Cat: Jak twierdzi moja beta (a ja się zgadzam) Remus kradnie to opowiadanie. Tym lepiej, że dostał własny sequel, co? On i trio James, Syriusz, Remus, kocham dynamikę między nimi. Dzięki za przemiły komentarz i mam nadzieję, że ten rozdział też ci się spodoba.

Musiaka958: „Dłużniczkę" ostatnio poleca mi coraz więcej osób. Jak znów mnie najdzie na fandom Potterowski, na pewno przeczytam. Cieszę się, że tłumaczenie Ci się podoba. To super uczucie wiedzieć, że moja zabawa/nauka zawodu przynosi komuś tyle samo frajdy co mnie.

Piotrvs: Dzięki wielkie za zauważenie tego głupiego błędu, natychmiast go poprawiłam 😊. Podziwiam to jak uważnie czytasz i że chce ci się wypisywać wszystkie tego typu wpadki.


3 października

Hermionę zdziwiło to jak szybko Stworek jej otworzył. Czy skrzaty domowe nie spały? „Pewnie im nie pozwalano" pomyślała gorzko. Solidne drzwi z kołatką w kształcie węża otworzyły się z przeraźliwym skrzypnięciem, które poniosło się echem po opuszczonym placu za jej plecami.

- Panno Fehr? - zachrypiał cicho Stworek. - Czemu przyszła panienka o takiej porze? Państwo śpią.

- Nie wydaje mi się, Stworku. Czy mógłbyś sprawdzić? - poprosiła Hermiona.

Kiedy patrzyła na dziwnego, małego skrzata, zalało ją dziwne uczucie. Była prawie spokojna, a trzepocząca się w jej piersi panika została odepchnięta przez kuriozalne poczucie déjà-vu. Jeśli zawiodą i wydarzenia potoczą się tak samo jak ostatnim razem to czy skrzat znowu pójdzie do Bellatrix i swoim postępowaniem doprowadzi do śmierci Syriusza? Czy też może będzie na tyle lojalny względem nawróconego dziedzica, by powiedzieć Harry'emu prawdę, kiedy chłopiec spróbuje skontaktować się z Grimmauld Place przez kominek?

Ale potem zdała sobie sprawę, że Syriusz nie zostanie wysłany do Azkabanu, ani z niego nie ucieknie i nie ukryje się w domu swojej matki, jeśli teraz nie zostanie uratowany. Dziwny spokój wyparował. Wiedziała, że potrafił wytrzymać tortury. Był silny i lojalny, prędzej by umarł niż z własnej woli cokolwiek wyjawił. Ale prawda była taka, że Voldemort miał na wyciągnięcie różdżki mózg pełen wiadomości o odkrytych horkruksach. Nie pomagał fakt, że mózg ten należał do osoby, którą Hermiona wolałaby utrzymać przy życiu i zdrowiu psychicznym... cóż, na tyle na ile można było mówić o zdrowiu psychicznym w przypadku tak szalonego faceta.

- Jak sobie pani życzy, panno Fehr. Czy raczy panienka poczekać w środku? - zaproponował Stworek. Zamknął za nią drzwi i zniknął z głośnym trzaskiem.

Hermiona pozostała w holu, a nerwy miała napięte jak postronki. Wbiła wzrok w miejsce pod schodami, gdzie podsłuchali rozmowę o znaczeniu broszki Gryffindora. Późniejsze wydarzenia przyćmiły to co się wtedy stało i prawie o tym zapomniała, bo rozproszyły ją hormony i konsekwencje związane z wymiotami. Jak ostatnia idiotka uwierzyła, że miała prawo być tu szczęśliwa, pozwalać sobie na romans, choć przybyła tu, by kogoś zabić.

Podskoczyła, kiedy Stworek pojawił się tuż obok niej.

- Ma panienka rację, panno Fehr. Nie śpią. – oznajmił z ukłonem. - Są w bibliotece, proszę za mną.

Podążyła za skrzatem po schodach, mijając pogrążony w mroku salon. Dom był czystszy niż wtedy, gdy chowała się w nim z Ronem i Harrym, ale zaciemnione, puste pokoje i tak nosiły w sobie ślady starej, mrocznej magii. Kiedy obrócili się, by wejść po schodach do biblioteki, dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Skupiła się na tym co zamierzała powiedzieć Blackom. Jeśli Walburga odmówi oddania jej broszki... cóż, wtedy ucierpi porozumienia na linii teściowa - możliwa synowa. Wyobraziła sobie minę Syriusza, kiedy usłyszy, że ogłuszyła jego matkę i odnalazła w sobie odrobinę siły. Byłby niezmiernie zazdrosny.

- Hermiono! - zawołała Walburga, kiedy dziewczyna weszła do pokoju. Pani Black siedziała przy biurku Polluxa, blada i zmęczona. Jej schludną fryzurę chronił przed niebezpieczeństwem potargania biały czepek, a aksamitny szlafrok bez dekoltu był uszyty na tę samą modłę co szaty, które zwykle nosiła i tylko guziczki biegnące od brody aż po skraj miał z masy perłowej, a nie pokryte jedwabiem. - Skąd... właśnie zastanawialiśmy się co zrobić. Kto ci powiedział? - spytała Walburga, a kiedy wstawała, Hermiona zobaczyła, że ręce jej drżały. Na jej twarzy widniała panika, a brak zwykłego pełnego wyższości wyrazu twarzy i dumnego wygięcia warg dodał dziewczynie jeszcze trochę odwagi. Będzie musiała przejąć dowodzenie.

- James Potter. - powiedziała, zerkając na Polluxa, który miarowo przecierał dywan, chodząc po nim w tę i z powrotem z rękami założonymi za plecami. - Mają z Syriuszem sposób na kontaktowanie się. Powiedział mi co się dzieje. A ja wiem co robić. - wyrzuciła z siebie Hermiona, zbyt szybko i zbyt ostro jak na dobrze wychowaną panienkę, którą powinna grać.

- Wiesz? - spytał Pollux, stając w miejscu, by spojrzeć na nią z niedowierzaniem.

Spojrzenie to było tak podobne do tego, które Syriusz posyłał jej za każdym razem, gdy zaskoczyła go jakimś nagłym i dziwnym faktem z przyszłości, że prawie się uśmiechnęła.

- Tak. Dacie mi tę głupią broszkę, a ja odzyskam Syriusza.

- Moja droga, nie możemy ci pozwolić tam iść. - Pollux wyglądał na zdumionego. - Ja pójdę. Bella jest moją wnuczką, nie skrzywdzi mnie. - mówił pewnie, jakby nie dopuszczał do siebie myśli o kontrargumentach.

- Kazali przyjść mnie. Nie boję się, panie Black. - powiedziała surowo Hermiona. Mógł być tak wspaniałomyślny jak tylko chciał, ale jak to powiedział James „to cholerni maniacy." Chciała po prostu zdobyć broszkę i się stąd wynieść. Im dłużej czekali tym większa była szansa, że Voldemort zanurkuje w umysł Syriusza w poszukiwaniu informacji na temat Zakonu, a biorąc pod uwagę co tam znajdzie, Syriusz nie miał najmniejszych szans.

- Rozumiem Hermiono i podziwiam twoją odwagę, ale Syriusz chciałby żebyś była bezpieczna. - próbował ją przekonać Pollux, ale ona przecież nie zachowywała się niedorzecznie, tylko była zdeterminowana. A to nie to samo.

- Nie obchodzi mnie czego on by chciał. - syknęła przez zaciśnięte zęby. - Ja z kolei chciałabym, żeby on był bezpieczny, ale nie dostanę tego czego chcę, więc czemu on miałby? Wspieram równouprawnienie. - „Może odrobinę niedorzecznie" pomyślała.

- Nalegam, Hermiono! Nie masz pojęcia jacy oni są. Prawda, w większości to rodzina, ale to o co walczą... teraz znaczy dla nich więcej niż więzi krwi. - Pollux był widocznie zaniepokojony jej zachowaniem i pewnie martwił się, że zrobi coś pochopnego.

- Wiem jacy są. Walczyłam już z takimi. - odparła ponuro.

- Ach tak? - troska zniknęła, a brwi Polluxa uniosły się ze zdumieniem.

- Tak. - potwierdziła krótko Hermiona. Znów zapomniała o swojej roli, ale nie przejęła się tym, bo bez Syriusza to i tak nie miało znaczenia. Po wszystkim razem coś wymyślą.

- To wszystko moja wina. – wyrzuciła z siebie nagle Walburga. Znów usiadła i ukryła twarz w dłoniach, a mówiła do blatu biurka. Głos jej się trząsł, gdy kontynuowała. - Poprosiła mnie o nią... Odmówiłam, powiedziałam, że broszka powinna zostać w bezpośredniej linii. - w jej głosie brzmiało człowieczeństwo, którego Hermiona nigdy wcześniej w nim nie słyszała. Brzmiała jak matka. - Tak bardzo mi przykro. Planowałam przekazać go córce Syriusza, jeśli będzie ją miał. Teraz... nie obchodzi mnie to... może ją sobie wziąć. To kuriozalne, że posunęła się aż do czegoś takiego.

- Pani Black - powiedziała łagodnie Hermiona. Trochę przerastał ją fakt, że ta zwykle przerażająca kobieta miała gdzieś w głębi serca ukryte prawdziwe emocje. - Bellatrix nie chce jej dla siebie, tylko dla Czarnego Pana. - czy to tak Riddle zdobył broszkę poprzednim razem? Walburga nie miała nadziei na przedłużenie bezpośredniej linii, więc dała ją Bellatrix, kiedy ta poprosiła?

Pollux i Walburga głośno wciągnęli powietrze.

- Dlaczego? Po co mu...?

- Nie mam pojęcia. - przerwała im Hermiona, powracając do pełnego autorytetu tonu. - Ale razem z Syriuszem słyszeliśmy, jak szukali jej podczas Gali. Dlatego wszyscy przyszli.

- Dobrze, Hermiono. Zaraz napiszę do mojej wnuczki i powiem jej, że za trzy godziny ją odwiedzimy. W międzyczasie muszę załatwić kilka rzeczy. - powiedział stanowczo Pollux, ruszając w stronę drzwi.

- Panie Black, prosili żebym to ja przyszła. - naciskała Hermiona, patrząc, jak odchodzi.

Odwrócił się do niej.

- Tak, i będziesz tam. A ja cię odprowadzę, jak wypada. Młoda dama nie powinna sama odwiedzać domu, w którym jeszcze nigdy nie była, nawet jeśli w środku przetrzymywany jest jej mężczyzna. - uśmiechnął się do niej z wysiłkiem, a potem spojrzał na swoją córkę. - Walburgo, przynieś tę piekielną broszkę.

- Dziękuję panu, panie Black. - odparła Hermiona. Pomysł był dobry. Gdyby wtargnęli do środka w pełnej gotowości mogliby sprowokować Śmierciożerców, ale jeśli przyjdą jako zdezorientowani posłańcy, odwiedzający krewni? To mogło zadziałać. - Muszę powiedzieć Jamesowi co się dzieje. - ciągnęła. - Bardzo się martwi. Zdam mu relację, a potem pójdę się przebrać. - zmusiła się do uśmiechu, kiedy Walburga na nią spojrzała. - Dziwię się, że w ogóle mnie państwo poznali. - wskazała na swoje potargane włosy, pognieciony sweter i dżinsy, które zgarnęła z podłogi w łazience.

Walburga przełknęła ślinę, a kiedy się odezwała w jej głosie znów zabrzmiała jej zwykła siła.

- Może i mam wysokie standardy, panno Fehr, ale czasami trzeba być praktycznym.

- Niedługo wrócę. – oznajmiła dziewczyna z pocieszającym uśmiechem.

- Hermiono? - Walburga zatrzymała ją w progu. Starsza kobieta też dała radę się uśmiechnąć. - Dziękuję. Cieszę się, że pojawiłaś się w życiu mojego syna.

- Ja też, pani Black. - odparła szczerze Hermiona. - Do zobaczenia wkrótce.


- Minnie McGoogles kocha swojego pręgowanego kota! – wyrzuciła z siebie Hermiona, bębniąc w drzwi Chatki Potterów w Dolinie Godryka.

Odpowiedź była szybka i konkretna. Musiano czekać na nią po drugiej stronie drzwi.

- Nie aż tak jak Dumbel kocha cytrynowe dropsy i kręgle. - drzwi otworzyły się i stanął w nich James, a czoło miał zmarszczone w oznace takiego samego niezadowolenia, które słyszało się w jego głosie. - A tak w ogóle, nigdy więcej mnie nie oszałamiaj.

- Pewnie. - mruknęła Hermiona, rzucając mu krótkie spojrzenie, a potem wchodząc do domu. - Gdzie Remus? Nie mam wiele czasu.

- Chodź. - powiedział James, prowadząc ją do salonu.

Remus siedział zgarbiony w fotelu, trzymając się za głowę i wpatrywał się w małe kwadratowe lusterko leżące na stole przed nim. Lily siedziała na kanapie, a w ramionach trzymała śpiącego Harry'ego. Usta miała zaciśnięte ze zmartwienia.

Hermiona uśmiechnęła się z trudem.

- Dobra, Pollux wysłał wiadomość do Bellatrix i poinformował ją, że przyprowadzi mnie do Forte de Sang o - zerknęła na zegarek. - 8 rano. Zabierzemy ze sobą broszkę i wszystko powinno być w porządku.

James westchnął z ulgą i opadł na podłokietnik sofy obok swojej żony.

- Dzięki ci, Merlinie – westchnął, a głos mu drżał.

- Dzięki ci, Hermiono. - poprawił Remus, patrząc na Jamesa zimno.

- Umm... racja. - James potarł kark. - Słuchaj, Hermiono, przepraszam. Nie chciałem... - kiedy tak próbował wydusić z siebie przeprosiny, uderzająco przypominał swojego syna.

- Ależ chciałeś. - odparła ze zrezygnowaniem. - I masz rację. Jeśli tylko mogę jakoś pomóc, nie wolno mi go tam zostawić. - znów zmusiła się do uśmiechu. - Nie znasz mnie zbyt dobrze. Więc masz prawo sądzić, że się boję. Syriusz to twój najlepszy przyjaciel. Rozumiem.

James uniósł koniuszek ust, całkiem jak Harry.

- Bez urazy?

- Ty mi powiedz, to ty zostałeś oszołomiony. – na widok znajomej miny, uśmiech Hermiony stał się mniej wymuszony.

- Bez urazy. - powtórzył surowo James.

- Dobrze. - przytaknęła. - Będę się zbierać, muszę się przygotować. Niedługo się zobaczymy.

Remus wstał i znów ją przytulił.

- Powodzenia. - mruknął.

Znów przytaknęła.

- Najpierw pójdziemy na Grimmauld, ale kiedy tylko będziemy bezpieczni każę mu skontaktować się z wami przez lusterko. – to powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i opuściła salon.

- Hermiono? - to była Lily, która dalej trzymała śpiącego Harry'ego w ramionach.

Hermiona zatrzymała się z ręką na klamce i spojrzała na drugą kobietę pytająco.

- Musisz go odzyskać. – szepnęła pani Potter. - James... on... on sobie nie poradzi. Proszę.

W jej jasnych zielonych oczach lśniły łzy niepokoju. Hermiona położyła jej rękę na ramieniu.

- Żadne z nas sobie nie poradzi, Lily. Nie martw się. Wiesz, że jest uparty jak osioł, pewnie dotrę tam i odkryję, że sam się uratował. - znów zmusiła się do uśmiechu.

Lily zachichotała płaczliwie, a Hermiona otworzyła drzwi.


Syriusz leżał na ogromnym łóżku. Ręce miał założone za głową, a wyprostowane nogi skrzyżowane w kostkach. Nie związali go, pod sobą miał miękki materac, wiedział, gdzie się znajdował i odbył rozmowę z Jamesem. Właściwie to przebywał właśnie w najlepszym więzieniu jakie mógł sobie wyobrazić.

Z drugiej strony Hermiona... Dlaczego chcieli, żeby to ona przyniosła broszkę? „Bo w ten sposób zapewniali sobie jego kooperację." A przynajmniej tak mu powiedzieli, choć nie uwierzył w to nawet na chwilę. Wszyscy tutaj sądzili, że się nawrócił, o czym świadczyło to jak go traktowali. Członków Zakonu nie trzymano w sypialniach dla gości z przyległymi łazienkami. Nie mówiono do nich grzecznie. Nie karmiono ich co sześć godzin. Wrzucano ich do ciemnicy, że związanymi nadgarstkami i kostkami, pluto na nich i torturowano ich, a karmiono tylko tyle, by utrzymać ich przy życiu.

To wszystko sprawiało, że czuł się zarówno bezpieczny jak i straszliwie niepewny. Był tu już dwanaście godzin, podczas których nakarmiono go dwukrotnie. Trzy razy odwiedził go Rabastan, który wyglądał jak człowieka w depresji i raz całkowicie szalona Bellatrix.

Broszka. Miał nadzieję, że Bella zda sobie sprawę jakie to bezcelowe i zgodzi się, żeby to jego matka ją przyniosła. Najwyraźniej Voldemort nie myślał jak człowiek i umknęło mu, że można kogoś o coś po prostu poprosić. Gdyby tylko Bella poszła do jego matki i powiedziała: „Czy mogłabym to pożyczyć, cioteczko?" Walburga z pewnością by się zgodziła.

Drzwi do jego wygodnego więzienia otworzyły się i znowu stanął w nich Rabastan.

- Cześć Rab. Nudzi mi się. - oznajmił Syriusz, kiedy ten zamknął drzwi. - Mogę już sobie iść? - pytał o to przy każdej poprzedniej wizycie.

- Nie, przestań pytać. Słuchaj. - powiedział Rabastan siadając na łóżku obok Syriusza i posyłając mu to swoje baczne spojrzenie. - Wiem, że mnie nienawidzisz i masz do tego prawo, ale musiałem cię ostrzec. Czarny Pan nadchodzi. – wyznał ze smutkiem, a serce Syriusza przyspieszyło. - Tu chodzi o coś więcej niż mi się wydawało. Chcą ciebie i... i twoją dziewczynę.

Syriusz usiadł, a, kiedy spojrzał na człowieka, którego uważał za przyjaciela, wściekłość przyćmiła mu wzrok.

- Cholera, powiedz mi, że żartujesz. - warknął.

Rabastan wolno potrząsnął spuszczoną głową.

- Zależy im na jej koneksjach. To brama do Europy. – powiedział Rab. - Musiałem cię ostrzec. Panna Fehr przyjdzie tu z broszką, a razem z nią pan Black. Niedługo tu będą.

Gniew przyćmił Syriuszowi wzrok. Młody Black cofnął pięść i grzmotnął nią w szczękę Rabastana. Rozległ się trzask i głowa mężczyzny odskoczyła do tyłu. Wstał chwiejnie, łapiąc się za twarz.

- Nie wiedziałem! - warknął. - Tak bardzo mi przykro, Syriuszu. Myślałem, że tylko chcą broszkę, oni... oni nie chcą wypuścić Letty i dzieci z pokoju. Bałem się, nie sądziłem, że...

- Rab, ty idioto, ile razy ci mówiłem? - syknął Syriusz, przyciskając pulsującą wściekle lewą pięść do piersi. - To banda złych sukinsynów. Chroń Letty, ile ci się podoba, ale jeśli dopadną Hermionę... lepiej przyjmij Znak, bo będziesz potrzebował ochrony Voldemorta.

- Nie. - szepnął Rab, cofając się do drzwi. - Nie przyjmę go.

Syriusz padł z powrotem na łóżko.

- Wal się. – mruknął patrząc w sufit.

Rabastan zapukał do drzwi, a dwaj goryle na zewnątrz otworzyli je, sprawdzili kto to i wypuścili go.

„No tak." pomyślał Syriusz, kiedy drzwi na powrót się zamknęły. Sięgnął pod materac po swoje lusterko i wyciągnął je z ukrycia po wewnętrznej stronie ramy. Wytarł taflę i rozsiadł się wygodnie na łóżku, a potem powiedział:

- James Potter.

W lusterku natychmiast pojawiła się twarz Jamesa.

- Bracie - odezwał się. - co się dzieje... dalej wszystko w porządku?

- Wręcz przeciwnie. - odparł Syriusz. Mówił spokojnie, bo gdyby pozwolił sobie okazać inne emocje strażnicy zaczęliby się zastanawiać, dlaczego krzyczał sam na siebie. - Właśnie mnie poinformowano, że Hermiona tu przyjdzie. A teraz ty mi powiesz, że to nieprawda. Bo jeśli to prawda to cię zabiję.

- Przepraszam, Łapo. - zapewnił James. - Dumbledore nic nie robił, musieliśmy jej powiedzieć.

- Hej! - zdenerwował Remus gdzieś poza kadrem. - Żadni 'my'. Ty jej powiedziałeś, ja tylko nie potrafiłem jej powstrzymać.

- Jasna cholera, Potter. - Syriusz znów warknął. - Mówiłem ci, nie wolno jej narażać! No i zgadnij co? Voldemort zaraz tu przybędzie, żeby się z nią spotkać. Więc wal się. - syknął.

- Czemu jej życie jest ważniejsze od twojego, Łapo? – dopytywał się James, prawie prosząco.

- Daj Lunatyka. - zażądał ostro Syriusz.

- Powiedz mi, Syriuszu! - naciskał James. - Chciała tam iść. Dla ciebie. A może wolałbyś tam zostać? Wiem, że wydaje ci się, że jesteś bezpieczny, ale to cholerni Śmierciożercy.

- Daj Lunatyka. - powtórzył stanowczo Syriusz i przycisnął lusterko do piersi. James dalej mówił, czekając aż usłyszał Remusa.

- Łapo? Syriuszu? Posłuchaj! - obrócił lusterko i spojrzał na zaniepokojoną twarz Remusa. - Przepraszam. Właśnie wyszła, dotrą na miejsce za trzy godziny. Pollux pójdzie z nią i wezmą ze sobą broszkę. Wszystko będzie dobrze.

- Nic nie będzie dobrze, Lunatyku. Rab właśnie mi powiedział, że chcą ją dorwać. Kazali jej przyjść, bo zależy im na dostępie do Europy. Mogą dostać coś co Bellatrix próbowała zdobyć we Francji, przychylność potężnej rodziny z wpływami w Ministerstwie... czemu wcześniej na to nie wpadłem. - wymamrotał prawie do siebie. - Ta cholerna broszka to tylko połowa problemu. Chcą, żeby wstąpiła do Śmierciożerców.

Remus zbladł.

- Zaraz wyślę do nich Jamesa. Nie mogą pójść tam na ślepo.

- Nie, Remusie. W ogóle nie mogą tu przyjść. Wiesz co jest na szali. - szepnął. - Wolałbym siedzieć tutaj niż w Azkabanie, a bez względu na to jak bardzo chcę walnąć Rogacza za bycie samolubnym dupkiem, nie chcę, żeby za miesiąc umarł. Więc Hermiona ma być bezpieczna. Zwiąż ją, jeśli musisz, nie obchodzi mnie to. Ale nie możesz jej pozwolić tu przyjść.

Na korytarzu rozległy się głośne kroki.

- Muszę spadać. - powiedział pospiesznie Syriusz. - Obiecaj mi, Lunatyku.

- Obiecuję. - usłyszał, kiedy wkładał lusterko do wewnętrznej kieszeni kurtki. Założył ręce za głowę i postarał się wyglądać na zrelaksowanego. Drzwi otworzyły się raptownie. Do środka wkroczyło dwóch goryli, a za nimi Rodolphus Lestrange.

- Dzień dobry, panom! - zawołał radośnie Syriusz, nie patrząc na nich. - I jak, moja matka przyniesie Belli jej prezent? Musze powiedzieć Lestrange... wiedziałem, że nie jesteście tak bogaci jak my Blackowie, ale nigdy nie sądziłem, że zniżycie się do wymuszania okupów tylko po to, by twoja żona mogła się cieszyć z prezentu świątecznego.

- Zamknij się, Black! - syknął Rodolphus, chwytając Syriusza za ramię swoją grubą łapą i ściągając go z łóżka.

- Merlinie facet, uważaj. - Syriusz szarpnął się. - To skóra.

Goryle stanęli po obu jego stronach i postawili go na nogach, chwytając go za ręce, a Rodolphus skierował różdżkę na nadgarstki Syriusza.

- Incarcerous.

Czarne pęta, które wyczarował były bardzo ciasne. Syriusz potknął się, kiedy goryle pociągnęli go do drzwi.

- Nie musicie mnie trzymać. - powiedział Syriusz, kiedy tylko stanął na nogach, mrugając do tego po prawej. - Umiem chodzić. - Ich palce zacisnęły się mocniej. - Gdzie idziemy, Rudolfie? - spytał radośnie, całkiem jakby udawał się na jakąś niesamowitą przygodę. Nie otrzymał odpowiedzi. - Ostatni raz byłem tu jako dzieciak. Bardzo mi się podoba, jak się urządziliście.

- Zakneblujcie go. - rozkazał z irytacją Rodolphus nie odwracając się.

Pasek materiału został wepchnięty w usta Syriusza, który zacisnął zęby na wpychających palcach, tak, że ich właściciel aż jęknął z bólu. Zanim opleciono materiał dookoła jego głowy i zawiązano, Syriusz wyszczerzył do niego zęby. Potem dodano kolejny pasek, tym razem na wysokości oczu.

Teraz nic już nie odwracało jego uwagi od tego jak okropnie skręcał mu się żołądek, więc Syriusz szedł wolniej. Jeśli coś zatrzymało Jamesa to Hermiona była już w drodze... Dopadną ją... Odmówi przystąpienia do nich i zginie. Miał pusto w głowie. Nie wiedział jak się z tego wydostać. No i co z niego za auror?

Pociągnięto go za załom korytarza, a on zachwiał się, kiedy nagły ruch wytrącił go z równowagi. „Chcą ciebie i twoją dziewczynę" poniosło się echem po jego głowie. Ich oszustwo przypominało teraz szczęśliwe wspomnienie, stwierdził popychany w dół schodów. A właściwie to niesiony, bo jego stopy ledwo dotykały podłogi.

Twoją dziewczynę..." Widział ją oczami wyobraźni. Ten głupi puszysty kucyk, dwie książki otwarte na kolanach, kiedy coś porównywała, to jak wywracała oczami, kiedy powiedział coś głupiego, choć ją to bawiło. Ale najchętniej wspominał jak wyglądała na Gali. Jak się zarumieniła, gdy pocałował ją na dzień dobry. Tak zawstydzona czymś tak niewinnym. Uśmiechnął się mimo knebla.

Nie zamierzał się poddać. Jeszcze nie. Problem polegał na tym, że choć w niewoli łatwo było powiedzieć sobie, że wygra i jakoś przekona ją, by została, stanąwszy przed nią stawał się znów tamtym facetem, którego poznała w barze. Gościem pełnym żartów i docinków, nie biorącym niczego na poważnie. A to wszystko ze strachu. Czuł się nieco lepiej ze świadomością, że tego bał się bardziej niż wszystkiego co mogło go spotkać w niewoli. James powstrzyma ją i Polluxa przed przyjściem tutaj. Wszystko będzie dobrze.

Mocno popchnięto go na krzesło, kostki przywiązano do drewnianych nóg, nadgarstki rozwiązano i przytwierdzono do podłokietników.

- Panie Black, jak miło, że pan do nas dołączył. - znał ten wysoki i zimny głos, a jego strach wzrósł trzykrotnie na jego dźwięk. No dobrze, może ta sytuacja przerażała go bardziej niż zostanie odrzuconym przez dziewczynę.

Knebel zniknął.

- Nie z własnej woli. - oznajmił Syriusz, powracając do uprzedniej wesołości, pod którą próbował ukryć to jak jego łomoczące serce próbowało sprawić, że zacznie się trząść. - Ale zanim zaczęły się rękoczyny było prawie miło. Prawie jak wakacje, nic tylko się obijać.

Zdjęto mu opaskę z oczu i zobaczył Voldemorta stojącego nie więcej niż trzy metry od niego. Był wysoki i groźny, oczy miał czerwone, skórę bladą.

- Mam dla pana propozycję, panie Black. - odezwał się dziwnie uprzejmym choć nadal bezlitosnym i okrutnym tonem. Jego pozbawione warg usta wygięte były w czymś co chyba miało przypominać uśmiech.

Syriusz uśmiechnął się.

- Może pan do mnie mówić po imieniu, panie Riddle. – powiedział, starając się brzmieć przyjacielsko. - Mnie to nie przeszkadza.

Riddle szeroko otworzył oczy.

- Bezczelność! - mruknął. - Ale wiedziałem, że masz ducha.

- Pewnie, że tak. – zgodził się Syriusz. Drażnienie Riddle'a dawało mu siłę i pomagało oczyścić umysł, a naprawdę musiał pomyśleć. Pokój był wąski i długi, na lewo od Syriusza stał stół do bilardu, a z sufitu zwieszały się lampy.

- A teraz powiedz mi, dlaczego tu jesteś? - spytał Riddle. Zmrużonymi oczami przyglądał się pozornie swobodnej pozycji Syriusza.

- Szczerze powiedziawszy to myślałem, że pan mi powie. - odparł Syriusz, przybierając na twarz wyraz czegoś co miał nadzieję przypominało zdumienie. - Widzi pan, moja urocza kuzynka Bella powiedziała, że chce tej broszki, którą ma moja Mama. Bella lubi świecidełka. Więć powiedziałem, że Mama ją przyniesie, ale Bella stwierdziła, że ma to zrobić moja przyjaciółka.

Riddle spojrzał na niego wilkiem.

- Wydaje mi się, że to ktoś więcej niż tylko przyjaciółka. Nie chciałbyś, żeby stała jej się krzywda, prawda?

- Oczywiście, że nie! - zawołał Syriusz, jakby to mu w ogóle nie przyszło do głowy. - Czemu miałby pan ją krzywdzić?

- Nic jej się nie stanie, jeśli będziesz z nami współpracował. - obiecał Riddle, a skóra dookoła jego ust stała się jeszcze bledsza, kiedy próbował powstrzymać irytację.

- O, świetnie. - odparł Syriusz z wyolbrzymionym westchnieniem ulgi. – Fajnie, że to moja decyzja. Czyli ona podrzuci wam tę rzecz, a potem mogę sobie iść?

- Tak i nie. - ton Riddle'a zmienił się i teraz był prawie rozbawiony. Coś strasznego.

- Wolałbym samo „tak" jeśli panu to nie przeszkadza. - powiedział Syriusz, walcząc o utrzymanie lekkiego tonu. Był prawie pewien, że Riddle widział jak serce prawie boleśnie obija mu się o żebra. Zastanawiał się, czy prawdą były plotki, jakoby Voldemort potrafił zabijać samym spojrzeniem. Zawał serca spowodowany strachem nie wydawał się nagle tak nieprawdopodobny.

- Mam dla ciebie propozycję. - powiedział cicho Riddle, wyciągając różdżkę.

Syriusz napotkał spojrzenie czerwonych oczu.

- Bardzo mi to pochlebia, ale wolę dziewczyny. - „Panika wkłada człowiekowi w usta dziwne rzeczy" pomyślał Syriusz, kiedy tylko wymknęły mu się te słowa.

Różdżka przecięła powietrze, a na piersi chłopaka pojawiło się pojedyncze cięcie. Koszula rozdarła się, pociekła krew.

- Auć. - mruknął, patrząc w dół na czerwień wylewającą się z cienkiej rany wyglądającej jak smagnięcie biczem. A potem wzruszył ramionami. - Przepraszam, chyba źle zrozumiałem.

- Posłuchaj mnie, Black. - warknął Riddle podchodząc bliżej. - Wiesz kim jesteśmy. Połowa twojej rodziny odnalazła swoje miejsce w naszych szeregach. Nie sądzisz, że to dobry pomysł porzucić przegrywającą stronę? Mamy ci wiele do zaoferowania. A ta dziewczyna... Hermiona Fehr - wymruczał, a Syriusz prawie zwymiotował słysząc ten dźwięk. - byłaby bardzo użyteczna. Nie chciałbyś do nas dołączyć?

- Nie bardzo. - odparł Syriusz. Jeśli wolno oddychał, cięcia nie bolały aż tak bardzo. Musiał dalej mówić, Riddle lubił wyzwania. - Pracujecie w dziwnych godzinach, to źle wpływa na związki. I chociaż sądzę, że czarodzieje powinni rządzić to nie wydaje mi się, żeby to całe... mordowanie było konieczne. Dysponujemy magią. Nie mają z nami szans nawet przy użyciu najlepszej broni. - widział jak Riddle'owi kończy się cierpliwość. Może jednak nadszedł czas, by się zamknąć?

- Nie sądzisz, że ona będzie chciała do nas dołączyć, jeśli powiemy jej, że tylko tak uratuje twoje życie? - im bardziej Syriusz go podpuszczał tym łagodniejszy i coraz bardziej złowieszczy stawał się głos Riddle'a. Ale nie mogli go zabić, nie, jeśli zależało im na Hermionie tak bardzo jak mówili.

- Może... chociaż jestem dość denerwujący, może się ucieszyć.

Kolejne cięcie różdżką, kolejna rana na piersi.

- Dobry Boże. - Syriusz znów spojrzał na swój tors. - To szczypie, wie pan?

A potem był już tylko ból. Syriusz szarpnął się. Pod jego skórą pełzał ogień. Ciało przeszywały tysiące noży. Nie mógł myśleć, nie istniało nic tylko cięcia, rany, palący ból... a potem wszystko zniknęło. Oddychał ciężko. Już kiedyś Śmierciożerca użył na nim Cruciatusa, ale nic nie dało się porównać z tym rzuconym przez Voldemorta.

Riddle przyglądał mu się uważnie. Był znacznie bliżej niż przed chwilą.

- Czy to też szczypie?

- Nawet bardzo. - wydyszał Syriusz, zmuszając się do podniesienia głowy i spojrzenia w te przerażające oczy.

- Jak sądzisz, czy panna Fehr przyłączy się do nas i nakłoni swojego wuja, by nas wsparł, jeśli zobaczy cię w takim stanie?

Ból powrócił. W jego głowie nie pozostało miejsce na nic z wyjątkiem pochłaniającej, rozrywającej, palącej tortury. Która, jednakże skończyła się tak samo szybko jak ostatnio, pozostawiając igły pod jego skórą. Drżały mu ręce i nogi.

- Nie da rady przekonać swojego wuja. - szepnął łamiącym się głosem.

- Jesteś pewien? - długie palce Riddle'a pieściły różdżkę. Zimny głos nieco się zmienił. „Jemu się to podobało" zdał sobie sprawę Syriusz.

Chwilę później znów utonął w świecie wrzącego cierpienia. Jego kości trzeszczały, wnętrzności zaciskały się, ostre, gorące pchnięcia noża pokrywały każdy cal jego skóry. Niekontrolowanie szarpał się w swoich więzach i tylko one utrzymywały go w pozycji siedzącej.

- Tak. - wydusił, kiedy klątwa została zdjęta.

- Męczysz mnie. - Riddle znów machnął różdżką i ból powrócił. Syriusz nie mógł już dłużej powstrzymać krzyku. Był słaby, chciał, żeby to wszystko już się skończyło. Coś rozrywało jego skórę, straszliwy jad płynął w jego żyłach wyżerając ciało od środka, noże cięły i dźgały, kości pękały i przebijały się przez ciało.

Wreszcie klątwa zniknęła pozostawiając go słabego i dyszącego ciężko. Wydawało mu się, że słyszał oddalające się kroki, a potem skrzypnięcie drzwi, ale nie mógł być pewien. Czarna mgła zbierała się na skrajach jego umysłu. Poddanie się jej przyniosło ulgę.