14 września
Kiedy Syriusz dotarł do domu Remusa, policzki i szczęka bolały go od uśmiechu, którego nie mógł się pozbyć. Ale zupełnie się tym nie przejmował.
Prawie w podskokach dotarł do drzwi frontowych rozwalającego się domu, jednocześnie myśląc, że jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy podczas pełni. Połączona świadomość, że zdobył ostatniego horkruksa, a do Nocy Duchów zostało już tylko sześć tygodni, wypełnionych tylko ćwiczeniami Szatańskiej Pożogi wystarczała, by wprawić go w wyśmienity nastrój. A fakt, że tym razem Lunatyk nie przemieni się w śliniącą się bestię, którą Syriusz będzie musiał ganiać przez całą noc, sprawiał, że noc przedstawiała się coraz lepiej.
No i co najważniejsze, Hermiona nie tylko go pocałowała, ale też zasugerowała, że lubi go na tyle, by z chęcią widzieć go w swoim łóżku każdej nocy. I chociaż nie oznaczało to tego, co Syriusz by sobie życzył, to i tak stanowiło całkiem porządny start.
- Lunatyku, Lunatyku, Lunatyku! - zawołał śpiewnym głosem, pukając w rytm i kołysząc się na piętach. „Merlinie, czemu nie mógł przestać się ruszać?"
- Łapa? - spytał zmęczonym głosem Remus.
- Pewnie, że tak, Lunatyku, mój bracie! - potwierdził radośnie Syriusz, masując policzki, by zmniejszyć ból wywołany permanentnym uśmiechem.
- Chryste. - mruknął przez drzwi, zirytowany Remus. - Upiłeś się? Mam nadzieję, że nie. Wiesz, jak zachowuje się Łapa, jeśli przemieniasz się napruty.
- Ha! Nie ma się czym martwić, Lunatyku. Jestem po prostu szczęśliwy. Twojej wilczej cnocie nic dzisiejszej nocy nie zagrozi.
- Fuj, Łapo. – odparł Remus, a Syriusz zaśmiał się z dość kiepskiego, żartu. - Nie, chodziło mi o to, że żadna z tobą zabawa, jesteś senny i cały czas warczysz. Co zrobiłeś Charlotte Jamieson na Zaklęciach na trzecim roku?
- Za którym razem? - spytał niecierpliwie Syriusz. A potem, by jak najszybciej podać prawdziwą odpowiedź, wejść do środka i opowiedzieć wszystko Remusowi, zaczął wyrzucać z siebie całą masę słów, mając nadzieję, że trafi na te, o które Lunatykowi chodziło. - Zaczarowałam jej włosy na różowo... ale jej się to spodobało, więc sprawiłem, że jej warkocz unosił się za nią w powietrzu przez cały dzień... ale ona sądziła, że to urocze... potem lewitowałem skraj jej szaty... ale powiedziała, że ma ładne nogi, więc nic nie szkodzi... potem zaczarowałem jej kota na niebiesko... ale stwierdziła, że pasuje do jej różowych włosów... no więc użyłem na nim zaklęcia powiększającego tak, że bardziej przypominał niebieskiego lwa... ale ona powiedziała, że zawsze chciała mieć strasznego zwierzaka... Flitwick myślał, że bydlę go zeżre... tyle ci wystarczy, Lunatyku?
- Tak myślę. - Remus zaśmiał się niechętnie.
- Nie dało się jej zdenerwować. - przyłączył się Syriusz, a potem zakończył czule. - Genialna laska.
- Tak, pewnie miał na to wpływ fakt, że się w tobie bujała. - zachichotał Remus.
- A one wszystkie tak nie miały? Ta przynajmniej była fajna. Dobra, co daliśmy ci z Jamesem na Święta na szóstym roku?
Remus znów się zaśmiał.
- „Obyczaje rozrodcze wilkołaków" z dedykacją „Zalicz." A tak się cieszyłem na myśl, że kupiliście mi książkę. Szkoda, że okazała się całkowicie bezużyteczna.
- Dobra. - mruknął Syriusz, a jego entuzjazm powrócił w pełnej chwale. - A teraz mnie wpuść! Mam świetnie wieści!
- Łapo, wiesz, że w dniu przed pełnią głowa mnie boli jak diabli. Uspokoisz się, jak otworzę drzwi?
- Najprawdopodobniej nie. - przyznał szczerze Syriusz, ale rozpoznając głos prefekta, dodał. - Ale mogę być ciszej. – i by to udowodnić zniżył głos. Najlepiej było nie wkurzać Prefekta Remusa w dzień przed pełnią. Mogło to skutkować wilkiem próbującym cię zjeść w nocy i surową pogadanką o niewielkim znaczeniu następnego poranka.
Remus otworzył drzwi. Był blady, a czoło miał zmarszczone. Syriusz w podskokach przekroczył próg, a potem przeszedł przez pokój i opadł na fotel, który zwykle zajmował. Remus przyglądał mu się z uniesionymi brwiami, najprawdopodobniej niepokojąc się o jego zdrowie psychiczne.
- Świetne wieści? – spytał, głosem trochę tylko głośniejszym od szeptu.
Syriusz bardzo się starał być cicho. Bardzo. Nie chciał pogarszać bólu głowy Remusa ani wprawiać go w bardziej marudny nastrój, więc tylko przytaknął. Przytakiwanie było ciche.
Kiedy tak siedział, jego lewa noga podskakiwała, jedyny dowód gotującej się w nim dezorientującej radości. Bał się, że kiedy tylko zacznie mówić, eksploduje (chaotyczny wysyp słów, okrzyki radość i może jeszcze radosny taniec) i rozsmaruje się na ścianach czyściutkiego domu Remusa.
Ale Remus patrzył na niego niecierpliwie, a Syriusz musiał mu powiedzieć przed przyjściem Jamesa, więc ostrożnie otworzył usta i powiedział cicho.
- Zdobyłem czarę.
Natychmiast znów zamknął usta, a reszta zdania utkwiła mu w gardle. Zdobyłem czarę. Udało nam się! I Hermiona mnie pocałowała! I nie byłem idiotą! I była pod wrażeniem! I Lunatyku, nie byłem idiotą! Ale powstrzymał się przed kontynuowaniem.
- Naprawdę? Łapo, to wspaniale. - blady Remus patrzył na niego z ulgą. Zajął miejsce naprzeciwko Syriusza, opuszczając się na fotel niczym staruszek i siedział w bezruchu. Zawsze tuż przed pełnią bolały go stawy, więc najchętniej pozostawał w jednej pozycji.
Syriusz zaryzykował kolejne wyszeptane zdanie.
- Tak, spotkałem w banku Raba. Zajęło mi to całe popołudnie, ale zdobyłem czarę.
Remus ciężko oparł się o plecy fotela, miał zamknięte oczy, ale uśmiechał się szeroko.
- Świetna robota, bracie. Jutro będę się cieszył razem z tobą.
Widok cierpiącego przyjaciela trochę przygasił szaleńczą radość Syriusza. Miał nadzieję, że eliksir ułatwi cały ten proces, ale najwyraźniej była to nadzieja złudna.
- Zrobię herbaty. - zaproponował cicho Syriusz, zrywając się na równe nogi z energią zupełnie niepasującą do jego tonu. W dniu przed pełnią herbata była najlepszą przyjaciółką Remusa. - Piłeś eliksir przeciwbólowy?
- Nie mogę. - mruknął Remus. - Źle reaguje z Eliksirem Tojadowym. Mam, cholera, nadzieję, że to zadziała. Nie przechodziłem przez transformację bez przeciwbólowego od... Boże... chyba nigdy, może przy pierwszej... ale tej nie pamiętam.
Syriusz nagle zaczął współczuć przyjacielowi. Napełnił dzbanek do herbaty i stuknął w niego różdżką, a z dziubka buchnęła para. Potem wyciągnął z szafki kubki i cukiernicę. Jak mógł mieć czelność cieszyć się pocałunkami i błazenadą w banku, kiedy Remus cierpiał? Nie wiedział, że wilkołak zrezygnuje z eliksiru przeciwbólowego na rzecz tego testu.
- A co z mugolskimi środkami? - spytał.
Remus otworzył jedno oko, by na niego spojrzeć.
- Nie będę niczego palił, Łapo. Nie mam pojęcia jaki to by mogło mieć wpływ.
- Nie o to mi chodzi. - odparł Syriusz, wywracając oczami. Nie robili tego od lat... no dobra, przynajmniej miesięcy. - Wiesz, te tabletki, które biorą na ból głowy. Hermiona dała mi kilka, całkiem nieźle działają.
- Lepiej nie. - zdecydował Remus. - Tak na wszelki wypadek. Nie chcę, żeby cokolwiek popsuło efekt. Ale pospiesz się z tą herbatą. Herbata wszystko naprawi. - znów się uśmiechał z zamkniętymi oczami. - Czyli zdobyłeś ją? Czyli to już wszystko... teraz czekamy.
- Tak. - mruknął Syriusz, niosąc metalowy dzbanek w prawej ręce, mleko w lewej, cukiernicę pod pachą, a kubki zawieszone za ucha na małym palcu.
Dźwięk obijających się o siebie naczyń spowodował, że Remus otworzył oczy i zaśmiał się cicho.
- Czemu ich po prostu nie przelewitowałeś?
Syriusz podniósł wzrok znad zestawu do herbaty, który usilnie próbował wyładować bez hałasu i obijania się o siebie porcelany i puszek.
- Nie wiem. Słuchaj, Remusie, potrzebna mi porada. Wiem, że boli cię głowa, ale chcę z tobą pogadać zanim dotrze tu Rogacz.
- Nalej mi herbaty, to się zastanowię. - oznajmił Remus, znów zamykając oczy.
Syriusz nalał herbaty do największego kubka, posłodził ją i zamieszał, a potem wręczył przyjacielowi.
- Dobra, gotowy?
- Poczekaj chwilę. - Remus upił łyk, a na jego twarz wypłynął szeroki uśmiech. - Zobaczmy... teraz kiedy już macie horkruksy, zamierzasz spytać, co sądzę o pomyśle powiedzenia Hermionie, że ci się podoba. Prawda?
- Um... tak. - Syriusz nie zdawał sobie sprawy, że herbata daje wilkołakom zdolność legimencji, ale tak najwyraźniej było.
- Tak właściwie, to nie mam pojęcia. Wiesz, że odchodzi...
- No tak, ale mówiłem ci, że to już nie chodzi tylko o mnie. - odparł Syriusz, próbując nie podnieść głosu. - Lunatyku, kiedy powiedziałem jej o czarze... pocałowała mnie. Ona pocałowała mnie, ja tylko stałem... jak całkowicie oszołomiony dżentelmen... i cóż... może moglibyśmy coś wymyślić, ja...
- Syriuszu, ona uparła się wrócić. - powiedział z żalem Remus. - Wszyscy, których kocha, są tam. Nie możesz jej poprosić, żeby została.
- Ale...
Rozległo się głośne pukanie do drzwi i Remus skrzywił się, przyciskając do siebie kubek z herbatą. Syriusz zmierzał do drzwi jeszcze zanim gospodarz go o to poprosił. Po raz pierwszy pragnął, by James przyszedł trochę później. Miał tak strasznie dość sekretów.
- Lunatyku? To ja, Rogacz. - zawołał James.
- Lunatyka boli głowa. - powiedział przed drzwi Syriusz. - Jeśli ja muszę być cicho, to ty też.
- Wybacz. - mruknął James, tonem pełnym poczucia winy.
- Jak pomogłeś mi zarobić dość złota na mój motocykl? - spytał Syriusz.
- Masz na myśli latem, czy w szkole? – odparł pytaniem na pytanie James.
- Latem. - sprecyzował Syriusz, nie mogąc uwierzyć, że James w ogóle musiał pytać. - Za długo siedzisz w domu, Rogaczu i zaczynasz się gubić. Wszyscy wiedzą, że w szkole sprzedawaliśmy Ognistą.
- Sam spróbuj siedzieć na tyłku przez rok. - burknął James. - Zrobiliśmy fałszywe dowody, żeby dostać pracę w pubie. Chciałbym też zauważyć, że jestem właścicielem większej części twojego cholernego motoru niż ty, bo po dziesięciu dniach wyrzucili cię za rozdawanie darmowych drinków każdej dziewczynie jaka się napatoczyła.
Syriusz zaśmiał się.
- Tak, to było genialne. Cały czas nie mogę uwierzyć, że Charlus kazał ci pracować tam do końca lata w ramach nauczki, żeby nie bawić się mugolskimi rzeczami.
- Tak, mój tato i jego zasady. - James parsknął przez drzwi. - Dobra, który z nas czterech jako pierwszy dostał szlaban?
Uśmiech Syriusza rozwiał się.
- Pettigrew. - odparł. - Dwa tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego wziął na siebie winę za to, co zrobiliśmy z teleskopami.
To właśnie po tym wydarzeniu się zaprzyjaźnili. Przez pierwsze dwa tygodnie szkoły James i Syriusz traktowali Pettigrewa dość paskudnie. Tęsknił za domem i denerwował się, co czyniło go nudnym, więc go zaczepiali. Ale kiedy dwaj chłopcy wysmarowali wiecznym atramentem okulary teleskopów na Wieży Astronomicznej i nauczyciel ustawił całą klasę w linii do inspekcji, James i Syriusz, obaj upaprani aż po łokcie, kryli się na końcu linii i zamartwiali się. W wieku lat jedenastu nie byli jeszcze tak bezczelni w swych psotach. Ale ku ich wielkiemu zdumieniu i uldze, Peter odwrócił dłonie, ukazując czarną i kleistą od atramentu skórę. James stwierdził, że takiego gestu nie można zignorować, bez względu na to czy pochodził od pulchnego głupka, czy nie. Więc się zaprzyjaźnili.
Syriusz zerknął na Remusa, który z kolei patrzył na niego. Merlinie, cieszył się, że przynajmniej Remus wiedział.
- Czterdzieści osiem, D.T.V. - wilkołak bezgłośnie poruszył ustami, a Syriusz przytaknął. Dopadną tego małego szczura. Uczepił się znów uczucia, z którym wszedł do domu Remusa. Udało mu się zdobyć czarę. Wygrają. Na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech. Otworzył drzwi.
- Łapo, bracie. - powiedział James uśmiechając się do Remusa, a potem przytulił Syriusza. - Jak się masz, jak tam rodzina? - spytał, waląc go w plecy, kiedy się od siebie odsunęli.
- Jak zwykle. - odparł Syriusz, wzruszając ramionami.
- A Hermiona? Dobrze sobie z nimi radzi? - ciągnął James. - Powinieneś posłuchać Lily. Powtarza jakie to niesamowite, że brudna mała szlama przywodzi twoją matkę trolicę do marzenia o niemowlętach.
Syriusz zaśmiał się, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
- Ta, jest świetna. Genialna aktorka.
Z fotela, w którym siedział Remus dobiegł zabawny kaszel.
- Mogłaby być okropna, a Łapa i tak zarzekałby się, że jest idealna. - zaśmiał się cicho. - Nie widzisz różowych serduszek w jego oczach, Rogaczu?
James przez chwilę patrzył w oczy Syriusza.
- O tak... – mruknął, dostrzegłszy to o czym mówił wilkołak. A potem otrzymał sprawny cios w ramię.
- Zamknijcie się. - burknął Syriusz. - Nie jest aż tak źle.
- No pewnie. - mruknął Remus. W rękach niczym największy skarb trzymał kubek z herbatą i wyglądał odrobinę lepiej. Albo ciut bardziej złowieszczo, jak sądził Syriusz.
- Wystarczy, Lunatyku. Jesteś chory, więc nie mogę cię walnąć, bo to oszustwo. Zamknij gębę albo zjem cię, kiedy dzisiejszej nocy będziesz oswojonym szczeniaczkiem. - Syriusz zamierzał zabrzmieć groźnie, ale groźba wyszeptana w stronę chichoczącego wilkołaka, który ściskał w dłoniach kubek z herbatą, po prostu nie mogła zadziałać.
- No to co się dzieje pomiędzy waszą dwójką? - spytał James, siadając na kanapie.
Syriusz znów opadł na swój fotel i stwierdził, że nie ma pojęcia, dlaczego uważał rozmowę na ten temat z przyjaciółmi za dobry pomysł. Teraz po prostu czuł się niezręcznie.
- Mówiłeś, że tylko się przyjaźnicie, - kontynuował James. - ale Remus twierdzi, że u niej sypiasz. Nie każda dziewczyna prześpi się z tobą i nie będzie oczekiwać niczego więcej.
Syriusz wbił w Remusa wściekłe spojrzenie.
- Ciesz się tą herbatą, Lunatyku, bo będzie twoją ostatnią. – pogroził, ale Remus tylko uśmiechnął się do niego szelmowsko i znów zamknął oczy, chowając nos w swoim ukochanym kubku. Syriusz zwrócił się do Jamesa. - Nie uprawialiśmy seksu. Chodzi tylko o to, że przez tę całą sprawę z moją rodziną, martwiłem się o nią. A potem pracowałem całymi dniami, wieczory spędzałem na Grimmauld, a chciałem, żeby była na bieżąco. Tyle, że zasypiałem, a ona mówiła, że powinienem zostać.
- Merlinie, każdej nocy śpisz obok laski i nie uprawialiście seksu? Nic dziwnego, że Lunatyk podejrzewa cię o zakochanie. - James wyglądał na szczerze zdumionego, ale był też pod wrażeniem. Pochylił się i poklepał Syriusza po ramieniu. - Dorastasz... nigdy bym w to nie uwierzył.
Słowa Jamesa sprawiły, że źle stłumiony śmiech Remusa stał się głośniejszy. Zaraz potem wilkołak skrzywił się, bo hałas pogłębił ból głowy.
- No i masz nauczkę. - mruknął Syriusz w jego stronę, a potem odwrócił się do Jamesa. - Bracie, to nie miłość, a przynajmniej tak mi się wydaje... nie wiem, to dziwne... jest moją przyjaciółką, prawdziwą przyjaciółką... ale - wzruszył ramionami z zakłopotaniem. – jak nazwać ten moment przed zakochaniem?
Zapomniał o zakłopotaniu, kiedy zobaczył wyraz twarzy Jamesa. Znał go od dziesięciu lat, ale jeszcze nigdy nie widział go tak zszokowanego.
- Ty... ty... nie żartujesz? - wykrztusił James, sprawiając, że Syriusz zachichotał, a potem potrząsnął głową.
- Nie.
- To co cię powstrzymuje? Może... um... tym razem bardziej przejmujesz się efektami, ale przecież to nie tak, że nie masz doświadczenia w kontaktach z kobietami. - wzruszył ramionami.
Syriusz ze wstydem zauważył, jak ucieszyła go ta rada. Od kiedy potrzebował, żeby ktoś potwierdzał jego decyzje? Spojrzał na Remusa, który także wzruszył ramionami.
- To zależy od ciebie. - oznajmił z szerokim uśmiechem, a potem wyciągnął w jego stronę pusty kubek. Syriusz wziął od niego naczynie i na powrót je napełnił. Oddając kubek zaśmiał się z wyrazu twarzy Remusa.
James również musiał to zobaczyć, bo powiedział.
- Przynajmniej Lunatyk nigdy nie będzie się tak przejmował żadną dziewczyną. Dla niego istnieje tylko herbata.
- A to dlatego, że herbata nigdy nie oczekuje niczego w zamian. - westchnął Remus, z dziecięcą radością zaglądając do kubka. Naprawdę wyglądał już o wiele lepiej. - Jest idealna.
James i Syriusz zaśmiali się. Zawsze w tych ostatnich godzinach przed wschodem księżyca strasznie ich bawiło jak ich inteligentny i dowcipny przyjaciel (zawsze tak pełen połowicznie poważnych reprymend i spojrzeń dezaprobaty, które nie osiągały celu, kiedy uśmiechał się i wywracał oczami) zostawał sprowadzony do poziomu uczniaka zakochanego w kubku herbaty.
- No to jak, Łapo? - odezwał się James, kiedy Remus rozparł się w fotelu i znów przymknął oczy. - Chcesz żebym w sobotę spytał ją czy cię lubi? Ha, będzie jak w szkole... cudnie.
- Pewnie. - zaśmiał się Syriusz. - Napiszę kartkę, którą jej przekażesz. Spytam, czy spotka się ze mną za szklarnią.
Obaj parsknęli śmiechem i Syriusz na powrót poczuł to niekontrolowane podniecenie. Jutro rano wreszcie coś z tym zrobi. Ta myśl połączona z chichotem przyjaciela sprawiła, że ryknął tym większym śmiechem.
Nim ich śmiech umilkł zapadła już całkowita ciemność. Za każdym razem, gdy się uspakajali, zauważali z jakim oddaniem Remus patrzył na kubek albo James sugerował równie kuriozalny sposób w jaki Syriusz mógłby poruszyć ów jakże ważny temat z Hermioną i znów zanosili się chichotem.
- No to kiedy przyjdzie Pete? - czknął James, spojrzawszy na zegar. - Została tylko godzina do wschodu księżyca. Wiem, że nie chcesz, żeby dowiedział się o twoim tajemniczym eliksirze, Remusie, ale przyjdzie, prawda? Mam wrażenie, że od wieków nie robiliśmy tego porządnie. Któregoś z nas zawsze brakuje.
- Zamierzał przyjść. - odparł Remus. Naprawdę wyglądał znacznie lepiej, zauważył Syriusz. I dobrze, bo on sam ledwo mógł wymówić imię Pettigrewa, nie odczuwając przy tym ochoty walnięcia czegoś. - Ale dzisiaj po południu jego mamie się pogorszyło i nie może.
- Och, szkoda. - mruknął James. - Lepiej wyglądasz. Myślisz, że to dzięki eliksirowi?
- Ta... czuję się tak jakby normalnie. To dziwne, dalej boli jak cholera, ale - spojrzał na zegarek. - zwykle o tej porze czuję się jak naćpany po uszy... zdania nie mogę złożyć. A teraz to żaden problem, jak widać. Chociaż może to sprawa herbaty... wspaniale. - powiedział z czułym uśmiechem rzuconym w stronę kubka. Potem znów podniósł wzrok i zanim dwaj pozostali zaczęli zanosić się całkowicie niekontrolowalnym śmiechem, spytał: - Jak tam Harry?
- Denerwująco. - odparł z czułością James. - Cholerny dzieciak, chodzi, jeśli tylko ma się czego trzymać, więc trzeba na niego cały czas uważać. Przynajmniej, gdy raczkował, musieliśmy chować rzeczy tylko do wysokości kolan, ale teraz... lubi się wspinać. Och i mówi.
- Co? - zawołał Syriusz. - Naprawdę mówi?
- Nie, wymawia tylko pojedyncze słowa. Najwyraźniej uważa tylko wtedy, kiedy przeklinam, a potem to powtarza przy Lily, a ja dostaję spojrzenie śmierci. - zaśmiał się. - Czasami myślę, że nie powinniśmy się ukrywać. Wystarczy zamknąć Voldka w pokoju z Lily i jej spojrzeniem... zrezygnowałby z planów podbicia świata tylko po to, by się od niej uwolnić. Aż się człowiekowi kiszki skręcają.
Syriusz także się roześmiał.
- Mogłoby zadziałać, gdyby Stary Wężowaty miał kiszki. Wiem o które spojrzenie ci chodzi. - zadrżał. – To trochę jak... bez względu na to co powiesz masz świadomość, że nic cię nie uratuje.
- Wydaje mi się, że to się nazywa poczucie winy. - wtrącił Remus.
Syriusz i James zachichotali.
- Jesteś taki mądry, Lunatyku. - odparł Syriusz.
- Lily nie może się doczekać weekendu. To był świetny pomysł, Rem. Nawet Dumbledore obiecał, że wpadnie. - oznajmił James.
- W piątek widziałem się z Fabianem. - odparł Remus. - Wydaje mi się, że Dumbledore próbuje podtrzymać go na duchu. On też przychodzi, pytał, czy może przyprowadzić Vance, czeka aż odpowiem. Nie chcemy zdradzać się z waszym położeniem przed zbyt dużą grupą ludzi tylko z powodu przyjęcia.
- Tak, Vance jest spoko, ufamy jej. - James przytaknął.
- Przychodzą Longbottom i Alicja. - dodał Syriusz. - Ona też nie wychodziła z domu od miesięcy. Frank mówi, że jego żona nie może się doczekać szansy na założenie sukienki. I pewnie przerwy od jego matki.
- Lily ma tak samo. Pojawia się w najdziwniejszych momentach, za każdym razem mając na sobie coś innego i pyta. „A co myślisz o tym? Czy nie wygląda lepiej od fioletowego?" - James potrząsnął głową. - Merlinie, ja nawet nie pamiętam fioletowego. Ale mniejsza, będzie fajnie. To mi przypomina, któryś z was będzie musiał kupić jedzenie. - wyciągnął z kieszeni sakiewkę, która zabrzęczała, kiedy rzucał ją Syriuszowi.
- Lily powiedziała, że potrzebuje wszystkiego przed czwartkiem, więc lepiej mi współczujcie. Przed dwa dni będę siedział zamknięty w domu z całą masą pysznego jedzenia, którego nie będę mógł zjeść. Tortury.
15 września
Hermiona czekała na Syriusza, niecierpliwie uderzając stopą o podłogę. Siedziała przy stoliku w jadalni i próbowała skoncentrować się na książce. Czara... Remus i eliksir tojadowy... Boże, była jednocześnie taka zdenerwowana i taka szczęśliwa.
Nastrój psuło jej tylko to, że w sprawie jej uczuć do Syriusza zaczynało jej brakować przekonywujących wymówek. Pozostało jej tylko przekonanie, że kiedy wróci będzie między nimi dziwnie. Że nie będzie chciał się z nią przyjaźnić, bo przez dwadzieścia lat dorośnie bez niej i pewnie będzie czuł się dziwnie, jeśli dwudziestojednoletnia dziewczyna będzie coś do niego czuła. Istniało też prawdopodobieństwo, że w ciągu tych dwudziestu lat pozna kogoś innego. Hermiona nie potrafiła stłumić ukłucia zazdrości o tę nieznaną kobietę.
Od czasu Gali wahała się pomiędzy dwoma strategiami. Mogła albo być sobą, postawić zadanie na pierwszym miejscu i udawać, że pomysł odejścia nie smucił jej jeszcze bardziej niż myślenie o tym co ją czekało w niepewnej przyszłości. Albo mogła żyć chwilą, czego jeszcze nigdy w życiu nie robiła. Ciężko było racjonalnie wyjaśnić to czego pragnęła, szczególnie jeśli jedynym powodem, dla którego tu przybyła było naprawianie życia innych ludzi.
Nie wydawało jej się, by kolejny znacznik w czarnej książeczce Syriusza mógł wpłynąć na przyszłość, ale martwiła się, że ich przyjaźń, to że się znali i na sobie polegali przez cały ten czas, może się skończyć czymś więcej niż tylko znacznikiem... przynajmniej dla niej.
Może i odkąd zaczęła spotykać się z Ronem sporo się nauczyła o kontaktach z mężczyznami, ale z jakiegoś powodu cała jej ostrożnie przemyślana logika dotycząca linii czasowych i odpowiedzialności, zawodziła w zestawieniu z odrobiną zabawy w ramionach bardzo wysportowanego faceta. Na tę myśl uśmiechnęła się do siebie. I zaraz potem się skrzywiła. „Boże, powinnam przechrzcić się na Romilda."
Pukanie wyrwało ją z zawstydzająco pikantnych myśli. Pospieszyła do drzwi. Syriusz wyglądał na zmęczonego, ale znacznie mnie poobijanego niż zwykle o poranku po pełni. Wspaniały znak.
- Hagrid haruje nad hodowaniem hipoalergicznych hipopotamów. - powiedziała przez szybę. Syriusz spojrzał na nią bez zrozumienia.
- No to było dziwne.
- Kończą mi się. - wzruszyła ramionami. - Twoja kolej.
- Lily lubi lawendową lajkrę. - wyrzucił z siebie.
- A mówisz, że ja jestem dziwna... - Hermiona zachichotała. - Nie będę się pytać skąd znasz preferencje Lily.
- Nie znam. - zachichotał Syriusz. - Ale mam brudne myśli.
- Czyli ostatniej nocy poszło dobrze? - spytała, cały czas się śmiejąc, kiedy otwierała drzwi.
Syriusz uśmiechnął się szeroko.
- O tak, zwyczajny labradoodle. Mówi, że będzie twoim dłużnikiem do końca życia. Mówiłem mu, że wszyscy już jesteśmy, ale on najwyraźniej sądzi, że to coś znacznie ważniejszego. No, w każdym razie tak sądził tuż po przemianie jak zauważył, że nie jest skrwawiony, potłuczony i na wpół martwy.
- Och, to wspaniale! - zawołała radośnie Hermiona. - Kawa czy herbata? - spytała, udając się do kuchni.
- Kawa. - odparł Syriusz, zajmując miejsce przy stole. - Może i nie walczyłem z nim jak zwykle, ale i tak jestem na nogach od dwudziestu czterech godzin.
Natychmiast zabrała się za przygotowanie dwóch filiżanek, a potem spojrzał na niego wyczekująco.
- A więc...?
Podskoczył nerwowo.
- Um... racja, więc chciałem... um...
Nie do końca rozumiała, dlaczego wahał się opowiedzieć jej o tym jak zdobył horkruksa. „Czyżby zrobił coś okropnego, by tego dokonać?"
- Co się stało? - spytała. - Myślałam, że był z tobą Pollux. Zostałeś po jego wyjściu?
Przez chwilę jego twarz była całkowicie pozbawiona wyrazu.
- O, tak... horkruks, um... nie, Dziadek zostawił mnie i Raba w pubie. Spotkaliśmy go w banku jak pracował nad testamentami swojej rodziny i poszliśmy na lunch. Potem przez większość popołudnia siedzieliśmy w Dziurawym Kotle i pomagałem mu z obliczeniami na formularzach z przydziałami.
Hermiona z podziwem uniosła brew, nalewając wrzątku do ich filiżanek.
- Przyznaję, że to było w pubie, ale...
- Tak myślałem, że ci się to spodoba. – Syriusz uśmiechnął się do niej czarująco Wyglądał na bardzo dumnego z siebie. - Więc poprosił mnie żebym poszedł z nim odłożyć dokumenty na miejsce. - jego uśmiech trochę przygasł. - Naprawdę nie jest taki zły.
„Z wyjątkiem torturowania ludzi do szaleństwa" pomyślała Hermiona.
- Tak, już mówiłeś.
- No więc poszliśmy do skarbca. Jego rodzina ma kupę tych wspaniałych broni, więc je sobie oglądaliśmy. Rab próbował znaleźć strzały, które były w komplecie z łukiem. Swoją drogą niebezpieczna rzecz, turecka. I ta cała cholerna sterta na niego spadła. Ogłuszyłem go i zabrałem czarę. Potem go obudziłem i udawałem, że to tarcza jakiegoś wikinga go znokautowała. Dobrze, że tak naprawdę go nie walnęła, bo chyba ucięłoby mu głowę. Ważyła chyba z tonę. Ale tak... to już wszystko. Bułka z masłem.
Hermiona roześmiała się i postawiła przed nim kawę.
- Wiesz co, naprawdę się cieszę, że mój Harry nigdy o tym nie usłyszy. Byłby wkurzony, gdyby się dowiedział, że nam poszło tak łatwo. Po tym wszystkim co on, Ron i ja przeszliśmy. - potrząsnęła głową. - Dalej jestem w szoku.
- Hej! - zawołał z udawaną powagę. - To nie ty musiałaś macać Lucusia. Ja cierpiałem, a ty piłaś wino z Narcyzą i plotkowałaś o moich męskich umiejętnościach... - zachichotał.
Hermiona zarumieniła się i skupiła na swojej kawie. Jakże to dziwne, że naopowiadała Narcyzie tyle kłamstw, a teraz miała nadzieję, że niedługo staną się prawdą.
- Świetnie sobie poradziłeś. - pochwaliła. - Więc teraz... czekamy. Chociaż ty i Remus musicie jeszcze popracować nad opanowaniem Pożogi.
Przytaknął.
- Um... Hermiono, jest coś jeszcze... chciałem... znaczy, możesz powiedzieć nie... cóż, właściwie to nie... - wyjąkał niepewnie.
Spojrzała na niego. Czoło miał zmarszczone z konsternacją. Spojrzał w dół na swoją filiżankę, a potem podniósł wzrok na Hermionę.
- James urządza to przyjęcie u siebie w sobotę... panie potrzebują powodu, żeby ładnie się ubrać... chciałabyś pójść... ze mną?
- No pewnie. - odparła odrobinę zdumiona, że tak dziwnie się zachowywał zapraszając ją. Zawsze robili rzeczy razem... chyba, że... och... tym razem było inaczej... - Jak na randkę? - spytała z wahaniem, mając nadzieję, że dobrze odczytała sygnały. Nie chciała myśleć o tym, jak by było niezręcznie, gdyby się pomyliła.
Przytaknął. Jego oczy lśniły, a na twarzy rozciągał się komicznie szeroki uśmiech. Wskazał na nią palcem.
- Nie możesz się wycofać, już się zgodziłaś.
- No tak. - odparła z uśmiechem. Ha, jakby chciała to zrobić!
