Cat: Opowiadanie jest już przetłumaczone i teraz została mi już tylko korekta, także bardziej potrzebne są mi siły do zmagania się z nią. Romans jest wspaniały, wierz mi na słowo. Nawet mój beta, który zwykle nie przepada za takimi paringami się wciągnął i strasznie im kibicuje.
Od tłumacza: Jak obiecałam wstawiam najnowszy rozdział dzisiaj, bo jutro pewnie mało kto będzie miał głowę do czytania fanfików i przy okazji życzę Wam wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
4 września
Najdroższa Córko,
Z radością oznajmiam, że zobaczymy się szybciej niż się spodziewałyśmy. We swej wspaniałomyślności Walburga Black zaprosiła mnie na swoją doroczną Jesienną Galę i po wprowadzeniu pewnych zmian do mojego terminarza znalazłam czas, by się na niej pojawić.
Nie mogę się już doczekać, by znów Cię zobaczyć, gdyż nie tęskniłam za Tobą tak bardzo, odkąd skończyłaś szkołę. Przybędę do Londynu 5 września, a ponieważ Twój Wuj poprosił mnie, bym w Jego imieniu spotkała się z kilkoma Jego znajomymi, zostanę na tydzień.
W dołączonej do tego listu paczce znajdziesz wczesny prezent urodzinowy. Kiedy w zeszłym tygodniu otrzymałam zaproszenie przebywałam właśnie w Mediolanie w interesach i nie mogłam się powstrzymać. Mam nadzieję, że nie wyrosłaś jeszcze z pozwalania swojej biednej mamie wybrać ci ubrania.
Z miłością,
Twoja Matka
Hermiona uśmiechnęła się do siebie i na powrót złożyła list. Tylko dzięki tej niezwykłej kobiecie tak dobrze im szło odnajdowanie horkruksów i denerwowała się na myśl o spotkaniu z nią. Miała nadzieję, że uda jej się sprostać wyobrażeniom Frederiki, bo przecież tyle jej zawdzięczała. List stanowił ich pierwszy bezpośredni kontakt. Hermiona wiedziała, że został tak napisany, w razie, gdyby ktoś go przechwycił, ale jego poufałość pomagała jej się odprężyć. Spodziewała się listu, bo kiedy spotkali się poprzedniego wieczora, Dumbledore powiedział jej, że Frederika przybędzie do Anglii.
Ona i Syriusz spędzili dzień grając w karty, pijąc herbatę (okazjonalnie wino) i gadając. Dzięki całonocnemu odpoczynkowi i obietnicy dnia dla siebie Syriusz odzyskał poczucie humoru i zwykły styl bycia. Świetnie się bawili zapomniawszy na chwilę o czarze, Szatańskiej Pożodze i Dumbledorze ukrywającym się za krzakami w Dolinie Godryka za, jak powiedział Syriusz, pięćdziesiąt dziewięć dni. Dlatego kiedy przez okno wleciał majestatycznie patronus w kształcie feniksa i głosem Dumbledore'a poprosił ich o spotkanie w Świńskim Łbie, oboje byli bardzo rozczarowani koniecznością powrotu do realnego świata.
*3 września*
- Witajcie, Hermiono, Syriuszu. - powiedział wesoło dyrektor, kiedy wkroczyli do piwnicy pubu.
- Coś nie tak, Dumbledore? – wyrzucił z siebie Syriusz jeszcze zanim odszedł od drzwi, które przed chwilą za sobą zamknął.
Hermiona zajęła miejsce przy długim drewnianym stole. Martwiła się, że dyrektor znów spróbuje wciągnąć ją w sprawy Zakonu.
- Wiele rzeczy jest nie tak, Syriuszu. - odparł poważnie Dumbledore. - Ale ty masz to szczęście, że ciebie one obecnie nie dotyczą. Otrzymałem wiadomość od Frederiki, że twoja matka zaprosiła ją na przyjęcie, które odbędzie się na Grimmauld Place w sobotni wieczór.
Zdaniem Hermiony Syriusz wyglądał na znacznie mniej zdumionego niż być powinien.
- Um.. tak. – wymamrotał.. - Wspominała, że ją zaprosi. - zmarszczył brwi i spojrzał na Dumbledore'a. - Ale przecież Lady Fehr nie przyjmie zaproszenia, prawda? Znaczy, to bardzo ważna osobistość, myślałem, że wykorzysta swoje stanowisko, żeby się z tego wykręcić. Niektórzy to mają szczęście.
- Właściwie to zdecydowała, że to będzie świetny sposób na wzmocnienie twojej przykrywki. – odparł z uśmiechem dyrektor.
- Och nie, profesorze! - zawołała Hermiona. - Nie może przyjechać! Przecież efekt będzie całkiem odwrotny! Już bez niej dość się przy tych ludziach denerwuję, a jeśli się pojawi będę miała jeszcze jeden powód do błędu. Nawet nie zaczęłam się jeszcze przygotowywać. - tu spojrzała na Syriusza. - Ktoś dopiero dzisiaj rano mi o tym powiedział.
Syriusz uniósł ręce w geście poddania.
- Powiedziałam, że mi przykro, czego jeszcze chcesz?
Hermiona tylko prychnęła, a Dumbledore zaśmiał się cicho.
- Ach, panie Black, myślałem, że wie pan, że nie wchodzi się między dziewczynę, a jej badania. - Syriusz wymamrotał coś o „uczeniu się na błędach", a Dumbledore'a tylko bardziej to rozbawiło. - Co ciekawe Alastor powiedział mi, że zajmujecie się dzisiaj czymś związanym z naszą misją. Nie wiedziałem, że pozostało jeszcze coś do zrobienia, oczywiście oprócz zdobycia Czary Hufflepuff.
Hermiona i Syriusz wymienili pełne skruchy spojrzenia.
- Nie powiedział pan tego Moody'emu, prawda? – zaniepokoił się Syriusz. - Chodziło bardziej o... dzień zdrowia psychicznego. - Dumbledore przeniósł spojrzenie z jednego na drugie, a jego oczy lśniły z rozbawieniem i podejrzliwością. - Wie pan... jakbym nie miał wolnego, stałbym się psychiczny i zdrowie moich kolegów aurorów byłoby zagrożone. - kontynuował Syriusz. - Proszę, niech mu pan tego nie mówi. Już i tak mnie nienawidzi.
- Nie, nie poinformowałem go. - zaśmiał się Dumbledore. - I Syriuszu, on cię nie nienawidzi. Po prostu myśli, że masz zbyt duży potencjał, by go trwonić. Już ja znam to uczucie. - Dumbledore posłał Syriuszowi charakterystyczne dyrektorskie spojrzenie.
Pod jego przenikliwym wzrokiem Syriusz przeniósł ciężar ciała z nogi na nogę.
- Panie profesorze, sądzę, że powinniśmy poprosić Frederikę, żeby nie przychodziła na przyjęcie. - wtrąciła się Hermiona, próbując wrócić na temat nadchodzącej katastrofy. - Nie znam jej, jak mam udawać, że jestem jej córką?
- Obawiam się, że na to za późno, Hermiono. Pani Black już otrzymała jej odpowiedź. Frederika przybędzie w sobotni poranek, zasugerowałem, że powinniście spotkać się w twojej kryjówce tuż potem, żebyście mogły przedyskutować tematy do rozmowy na wieczór i się poznać.
- Ale proszę pana...
- Frederika jest inteligentną kobietą, Hermiono. - przerwał jej Dumbledore. - Perfekcyjnie zagra tę rolę. A i ty świetnie się już czujesz w swojej. Augusta Longbottom od razu ci uwierzyła, tak samo Malfoyowie i Blackowie. Nie ma powodów do paniki.
Z żalem stwierdziwszy, że nie ma innego wyboru, Hermiona musiała się zgodzić.
- Oczywiście, profesorze. W takim razie powinniśmy z Syriuszem już iść. Muszę nadrobić szwajcarsko-niemieckie wyrażenia, jeśli mam wypaść wiarygodnie.
- I kroki taneczne. - dodał Dumbledore, wstając od stołu.
Hermiona westchnęła. Boże, to sprawiało jej więcej problemów niż było warto.
- Tak, proszę pana. – potwierdziła.
Syriusz otworzył drzwi.
- Czy moglibyśmy zamienić słówko w cztery oczy, Hermiono? - poprosił Dumbledore. - To zajmie tylko chwilkę, Syriuszu.
Syriusz spojrzał to na jedno, to na drugie i przytaknął.
- Poczekam na górze. - powiedział z wahaniem i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
- O co chodzi? – zdziwiła się Hermiona.
- Wygląda na to, że świetnie się z panem Blackiem dogadujecie. - zauważył spokojnie Dumbledore.
Hermiona zdumiała się jeszcze bardziej.
- Tak, profesorze. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Nie spodziewałam się tego, ale to znacznie upraszcza sprawy.
- Rozumiem. - mruknął Dumbledore. - I oboje dobrze się z tym czujecie?
- Oczywiście. - zapewniła Hermiona. - Spędzamy razem większość wolnego czasu, podnosimy się na duchu. Właściwie to ja podnoszę Syriusza na duchu, bo to on okłamuje prawie wszystkich, których zna.
- Hermiono, musisz wziąć pod uwagę niebezpieczeństwo jakie niesie ze sobą przywiązywanie się do kogoś. Niedługo wrócisz do siebie. - oznajmił z powagą Dumbledore.
- Zdaje sobie z niego sprawę. - odparła Hermiona, mając nadzieję, że nie sugerował tego co jej się wydawało. Miała dość tego tematu jak na jeden dzień, a poruszanie go z byłym dyrektorem było ostatnią rzeczą jakiej pragnęła. - Mam nadzieję, że kiedy wrócę do swojego czasu dalej będzie chciał się ze mną przyjaźnić. - dodała lekko. - Choć to może być dla niego nieco dziwne.
- Syriusz to bardzo uparty młody człowiek. - mruknął Dumbledore, przyglądając się Hermionie znad okularów. - Martwię się, że nie przyjmie dobrze twojego odejścia. Wydaje się... zaangażowany.
„Na litość boską" pomyślała Hermiona.
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi, panie profesorze. Oboje wiemy, że mój czas tutaj jest ograniczony, czy naprawdę uważa pan, że któreś z nas jest na tyle głupie, by się zaangażować? To naprawdę nie to co pan myśli, od zawsze przyjaźniłam się z chłopakami, z jakiegoś powodu lepiej się z nimi dogaduję.
- Możliwe, - odparł wolno Dumbledore. - ale nie pamiętam, by Syriusz kiedykolwiek przyjaźnił się z jakąś dziewczyną. Usilnie próbuje cię chronić.
- Tak, proszę pana. - odparła Hermiona przez zaciśnięte zęby. - Bo się przyjaźnimy. I dlatego, że jeśli coś mi się stanie cały ten plan nie wypali. Proszę się nie martwić. Sądzę, że świadomość, że ocalił wszystko co mu drogie wynagrodzi mu ból po moim odejściu. Zna mnie przecież dopiero trzy miesiące. - zmusiła się do uśmiechu. - A teraz, jeśli mam w dwa dni nauczyć się niemieckiego, wkuć na pamięć listę gości i przypomnieć sobie kroki taneczne, to naprawdę muszę już iść.
Dumbledore przytaknął, pozornie nie zauważywszy jej frustracji.
- Oczywiście, powodzenia. Poproszę pana Lupina, by zaprowadził Frederikę do twojego hotelu w sobotni poranek. Chyba najlepiej by było, gdyby Syriusz nie spotkał jej przed Galą, musi zareagować naturalnie.
- Dobry pomysł, proszę pana. - odparła Hermiona, wstając. Była gotowa do wyjścia. - Dobranoc.
Jeszcze kiedy znalazła Syriusza rozmawiającego z Alberforthem w zatłoczonym barze, Hermiona dalej myślała nad słowami dyrektora. Dumbledore musiał rozmawiać z Remusem. Przecież nie spędzał z nimi odpowiednio dużo czasu, by na własne oczy przyjrzeć się ich przyjaźni. A jego słowa, choć nie aż tak bezpośrednie jak to co powiedział Remus, miały bardzo podobne znaczenie.
- Czego chciał? - spytał Syriusz, skinąwszy barmanowi głową.
- Och, to głupota. - odparła, nie chcąc wyolbrzymiać sprawy. - Dumbledore myśli, że za bardzo się do siebie zbliżamy. Czemu ludzie nie potrafią zrozumieć, że mężczyźni i kobiety mogą się przyjaźnić?
- Umm... - Syriusz zerknął na nią.
- Znaczy wiem, że masz... hmm... reputację, ale naprawdę... to nie tak, że nie mamy większych problemów.
- To prawda. - odparł nieprzytomnie, wymijając kilku pijanych czarodziejów, którzy obejmowali się i chwiejnie podążali w stronę baru.
- Ludzie? – odezwał się nagle Syriusz, kiedy opuszczali pub, by się deportować. Spojrzał na nią i zmarszczył brwi. - Ktoś oprócz Dumbledore'a?
- Ta - odparła Hermiona. - Remus wspomniał o tym rano. Myślałam, że wiedział, że u mnie sypiasz, a on źle to zrozumiał. Ale spokojnie, wszystko mu wytłumaczyłam. - zapewniła. - Chyba jednak wspomniał o czymś Dumbledore'owi, bo to nie wygląda mi na zbieg okoliczności.
- Ta... to prawda. - powtórzył powoli Syriusz.
Hermiona spojrzała na niego. - Nie gniewaj się na niego. Z jego punktu widzenia to całkiem zrozumiałe. Co byś sobie pomyślał, gdybyś dowiedział się, że Remus każdej nocy sypia w tym samym łóżku co jakaś dziewczyna?
- To niezbyt dobry przykład. - zaśmiał się Syriusz, biorąc ją za rękę, by się deportować. - Widzisz, Lunatyk jest szalenie honorowy, podczas gdy ja... cóż - na jego ustach wykwitł szelmowski uśmiech. Wzruszył ramionami. - jak mówiłaś, mam... reputację. - Zaśmiał się i obrócił się na pięcie, ciągnąc ją ze sobą. Dalej się uśmiechał, kiedy wylądowali na jej balkonie. - Lunatyk nie powinien rozmawiać z Dumbledorem na takie tematy. - ciągnął, jakby nic im nie przeszkodziło. - To nie jego sprawa. Co dokładnie ci powiedział?
Wspomnienie sprawiło, że Hermiona się roześmiała.
- Powiedział, żebym go nie winiła, jeśli kiedyś obudzę się z wielkim czarnym psem obłapiającym mnie za nogę.
- Cholerny wilk. - prychnął Syriusz, potrząsając głową. A potem najwyraźniej coś przyszło mu do głowy. - Dlatego śmialiście się ze mnie dzisiaj rano? - Hermiona przytaknęła, bo przez atak śmiechu nie mogła wykrztusić ani słowa. - No tak. - mruknął z rozbawieniem. - Więc Dumbel powiedział, że masz poćwiczyć kroki. Aż do soboty będę zajęty, więc powinniśmy zająć się tym dzisiaj.
- Dobrze. - zgodziła się Hermiona, odzyskując nad sobą kontrolę i otwierając drzwi.
Okazało się, że Hermiona całkiem nieźle radziła sobie z tańcem, jeśli tylko prowadził ją ktoś kto wiedział co robi. A Syriusz najwyraźniej był właśnie kimś takim. Poprowadził ją przez kilka ceremonialnych układów, które trochę pamiętała, choć od lat nie miała szansy, by potańczyć na poważnie, może z wyjątkiem okazjonalnego wesela. Odsunęli meble w salonie na bok i wprawnie wirowali po pokoju. Jedną rękę trzymał na jej tali, drugą ujmował jej dłoń i cały czas zachowywał odpowiednią przestrzeń między ich ciałami.
- Poradzisz sobie. - zakomunikował po godzinie ćwiczeń, kierując różdżkę na radio, które wcześniej nastawił na jakąś szorstko brzmiącą stację koncertową. Dźwięk natychmiast przycichł.
- Jesteś w tym bardzo dobry. - zauważyła z podziwem Hermiona.
- Och, dziękuję, panienko. - odparł Syriusz z pełnym ironii ukłonem. - Uczyliśmy się tańca w dzieciństwie, nienawidziłem tego. Ale z drugiej strony, kiedy przychodzi do podrywania dziewczyn - mrugnął. - to nic nie działa tak dobrze jak facet, który opanował pracę nóg, więc nigdy jakoś strasznie nie żałowałem tych lekcji.
4 września
Następnego ranka, kiedy Syriusz wyszedł już do Ministerstwa (wyglądając przy tym na zirytowanego faktem, że jego jednodniowe wakacje się skończyły) przyszedł list od Frederiki. Towarzyszyło mu ogromne pudełko zawierające wcześniejszy prezent urodzinowy i Hermiona zdziwiła się, że niosąca go sowa nie zemdlała ze zmęczenia.
Paczka była szeroka, choć płaska, nie mówiąc już o tym, że dość ciężka, szczególnie jeśli brało się pod uwagę lot ze Szwajcarii. Rozbawiło ją to, bo za kilka tygodni naprawdę miała urodziny. Znów się uśmiechnęła i odłożyła list. 19 września 1981, jej drugie urodziny, a jednocześnie jej dwudzieste drugie jak się okazało. Dziwne.
Hermiona otworzyła pudełko i odsunęła warstwy ozdobnego papieru, które ukrywały przed jej wzrokiem zawartość paczki. Westchnęła, kiedy jej oczom ukazała się góra pięknej sukienki z ciemnoniebieskiego jedwabiu. Na wysokości bioder zaczynał się wąski, wyszywany czarną i srebrną nicią wzór biegnący po przekątnej, by niczym dym zakręcić się pod linią biustu. Dobrze, że lubiła niebieski, stwierdziła. Ludzie jakoś często ubierali ja w ten właśnie kolor.
Wyciągnęła sukienkę z pudełka, a jej uśmiech rozciągnął się tak, że prawie zaczęła ją boleć twarz. Sukienka była wprost przepiękna. Miękki, spływający jedwab wisiał w idealnie zaprojektowanych fałdach, wąski splatający się wzór schodził w dół materiału widoczny tylko wtedy, kiedy Hermiona się poruszyła i światło padło na odpowiednie miejsca. Zdecydowawszy, że nie da rady poczekać z wypróbowaniem tego cudu sztuki krawieckiej, Hermiona zaniosła go do sypialni i założyła.
Podziwiała swoje odbicie znacznie dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Może nawet dłużej niż suma całego czasu jaki spędziła przed lustrem od przybycia.
W długim lustrze na drzwiach szafy widziała jak wspaniale układał się jedwab. Sukienka nie miała ramiączek i kiedy Hermiona pochyliła się, by sprawdzić, czy góra dobrze się trzyma, choć nie była zbyt dobrze obdarzoną kobietą z zadowoleniem zauważyła maleńki dekolt. Jednakże kiedy się wyprostowała, zdała sobie sprawę, że pozostawał on niewidoczny, jeśli pozostawała w pozycji stojącej. Ale to nie miało znaczenia, bo ta sukienka była najpiękniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek miała na sobie. Pasowała idealnie, a lekkość jedwabiu pozwalała na spokojne oddychanie. Przez chwilę Hermiona zastanawiała się, czy nie rzucono na nią czaru. Przecież nic co wyglądało tak pięknie nie mogło być jednocześnie tak wygodne. To łamało wszystkie zasady żeńskiego ubrania jakie znała.
Niechętnie zdjęła sukienkę i przebrała się z powodem w dżinsy i lekko znoszony sweter. Spojrzała tęsknie na wiszącą w szafie sukienkę. Czy tak strasznie byłoby ponosić ją po pokoju hotelowym przez resztę dnia? „Tak." pomyślała. Na pewno wylałaby na siebie herbatę, czy zrobiła coś równie okropnego. Zamiast tego spędziła dzień ćwicząc niemieckie wydarzenia i powtarzając drzewa genealogiczne rodów czystej krwi i co godzinę sprawdzając co u sukienki, żeby upewnić się, że nic złego nie przydarzy jej się w zwodniczo niebezpiecznej szafie.
- Black, do mojego gabinetu, już! - warknął nagle Moody zza Syriusza.
Chłopak prawie wyskoczył ze skóry. Nie miał pojęcia jak można poruszać się tak cicho na sztucznej nodze. Pewnie nie pomagał fakt, że siedział przy biurku w transie nudy, z piórem zawieszonym nad mapą Londynu i bez świadomości co powinien był robić, bo nie mógł przestać myśleć o wyrazie twarzy Hermiony, kiedy poprzedniego popołudnia wreszcie (po trzech i pół godziny gry) odzyskał od niej całe wcześniej przegrane w pokera złoto. „Czy dało się chełpić w snach na jawie?" zastanowił się. Wydawało mu się, że tak. Nie miało to żadnego sensu, biorąc pod uwagę, że dał jej dwa razy tyle, by kupiła sobie sukienkę na to przyjęcie na Grimmauld Place kolejnego wieczora, ale nie pozwolił temu wpłynąć na swój wyimaginowany taniec zwycięstwa.
Odepchnął się od biurka i poszedł za oddalającym się Moodym, zastanawiając się co do diaska zrobił tym razem.
- Dobrze Black, dzisiejszego popołudnia wybierzemy się razem na małą wycieczkę. - oznajmił Moody, kiedy tylko Syriusz zamknął za sobą drzwi.
„Merlinie, brzmi złowieszczo" pomyślał Syriusz. „Złowieszczo-jak-Szef-Przestępczości-Zorganizowanej".
- Ach tak? - spytał z wahaniem.
- Tak, Rosiera i kilku jego kumpli zauważono w Birmingham. Ty i ja sprowadzimy ich do Londynu.
- Naprawdę? - Syriusz usilnie próbował zignorować podekscytowanie, które przebudziło się w nim pod wpływem pomysłu zrobienia czegoś. Obecnie misja z Hermioną była niezmiernie nudna. Z wyjątkiem przekonywania dziadka, że był dość godny zaufania, by samodzielnie zająć się sprawami bankowymi, jedyne co robił to praca, jedzenie obiadów z Walburgą i Polluxem, potem spędzanie czasu jednym z nich, lub obojgiem, rozmowa o polityce lub plotkowanie, jeśli jego matka była obecna i nadążanie ze dziadkiem w piciu aż do późna. Co może pasowało Polluxowi, który nie musiał wstawać na odprawę o siódmej trzydzieści, ale Syriuszowi niekoniecznie.
Opuszczał Grimmauld Place lekko wstawiony, aportował się do Hermiony, pił pół filiżanki herbaty, a następnie zasypiał na kanapie. W pewnym momencie nocy budził się ze zdrętwiałym ramieniem lub nogą, lub oboma na raz i wlókł się do łóżka.
Mimo to nie mógł nie iść do Hermiony. Martwił się. Przecież każdy mógłby aportować się na tym balkonie. Syriusz wiedział, że rzuciła potężne czary ochronne i sam nie miał jeszcze pojęcia jak je złamać, choć próbował prawie każdego poranka, kiedy ona była pod prysznicem. Postawił sobie takie wyzwanie, bo wiedział, że byłaby strasznie wkurzona, gdyby to rozgryzł i dzięki temu było warto. „Przynajmniej teraz mogę całe noce spędzać w łóżku", pomyślał, chociaż temu towarzyszyły nowe problemy. Zignoruj to. Pięćdziesiąt osiem dni.
Ale bez względu na to jak potężne były jej zaklęcia maskujące, nie mógł odpędzić myśli, że bezpieczniej spędzać jak najwięcej czasu razem. Dlatego też, biorąc pod uwagę jego obecne znudzenie, pomysł maleńkiego polowania na Śmierciożerców wydawał mu się niezmiernie ponętny. O wiele bardziej niż powrót do tej głupiej mapy Londynu. Schematy ataku! Tym miał się zajmować! Przypomniał sobie. Czy tak czy siak, nuda, nuda, nuda.
- Słuchasz mnie, Black?
- Wybacz, Moody, o co chodziło? - mruknął Syriusz.
Moody niecierpliwie postukał laską w nogę od biurka.
- Mówiłem, że tylko ciebie mogę zabrać. Pozostali albo zajmują się rajdami na dzielnicę portową, albo do niczego się nie nadają.
- Moody... czy sugerujesz, że ja do czegoś się nadaję?
- Nie jesteś całkiem bezużyteczny, Black. - warknął Moody. - Jesteś najbardziej wkurzającą osobą jaką znam, ale nieźle sobie radzisz z różdżką. Nie powinniśmy mieć z tym problemów, wiem, że masz jeszcze to inne zadanie i trzeba cię chronić, ale niech mnie kule biją, jeśli pozwolę Śmierciożercom się wymknąć.
- Moody, staruszku, nie składaj obietnic, których nie możesz dotrzymać. - powiedział Syriusz, mrugając do swojego szefa. - Czy Carrow nie wymknął się przypadkiem w zeszłym miesiącu?
Syriusz zdawał sobie sprawę, że było to nieodpowiednie zachowanie, ale Moody sam się w to wpakował, a denerwowanie szefa sprawiało mu zbyt dużo radości. „A przynajmniej tak było. Zanim sprawił sobie tę cholerną laskę." pomyślał Syriusz, kiedy Moody machnął nią szybko w niskim łuku i rąbnął Syriusza w goleń pod ostrym i bolesnym kątem.
Tego wczesnego popołudnia w Birmingham było zimno, mokro i wietrznie. Syriusz i Moody w pół godziny znaleźli Evana Rosiera, Harveya Wilkesa i trzeciego mężczyznę noszącego płaszcz z kapturem skrywającym twarz. Informator Moody'ego przekazał mu, że dwóch Śmierciożerców widziano na ulicy niedaleko centrum miasta, jak rozmawiali z innym facetem, którego informator nie znał. Znaleźli ich dwie ulice dalej, skulonych pod okapem opuszczonego sklepu z artykułami żelaznymi, właśnie pochylali się nad czymś co Syriusz uznał za mapę. Ulica była ślepa i całkowicie opuszczona. Lokalni mugole najwyraźniej niechętnie wychodzili z domu podczas ulewy.
- W porządku, Black. - szepnął Moody, ściągając kaptur, by go rozpoznali. Stali w wykuszu drzwi, udając mężczyzn, którzy schronili się tam przed deszczem. - Aportuję się tuż obok nich. Jeśli będziemy mieć szczęście, moja szpetna gęba tak ich przestraszy, że pójdą po dobroci. Ty rzuć zaklęcie antydeportacyjne i nie pokazuj twarzy, nie chcę, by to zaszkodziło twojej innego misji. Jeśli sprawią mi problemy pojaw się na szóstej. Hasło to kafel.
- Pewnie. - odparł pewnie Syriusz.
To nie nieprzyjemne oblicze Moody'ego miało przestraszyć Śmierciożerców, ale jego reputacja człowieka, który zawsze bardzo się starał, by pojmać winowajców żywcem. Po prawdzie nie zawsze mu się udawało, ale Syriusz podziwiał metodę. A pojmanie przez Moody'ego było lepszą opcją niż bolesna śmierć z rąk innych, nieco mniej sumiennych aurorów, więc większość nie protestowała.
Krew Syriusza dudniła w sposób, który mógł wywołać tylko fakt, że wykonywali swoją pracę, łapiąc tych złych palantów zamieniających życie wszystkich dookoła w piekło. Pięćdziesiąt osiem dni czy nie, dobrze było czuć, że coś się osiągnęło.
- Minuta, Black. - powtórzył Moody. - Rozglądaj się.
- Pewnie. - powtórzył Syriusz.
Moody zniknął z pstryknięciem i prawie natychmiast Syriusz zobaczył, jak pojawia się obok Wilkesa. Rzucił zaklęcia antydeportacyjne, dalej mógł przybyć Moody'emu z pomocą, ale Śmierciożercy nie mogli uciec.
Nie słyszał ich z oddali, ale widział jak mężczyzna odskoczył na widok najbardziej kompetentnego aurora w Ministerstwie i wyciągnął różdżkę. Pierwsze zaklęcie Moody'ego powaliło zakapturzonego, który zwalił się na ziemie jak marionetka o podciętych sznurkach. Ale Evan Rosier zareagował zupełnie inaczej lewą ręką wyciągnął różdżkę, a prawą posłał prosto w twarz Moody'ego. Auror zatoczył się i Syriuszowi to wystarczyło.
Skoncentrował się na miejscu tuż za Moodym i obrócił się na pięcie.
Kiedy momentalna ciemność zniknęła mruknął „Kafel" nad ramieniem Moody'ego i tym samym tchem oszołomił Wilkesa. Obrócił się, by zobaczyć jak różdżka Moody'ego rozbłyskuje. Rosier znał się na pojedynkach.
Parę pochłonęła walka. Syriusz wycelował w Rosiera, ale Śmierciożerca wykorzystywał ograniczoną mobilność Moody'ego, skacząc dookoła niego i tym samym uniemożliwiając Syriuszowi czysty strzał. Moody może nie ruszał się zbyt szybko, ale jego wiodące ramie działało całkiem nieźle, szybko posyłając zaklęcie za zaklęciem...
A potem nastała ciemność.
- Wybacz, Black. - ponury głos Moody'ego szturchnął jego świadomość. - Bratobójczy ogień.
Syriusz wolno otworzył oczy. Leżał na mokrym chodniku, a na twarz padał mu deszcz. Nad nim kucał Alastor Moody. Twarz starego aurora była okaleczona i zalana krwią, Nos zasłaniał skrajem płaszcza.
Syriusz eksperymentalnie potrząsnął głową. Był trochę oszołomiony, ale poza tym cały. Usiadł z trudem. Niedaleko leżały trzy ciała, zakapturzony i Wilkes dalej oszołomieni, Rosier najwyraźniej martwy.
- Moody! - wykrzyknął Syriusz, którego zszokował widok twarzy aurora, któremu brakowało połowy nosa. Syriusz przełknął gulę, która urosła mu gardle na ten widok.
- Nie miałem wyboru. - powiedział Moody. Wpatrywał się w ciało Rosiera, najwyraźniej biorąc krzyk Syriusza za przerażenie tym co zrobił, a nie niepokój o szefa. - Zablokował mój oszałamiacz, który trafił w ciebie. A potem dupek miotnął w moją twarz klątwą tnącą. Nie poszedłby po dobroci, musiałem go zabić.
- Moody staruszku, oczywiście, że tak. - zapewnił go Syriusz. - Wybacz, że nie pomogłem.
- Dorwałeś Wilkesa, to wystarczyło. - burknął Moody. - A teraz tak, nos boli mnie jak diabli. Pomóż mi dostarczyć tych tu do Ministerstwa, a potem pójdę doprowadzić się do porządku.
Syriusz wstał, czując lekkie zażenowanie, że nie zrobił nic pożytecznego i urazę, że Moody uda się naprawić swój nos, bo to znaczyło, że to na niego spadnie papierkowa robota. Chociaż szef i tak pewnie zrzuciłby to na niego. Cóż, przynajmniej złapali Śmierciożerców.
