6 września

Poranek po Gali nie był tak niezręczny jak Hermiona się spodziewała. Syriusz zachowywał się tak samo jak zwykle, więc poszła jego śladem. Nie zamierzała pozwolić swoim nowoodkrytym nastoletnim tendencjom zniszczyć ich przyjaźni. Nie, jeśli po powrocie chciała zastać nastawionego przyjaźnie Syriusza.

Bez względu na to jak bardzo kusiło ją, by pozwolić temu przyciąganiu między nimi przemienić się coś innego (teraz już zdawała sobie sprawę, że dziwaczne zachowanie Syriusza, które pojawiło się po tym jak zdobyli dziennik wzięło się właśnie z tego) to, to czego chciała nie miało znaczenia, bo jedyne co było im dane to przelotny romans. Musiała wybrać pomiędzy przyjaźnią z Syriuszem teraz i w 2001 roku, a dwoma miesiącami sypialnianej gimnastyki w pakiecie z niezręcznymi konwersacjami z facetem dwukrotnie od niej starszym, po jej powrocie pewnie już żonatym.

Nawet jeśli pierwsze z wymienionych wydawało jej się w tym momencie o wiele mniej atrakcyjne.

Nie, skoncentruje się na planie. Zdobędzie czarę. Będzie ćwiczyła powstrzymywanie Szatańskiej Pożogi razem z Syriuszem. Upewni się, że Potterowie wybiorą Pettigrewa na Strażnika Tajemnicy. Spali horkruksy. To masa rzeczy, które ją zajmą.

- Myślisz, że powinienem spróbować wyciągnąć od Matki tę broszkę? - spytał Syriusz, kiedy siedzieli przy stoliku w jadalni, przegryzając tosty i ostrożnie unikając wspominania o wydarzeniach, które miały miejsce po tym jak podsłuchali poszukiwaczy skarbów.

- Nie. - odparła gorączkowo Hermiona, potrząsając głową. - Nie masz pojęcia jak to poszło poprzednim razem, więc pewnie jej nie znaleźli, albo Riddle nie miał czasu zmienić jej w horkruksa. Jeśli się wtrącimy nie możemy mieć pewności co się zmieni. Sądzę, że lepiej zostawić ją w spokoju.

- Dobra. - zgodził się Syriusz, wzruszając ramionami. - Co dzisiaj robisz?

- Nic. - odparła Hermiona. - Pewnie poczytam. Jutro przychodzi Frederika, co z pewnością będzie interesującym doznaniem. A ty? Jest niedziela, Moody nie zmusi cię do przyjścia do pracy, prawda?

- Nie, powiedział, że biorąc pod uwagę, że mnie oszołomił i w ogóle, w ten weekend mam wolne. Tak w ogóle to dalej mają problem z jego nosem. Klątwa, której użył Rosier nie była tak prosta jak myślał.

- Nie wyleczą go. - powiedziała ze smutkiem Hermiona. - Wyglądał tak samo, kiedy go spotkałam.

Syriusz zmarszczył własny (cały) nos.

- Fuj. On to dopiero ma pecha, wszędzie blizny... ucięta noga... a teraz jeszcze nos. Mówi, że to nie ma znaczenia, bo im jest brzydszy tym łatwiej mu przyjdzie straszenie wkurzających dzieciaków... i Śmierciożerców. - Syriusz potrząsnął głową. - Nie mogę przestać się zastanawiać co będzie następne.

- Oko. - rzuciła bezmyślnie Hermiona, która nie zwracała uwagi na jego słowa. Nie żeby zamierzała się do tego przyznać, ale jej myśli pochłaniała scena bardzo podobna do tej z poprzedniego wieczora, tylko że bez Śmierciożerców i może ubrań. Chryste, kiedy zaczęła mieć takie sprośne myśli?

- Oko? - powtórzył z osłupieniem Syriusz.

- Um... - mruknęła Hermiona. - Nie powinnam była tego mówić... wybacz.

- No ale powiedziałaś. - oskarżająco wskazał na nią swoim w połowie zjedzonym tostem. - Więc mów dalej.

Westchnęła, zła na siebie.

- Nie wiem jak to się stało, ale kiedy go poznałam, mówili na niego Szalonooki Moody. Ma magiczne oko w miejscu tego, które stracił w pierwszej wojnie. Widzi nim przez wszystko... ściany... ubrania... peleryny niewidki, wszystko.

- Ubrania? - zaśmiał się Syriusz. - Zawsze wiedziałem, że jest sprośnym starym dziwakiem.

- Więc co dzisiaj robisz? - spytała ze śmiechem Hermiona. - Dwa dni wolne w tygodniu, to cud.

- Smutne, nie? - spytał, szukając dżemu i znajdując go schowanego pod książką Hermiony. - Później idę na Grimmauld. - kontynuował, odkręciwszy zakrętkę i smarując tost połową zawartości słoika. - Ale najpierw ja i Lunatyk spotykamy się z jednym gościem w sprawie psa... ha, dosłownie.

- Tojad? - zgadła Hermiona, a kiedy przytaknął, dodała. - Świetnie. Jeśli Remus chce spróbować w tę pełnię, musi jutro zacząć przyjmować eliksir. - tak bardzo się cieszyła, że dała Remusowi recepturę i chrzanić konsekwencje jakie to mogło wywołać w przyszłości. Bez względu na to czy uda im się pokonać Riddle'a, czy nie, Remus będzie miał o wiele lepsze życie. To była taka malutka siatka zabezpieczająca.

Syriusz przełknął to co miał w ustach, czyli znacznie więcej dżemu niż chleba i odpowiedział:

- Ta. Lily prawie skończyła, brakuje jej już tylko sproszkowanego kła wiwerny. Na szczęście dodaje się go na końcu, bo to właśnie jego dziś kupujemy. Po południu spotkamy się z takim jednym gościem w Zniczu.

- Nie możecie go kupić w sklepie? - zdziwiła się Hermiona. Wiedziała na pewno, że było to możliwe.

- Um... tak, ale Dung może go zdobyć po atrakcyjnej cenie, a wiesz, jak Lunatyk nie lubi przyjmować pieniędzy.

- Dung? Znaczy, Mundungus Fletcher? - spytała z przerażeniem. – Boże, Syriuszu, upewnij się, że to prawdziwy towar.

- Znasz go, co? - zaśmiał się Syriusz. - Nie martw się, śmiertelnie go przerażam. Nie spróbuje mnie oszukać.

- Um... dlaczego? - z tego co Hermiona pamiętała, że Mundungus traktował Syriusza jak przyjaciela, jeśli wykluczyć używanie jego domu jako depozytu skradzionych rzeczy. Nigdy nie okazywał strachu.

Syriusz śmiał się cicho.

- Bo przy pierwszym spotkaniu sprałem go na kwaśne jabłko. To było lato, tuż po tym jak skończyliśmy szkołę. Pomyliłem się. - dodał, kiedy Hermiona zmarszczyła brwi z dezaprobatą. - Broniłem się. - naciskał, machając swoim tostem. - Ja, Lunatyk, Rogacz i Pete wracaliśmy do domu z pubu i wstąpiliśmy na kebab. Serio, jak można nienawidzić mugoli, skoro robią takie wspaniałe jedzenie dla pijanych ludzi? - z niedowierzaniem potrząsnął głową. - W każdym razie, nie znaliśmy go i byliśmy ubrani jak mugole, bo jak mówiłem, kebaby, kiedy on i kilku jego kumpli pomyśleli, że czterech wstawionych osiemnastolatków to łatwa zdobycz. Nie wiedzieliśmy, że to czarodzieje, a szczerze powiedziawszy... nie byliśmy w najlepszej formie. To była długa noc, więc kiedy podeszli do nas i powiedzieli „Opróżniajcie kieszenie" ... albo coś w tym stylu, to wszystko jest trochę niewyraźne... bardzo grzecznie poprosiłem Pettigrewa, żeby przytrzymał mi kebab i walnąłem najbliższego przeciwnika w twarz. Potem okazało się, że to był Dung.

Hermiona wywróciła oczami.

- Faceci. - mruknęła, słodząc swoją kawę. Co za dziwaczne istoty.

Syriusz zachichotał z jej reakcji i ciągnął.

- James powiedział mi potem, że to nie było najmądrzejsze rozwiązanie, bo w ten sposób zacząłem bijatykę. Ale to dlatego, że wkurzył się z powodu połamanych okularów i przekąski, która wylądowała w rynsztoku. Dopiero kiedy mugolska policja nas rozdzieliła, zdaliśmy sobie sprawę, że Dung i jego kumple to też czarodzieje. Spotkałem go tydzień później na zebraniu Zakonu, dalej był poobijany. Więc nie to żebym to powtórzył, ale przydaje się, że Dung się mnie boi. - Syriusz triumfalnie włożył do ust ostatni kawałek tostu i zabrał się za smarowanie masłem następnego.

- I kto mówi, że przemoc nie popłaca? - spytała ironicznie Hermiona, mimowolnie chichocząc. Mundungus zszedł z warty podczas ochrony Harry'ego i porzucił Moody'ego, zasłużył na lekkie pobicie.

- Cieszę się, że cię przekonałem. - powiedział z pełnymi ustami Syriusz. Przełknął. - Więc pójdę z Lunatykiem, a potem na Grimmauld Place, żeby spotkać się z Dziadkiem. Wczoraj, kiedy zaczęli przychodzić goście byliśmy właśnie w połowie partii szachów i wygrywałem, więc chcę ją dokończyć.

- Świetnie. - odparła Hermiona. - Właściwie to miałam pomysł związany ze skarbcem. Jeśli niedługo nie pozwoli ci pójść samemu, będziemy musieli zniżyć się do oszustwa.

- Jesteś zbyt przebiegła. - oznajmił z uśmiechem Syriusz. - Czasem zastanawiam się, czy nie skłamałaś na temat bycia Gryfonką. Masz Slytherin wypisany na czole.

- Skoro trzeba. - mruknęła Hermiona. - Nie, chodzi tylko o to, że przy pierwszym spotkaniu rozmawiałam z Polluxem o Szatańskiej Pożodze. Najwyraźniej wie o niej co nie co. Wspomniał o incydencie związanym z lasem w Walii.

Syriusz parsknął śmiechem, a jego nóż zatrzymał się w połowie przeciągnięcia po toście.

- Masz na myśli tym w wiejskiej posiadłości?

- Tak myślę. - przytaknęła Hermiona.

- Szczwany lis, kiedy Babcia Irma wspomniała jakiś ogromny pożar, który miał miejsce niedługo po ich ślubie, powiedział mi, że szalał tam Walijski zielony. Reg i ja byliśmy wtedy dzieciakami, pierwszy raz o tym słyszeliśmy... Myśleliśmy, że był czadowy. Nasz Dziadek pogromca smoków.

Hermiona zachichotała.

- Cóż, mnie powiedział, że jego ojciec musiał wygasić ogień, więc chyba czad nie miał z tym nic wspólnego. Ale nieważne, co jeśli poproszę go o pomoc? W poniedziałek, więc nie będzie mógł iść do banku. I wtedy ty mógłbyś szarmancko zaproponować. „Ja to zrobię, Dziadku. Jestem dziedzicem idealnym, pozwól mi to udowodnić." - powiedziała udając ton, którego używał w obecności matki.

Syriusz parsknął.

- Jeśli pozwolisz nie użyję dokładnie tych słów, ale tak, to dobry pomysł. Ile mu dajesz, trzy tygodnie?

- Dwa. - mruknęła Hermiona. - To da nam sześć tygodni przed Nocą Duchów, a mówiłeś, że chcesz iść sam raz czy dwa zanim zaatakujemy. Dalej masz zamiar spróbować pomysłu z biżuterią?

- Hmm... twój kryminalny umysł mógłby się przydać. Doświadczona złodziejka... Gringott... mugolskie banki i auta... Merlinie, naprawdę jesteś oszustką. - spojrzał na nią poważnie. Szare oczy pociemniały, brwi zmarszczyły się. Położył dłoń na jej dłoni, która spoczywała na stole. - Hermiono - odezwał się poważnie. - czy myślisz, że masz problem? Może powinnaś iść do specjalisty. - rzuciła w niego skórką od chleba, ale ku jej irytacji tylko złapał ją między zęby i uśmiechnął się szelmowsko. - Musisz się bardziej postarać, Granger. - polecił, przełknąwszy. - A tak na przyszłość, jestem psem, następnym razem rzucaj kiełbaskami. Na dłużej oderwą mój umysł od twojego niecnego zachowania.


- Mówił, że będzie tu o drugiej. - mruknął Remus, z podenerwowaniem bębniąc palcami w butelkę z piwem kremowym. To była jego ostatnia szansa na zdobycie sproszkowanego kła, jeśli podczas najbliższej pełni chciał zachować umysł.

- Jest dopiero pięć po, Lunatyku. Zrelaksuj się. Przyjdzie. - uspokoił Syriusz, rozglądając się po prawie pustym pubie. - A nawet jeśli nie, to dalej będziemy mogli zrobić zakupy u Lishopa.

- Syriuszu. - upomniał cicho Remus. Barman Wilfryd stał niedaleko przy kranikach. - Wiesz, że nie chcę zwracać niczyjej uwagi na to co robimy. Kły wiwerny są rzadkie i używane głównie do czarnej magii. Źle będzie, jak dowiedzą się, że jestem wilkiem. Wolę nie myśleć, co by było, gdyby ktoś usłyszał, że kupuję podejrzane migdałki potworów morskich.

- Kim są 'oni'? - spytał Syriusz.

- Boże, Łapo. Śmierciożercy, oczywiście. - czasami Remus nie mógł uwierzyć jak jego podobno inteligentny przyjaciel mógł zachowywać się niczym dziecko we mgle.

- A, racja. - przyznał Syriusz, pociągając łyk ze swojej butelki.

- Nie wierzę, że jeszcze nie wiedzą. - kontynuował Remus. Naprawdę myślał, że wcześniej po niego przyjdą. - Wydawało mi się, że Snape z miejsca im powie. To jedyny dowód potwierdzający przekonanie Hermiony, że on jednak jest po naszej stronie. Inaczej by wiedzieli i już dawno pojawiliby się na moim progu.

Syriusz patrzył na niego dziwnie.

- Um... Remusie, nikt nie może pojawić się na twoim progu, za dobrze się ukryłeś. Naprawdę myślisz, że oni dadzą radę? A poza tym - powiedział z cichym śmiechem. - po co by im był twój zapchlony zad? Jesteś za miękki. Serio? Kumplujesz się z jeleniem?

- Nie chodzi o to, że jestem silny, Syriuszu. - warknął Remus przez zaciśnięte zęby. - Chociaż w porównaniu z pozostałymi pewnie jestem. Prowadzę normalne życie, spokojnie i pełne jedzenia, a większość z nich je to co może znaleźć, a jeśli żyją z watahą to ciężko nazwać ich życie relaksującym. Dla wilka to wyczerpujące. Nie, będą mnie chcieli, bo mogę pomóc kontrolować pozostałych. Może i Voldemort mnie nienawidzi, bo moja mama była mugolką, ale zauważy moja wartość. Upewnienie się, że młodziaki są skoncentrowane, nauczanie... - zadrżał. To była kpina wszystkiego czego pragnął w życiu.

- Słuchaj, Lunatyku. - Powiedział wreszcie poważnie Syriusz. - Po pierwsze, gdyby cię złapali pewnie zorganizowałbyś od środka rebelię i po drodze wykończył Greybacka. Po drugie, Voldemort może i nienawidzi cię z powodu twojej mamy, ale jestem pewien, że nienawidzi cię również dlatego, że odbierasz mu jego cennych Śmierciożerców. Jesteś już przy siedmiu, nie? - Remus przytaknął i uśmiechnął się, słysząc jak jego przyjaciel próbuje go uspokoić. - Widzisz? To o dwóch więcej niż ja. - dodał Syriusz z połowicznym uśmiechem. - Chociaż papierkowa robota po tych trzech to było piekło. Wolałbym po prostu ich wykończyć. Jakie to popierdolone, że jeśli odstrzelisz im łeb masz o osiem stron do wypełnienia mniej niż jeśli ich oszołomisz i zapakujesz do więzienia. Można by pomyśleć, że Crouch chce żebyśmy ich pozabijali.

- Łapo, myślę, że dokładnie o to mu chodzi. Nie zauważyłeś? Rozprawy są coraz bardziej kuriozalne. Dumbledore już nie zleca mi badań, nie potrzebujemy ich.

- Byłem trochę zarobiony Lunatyku. Wiesz... niszczenie części duszy jednego czarnoksiężnika i tak dalej? Zajmuje mi to trochę czasu. Ale wracając do mojej listy. Po trzecie, zostało już tylko pięćdziesiąt sześć dni do śmierci Wężowatego. Więc nie ma się czego bać.

- Liczysz? Jakie to, um... zorganizowane. – mruknął, nie rozumiejąc Remus. - wiesz... zaczynam wierzyć, że Hermiona to jakieś mityczne stworzenie. Ratuje Rogacza i Lily, zabija Voldemorta, przynosi mi eliksir, który zmieni moje życie... ale to, sprawienie, że ty zaczynać być zorganizowany... Merlinie, to zdumiewające. - z udawanym oczarowaniem potrząsnął głową.

- No wiem. - Syriusz zaśmiał się nerwowo. - Całkowite szaleństwo. Może powinienem użyć tego na swoją obronę?

- Obronę? – zdziwił się Remus. Czemu Syriusz potrzebował obrony?... I to przed Hermioną?... A racja, w ten sprawie, którą ignorował. - Co zrobiłeś tym razem, Łapo? Nie dość, że tak sypiasz... Nie mogę uwierzyć, że jeszcze się nie zorientowała co kombinujesz.

Syriusz nic nie powiedział, tylko drapał paznokciem w obdrapany kawałek baru.

- Możliwe, że, że popełniłem niewielki błąd w ocenie sytuacji. - wymamrotał wreszcie, nie podnosząc głowy.

Remus westchnął wewnętrznie. „Oczywiście, że tak."

- Niewielki według normalnych standardów, czy według twoich? Czasem bardzo się od siebie różnią.

- Według obu. - mruknął Syriusz, dalej dłubiąc w drewnie.

Tym razem sfrustrowane westchnięcie Remusa wydostało się na zewnątrz.

- Co zrobiłeś... czy ona dalej z tobą rozmawia? - spytał, zastanawiając się jak dalej pójdzie ta misja, jeśli Hermiona będzie żyła w ciągłym strachu przed napaścią seksualną. „Może to lekka przesada" pomyślał Remus. „Bardziej przed... niechcianym oczarowaniem."

- Tak, wszystko w porządku. - odparł Syriusz. - Jest trochę niezręcznie, ale w porządku. Na tym czymś wczoraj było kilku Śmierciożerców i nie chciałem, żeby Bella wiedziała, że ich szpieguję, więc ją pocałowałem.

- Czemu pocałowałeś swoją kuzynkę? - spytał Remus, celowo próbując zdenerwować swojego przyjaciela. Syriusz dość często robił Remusowi to samo. - Wiem, że Blackom takie rzeczy nie przeszkadzają, ale...

- Hermionę. Nie Bellę. – Syriusz wykrzywił się. - Fuj, chcesz, żeby się porzygał? Ukrywaliśmy się, a potem nagle nas otoczyli i chciałem żebyśmy wyglądali na, um... zajętych. Naprawdę tylko udawałem, obiecuję Lunatyku. Ale jak mówiłem niewielki błąd w ocenie sytuacji... i tak jakby... poniosło mnie.

Na twarzy jego przyjaciela rozciągnął się głupkowaty, sentymentalny uśmiech. „Cholerny Łapa", pomyślał Remus. Czy umarłby, gdyby raz pomyślał tym dużym mózgiem? Pewnie tak. - No więc teraz ona wie, że chcesz się z nią przespać?

- To nie... - Syriusz zmarszczył brwi. - Nie chodzi tylko o... nie, nie wydaje mi się. Nie to, żeby ona była Panną Cnotką. - idiotyczny uśmiech powrócił.

Remus wyciągnął rękę i mocno pstryknął go w ucho.

- Przestań. - nakazał ostro.

Syriusz przycisnął rękę do małżowiny.

- Auć. - mruknął, masując ją energicznie. - Rany, masz ostre paznokcie. - puścił ucho i spojrzał na swoją dłoń, jakby spodziewał się zobaczyć na niej krew.

- Należało ci się. - odparł ostro Remus. - Zachowuj się. To zbyt ważne. I pamiętaj, ona potrafi rzucać Szatańską Pożogę. Naprawdę chcesz wkurzać taką dziewczynę? Zwykłe pstryknięcie w ucho to nic w porównaniu z jej gniewem. - znów pstryknął poczerwieniałe ucho.

- Dobra, dobra, rozumiem. - Syriusz odepchnął go od siebie ze śmiechem.

- Hejka, chłopaki.

Remus podskoczył, kiedy na jego ramieniu wylądowała ciężka ręka. Otoczyła go chmura śmierdzącego dymu. Pomachał ręką przed sobą, by go rozwiać.

- Dobrze cię widzieć, Dung. - powiedział Remus, kaszląc odrobinę.

- Lupin, Black, jak się macie chłopaki? - spytał Mundungus Fletcher, wyrzucając grubego skręta do pustej butelki Syriusza.

Ze swojej części baru Wilfryd łypał na niego podejrzliwie.

- To zależy, Dung. Masz dla nas dobre wieści? – odezwał się Syriusz, którego zachowanie zmieniło się w momencie, kiedy usłyszał głos Mundungusa. Zniknął śmiejący się, marudzący idiota. Teraz siedział prosto, a z jego oczu zniknęły wszelkie ślady humoru. Remus zdał sobie sprawę, że wyglądał groźnie, co było nieco dziwne. Nawet podczas pojedynków Syriusz zwykle żartował, jak twierdził po to żeby zirytować przeciwnika na śmierć.

- Za kogo mnie masz, Black? - prychnął z oburzeniem Mundungus.

- Ogólnie? - spytał Syriusz, jakby pytanie nie było retoryczne. - Za typka spod ciemnej gwiazdy. Ale jeśli masz to czego chcemy, to jesteś moim nowym najlepszym przyjacielem.

- Pewnie, że mam. Jeszcze nigdy cię nie zawiodłem, prawda? - burknął Mundungus. - Chociaż ciężko było to dorwać. Mój zwykły kontakt myślał, że całkiem mi odwaliło, ale jak zwykle wasz kupel Dung sobie poradził. Dwie fiolki, czy tak?

Syriusz przytaknął.

- O to prosiłem, czyż nie? - mruknął sardonicznie. - Dwadzieścia galeonów za każdy?

- Widzicie, chłopaki... - zaczął kręcić Mundungus. Remus wywrócił oczami. „Oczywiście" pomyślał. - Jak mówiłem, ciężko było to dostać tak na ostatnią chwilę...

- Wyduś to z siebie, Dung. - warknął Syriusz. - Mam tu dla ciebie czterdzieści galeonów. Bierz je albo spadaj. Wiesz, stary Billings z D.P.P.C. węszy dookoła tej waszej szajki w Whitechapel. Mówiłem mu, że jesteś po naszej stronie, ale wiesz... trzeba mu to często powtarzać. Nie chciałbym zapomnieć.

Mundungus zwrócił swoje przekrwione oczy na Remusa.

- Twój kupel jest synem tłuczka. - mruknął, wygrzebując z jednej ze swych licznych kieszeni dwie małe buteleczki i podając je Remusowi pod stołem.

- O tak. - zgodził się wilkołak i schował fiolki do kieszeni.

Podobna wymiana najwyraźniej wystąpiła pomiędzy Syriuszem, a Mundungusem, bo kiedy Łapa się odezwał cała wrogość zniknęła.

- Teraz ty stawiasz, Dung. Słyszałem, że ostatnio się wzbogaciłeś. - a potem obrócił się i zawołał: - Wilfrydzie, mój dobry człowieku, czy możemy poprosić o następną kolejkę?


- Szach mat. - oznajmił dumnie Pollux, kiedy jego goniec z dzikim okrucieństwem ściął głowę Syriuszowego króla. Ranne wojsko czarnych figur, którymi grał chłopak jęknęło pokonane i spojrzało gniewnie na Syriusza, winiąc jego kiepską strategię.

Szachy Syriuszowego dziadka były niepokojące. Dwukrotnie większe od zwykłych zestawów, zrobione z marmuru i onyksu, a ważyły więcej niż Syriusz. Figury zabijały się z makabryczną skutecznością, wykrzykując obelgi i grożąc sobie bronią z drugiej strony szachownicy. Nie mówiąc już o komentowaniu drugiego gracza za każdym razem, kiedy znalazły się po jego stronie stołu. Syriusz je kochał. Kiedyś wybroniły go z porządnego szorowania języka, kiedy w wieku dziewięciu lat nazwał swojego brata" Plwocinolizaczem o zniewieściałym tyłku" i miał na tyle rozumu, by zwalić winę na sławetnie ordynarne białe wieże zanim matka zdążyła wycelować w niego różdżkę.

Nie wspomniał, że to właśnie on nauczył wieże tej konkretnej obrazy.

- Podstępny nicpoń. - mruknął Syriusz, machając różdżką, by naprawić stertę poćwiartowanego onyksu i ignorując protesty odtworzonych figur, kiedy wracały na szachownicę. Szczególnie jeden pionek, który najwyraźniej poczuł się niezmiernie obrażony tym, że Syriusz poświęcił go brutalnemu i złowieszczemu gońcowi Polluxa, wygrażał mu pięścią i krzyczał:

- Nigdy więcej tego nie próbuj, ty śliskopalcy dręczycielu osłów!

- Raczej podstępny wygrywający nicpoń. - poprawił Pollux, sięgając po karafkę z whisky. - Już po piątej, mój chłopcze. Co powiesz?

- Ponieważ właśnie mnie pobiłeś, mimo że zaczynałeś z gorszej pozycji, powiem: nalewaj. - Syriusz uśmiechnął się smutno.

- Zuch chłopak. - zaśmiał się Pollux i nalał im obydwu. - Jak się ma panna Fehr po wczorajszym wieczorze? Nie wydawała się zadowolona, kiedy wychodziliście. - znacząco uniósł brew.

Syriusz naprawdę nie chciał o tym teraz rozmawiać. Po części dlatego, że miał powyżej uszu kłamania, po części dlatego, że przez to był na siebie jeszcze bardziej wściekły. A głównie chodziło o to, że chciał prawdziwej porady, a jedyne co mógłby poradzić jego dziadek to żeby Syriusz użył tego cholernego pierścionka, który dała mu matka i zaczął powiększać drzewo genealogiczne.

Co byłoby dobrym pomysłem, gdyby Syriusz znajdował się w takiej sytuacji jak się wydawało Polluxowi. Ale niestety tak nie było. Co za cholerny bajzel.

TRZASK.

Pojawienie się Stworka przyniosło upragnioną odmianę. Syriusz był tak wdzięczny za kolejne kilka minut na wymyślenie odpowiedniego kłamstwa, że nawet uśmiechnął się do skrzata.

- Mój panie, przyszedł młody panicz Lestrange i chciałby się przywitać z paniczem Syriuszem.

Pollux spojrzał na Syriusza pytająco, a ten przytaknął. „Dzięki za Rabastana" pomyślał. Idealne wyczucie czasu. Pollux nigdy nie kontynuowałby prywatnej rozmowy przed obcymi. Niby zdawał sobie sprawę, że szukanie porady u Polluxa nie było najlepszym pomysłem. Jego dziadek wziął ślub w wieku lat czternastu i to tylko dlatego, że Walburga była w drodze. Ciężko go uznać za nowoczesny umysł, którego poszukiwał w obecnej sytuacji.

- Przyprowadź go na górę. - rozkazał Stworkowi Pollux.

- Tak, mój panie.

TRZASK.

Wkrótce wszedł Rabastan i natychmiast przemierzył pokój, by w pierwszej kolejności ująć dłoń Polluxa.

- Miło pana widzieć, panie Black.

- Ciebie też, Rabastanie. Dobrze się bawiłeś wczorajszego wieczoru?

- Tak, panie Black. - odparł, rozpinając swój płaszcz podróżny i zawieszając go na wieszaku obok biurka.

Rabastan był postawnym mężczyzną, wzrostu Syriusza, ale szerszym w barach, a jego twarz sprawiała wrażenie jakby cały czas zachowywał czujność. Ale przebywanie cały czas w towarzystwie Śmierciożerców każdego mogło doprowadzić do tego stanu.

- Zawsze dobrze się bawię na Gali. - odparł. - Chociaż albo ja wciąż rosnę, albo przekąski się kurczą. Głowę dam, że z każdym rokiem robią się coraz mniejsze. Dalej są wyśmienite, ale takie maleńkie.

- Ty i ja, Rab - zaśmiał się Syriusz. - jesteśmy pokrewnymi duszami. Cały czas się zastanawiałem, czy pozwolą mi zjeść trzy na raz... ale albo Matka, albo twoja szwagierka patrzyły na mnie posępnie, więc zrezygnowałem.

Rabastan uśmiechnął się siadając w skórzanym fotelu obok Syriusza.

- Słyszałem, że miałeś wczoraj niechciane spotkanie z drogą Bellą. Ale nie na temat jedzenia... Powinieneś był ją słyszeć, kiedy wróciła do domu. Była dość wkurzona.

- Nie mam pojęcia, dlaczego. Nawet nie byłem dla niej niemiły. - powiedział Syriusz. - No, nie według moich zwykłych standardów. - dodał ze śmiechem.

- Chyba zostawię was, żebyście sobie pogadali. - powiedział Pollux, wstając. - Chcę jeszcze zerknąć na rachunki przed jutrem. Spotykamy się jak zwykle, Syriuszu?

- Tak, Dziadku. - potwierdził Syriusz.

- Świetnie. - Pollux uścisnął rękę Rabastana i poklepał Syriusza po ramieniu, a potem opuścił bibliotekę, zamykając za sobą drzwi.

- Jak tam rodzinka, Rab? - spytał Syriusz, kiedy już nalał Rabastanowi drinka.

- Jak zwykle. odparł Rab, przyjmując szklankę. - Znasz mnie, obowiązkowy chłopiec na posyłki. Ojciec mówi, że w tym tygodniu będzie miał dla mnie do zrobienia coś dużego, ale to, że nie precyzuje co trochę mnie martwi.

Syriusz także się zaniepokoił. Chociaż nie chciał się do tego przyznać, całkiem lubił Rabastana. Może i czasami nie wykazywał zbytniej inteligencji, ale był dobrym kumplem do zabawy i do pogawędki. Rzadko poruszał temat czystości krwi, czy Śmierciożerców. Nazywał mugolaków szlamami, ale Syriusz również do robił, to znaczy, dopóki nie poszedł do Hogwartu. Nie miał pojęcia, że to takie obraźliwe, dopóki czwartoroczny Puchon nie walnął go w brzuch za bycie czystokrwistym dupkiem. Na szczęście miało to miejsce drugiego dnia, a Syriusz odkupił swoje winy rzucając klątwy na Ślizgonów (głównie członków własnej rodziny) przez następne siedem lat.

- Sądzisz, że chodzi o coś związanego z Czarnym Panem? - Syriusz zastanawiał się, czy Rabastan spyta go o broszkę, której szukali poprzedniego wieczoru.

- Nie. - odparł powoli Rabastan. - Nie wydaje mi się. Jakieś sprawy rodzinne. Chyba testamenty i inne bzdury. Martwię się nie dlatego, że będę w niebezpieczeństwie, ale dlatego, że chyba zanudzę się na śmierć. - powiedział, patrząc na Syriusza nieco dziwnie. - Zwykle nie masz takiej paranoi. Czy... um, czy coś jest nie tak?

Syriusz chyba jeszcze nigdy nie widział Rabastana tak zawstydzonego. Zwykle rozmawiali o Quidditchu, skarżyli się na głupotę czystokrwistego życia i nadopiekuńczą żonę Raba. Najbliżej prywatnych spraw znaleźli się, kiedy Rabastan wyjawił Syriuszowi, że nie chce dołączyć do Śmierciożerców przez wzgląd na dzieciaki.

- W porządku, stary. - Syriusz uśmiechnął się i wychylił do końca swoją whisky. - Po prostu musiałem dzisiaj pogadać z Dungiem Fletcherem, to by każdego rozstroiło. Śliski mały krętacz.

- Fletcher?! - zawołał Rabastan. - A niby po co się z nim spotykałeś? Whisky ci już nie wystarcza?

- Pfft, co ty, Rab. - zaśmiał się Syriusz. - A mówisz, że to ja mam paranoję. Nic w tym stylu. Po prostu zdobył coś dla mnie za niską cenę. Potrzebne mi było do pracy.

- Po co się wysilać? To nie tak, że cię nie stać. - powiedział Rabastan, całkiem jakby nigdy nie słyszał o oszczędzaniu.

- Niby tak. - Syriusz potrząsnął głową. - Ale dalej stąpam po cienkim lodzie. Jeśli coś spieprzę to znowu będę musiał polegać na własnych rezerwach. Ostrożność nie zawadzi.

- Czasem rzeczywiście mówisz głupoty. - przyznał Rabastan, kołysząc swoją szklanką i pociągając łyk. - Jak się ma Fehrówna? Jej matka wisi ci nad głową po ostatnim wieczorze?

- Nie. - odparł Syriusz. Merlinie, czy oni naprawdę nie mogli zostawić tego w spokoju? - No weź, Rab. Jaka matka nie chciałaby, żebym ożenił się z jej córką?

- Um... większość matek, które znam. - odarł Rabastan, próbując powstrzymać śmiech. - Żenisz się? A to nowość.

- Uważaj. - mruknął Syriusz, także się śmiejąc. - Nie jesteśmy... cóż, jeszcze o tym nie rozmawialiśmy, ale o tym myślą matki, nie? Każda dziewczyna, z którą się spotykasz to potencjalna synowa.

- Małżeństwo moje i Letty było zaaranżowane. - Rabastan wzruszył ramionami. - No, ale mogło być gorzej. - zachichotał. - Jak już mówiłeś... mogła mi się dostać Bellatrix.

Syriusz też się zaśmiał. Nigdy by nie pomyślał, że kiedyś będzie mu żal Rodolphusa Lestrange.