Od tłumaczki: Bardzo przepraszam za spóźnioną publikację, ale wczorajszego wieczora strona odmówiła posłuszeństwa i nie pozwalała mi załadować dokumentu. Na szczęście dziś rano wszystko już jest w porządku i mogę dostarczyć wam Rozdział 31.

Jeszcze raz powodzenia dla wszystkich, którzy zmagają się z sesją.

Miłej zabawy


14 września

Czekając na Polluxa w Dziurawym Kotle, Syriusz nie mógł powstrzymać zdenerwowania. Czuł się tak za każdym razem, kiedy on i jego dziadek szli do banku, całkiem jakby w każdym momencie mógł zrobić coś, co zniszczy jego przykrywkę, która przecież gdzieś po drodze stała się prawdą.

Pomijając fałszywą tożsamość Hermiony, od tygodni nie okłamał swojego dziadka. Odbyli nawet kilka kulturalnych konwersacji na temat mugolaków. Pollux dalej był zaślepionym dupkiem, ale nie idiotą. Nie tyle sądził, że Syriusz się mylił, co nie podzielał jego opinii. Raz nawet powiedział ze zrezygnowaniem: „Świat dąży w te stronę.Jeśli Czarny Pan upadnie, Blackowie będą musieli się zmienić, albo podążą w jego ślady."

Syriusz dosłownie zakrztusił się whisky słysząc te słowa. Najwyraźniej tylko jego matka stała na drodze temu, by rodzina poszła w stronę, która by mu odpowiadała. Bo odkąd na powrót go do niej przyjęto, Syriuszowi chodziły po głowie dziwne myśli. „A co gdyby po odejściu Hermiony nie powiedział im, że to wszystko było kłamstwem?" Mógł grać zranioną duszę i sterować swoją rodzinę w dobrą stronę. Przecież kiedy ona odejdzie, na pewno przyda mu się coś czym będzie mógł się zająć.

Oczywiście Harry będzie bezpieczny, a Syriuszowi pozostaną przyjaciele, z którymi znów będzie mógł pokazywać się publicznie. Ale to mu jej nie zastąpi.

Jednakże najbardziej dziwiło go to, że to nie te niedawno odkryte uczucia do niej (te które zakładały sporo dotykania i całkowity brak myślenia) sprawiały, że smuciło go jej odejście, tylko strata przyjaciółki. Tej dziwnej dziewczyny, która przysiadła się do niego w barze i nazwała go panem Ogdenem. Która go rozbawiła, mimo, że cały świat go wkurzał.

Wyłączając Jamesa, Hermiona była pierwszą osobą, z którą sam się zaprzyjaźnił i chociaż zwariowałby ze szczęścia gdyby jeszcze się do siebie zbliżyli, to nie miał pewności jak sobie z tym poradzi, kiedy Hermiona odejdzie. Ukradkiem sprawdził tors. Brak piersi. „Świetnie, dalej tylko wewnętrznie jestem kobietą."

- Długo czekałeś, Syriuszu? - rozbrzmiał głęboki głos Polluxa, ponownie wyrywając Syriusza z zamyślenia. Znowu złapano go na bujaniu w obłokach, naprawdę musiał nad tym zapanować. Ten problem powoli urastał do coraz większych rozmiarów.

Przyjrzał się Polluxowi. Jego dziadek był ubrany w ciemną szatę, jak zwykle w dzień bankowy. Długie włosy miał związane na karku i wyglądał bardzo dystyngowanie. Syriusz przeczesał palcami własne włosy. Zostawiał je rozpuszczone, bo nie były aż tak długie, by dało się je związać. Nikt oprócz jego matki się nie skarżył, więc zakładał, że wyglądały w porządku.

- Um... nie, Dziadku. Dopiero przyszedłem. - kłamstwo, zdał sobie sprawę, sprawdziwszy godzinę. Siedział tu od czterdziestu minut. Szlag, miał naprawdę poważny problem.

- Powinnyśmy się zbierać, mam dziś sporo do zrobienia. - oznajmił Pollux, zerkając na oprawioną w skórę księgę, którą niósł.

- Oczywiście. - powiedział Syriusz, wstając, by podążyć za swoim dziadkiem przez pub, aż na niewielkie podwórko z tyłu. Pollux stuknął różdżką w cegły nad koszami na śmieci i Ulica Pokątna stanęła przed nimi otworem.

Kiedy wędrowali krętymi uliczkami pośród innych kupujących, sprzedawcy witali Polluxa, ściskali mu ręce i uśmiechali się do niego. Dobrze go tu znano, a że ostatnimi czasy mugolacy bali się wychodzić z domu, wszyscy na ulicy mieli odpowiedni status krwi, by zasłużyć na podobną odpowiedź. Ręce Syriusza też ściskano. Przy każdej wycieczce zdarzało się to coraz częściej. Przedstawiciele starych rodów cieszyli się, że Rodzina Blacków odzyskała dawną siłę.

Wspięli się po schodach do Gringotta i minęli goblinią straż, by pójść dalej długim korytarzem. Z każdej strony otaczał ich marmur i rżnięte szkło. Nie musieli czekać w kolejce, bo Pollux był umówiony, a nawet gdyby nie był to ilość złota jaką trzymał w banku sprawiłaby, że bardzo szybko zostałby obsłużony.

- Panie Black. - powitał ich goblin za kontuarem, a jego wargi ani drgnęły. Syriusz nie wiedział, czy gobliny w ogóle potrafiły się uśmiechać. Chyba nie. A przynajmniej nie te u Gringotta.

- Dzień dobry, Gornuku. - odparł Pollux. - Dzisiaj depozyt i wizyta.

- Oczywiście, panie Black. – goblin wyciągnął dłoń o długich palcach po księgi, którą trzymał Pollux.

Mężczyzna wyciągnął ogromną torbę galeonów z wewnętrznej kieszeni, którą Syriusz dla niego zaczarował używając niewykrywalnego zaklęcia zmniejszająco-zwiększającego od Hermiona. Pollux był pod wrażeniem jego użyteczności w kontekście przenoszenia dużych obiektów. Syriusz miał podobną kieszeń, w której przechowywał duplikat złotej czary bo Hermiona nalegała, by miał go przy sobie za każdym razem, kiedy szedł do banku, a on nie zamierzał się z nią kłócić.

Gornuk zważył torbę ze złotem i zaznaczył coś na odpowiedniej stronie Polluxowej księgi, a potem przebiegł palcem po kolumnie w oprawionej w skórę księdze.

- Miał pan dobry kwartał, panie Black. - mruknął z podziwem. - Poradziłem panu, żeby nie inwestował pan w przedsięwzięcie Bobbinsa, ale miał pan rację, ignorując mnie. Ma oko do aptekarstwa.

- O tak. - potwierdził Pollux. - Zastanawia się nad otwarciem nowego oddziału po sezonie wakacyjnym.

- Świetnie. - odparł z aprobatą Gornuk. Przycisnął dłoń do strony, na której książka była otwarta. - Depozyt został dodany do pana rachunku. Czy chciałby pan żebym osobiście pana zaprowadził, czy może to zrobić ktoś inny?

- To bez znaczenia, Gornuku. Może być ktoś inny. - oznajmił Pollux, przyjmując z powrotem księgę.

Gornuk wezwał innego pracownika, a ten poprowadził Syriusza i jego dziadka z marmurowego holu do korytarza o ścianach z chropowatego kamienia. Goblin, którego imienia Syriusz nie znał, powiódł ich do jednego z małych wagoników, którymi dojeżdżało się do skarbców. Kiedy wsiedli, ich przewodnik pociągnął za dźwignię i wagonik ruszył przez podziemne tunele, kołysząc się i zataczając.

Na zakręcie przed leżem ogromnego, jasnego smoka (którego Syriusz nazwał Wally, po swojej matce) goblin sięgnął do torby po metalowe brzękadła. Kiedy mijali Wally, potrząsał jednym w każdej ręce, a bestia odsunęła się od źródła nieprzyjemnego dźwięku. Minęli kolejny zakręt, a potem wagonik raptownie się zatrzymał.

Wyłażąc z niego przed skarbcem Blacków, który ostatnio zdążył świetnie poznać, Syriusz jak zawsze się rozejrzał. Jeśli stanął na krawędzi skały, tam gdzie podłoże pod jego palcami opadało w stronę szyn, mógł za rogiem prawie dostrzec drzwi do skarbca Lestrangów.

- Odsuń się od tego, chłopcze. - nakazał ostro Pollux. - Wiem, że ich nienawidzisz, ale skręcenie sobie karku to żadne wyjście.

„Nimi" były portrety w skarbcu, których Syriusz naprawdę nienawidził. Kiedy Pollux po raz pierwszy zauważył jak Syriusz się ociąga, założył, że ten obawia się wejść do skarbca Blacków. Było to prawdopodobne, bo przy pierwszej wizycie młody mężczyzna otrzymał najgorszą burę w swoim życiu, gorszą od tych serwowanych przez jego matkę, McGonagall i Hermionę razem wzięte. Nie miał pojęcia skąd portrety wiedziały, że opuścił rodzinę. Ostatecznie założył, że ani jego ojciec ani dziadek nie trzymali tego w sekrecie, kiedy uniemożliwiali mu dostęp do skarbca.

Namalowani przodkowie pełnili praktycznie rolę strażników rodzinnej fortuny, wiszących na ścianach, by upewnić się, że nikt niepożądany nie przekroczy progu. Nie żeby mogli temu jakoś przeciwdziałać. No chyba, że złodzieje mieli nadzwyczaj delikatne ego.

Goblin przycisnął rękę do drzwi i Syriusz postąpił kilka kroków do przodu, cały czas patrząc się w stronę skarbca Lestrangów. Było jaśniej niż zwykle, więc zastanawiał się czy nie uda mu się czegoś zobaczyć.

- Polluxie Blacku, przecież ci mówiłam, żebyś mu nie ufał. - odezwała się z irytacją Violetta Black, kiedy tylko drzwi zniknęły. - Zawsze wyglądał podejrzanie, pewnie odziedziczył to po Orionie. Nigdy nie zrozumiem czemu pozwoliłeś swojej córce za niego wyjść. Arcturus nigdy nie był normalny i przekazał to synowi. - Pollux odprawił goblina nie zwracając najmniejszej uwagi na reprymendę. - Twój wuj nigdy nie był z niego zadowolony. Gdyby nie umarł, zanim ten szczeniak się urodził, na pewno nie pozwoliłby, żeby Orion nazwał swój pomiot jego imieniem.

- Tak, Matko. – zgodził się ze zmęczeniem Pollux, a potem przeszedł na drugą stronę pomieszczenia i otworzył małą szafkę, w której znajdował się spis zawartości. To była tylko formalność. Złoto, które dodali dziś do depozytu zostało już zarejestrowane na stronach, a nic nie wypłacono od poprzedniego tygodnia.

Syriusz rozejrzał się po ogromnej kolekcji bogactw i zauważył biżuterię zgromadzoną w skrzyniach i aksamitnych pudełkach niedaleko niego. Stwierdził, że to idealny moment, by dać Hermionie powód na odwiedzenie z nim skarbca w najbliższej przyszłości.

- Dziadku? - zawołał od drzwi, starając się nie wejść w pole widzenia portretów. Na ścianie po prawej stronie czaił się szczególnie okrutny mnich, który lubił obrażać kobiece włosy Syriusza. Młody Black nie przejmował się kiedy wypominano mu brak skrupułów, czy znieważano ojca, ale były takie rzeczy których po prostu nie chciało się znosić w poniedziałek.

- Hmm? - mruknął Pollux, podpisując się na zwoju pergaminu.

- Zastanawiałem się, czy nie powinienem dać czegoś Hermionie? - spytał Syriusz wskazując na kolekcję biżuterii leżącej na pobliskim stole. - Znaczy... obawiam się, że straci zainteresowanie, jeśli nie podaruję jej jakiegoś dowodu moich uczuć.

Pollux podniósł wzrok z nad trzymanej księgi.

- Sądzę, że już masz coś, co spełni to zadanie, mój chłopcze.

- Dziadku - prawie jęknął Syriusz. - rozmawialiśmy o tym. Hermiona chce zrobić karierę zanim zdecyduje się na ślub, a wielokrotnie powtarzała, że nie widzi sensu w długim narzeczeństwie. Wiesz co zamierzam, ale nie chcę na nią naciskać. Pomyślałem sobie, że może... gdyby miała coś mniej... um... znaczącego, może zrozumiałaby, że zamierzam zachować się przyzwoicie... kiedy nadejdzie odpowiedni moment?

- Mój chłopcze, - zaśmiał się Pollux. - za dużo myślisz. Ta dziewczyna ma na ciebie zły wpływ.

Syriusz uśmiechnął się. Jego dziadek miał całkowitą rację, chociaż doszedł do tego wniosku na bazie fałszywych informacji.

- Tak, Dziadku, wiem. Ale zdaję sobie sprawę, jakie to wszystko jest ważne... - spojrzał na swoje stopy i odetchnął głośno. - Chcę... chcę zrobić wszystko co mogę, żebyście byli zadowoleni.

- Merlinie, pozbieraj się, chłopcze. Co w ciebie wstąpiło? - spytał zaniepokojony Pollux. - Sądzisz, że panna Fehr ma wątpliwości?

- Nie, ja... - Syriusz potrząsnął głową.

- Syriusz? Pan Black? - przeszkodził im czyjś głos. Syriusz obrócił się i zobaczył Raba stojącego w otwartych drzwiach do własnego skarbca. Trzymał stertę zwojów w rękach, przez ramię miał przerzuconą skórzaną torbę, a na policzku rozmazany atrament.

- Rab. - zdziwił się Syriusz. - Co tu robisz? - uśmiechnął się lekko, kiedy dotarło do niego jak Rab wyglądał. - Praca domowa?

- Nie krytykuj. - odparł Rab. - Zanim się zorientujesz, będziesz robił to samo. A twoja rodzina ma dwukrotnie tyle śmieci co moja.

Pollux odchrząknął znacząco.

- Um... przepraszam, panie Black. - dodał z zakłopotaniem Rabastan.

Ale Pollux tylko się uśmiechnął i podszedł obejrzeć dokumenty, które trzymał Rabastan.

- Znam twój ból, Rabastanie. Kiedy ożeniłem się z Irmą, ojciec też mi to zlecił,. Ty przynajmniej zdążyłeś zakosztować życia zanim utonąłeś w tych... śmieciach.

Rabastan uśmiechnął się ze zmęczeniem.

- Ja po prostu nie rozumiem czemu nie mogą sami uporządkować swoich testamentów. – mruknął, a potem trochę się rozchmurzył. – Tyle tylko, że wszyscy są dla mnie mili... bo to ja odpowiadam za spadek. Ojciec musi się oczywiście zgodzić, ale mam szansę odrobinę się zemścić. - ta myśl najwyraźniej bardzo go pocieszyła.

Pollux i Syriusz zaśmiali się.

- Gdzie się teraz wybierasz? - spytał młodszy z Blacków. Wydawało mu się to świetną szansą na zbliżenie się do skarbca Lestrangów i ukrytej w nim czary.

- Na lunch - ziewnął Rabastan. - i drinka. Merlinie, ale tu nudno.

- Nie przeszkadzałoby ci towarzystwo? - spytał Pollux. – Wpadliśmy dziś tylko na chwilę i już wychodzimy. Masz czas Syriuszu?

- Oczywiście, Dziadku. – odparł chłopak. - Jeśli tylko ty fundujesz. - zerknął przez ramię na niemożliwe ilości złota.

Pollux klepnął go w ramię i znów się zaśmiał.

- Jak tak to sam sobie płać. Blackowie nie proszę o złoto, powinieneś już to wiedzieć.

Okazało się, że Pollux żartował i chętnie zapłacił za jedzenie i dwie Ogniste Whisky dla każdego, a potem zostawił dwóch młodych mężczyzn samych, bo miał... spotkanie ze starymi przyjaciółmi zawierające karty i więcej whisky. Cóż za ciężkie życie.

- Kiedy musisz wracać do pracy? - spytał Rabastan, kiedy palili papierosy do ostatniego drinka. Syriusz był zaskoczony, bo Rabastan normalnie nie palił. „Presja grupy" pomyślał. Hermiona sprawiła, że on stał się bardziej zorganizowany i skoncentrowany, a on mógł tylko nakłaniać ludzi do palenia.

Czy sam siebie oszukiwał łudząc się, że kiedy już dorwie tę głupia czarę, zdobędzie serce Hermiony,? Wiedział, że podobał jej się tamten moment w trakcie Gali, ale chyba nie lubiła facetów tylko przez wzgląd na wygląd. Syriusz widział zdjęcie jej przyszłego chłopaka, ten gość musiał mieć niezwykłą osobowość.

Może powinien bardziej nad tym popracować... starał się pokazać jej swoją inteligencję. Wiedział, że nią dysponował. Po prawdzie ukrywał ją pod całą masą tupetu i brawury, ale i tak. Hermiona z pewnością nie wywracała już oczami tak często jak kiedyś... może to działało...

- Syriuszu? Słuchasz mnie?

„Słodki Merlinie, znowu?"

- Przepraszam, co?

- Spytałem, kiedy musisz wracać do pracy? - powtórzył Rabastan. - Zamierzałem poprosić cię o pomoc, ale wydajesz się dziś szczególnie zamyślony, więc może to nienajlepszy pomysł.

- Pomoc w czym? - spytał Syriusz.

Rabastan wskazał na stertę zwojów.

- Mnie wszystko się miesza, ale ty całkiem nieźle radzisz sobie z cyferkami. Słuchałem jak rozmawiasz z panem Blackiem i teraz czuję jakby głowa miała mi zaraz eksplodować. Ale ty rozumiałeś o czym mówił... albo jesteś świetnym aktorem.

„Podwójna racja" pomyślał Syriusz.

- Pewnie - przytaknął. - Moody dalej jest dla mnie miły, więc nic się nie stanie, jak się trochę spóźnię. To, że szef mnie oszołomił to najlepsza rzecz jaka mi się w życiu przytrafiła.

- No tak, musisz być wkurzony, że znowu wypuścili Smytha i Wilkesa. - stwierdził Rabastan, kończąc swojego drinka.

- Wkurzony to niedopowiedzenie, Rab. - mruknął Syriusz, a Rabastan poruszył się niepewnie.

- To trochę dziwne, że się kumplujemy, prawda? - szepnął. - Pozostali cały czas mi to wypominają.

- Chyba. - Syriusz wzruszył ramionami. - Ale wojna nie będzie trwać wiecznie, a niewielu jest takich, którzy nie całują butów Wężowatego, więc cieszę się z naszej znajomości.

Rabastan szybko rozejrzał się dookoła.

- Merlinie, wolałbym żebyś nie gadał takich głupot, Syriuszu.

- Wybacz, ale znasz moją opinię na jego temat. - zaśmiał się Syriusz.

- Znam. Ale mniejsza, to jak będzie... urywasz się, żeby pomóc mi z pracą domową?

- Pewnie. – zgodził się Syriusz, myśląc że to kolejny dowód na to ja Hermiona wpływała na jego zachowanie. Gdyby tylko Lunatyk i Rogacz go teraz widzieli... pomaganie komuś z papierkową robotą... lepiej nie. James by go walnął i nazwał kujonem, a Remus przekląłby go jako kogoś kto podszywał się pod prawdziwego Syriusza.

Więc siedzieli skuleni przy stoliku w Dziurawym Kotle, przedzierając się przez listy imion i nazw i dopasowując wartość artefaktu do tego jak ważny był dany członek rodziny. Syriusz całkiem dobrze się bawił, denerwując Rabastana poprzez usuwanie rzeczy ze strony Bellatrix za każdym razem, gdy drugi mężczyzna nie patrzył. Rozbawił go dopiero zmieniając taktykę i dodając wypchanego skrzata domowego i cztery stare taborki do haftu krzyżykowego do przydziału Bellatrix. Nie można było zignorować czegoś tak zabawnego jak Bellatrix i haft krzyżykowy.

Pracowali tak przez większość popołudnia. Syriusz nie podejmował żadnych decyzji, zajmował się tylko sprawdzaniem obliczeń Rabastana.

- No dobra, muszę je teraz odnieść. - oznajmił Rabastan o czwartej. - Idziesz się przejść, czy masz dość podróży wagonikiem na jeden dzień?

Syriusz prawie zrzucił papiery ze stołu. Czy naprawdę właśnie zaproponowano mu wizytę w skarbcu Lestrangów?

- Pewnie. - odparł spokojnie. - Muszę rozprostować nogi, zastały mi się od tego całego siedzenia.

Rabastan ziewnął i wstając, przeciągnął się.

- Wiem co masz na myśli. - powiedział. - Tyłek mi zdrętwiał.

Syriusz zaśmiał się nerwowo i obaj wyszli z pubu. Serce biło mu jak młotem. Czy powinien oszołomić Rabastana i goblina? Ile tam będą? Jeśli dłużej niż dziesięć minut goblin zostawi ich i potem po nich wróci... musiał porozmawiać z Hermioną... cholera.


Kiedy wagonik zatrzymał się przed skarbcem Lestrangów, Syriuszowi ręce trzęsły się od nerwowej energii. To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. W trakcie roztrzęsionej podróży korytarzami Gringotta poprawił różdżkę w rękawie. Podczas gdy Rabastan wysiadał z wagonika, Syriusz dał sobie moment na pozbieranie się. Co za szansa... bliżej czary już nie będzie.

Jeśli goblin wyjdzie... nie chciał go oszałamiać, za to można było iść do Azkabanu, a właśnie tego próbowali uniknąć. Syriusz prawie się roześmiał, kiedy zdał sobie sprawę, że obawiał się oszołomić goblina, jednocześnie zamierzając okraść bank.

Wysiadł z wagonika i stanął przy drzwiach, obserwując jak Rabastan wchodzi do środka. Nie chciał wyjść na zbyt chętnego i wydawało mu się to strasznie niegrzeczne, tak wpraszać się do czyjegoś skarbca bez zaproszenia.

- Możesz iść. - powiedział Rabastan do goblina. - Muszę to odłożyć, a to chwilę potrwa. Pół godziny wystarczy.

Wspaniale.

Kiedy goblin odjechał, Syriusz zaczął wzrokiem przeszukiwać kolekcję skarbów. Wszędzie leżały góry złota, klejnotów i pucharów. Zauważył też wypchanego skrzata, którego próbował przekazać Bellatrix. Przy ścianach stały regały, a na nich znajdowało się jeszcze więcej drogich metali. Fortuna nie dorastała do pięt temu co mieli Blackowie, ale i tak była dość znaczna.

Ze swojego miejsca przy drzwiach przeskanował wzrokiem półki, sprawdzając je metodycznie od góry w dół, jeden rząd po drugim. W skarbcu Lestrangów nie było portretów, zauważył z zazdrością. Właśnie sprawdzał trzeci rząd półek, kiedy ją zauważył. Mała, złota czara z uchwytami po obu stronach, stojąca niewinnie obok korony i sterty lśniących szmaragdów.

- Syriuszu. - odezwał się z rozdrażnieniem Rabastan.

- Hmm... - mruknął nonszalancko Syriusz, a serce mu waliło. Spojrzał na Raba tak zwyczajnie jak tylko dał radę. - Tak?

- Nie dopisywałem kolekcji szesnastowiecznych kajdan do listy Rodolphusa.

- Próbowałem być pomocny. - zachichotał Syriusz. – Przy takiej żonie mogą się przydać.

Rabastan też się zaśmiał acz niechętnie.

- Tak, jasne, chodź tu i to napraw. Przez twoją uprzejmość trzeba sprawdzić całą jego cząstkę.

Syriusz oparł się o jeden ze stołów i zabrał za ponowne dodawanie idiotycznie długiej listy własności Rodolphusa, jednocześnie zerkając na zegarek. Miał jeszcze dwadzieścia minut. Czara stała sobie kusząco blisko, na swojej półeczce. Jak mógłby wytłumaczyć oszołomienie Rabastana?

Skończył z listą i oddał ją Rabastanowi.

- Proszę bardzo, wszystko naprawione. Myślałem, że zauważyłeś w Kotle. - mruknął przepraszająco.

Rabastan cmoknął z dezaprobatą, a potem odłożył listę na jej miejsce w szafce na dokumenty.

- Mamy jeszcze trochę czasu zanim goblin wróci. Wybacz, poszło szybciej niż myślałem.

- Nie ma problemu. - Syriusz wzruszył ramionami.

- Och, wiem. - odezwał się Rabastan a jego twarz rozjaśniła się. - To ci się spodoba. - przeszukał stertę różnych broni i wyciągnął z niej bułat i łuk refleksyjny. - Weszły do rodziny razem z Burkami. Jeden z ich przodków przebywał w Anatolii w trakcie Krucjat, wydaje mi się, że około 1101 roku. Miał szczęście, że udało mu się ujść z życiem, bo zachód przegrał z kretesem. To w ogóle kuriozalne, że zaplątał się w szlamowatą wojnę. No, ale muszę przyznać, że tamci mają niezłą broń. Przywiózł ją do domu, a kiedy wżenili się w naszą rodzinę przyszły do nas z wianem. Czy nie są ekstra?

- No ba. - zgodził się szczerze Syriusz, biorąc od niego zakrzywioną szablę, która wygląda niesamowicie. Była długości jego ramienia, ale niespecjalnie ciężka, o zakrzywionej klindze. Szerokie ostrze lśniło.

- Gdzieś było też trochę strzał. - dodał Rabastan, przez chwilę dalej przekopując stertę skarbów. - Acha! - zawołał nagle i wyciągnął coś co sprawiło, że wieża bogactw zachwiała się i z łomotem spadła na niego niczym lawina noży, tarcz, hełmów i pik. Syriusz wykorzystał szansę.

- Drętwota. - wymamrotał pod nosem, a Rabastan opadł bezwładnie w stosie rynsztunku. Syriusz miał nadzieję, że na nic się nie nadział. Tuż obok niego leżała wyglądająca na ostrą lanca.

Syriusz natychmiast obrócił się do kąta mieszczącego mały złoty horkruks. Postawił stopę na niskiej ławce stojącej przy regale, na którym znajdowała się Czara Hufflepuff i sięgnął po nią. Chwyciwszy metal, poczuł to przeraźliwe zimno i ciemność, jakby coś było nie tak, ale ciężko było powiedzieć co. Dziennik i medalion miały tę sama aurę. Wyciągnął podróbkę i postawił ją na półce, a hokruksa schował do powiększonej kieszeni. Potem zszedł na ziemię.

Przesunął ciężką tarczę i ogromny miecz dwuręczny, które leżały obok Rabastana tak, by przykryły jego głowę, a potem wycelował w niego różdżkę i mruknąwszy:

- Enervate. - pochylił się i zaczął potrząsać ramieniem mężczyzny. - Rab? - zawołał nagląco. - Rab, wszystko w porządku?

Rab jęknął sennie.

- Co do...? - mruknął wygrzebując się z głębin stali, skóry i drewna. - Merlinie, to mnie nauczy. - mruknął masując głowę i rozglądając się po pobojowisku. Szeroko otworzył oczy. - Cholera! Pomóż mi poodkładać to na miejsce, bo Ojciec mnie zabije. Nie mogą się dowiedzieć, że cię tu wpuściłem. Rany, co za katastrofa!

- Wszystko w porządku, Rab? Ta tarcza trafiła cię prosto w łeb. Może powinieneś chwilę odpocząć. - zaproponował Syriusz z perfekcyjnym zaniepokojeniem. Rabastan zerknął na zegarek.

- Nie ma na to czasu, goblin wróci za pięć minut. Szlag. Mam nadzieję, że się spóźni.

Syriusz pomógł mu posprzątać nawałnicę, co ku jego frustracji musieli zrobić bez magii. Mimo to udało im się zaprowadzić jaki taki porządek, zanim do ich uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk nadjeżdżającego wagonika.

- Może lepiej stanę tam? - zaproponował pospiesznie Syriusz, ruszając ku wejściu do skarbca.

- Tak. - zgodził się Rabastan, wzrokiem przebiegając po odłożonej na miejsce fortunie. - Merlinie, było blisko.


Syriusz zabębnił w drzwi balkonowe prowadzące do pokoju hotelowego Hermiony.

- Minnie McGonagall magluje małe małpiatki! - zawołał.

Hermiona pojawiła się po drugiej stronie szyby, a brwi miała zmarszczone.

- Gość mówi jako drugi. - zauważyła nieufnie, celując w niego różdżką.

- No i? Dalej, powiedz swoje. Albo po prostu mnie wpuść. Nie mam wiele czasu, dziś pełnia i to pierwsza z Eliksirem Tojadowym, pamiętasz?

- Po prostu cię wpuścić? – zdziwiła się, lekko unosząc różdżkę i popatrując na niego podejrzliwie.

- Tak. - nie mógł się doczekać, by jej powiedzieć. - Mam dobre wieści.

- Jakie były pierwsze słowa, które do mnie powiedziałeś? - spytała. Syriusz westchnął z irytacją.

- Nie pamiętam, byłem napruty jak Messerschmitt.

- To nie jest żart, Syriuszu. - spojrzała na niego tak, że zabrał się za odpowiadanie, bo inaczej musiałby się liczyć z perspektywą odzyskiwania czary z jego całkowicie związanego, zimnego ciała.

- To było coś o whisky... nazwałaś mnie panem Ogdenem, um... powiedziałeś, że Lunatyk jest księżycem dla mojej gwiazdy? Szczerze Hermiono, wszystko mi się zamazuje. Poszliśmy nad Tamizę, byłaś cholernie dziwna i poklepałaś mnie po głowie.

- No dobrze. - powiedziała i wreszcie otworzyła drzwi. - Do twojej wiadomości, pierwszą rzeczą, którą do mnie powiedziałeś było „pijesz moją whisky". Byłeś naburmuszony jak dziecko, któremu zabrano zabawkę. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy podjęłam dobrą decyzję.

- Kogo to obchodzi, Hermiono?Mówiłem ci, byłem mocno pijany, masz szczęście, że cokolwiek pamiętam. Ale co do picia... - z kieszeni wyciągnął mały złoty horkruks.

Na początku jego wypowiedzi Hermiona była obrażona, ale potem wyraz jej twarzy zmienił się na osłupienie. Szeroko otworzyła oczy, a jej usta z cienkiej linii wyrażającej dezaprobatę ułożyły się w szeroki uśmiech.

- Udało ci się! - pisnęła. - Zdobyłeś ją! – i zarzuciła mu ręce na szyję, a siła z jaką się na niego rzuciła sprawiła, że musiał cofnąć się o krok. Spojrzała na niego. - Cholernie genialne, Syriuszu! - zawołała, a potem pocałowała go prosto w usta.

Szok spowodowany tym, że przeklęła w połączeniu z faktem, że właśnie go całowała sprawił, że Syriusz zamarł. Całkowicie zapomniał o horkruksie, zapomniał o wszystkim. Ale zanim zdążył użyć swoich niesamowitych umiejętności całowania, Hermiona odsunęła się od niego i odebrała mu czarę.

Oglądając horkruks miała zarumienione policzki, a kiedy spojrzała na Syriusza, na jego twarzy musiało widnieć zdumienie, bo spytała:

- No co? To chyba ty nalegałeś na pocałunki w ramach nagrody.

- Huh... ta... chyba tak. - desperacko próbował wymyślić coś jeszcze, co mogłoby zapewnić mu taką nagrodę.

- Więc jak ją zdobyłeś? - spytała, a jej głos drżał lekko. - To niesamowite, Syriuszu. Jesteś genialny. Mamy je. Mamy je wszystkie, ja... - głos jej się załamał, a Syriusz ze zdumieniem dojrzał łzy w jej oczach. Nie mógł nadążyć, ostrożna, szczęśliwa, całująca, płacząca... jego mózg nie dawał rady tego wszystkiego przyswoić.

Jeszcze nigdy nie widział jak płacze, nie tak naprawdę, trochę wilgoci tu i tam. Ale kiedy patrzyła na czarkę po jej policzkach płynęły ogromne łzy. Jej ramiona zaczęły się trząść i Syriusz zrobił jedyną rzecz jaka przyszła mu do głowy. Zabrał jej czarę i odłożył na stolik. A potem wziął Hermionę w ramiona i przytulił. „To się robi jak dziewczyna płacze. Przytula się je... nawet jeśli powinny być szczęśliwe?"

- Wybacz - mruknęła drżącym głosem. - Po prostu czuję taką ulgę. Jesteś wspaniały, zdobyłeś ją, mamy je. Plan... zadziałał.

- Oczywiście, że tak. - odparł, a w jego głosie zabrzmiała ironia. - Ty go wymyśliłaś. Teraz musimy tylko mieć nadzieję, że Dumbledore wykona swoją część.

- Tak. - potwierdziła, pociągając nosem. Jego szata tłumiła jej głos. - Wybacz... po prostu tak się martwiłam. Ale to jest to, teraz możesz odzyskać swoje życie... koniec z rodziną... już po wszystkim.

„Już po wszystkim." Te słowa niosły się echem po jego głowie, kiedy klepał ją po plecach. Tak było. To co złe i to co dobre... zbliżało się do końca. Mocniej przycisnął ja do siebie. Sześć tygodni, tylko tyle mu pozostało. Czy powinien jej powiedzieć? Pewnie nie teraz, kiedy płakała w jego szatę... ale wkrótce. Musiał porozmawiać z Remusem, a może z Jamesem. Pomogą. O cholera, Lunatyk.

- Hermiono - odezwał się cicho. - Strasznie mi przykro, ale muszę iść. Remus naprawdę się denerwuje przed dzisiejszą nocą. Rogacz i ja obiecaliśmy, że przyjdziemy wcześniej, tak na wszelki wypadek.

- Och, racja. - powiedziała, odsuwając się od niego i ocierając oczy. - Wybacz, ja...

- Hej, nie przejmuj się. Nigdy nie płaczesz, masz prawo... um, chcę z tobą porozmawiać, ale to może poczekać. Wpadnę jutro przed pracą, będziesz przytomna koło siódmej?

Hermiona przytaknęła.

- Tak, nie ma nic lepszego niż całonocny sen bez twojego grzmiącego chrapania nad uchem. - zachichotała przez łzy i uśmiechnęła się.

- Hej, hej. - powiedział Syriusz z szerokim uśmiechem. - Nie masz prawa być dla mnie niemiła. Jestem bohaterskim zdobywcą, chrapanie to niewielka cena za zaszczyt przebywania w moim towarzystwie.

Ku jego wielkiemu zdumieniu Hermiona nie prychnęła, ani nie wywróciła oczami, tylko znów go przytuliła i powiedziała.

- To prawda. - wiedział, że kiedy go puściła i na niego spojrzała szczerzył się jak kompletny idiota. Jej usta też wykrzywiał dziwny uśmiech. - Powodzenia z pełnią, przekaż Remusowi, że o nim myślę.