy już wszystko z siebie wyrzuci. Poczucie winy to straszna rzecz, ale kiedy ktoś kto wiedział o co chodzi, powiedział, że nic nie mogłeś zrobić, trochę łatwiej było to znieść. A przynajmniej tak to pamiętała Hermiona.

- Gideon powalił jednego, ale dość szybko go dorwali. Zdjąłem jeszcze jednego, ale Bellatrix była za szybka. Rzuciła cruciatusa na Fabiana. Zdradziłem się oszałamiając jednego z nich. Kiedy uwalniałem Gideona, trzeci prawie mnie dopadł. Gideon krzyknął żebym uważał. Bellatrix to zauważyła i zwróciła się na niego. Fabian nie mógł walczyć i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić Gideon już nie żył. - Remus wziął głęboki oddech i kontynuował. - Walnąłem tego, który zbliżył się do mnie. Czasem dobrze jest być wilkołakiem. - dodał z ponurym grymasem. - I wtedy nagle pojawił się Diggle. Uratował nas. Dwaj pierwsi już odzyskiwali przytomność, a Bellatrix rzucała zaklęcia tak, że byś nie uwierzyła. Walczyłem jak mogłem najlepiej, ale cholera, ona jest niezła. Diggle podpalił drzewo i cisnął je na Bellatrix. Właśnie tak się tego dorobiłem. - wskazał na ogromnego sińca. - Walnęła mnie gałąź. No i rzuciliśmy się do ucieczki. Na szczęście mieliśmy niedaleko do granicy. Niosłem Gideona, a Diggle pomagał Fabianowi. Potem się deportowaliśmy.

Hermiona patrzyła na niego z przerażeniem. Wyciągnęła rękę i poklepała go pocieszająco po ramieniu.

- Remusie, - odezwała się cicho. - jakie to okropne. Zrobiłeś wszystko co mogłeś. Jestem pod wrażeniem, że waszej trójce udało się uciec. Widziałam jak Bellatrix walczy, to przerażające. Ta kobieta nie ma litości. Wiesz, że w moim czasie to właśnie ona zabiła Syriusza?

- Ta, - mruknął Remus, a jego ton odrobinę się poprawił. - był wkurzony, kiedy mi o tym opowiadał. Dalej wątpię, czy ci uwierzył.

- To prawda. - przekonywała Hermiona. - Wiesz, że Syriusz świetnie się pojedynkuje, walczyli jeden na jeden. I dobrze, Bellatrix ze wsparciem to coś z czym nigdy nie chcę się zmierzyć. - powiedziała, a po plecach przebiegł jej dreszcz.

W jej umyślę wizję Syriusza wpadającego pod kamienny łuk zastąpiła nagle pani Weasley szarżująca na Bellatrix w pełni matczynego gniewu i pojedynek jaki po tym nastąpił. A potem zobaczyła wyłupiaste oczy Bellatrix, kiedy szalona czarownica padała na ziemię, pokonana przez kobietę, będącą dokładnym przeciwieństwem.

- Podczas ostatniej bitwy, - powiedziała, nie wiedząc czy jemu przyniesie to tę samą ulgę co jej. - kiedy Harry zabił Riddle'a, to siostra Gideona, Molly wykończyła Bellatrix. Wiem, że to wtórna logika, ale dzięki temu trochę lepiej się czuję. Miała szansę się zemścić. - Remus uśmiechnął się do niej, a jego posiniaczona twarz przybrała dziwny wyraz. - A teraz się połóż. To pomoże na siniaki. - wskazała najpierw na maść, a potem jego oko. - O ironio - powiedziała, odkręcając tubkę. - to wynalazek siostrzeńców Gideona i Fabiana.

- Tych co mieli sklep z żartami? - Remus przyjrzał się tubce z nieufnością.

- Tak, ale nie martw się, czyni cuda. A teraz się połóż. - powtórzyła surowo. Posłuchał, wywróciwszy oczami. Czy też okiem, bo tylko jedno widziała. Hermiona przyklęknęła obok kanapy i zabrała się za smarowanie wielokolorowego policzka gęstą, żółtą maścią.

- Wiesz, - odezwał się Remus, kiedy pracowała. - już rozumiem co miał na myśli Łapa.

- Na jaki temat? - spytała Hermiona, odgarniając jego gęste włosy za ucho. Siniak był naprawdę rozległy, od brwi do szczęki, od nosa do ucha, tylko cudem Remusa ominęło wstrząśnienie mózgu.

- Mówił, że zawsze wiesz co powiedzieć, żeby lepiej się poczuł. Znaczy... - Remus urwał z zakłopotaniem.

- Od czego są przyjaciele? - zasugerowała energicznie Hermiona, czując się odrobinę zaszczycona. - Wiem, że dla niego to dziwne, bo przecież dopiero niedawno mnie poznał, ale ja znałam go przez dwa lata i całe wakacje mieszkałam w jego domu. I, szczerze powiedziawszy, pocieszanie tego Syriusza jest znacznie prostsze niż tamtego, którego znałam. To był dopiero gburliwy gość.

Remus zaśmiał się krótko.

- Dziesięć lat w więzieniu zmienia człowieka. - przez chwilę leżał w ciszy, a ona pracowała. W pewnym momencie jego twarz przybrała poważny wyraz. - Hermiono, czy możesz... Czy mogłabyś powiedzieć mi coś, cokolwiek, o moim życiu? - zapytał z wahaniem. - Nic ważnego czy... Nie mogę przestać myśleć, że po śmierci Lily i Jamesa, przekonany, że Pettigrew też nie żyje, a Syriusz jest mordercą... Nie potrafię sobie tego wyobrazić. - zamknął zdrowe oko i głęboko zaczerpnął powietrza. - To by mnie zabiło. - powiedział głosem niewiele głośniejszym od szeptu. - Wiesz może... Czy ja... Jak to zniosłem?

- Nie jestem pewna. - odparła ze smutkiem Hermiona. - Poznałam cię w tym samym roku co Syriusza. Sądzę, że po prostu brnąłeś dalej. Ucieszyłeś się, kiedy dowiedziałeś się, że Syriusz jest niewinny. - to nie wystarczyło, by go pocieszyć, więc kontynuowała. - Pewnie mogłabym powiedzieć ci kilka rzeczy, które nic nie popsują. Ale ostrzegam cię. - zapowiedziała z udawaną powagą. - Syriusz zabronił mi o tym wspominać, bo podobno zaczniesz śpiewać. A to podobno straszne. - uśmiechnęła się, jednocześnie próbując usunąć zaschniętą maść z jego brwi.

- Śpiewać? - spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Chyba miał na myśli, że będziesz bardzo szczęśliwy. - przyznała.

- Dobrze, więc co to jest? Uroczyście przysięgam, że obędzie się bez śpiewania.

Hermiona roześmiała się.

- Zostaniesz nauczycielem Obrony przed czarną magią. I to najlepszym jakiego kiedykolwiek mieliśmy, a uwierz, mieliśmy wielu. Wszyscy cię kochali. Masz ogromny talent, sprawiłeś, że wszyscy uwierzyli, że dadzą radę.

Na jego twarzy pojawił się prawdziwy uśmiech. Pasta działała, więc mógł unieść oba kąciki ust.

- Zawsze chciałem zostać nauczycielem, wiesz?

- Wiem.

Remus znów się zaśmiał.

- No tak, oczywiście, że tak.

- Dobrze. - mruknęła. - Skończyłam. Siniak i opuchlizna powinny zejść za jakieś dziesięć minut. Dalej będzie bolało, ale przynajmniej nie będziesz wyglądał jakbyś wkurzył Hagrida. Nie mówiąc o tym, że odzyskasz orientację przestrzenną.

- Dzięki. - mruknął, siadając. - Muszę zapamiętać, że masz też sekretne zdolności lekarskie. Znacznie prościej przyjść do ciebie niż pchać się do Świętego Munga. Nie trzeba wypełniać żadnych formularzy. - znów się uśmiechnął.

- Nie ma problemu. - odparła Hermiona, zakręcając tubkę.

- Jeśli zatrudnią mnie w Hogwarcie... Czy to znaczy, że wilkołakom będzie łatwiej? Żaden rodzic nie chciałby, żebym uczył jego dzieci. A przynajmniej nie teraz, baliby się, że je zjem.

Hermiona nie odpowiedziała, jako wymówkę wykorzystując nalewanie herbaty, a jej myśli powędrowały do receptury na Eliksir Tojadowy ukrytej w jej prywatnych notatkach. Może wystarczy mu sama świadomość o istnieniu eliksiru? Ale z pewnością spyta czemu nie przywiozła ze sobą receptury. A z drugiej strony, co to przeszkodzi, że Remus się dowie?

- Dziesięć lat temu, - powiedziała, ostrożnie dobierając słowa. - stworzono eliksir zwany Tojadowym. Dzięki niemu po przemianie zachowujesz ludzki umysł.

Zdrowe oko Remusa otworzyło się szerzej.

- Naprawdę? - wyszeptał. - To wspaniale! Za dziesięć lat? - powtórzył ochryple, a głos mu się trząsł. - O rany, więc to będę ja, tylko w wilczym ciele?

- Tak. - potwierdziła Hermiona.

- O rany. - powtórzył Remus. - Za dziesięć lat... czyli co, ludzie mniej się nas boją?

Hermiona westchnęła.

- Właściwie to nie, ale ostatnio popchnęłam to do przodu. Nie wiem czy Syriusz ci wspominał, ale tym właśnie się zajmowałam w 2001 roku, pracą w Ministerstwie w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami.

- Nie, nie wspominał o tym.

- Cóż, właśnie przeforsowaliśmy ustawę zachęcającą pracodawców do zatrudniania wilkołaków i zapewniająca darmowy Eliksir Tojadowy jeśli to zrobią. To ogromny krok na przód, sama napisałam większą jej część. Było ciężko, bo próbowałam uniemożliwić wykorzystywanie pracowników, a ponieważ większość wilkołaków dalej nie odebrała edukacji, ich potencjał ekonomiczny jest ograniczony. Ale to zawsze jakiś początek.

- Wspaniale. - szepnął Remus. - Nie mogę uwierzyć, że ktoś włożyłby tyle wysiłku...

- W Hogwarcie uczy się wiele dzieciaków, które Greyback ugryzł podczas wojny, ale on sam nie żyje, a pozostałych przywódców udało nam się szybko wyłapać. Przy odrobinie szczęścia to będzie ostatnie pokolenie wilkołaków w Wielkiej Brytanii. Uczą się, przyjmują Eliksir Tojadowy i po prostu wiodą zwyczajne życie. Dzięki temu społeczeństwo lepiej was postrzega. Oczywiście, niektórzy ludzie trwają przy uprzedzeniach, ale na to nie da się nic poradzić. Musimy tylko przekonać wystarczającą liczbę, by ci uprzedzeni stali się mniejszością.

Remus patrzył na nią z szeroko otwartymi ustami.

- Zrobiłaś to? To... Merlinie. - gwizdnął cicho.

Hermiona zarumieniła się.

- Zawsze sprzeciwiałam się temu jak czarodzieje postrzegają stworzenia magiczne. Nie tylko wilkołaki, skrzaty domowe i centaury też. Prawo równości nazwaliśmy na twoją cześć, Prawo Lupina. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.

Remusowi zabrakło słów. Patrzył na nią w ciszy.

- Nie, nie przeszkadza... - odparł, jakby to było absurdalne pytanie.

- Chciałam użyć swojego statusu żeby zrobić coś ważnego. Bycie przyjacielem Harry'ego Pottera to dość wyczerpujące zajęcie, ale po tym jak zabił Riddle'a... Wiesz, był bohaterem. Do tego nasz przyjaciel Kinglsey Shacklebolt został Ministrem Magii, a znanie ludzi na wysokich stanowiskach bardzo ułatwia sprawy. A że ty i Kinglsey się przyjaźniliście chętnie pomógł mi przepchnąć prawo.

- Przyjaźniłem się z Ministrem Magii? - spytał oszołomiony nowymi informacjami Remus. - O rany, to... jak mam ci dziękować, Hermiono? Tyle zrobiłaś. Merlinie, nigdy nie... nic dziwnego, że Łapa jest... - urwał raptownie. Hermiona spojrzała na niego pytająco. - Um... nic dziwnego, że kazał mi porozmawiać z tobą o twojej pracy. - dodał pośpiesznie.

- Naprawdę? Nie wie o większości z tych rzeczy. I dziękować mi? Nie zdążyłeś się nim nacieszyć. Chociaż tym razem będzie inaczej. - zaśmiała się. - Chociaż założę się, że tym razem nie pozwolisz mi nazwać prawa na swoją część. Byłbyś zażenowany.

Remus jeszcze nie pozbył się szoku. Wreszcie potrząsnął głową.

- Pewnie masz rację. Byłoby dziwnie, gdyby ktoś nazwał na moją cześć prawo, z którym nie miałem nic do czynienia.

Hermiona uśmiechnęła się. Twarz Remusa prawie powróciła już do normalnego stanu i teraz uśmiechał się z oszołomieniem. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że bez wojny Hermiona nigdy nie stanie się sławna i nie będzie miała wpływów w Ministerstwie. To właśnie ta myśl sprawiła, że słowa wymknęły jej się z ust, zanim je przemyślała.

- Mam recepturę eliksiru.

Remus uniósł brwi.

- Co? Nie, Hermiono. Przed chwilą powiedziałaś, że za dziesięć lat. Coś takiego zmieni historię. Nie możesz.

- Wiem, że nie powinnam była jej przywozić, ale pomyślałam, że jeśli mi się nie uda... przynajmniej pozostawię po sobie coś pożytecznego. Nigdy go nie ważyłam, a receptura jest skomplikowana. Właściwie to bardzo skomplikowane. Naprawdę byś odmówił? Utrzymalibyśmy to w sekrecie.

- Oczywiście, że bym nie odmówił. - odparł Remus, a brzmiał przy tym na zirytowanego. - Bez względu na wątpliwe konsekwencje, całe życie pragnąłem być sobą przez wszystkie dni miesiąca.

- Nie jestem pewna, kto mógłby uwarzyć eliksir. Nikomu o tym nie mówiłam, nawet Syriuszowi. Wiesz jaki jest, natychmiast ukradłby mi recepturę.

Remus zaśmiał się cicho.

- Święta prawda. Nie wiem... może Slughorn? Ale on nigdy nie zatrzymałby tego dla siebie.

- Kiedy uczyłeś w Hogwarcie eliksir dostarczał ci profesor Snape. - poinformowała Hermiona, na chwilę zapominając, że Remus nie wiedział komu tak naprawdę służył Snape.

- Snape? Severus Snape? - spytał z odrazą.

- Nie zaczynaj. - ucięła Hermiona. - Wiem, że wszyscy go nie znosicie, ale eliksir przyrządzał ci bez zarzutu. Jeśli to ci poprawi humor, to wszyscy uczniowie go nienawidzili. Ty byłeś znacznie bardziej lubiany.

- W ogóle nie rozumiem dlaczego Dumbledore pozwolił mu uczyć. - Remus prychnął.- To Śmierciożerca! I dupek. - dodał, dość dziecinnie.

- Jest szpiegiem, przeszedł na naszą stronę, kiedy wypowiedziano przepowiednię. Wiesz, że w dzieciństwie przyjaźnił się z Lily i dla niej chronił Harry'ego. Do samego końca działał jako podwójny agent.

- Lily! - zawołał Remus, Ignorując informację, że Snape był po ich stronie. - Lily mogłaby go warzyć. Umiejętnościami dorównuje Snape'owi.

- No dobrze. – zgodziła się powoli Hermiona. - Będziesz musiał wymyślić skąd wziąłeś recepturę. - wtała z krzesła i przyniosła mały zeszycik. - Musisz z tym uważać.

- Wiem. - zapewnił. - Mam plan, pamiętasz mapę? Podobnych zaklęć używamy, żeby ukrywać wiadomości. Rzucę je na to.

Hermiona podała mu hotelową papeterię, pióro i swój zeszycik otwarty na odpowiedniej stronie. Potem patrzyła jak Remus kopiuje sposób wykonania i składniki, a potem zaczarowuje kawałek papieru.

- Dobra. - odezwał się, skończywszy. - A teraz spróbuj to przeczytać.

Hermiona spróbowała wszystkiego co przyszło jej do głowy, lecz bezskutecznie. Nie zadziałało nawet hasło Mapy Huncwotów. Papier pozostał pusty.

- Świetnie. - powiedziała, oddając mu kartkę. - Tylko nie wyrzuć jej przed przypadek.

Remus zaśmiał się.

- Na pewno tego nie zrobię. - posłał jej zdumiewająco szelmowski uśmiech, a potem stuknął różdżką w kartkę i mruknął. - Hermiona Granger jest cholernie genialna.

Hermiona parsknęła śmiechem, a kartka papieru ponownie pokryła się schludnym pismem Remusa.