Od tłumaczki: Witajcie ponownie. Zanim zabierzecie się za czytanie chciałabym tylko życzyć wszystkim studentom, którzy tak ja ja właśnie zaczynają sesję szybkiego i pozytywnego zakończenia zmagań z systemem egzaminacyjnym. Trzymajcie się!
7 września
- Więc jak ci minął dzień z Frederiką? - spytał Syriusz, kiedy schodzili ze stromego zbocza w... właściwie to Hermiona nie miała pojęcia, gdzie dokładnie byli. Kiedy razem z Remusem pojawili się tego wieczoru w jej pokoju hotelowym, Syriusz wspomniał tylko, że gdzieś w szkockich górach,
- W porządku. - odparła. - Powinieneś lepiej ją poznać, zanim wyjedzie. Jest naprawdę cudowna. Pomimo swojej fascynacji Remusem i jego idealnie nadającymi się do szczypania policzkami.
Syriusz parsknął głośnym śmiechem, który poniósł się echem dookoła. Remus westchnął i mocno popchnął przyjaciela w ramię, sprawiając, że ten zachwiał się na niepewnym gruncie.
- Nie rozumiem tego, ty tu jesteś ładnym chłopczykiem, ale to mnie prawie zaszczypała na śmierć?
- Biedny Lunatyk. - wykrztusił Syriusz pomiędzy atakami śmiechu.
Noc była pochmurna i dość zimna, więc Hermiona cieszyła się z ciepła, jakie zapewniał jej płaszcz. Zdecydowali, że z tą przygodą najlepiej będzie zmierzyć się w mugolskich ubraniach, bo przedzieranie się przez wrzosowiska w pelerynie nie należało do najlepszych pomysłów. Kiedy tak brnęli pod górę w ciemności, co jakiś czas zrywał się lekki wiatr, sprawiając, że wysokie trawy kołysały się, a krzaki szeleściły. Co ciekawe, Remus radził sobie znacznie lepiej od pozostałej dwójki.
- Cholerne wilcze oczy. - mruknął Syriusz, potykając się na kępce wrzosu już po raz czwarty, podczas gdy Remus wędrował bez problemu.
- Też je masz, Łapo. - zauważył Remus z miażdżącą pogardą. - Czemu się nie przemienisz?
- Bo wtedy dama będzie się potykać sama, a to przecież niesprawiedliwe. Auć. - jęknął, zataczając się, kiedy różdżka Hermiony szturchnęła go od tyłu w żebra.
- Dama. - powtórzyła sardonicznie kobieta. - Nie, dziękuję. Jeśli nie dajesz sobie rady ze swoimi mizernymi ludzkimi oczami, przemieniaj się, droga wolna. Jestem pewna, że Remus upewni się, bym nie stanęła na kolec.
Genialnie uszczypliwa uwaga Hermiony poszła na marne albo została wzmocniona, zależnie od punktu widzenia, kiedy kobieta potknęła się o króliczą norę i Remus rzeczywiście wyciągnął rękę, by ją przytrzymać.
Syriusz zaśmiał się. W chwilę potem chyba zadziałała karma, bo poślizgnął się na zroszonej trawie, zamachawszy rękami całkiem stracił równowagę i runął na łeb na szyję w dół zbocza. Jego upadek powstrzymał dopiero kawałek skały, dogodnie wystający z długiej trawy akurat na jego drodze. Tylko szkocki granit był na tyle śmiały by wyskoczyć z ziemi, gdzie mu się podobało, tylko po to, by nocni spacerowicze się o niego potykali.
Syriusz jęknął i podniósł się z ziemi.
- Pieprzyć to. - mruknął, otrzepując się i w mgnieniu chwili przemienił się w ponuro wyglądającego psa, a potem puścił galopem w dół stoku.
- Kolec. - westchnęła z rezygnacją Hermiona, kontynuując ostrożne stawianie stóp, podążając w ślad za Remusem.
Po kolejnych pięciu minutach mężczyzna obrócił się do niej i oznajmił.
- Wiem, że nie jesteś damą w opresji, ale to zajmuje wieki. Jeśli chcemy tam dojść jeszcze dziś, to lepiej się pospieszyć.
- Próbuję, - warknęła Hermiona. - ale wolałabym nie skręcić kostki. Nie jestem zrobiona z gumy, jak wy dwaj.
Remus zaśmiał się, a potem obrócił do niej plecami i lekko zgiął kolana.
- Wskakuj. - zaproponował. - Jeśli szybko tam nie dotrzemy, Łapa pogoni królika aż do Iverness. – w odpowiedzi z oddali dobiegło ich wesołe szczekanie. - Widzisz? Jak tak dalej pójdzie, nigdy go nie znajdziemy.
- Dobra. Ale nikomu ani słowa. - zarządziła Hermiona, obejmując go za szyję i wspinając mu się na plecy. Remus przyspieszył do szybkiego marszu w dół zbocza i wkrótce dotarli do krawędzi porośniętego lasem wąwozu, czyli tam, gdzie zmierzali.
Wiatr ucichł, kiedy Remus wkroczył między drzewa na ścieżkę, którą najwyraźniej świetnie znał. Drzewa rosły coraz gęściej i Hermiona zaczęła już myśleć, że mężczyzna będzie musiał użyć różdżki, by oczyścić drogę, ale Remus tylko odsunął gałęzie i wyszedł na rozległą polanę.
Ziemię porastało runo leśne, ale brakowało szerokich pni wyższych drzew. Niedaleko Hermiona słyszała szmer strumyka. Słowem, było bardzo spokojnie. To znaczy, dopóki ironiczny głos nie powiedział.
- Nie dama? Można, by się kłócić.
Syriusz, znów w ludzkiej postaci, opierał się o jedno z licznych przewróconych drzew, które leżały zbyt równo, by ich upadek mógł być naturalny. Kłody tworzyły idealne koło, a ziemia w ich obrębie była goła, nie to co na pozostałej części polany.
- Zamknij się. - mruknęła, wbijając w niego wściekłe spojrzenie ze swojego miejsca. Wolałbyś czekać kolejną godzinę?
- Pewnie, że nie. Sam bym zaproponował, że cię poniosę... - znów zaczął się śmiać, jednocześnie potrząsając głową. - A nie, nie zrobiłbym tego. Tylko Lunatyk jest tu takim dżentelmenem.
- Nieźle, Łapo. - zachichotał Remus, pomagając jej zejść. - Nic dziwnego, że dziewczyny cię kochają.
Syriusz tylko się zaśmiał, ale Hermiona przyjrzała się upadłym pniom, które musiały zostać przewrócone przez człowieka.
- Ktoś mógłby pomyśleć, że już tu byliście. - mruknęła.
- Ta. - odparł Remus. - Zanim kupiłem dom, spędzaliśmy tu pełnie. W promieniu kilku kilometrów nie ma ani żywej duszy, a drzewa rosną wystarczająco blisko siebie, by rzucić zaklęcia uciszające.
Hermiona rozejrzała się dookoła z uznaniem. Miło było zobaczyć miejsce, które było świadkiem historii Huncwotów. Szczególnie tej wesołej, choć miała nadzieję, że przy odrobinie szczęścia nie nastąpi tragiczny koniec.
- Łapa stwierdził, że to będzie dobre miejsce do ćwiczeń. - kontynuował Remus. - Ale jeśli spalimy je do gołej ziemi, będę trochę zły. Wilk kochał to miejsce. - Hermiona spojrzała na niego pytająco, a on wytłumaczył, wzruszając ramionami. - Dobrze pachnie.
- No dobra, pani profesor. - zawołał Syriusz. - Jak zamierza to pani zrobić?
Przyszli w to ukryte miejsce, by poćwiczyć czary ochronne. Dumbledore potwierdził już umiejętności Hermiony, ale Syriusz i Remus musieli się nauczyć jak je rzucać.
Zdecydowali, że lepiej, żeby Remus z nimi ćwiczył. Dzięki temu trzydziestego października będzie mógł im pomóc z Chatą Gauntów. To znaczy aż do popołudnia, kiedy to pójdzie do Potterów. Sesja ćwiczeniowa z Dumbledorem przypomniała Hermionie, jak wyczerpująca była ta magia. Dodatkowa różdżka mogła przechylić szalę zwycięstwa.
Hermiona rozejrzała się w poszukiwaniu odpowiedniego obiektu do testów i zauważyła ogromną, wydrążoną kłodę, która padła (zapewne wiele lat wcześniej) na prawo od drewnianej aranżacji Huncwotów.
- Tutaj. - powiedziała, zbliżając się do niej. Remus podążył za dziewczyną, a Syriusz wstał i dołączył do nich. - To się nada. - kucnęła by sprawdzić, czy w środku nie mieszkają żadne małe leśne zwierzątka, bo przecież nie chciała niczego upiec. Na szczęście w porośniętym mchem wnętrzu niczego nie było.
- Dobra. - zaczęła. - Zaklęcie jest niewerbalne i opiera się głównie na sile woli, ale potrzeba dużej dozy dokładności w tym, jak poruszacie różdżką. Jeśli to wam nie wyjdzie, zaklęcie nie zadziała.
Przyjrzała się na obu mężczyznom, by upewnić się, że uważnie jej słuchali. Stali w bezruchu, obserwując ją uważnie. Remus marszczył czoło z koncentracją, ale Syriusz uśmiechał się do niej szeroko, a kiedy napotkała jego spojrzenie, puścił do niej oko. Potem, kiedy wyciągnęli różdżki i jednocześnie wykonali potrzebny ruch (łagodne pociągnięcie do góry, a potem gwałtowne machnięcie w dół) zrozumiała, dlaczego.
Uśmiechnęła się do nich i uniosła brwi.
- Ćwiczyliście. - oskarżyła. Obaj przytaknęli. - Gdyby tylko profesor McGonagall was teraz widziała. - zaśmiała się dziewczyna na widok zdumionych min, które wykwitły na ich dumnych twarzach.
- Gdyby Minnie próbowała mnie nauczyć jak kontrolować Szatańską Pożogę też odrabiałbym pracę domową. - odparł Syriusz, nie przerywając ćwiczenia poruszeń różdżką.
Remus prychnął.
- Pewnie, Łapo.
- Nie, serio... ale tylko dlatego, że nie chciałbym się upiec na chrupko... czasem strasznie się na mnie wkurzała. - wyglądał całkowicie szczerze, całkiem jakby groźby spopielenia w ustach nauczyciela były zupełnie normalne.
- Nie winiłbym jej za to. - powiedział Remus potrząsając głową. - Byłeś nie do wytrzymania.
Syriusz uśmiechnął się do niego, całkiem jakby to był płynący z serca komplement.
- Jesteś zbyt miły, Remusie.
Hermiona odchrząknęła, a Remus zachichotał i wywrócił oczami.
- Dobra, czyli ruch różdżką załatwiony. Kontrolę też ćwiczyliście? - obaj potrząsnęli głowami.
- Próbowaliśmy. - powiedział Remus. - Ale nie mieliśmy pewności, czy robimy to dobrze. A biorąc pod uwagę, że żaden z nas nie potrafi rzucać Pożogi, nie wiedzieliśmy nawet, czy udało nam się cokolwiek zrobić.
- Kiedy to robiliście? - spytała Hermiona. Była pod wrażeniem, że włożyli tyle wysiłku, by się przygotować. Zachowanie Remusa jej nie zaskoczyła... ale w przypadku Syriusza? Niesłychane. - Nie sądziłam, że znajdziecie na to czas.
- Sprawdziliśmy to w niedzielę, dzień po tym jak po raz pierwszy przyprowadziłem Lunatyka do twojego hotelu.
- My. - prychnął Remus. - Chyba raczej ja czytałem, a ty leżałeś i wyjadałeś moją czekoladę, cały czas marudząc, że nie jest dość kolorowa.
- Byłem tam. - uciął Syriusz. - To się liczy. A poza tym to był mój pomysł... wiesz, że nie jestem dobry w koncentracji, potrzebuję kogoś, kto mnie poprowadzi.
- Dobra, dobra. - powiedziała Hermiona odrobinę się niecierpliwiąc, bo odbiegali od tematu. - Więc cała tajemnica kryje się w uczuciu, musicie chcieć to kontrolować. By zapanować nad płomieniami... czy raczej nad obiektem, który chcecie otoczyć... żeby go ochronić. To dziwne uczucie. Jakbyście kochali obiekt... jakby wasza magia mogła powstrzymać wszelką krzywdę jaka może go spotkać.
Remus i Syriusz wymienili spojrzenia, a potem ryknęli śmiechem.
- Przeszliśmy ten kawał... żebyś nam powiedziała, że mamy się zakochać w drzewie?
- Zamknijcie się, tylko tak potrafię wam to wyjaśnić. - Hermiona posłała im ostre spojrzenie. - Kiedy tak to sobie wytłumaczyłam, wszystko stało się prostsze.
„Znacznie prostsze niż piec do pizzy" dodała w myślach. Tymczasem Remus odzyskał nad sobą kontrolę szybciej niż jego przyjaciel, który to płakał ze śmiechu wywołanego absurdem całej sytuacji.
- Dobra, - mruknął pod nosem. - więc chcę, żeby ta kłoda była bezpieczna... zlecono mi jej ochronę... - odetchnął powoli, kilka razy eksperymentalnie machnął różdżką, a potem skierował wzrok na kłodę.
Syriusz opamiętał się, obserwując jak wilkołak pracował. Jego własna różdżka poruszała się delikatnie w jego dłoni. Po dziesięciu minutach ciszy podszedł do nich i zajął się drugą stroną kłody. Zmarszczył czoło z koncentracją.
Hermiona była pod wrażeniem pewności z jaką dwaj mężczyźni pracowali. Mimo wszystkich żartów zrozumiała, że traktowali to poważnie. Nudziło ją patrzenie, jak machali różdżkami bez żadnego widocznego efektu, więc pozwoliła myślom błądzić i wspomniała wizytę, którą tego popołudnia złożyła jej Frederika.
Szwajcarka nie próbowała wyciągać z niej szczegółów tego co stało się, zniknęli razem na balu. Prześlizgnęła się tylko przez ten temat, rzucając zdania takie jak: „Tylko my sami możemy się uszczęśliwić" czy „Może kidy to się skończy, będzisz mogła skupić się na tym, czego chcesz od życia. Musi być ciężko zawsze przedkładać szczęści innych ponad własne." Właściwie to rozmawiały głównie o polityce. Lady Fehr wiele podróżowała i była fascynującą krynica informacji na temat różnic politycznych pomiędzy różnymi czarodziejskimi nacjami.
Hermiona spytała ją też, czy podczas kolejnej wizyty we Włoszech nie mogłaby załatwić Narcyzie sukienkę. Pani Malfoy była dla niej taka uprzejma, że chciała zrobić dla niej coś miłego, zanim odejdzie i wszystko zniszczy. Frederika zgodziła się, zadowolona z pretekstu do spędzenia czasu w butikach, zamiast w zatęchłych biurach Ministerstwa.
Szykując się do wyjścia przytuliła Hermionę i jedyny raz bezpośrednio nawiązała do wydarzeń z Gali. „Nie winię cię, Schatz. Może i Remusowi nie dorasta do pięt, ale rozumiem co w nim widzisz." Pierwszą reakcją dziewczyny było zaskoczenie, bo Frederika wcześniej nie poruszyła tego tematu, a to sprawiło, że Hermiona poczuła się bezpiecznie. Potem zaczęła się śmiać.
„Naprawdę nie powinnam żartować z tego chłopaka." przyznała Frederika, a Hermiona dalej chichotała. „Ale nie mogę się powstrzymać. Podskakuje za każdym razem i robi się tak cudownie różowy. To taki słodki, że cinżko to opisać słowami." Na tym etapie ona też już chichotała. „No cóż" oznajmiła przed wyjściem. „Szpotkam się z nim we wtorek. Albus zorganizował spotkani, na którym przedyskutujemy program nauczania. Nie rozumiem czemu jeszcze nie zoształ nauczycilem. Może jest wciąż za młody. Będę musiła się powsztrzymać."
Hermiona znów się zaśmiała, ale głównie po to, by ukryć smutek. Frederica nie miała pojęcia o wilkołaczym faktorze.
- Dobra. - z zamyślenia wyrwał ją głos Syriusza. - Skończyliśmy.
Kłoda wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej, a ponieważ Hermiona nie miała pojęcia jak Dumbledore sprawdził jej zaklęcia, użyła sposobu, z którego korzystała w 2001 roku, czyli zwykłego czaru kolorującego. Po rzuceniu na chroniony obiekt, zaklęcie przyczepiało się do warstw magii, przesiąkając w miejscach, gdzie nieświadomie pozostawiono dziury.
Wypowiedziała zaklęcie i z jej różdżki wyprysnął jasny pomarańcz. Zawsze używała tego koloru... wydawał się odpowiedni. Z zaskoczeniem zauważyła, jak dobrze sobie poradzili. Jej pierwsze próby zakończyły się znacznie gorzej. Właściwie to jej dziesiąta próba też.
Spojrzała na nich podejrzliwie.
- Jesteście pewni, że nie ćwiczyliście? - obaj potrząsnęli głowami. - Świetnie wam poszło... Ja chyba dotarłam do tego poziomu po trzech miesiącach... na pewno nie uczycie się potajemnie za moimi plecami?
- A ja myślałam, że świetnie mnie znasz... - zaśmiał się Syriusz. - Ranisz mnie, Hermiono.
Spojrzała na niego, a potem zwróciła się do Remusa.
- A ty?
- Może troszeczkę. - przyznał z szelmowskich uśmiechem. - Ale naprawdę jesteś świetną nauczycielką i tyle.
- No tak, to chyba dobrze. - odparła Hermiona, nagle zdając sobie sprawę, że wątpienie w nich było głupie, skoro właśnie takich efektów sobie życzyła. - W Noc Duchów zrobię dziurę wlotową, więc jeśli tylko dalej będziecie nad tym pracować, to sobie poradzimy. Chcecie spróbować nałożyć dość warstw, żebym mógł rzucić Szatańską Pożogę?
- Tak. - odparł natychmiast Syriusz, ale Remus miał nieco większe wątpliwości.
- No w sumie. - mruknął. - Ale nie spalisz wszystkich drzew?
Hermiona spojrzała na niego. W jego szeroko otwartych oczach malował się niepokój. Musiała przełknąć śmiech wywołany tą niewinną miną.
- Remusie, jeśli ogień przeniesie się na drzewa, będziemy mieć poważne kłopoty. Coś w stylu, uciekamy, ile tchu, by uniknąć śmierci w płomieniach. Nie pozwolę na to.
Uśmiechnął się z zakłopotaniem.
- W porządku. - przytaknął i powrócił do swojego zadania.
Hermiona pozostawiła kolor tam, gdzie był, żeby ułatwić im zauważenie pominiętych miejsc. Musiało minąć piętnaście minut zanim uznała, że już wystarczy. Poprawiła tylko niewielką wyrwę, którą zostawili na koniec, a potem odetchnąwszy kilka razy, by się uspokoić, rzuciła zaklęcie i zamknęła dziurę.
Kiedy tylko brutalne płomienie buchnęły pod tarczą, Remus i Syriusz odsunęli się z szeroko otwartymi oczami, przerażeni ich potęgą. Milczeli obserwując jak pod magiczną powłoką bestie walczą o wolność, o coś więcej do pożarcia swymi dzikimi, płomiennymi zębiskami.
To znaczy, dopóki Remus nie szepnął do Syriusza.
- Widzisz, mówiłem ci. - tu spojrzał na niego znacząco. - Nie warto jej denerwować.
Napotkawszy spojrzenie Hermiony, Syriusz zarumienił się lekko, ale tylko na chwile, bo potem znów odwrócił wzrok. Może jednak Gala poruszyła go bardziej, niż można by się spodziewać. „Świetnie" pomyślała Hermiona. Jeśli ona czuła się zakłopotana, kiedy przyłapywał ją na patrzeniu na niego o chwilę za długo, to on też powinien.
10 września
Okazało się, że traktowanie Hermiony tak samo jak przed wydarzeniami z ostatniej soboty nie było aż tak trudne, jak Syriusz się spodziewał. Jego mózg, który tak jak sądził Remus, stał się o wiele bardziej zorganizowany pod stałym wpływem Hermiony, przedstawił mu trzy ku temu powody.
Po pierwsze, dla niego sytuacja wcale tak bardzo się nie zmieniła. Dalej to ignorował. Cóż, przynajmniej częściowo. Przez większość każdego dnia... część każdego dnia... co najmniej raz dziennie.
Po drugie, zostało już tylko pięćdziesiąt dni do jej odejścia, a przecież nie był zakochany czy coś równie romantycznie śmiesznego, nawet jeśli klatka piersiowa bolała go za każdym razem, kiedy myślał o Nocy Duchów. No ale to pewnie z powodu zmartwień związanych z tym, że coś może pójść nie tak z Pożogą... albo może miał niezwykle uciążliwą zgagę...
Tak czy siak, bał się, że podbije jej serce, (a przecież mógłby to zrobić, gdyby się postarał) bo jeszcze nigdy na nikim mu tak nie zależało, a pięćdziesiątego dnia zostanie mu ona odebrana. To przerażało go bardziej niż odpuszczenie. Pustogłowe przygody na jedną noc sprzed (mogłoby się wydawać wielu) lat, nie dorastały do pięt wspomnieniu o niej. Syriusz ze smutkiem zdał sobie sprawę ze swojego tchórzostwa.
Czasami nie mógł uwierzyć, że znał ją dopiero od czerwca. Miał wrażenie, że ta misja trwała całą wieczność, a przecież pracowali nad tym dopiero piętnaście tygodni. Ćwiczenia Szatańskiej Pożogi odnowiły jego zapał i wiedział, że jak na razie szło im nadzwyczaj dobrze. Została tylko czara, a kiedy już go zdobędą wszystko będzie wspaniale... z wyjątkiem faktu, że zostanie im Voldemort do zabicia. Ale rany, Syriusz sądził, że jeśli udało mu się sprawić, że matka się do niego uśmiechnęła to mogli zrobić wszystko.
Trzeci powód jaki podał mu jego mózg, by wytłumaczyć dotychczas świetną kontrolę nad sytuacją, całkowicie różnił się od dwóch pozostałych, ale to właśnie on najbardziej pomagał. Syriusz wiedział już, że jego uczucia były odwzajemnione. Hermiona dobrze to ukrywała, ale jego niesamowite umiejętności całowania przyciągnęły jej uwagę. Przynajmniej to całe bezmyślne spanie z kim popadnie przyniosło jakieś efekty. Zastanawiał się czy nie pogadać z nią na ten temat. Oczywiście jak już dostaną w swoje ręce tę ulotną czarę. Wtedy nie będzie mogła wymówić się ważniejszymi sprawami. Bo przecież powinien przynajmniej spróbować. Wiedział, że będzie żałował, jeśli tego nie zrobi.
Jednakże ta myśl przyniosła ze sobą powrót zgagi. Chyba powinien skombinować jakieś lekarstwo. Albo pić mniej whisky.
- Black? Black? Co się z tobą dzieje ostatnio?
Syriusz podniósł wzrok ze swojego biurka i zobaczył zaniepokojoną twarz Franka wystającą znad przepierzeniem między ich kącikami.
- Um... nic? - odparł, zmuszając się do powrotu do rzeczywistości. Spojrzał na swoje biurko, na którym leżała kolejna cholerna mapa. Do czego miała służyć? Nie miał bladego pojęcia, siedział bujając w obłokach. Ale wstyd, zamieniał się w nastolatkę. - Wiadomo już coś o Moodym? - spytał Franka, starając się wyglądać na znudzonego, a nie zniewieściałego.
- Ta. - Longbottom wyszczerzył zęby. - Wyobraź sobie, że podobno przeklął jednego z uzdrowicieli. Kazał im wszystkim się odwalić. Podobno jeśli ma spędzić choćby jeszcze jeden dzień w Świętym Mungu to nie chce, żeby to naprawiali. Może wrócić w każdej chwili.
Syriusz się zaśmiał. To tłumaczyło, dlaczego nos Moody'ego nigdy nie został wyleczony. Black wiedział, że jego szef nienawidził szpitali i właśnie dlatego miał tyle blizn, mimo istnienia całej masy eliksirów, które mogłyby sobie z nimi poradzić. Leżenie, podczas gdy inni ludzie skaczą dookoła ciebie to nie było coś, na co Alastor Moody by się zgodził.
- To w jego stylu. - zauważył.
- Więc tak sobie myślałem... - zaczął Frank z buntowniczym pół uśmiechem. - to twoja ostatnia godzina wolności przed powrotem twojego prywatnego prześladowcy... wyskoczymy do Kotła na lunch? Reszta jeszcze kończy raporty z Docklands, więc nie będą za nami tęsknić, a biorąc pod uwagę, że przez ostatnie pół godziny nie zrobiłeś nic... zupełnie nic, może chcesz się stąd wyrwać? Ale tak na serio. - dodał, marszcząc brwi. - Chyba jeszcze nigdy nie widziałem, żebyś tak długo siedział w bezruchu. Jesteś pewien, że wszystko w porządku?
- Tak, Longbottom. Wszystko gra. - oznajmił Syriusz, wstając i rozpinając mankiety, a potem ściągając szatę przez głowę. Rzucił ją niedbale na swoje krzesło. - No to chodźmy. Mam co najwyżej dzień, zanim Moody przypomni sobie, że mnie oszołomił i zacznie mnie traktować jak zwykle.
Syriusz i Frank właśnie wrócili do biura aurorów po odrobinę przedłużonym lunchu, który być może obejmował pintę lub dwie więcej niż powinien. Niestety dla dwóch panów Święty Mungo mógł przetrzymywać ludzi wbrew ich woli tylko w sytuacjach krytycznych... chociaż Syriusz sądził, że ta sytuacja mogła do takich należeć, biorąc pod uwagę wkurzony warkot, którym powitał ich Moody.
- A gdzie wy dwaj byliście?
Syriusz był prawie pewny, że to właśnie Moody, ale głowy by sobie za to uciąć nie dał, bo jego twarz mężczyzny skrywały bandaże.
- Musiałem zamienić słówko z Billingsem. - odparł szybko Frank. - Znowu zabierał się za Fletchera i jego kolesi.
Syriusz uśmiechnął się wewnętrznie. Frank był przydatnym znajomym. On sam zamierzał powiedzieć: „Na lunchu", czym raczej by Moody'emu nie zaimponował. Generalnie jego szef wyznawał opinię, że jedzenie było opcjonalne, szczególnie jeśli przeszkadzało w pracy.
- To śliski gość, ale zna się na swojej robocie. Moglibyśmy mieć problemy, gdyby go zamknięto. - burknął z aprobatą Moody.
Syriusz i Frank obaj przytaknęli, bardzo zadowoleni, że Moody miał tylko pół nosa i to zabandażowanego, bo inaczej z pewnością wyczułby dym i alkohol, dwie rzeczy, których nie spotykało się w środowe popołudnie w Departamencie Przestrzegania Prawa.
- Black, na słowo. Longbottom, do roboty. – zakomenderował ich szef, machając laską w stronę Franka.
„Wspaniale" pomyślał Syriusz, podążając za Moodym wzdłuż rzędu boksów. Okres łaski i względnej uprzejmości najwyraźniej dobiegł końca.
Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Moody zajął miejsce za biurkiem i wskazał podwładnemu krzesło naprzeciwko siebie. Syriusz usiadł, marząc o tym, by Frank nie wyciągnął go na lunch, bo teraz jego umysł nie był już tak dobrze przygotowany do zjednania sobie szefa.
Moody posłał mu surowe spojrzenie. Jego laska stukała o nogę biurka... albo może o jego własną nogę. Ciężko powiedzieć, bo obie były drewniane.
- No, Dumbledore przyszedł wczoraj ze mną porozmawiać. - odezwał się wreszcie. - Ma pewne obawy.
- Jakie obawy? – zdziwił się Syriusz. Może Moody jednak nie zamierzał wyładować na nim zebranego w szpitalu gniewu?
- Na temat twój i tej dziewczyny. – „A może jednak tak."
Syriusz spojrzał na szefa z przerażeniem. To się nie mogło dziać. Po prostu nie. Nie zamierzał odbywać tej konwersacji z człowiekiem, który śmiertelnie go przerażał, a jednocześnie sprawiał, że chciało mu się śmiać na widok tej szaleńczo zabandażowanej twarzy.
„Nawet mowy nie ma" Syriusz zaczął panikować wewnętrznie. Skąd Dumbledore wiedział? To przecież nic wielkiego, to nie tak, że coś się zmieniło. Spróbowali powstrzymywania Szatańskiej Pożogi, a on niedługo zdobędzie czarę... wszystko szło zgodnie z planem. Co to szkodziło, że trochę się sobie nawzajem podobali...?
- Wszystko w porządku, Moody. Naprawdę, my nie... jest dobrze... - wyjąkał Syriusz, a potem westchnął ciężko. - Merlinie, czy Dumbledore naprawdę poprosił, żebyś ze mną o tym porozmawiał?
- Tak. Powiedział, że dalej nie macie ostatniego horkruksa, czyli czary. Martwi się, że nie zdołacie go zdobyć na czas.
Syriusz nie mógł powstrzymać dławiącego śmiechu, który umknął z jego ust. Ulga, słodka ulga, że jego szef nie zamierzał ochrzanić go za jego głupie postępki. Pomysł, że mógłby porozmawiać z Moodym o swoich uczuciach sprawiał, że wzdrygał się na wiele strasznych sposobów.
- A tak, nie martw się, mamy plan awaryjny, no i zostało nam jeszcze siedem tygodni.
- Tak powiedziałem Dumbledore'owi. Wydaje mi się, że on się naprawdę niepokoi. - wyznał Moody. - Nie sądziłem, że dożyję takiego dnia. - dodał, wydając z siebie dziwny, zduszony dźwięk. Chwilę zajęło, zanim Syriusz zdał sobie sprawę, że to śmiech.
„Co się do cholery działo?" Moody się śmiał, Dumbledore się bał, a Syriusz zamienił się w nastoletnią dziewczynę z dotkliwą zgagą. Świat stanął na głowie.
