Od tłumaczki: Bardzo, bardzo Was wszystkich przepraszam za takie ogromne opóźnienie. Prawda jest jednak taka, że ostatnie dwa tygodnie były straszne pod kątem ilości rzeczy do zrobienia u mnie i u mojej bety. W efekcie oboje położyliśmy sprawę i dopiero dziś udało nam się skończyć rozdział. Co oznacza, że dostaniecie jeden dziś i jeden jutro, bo postaram się zrobić wszystko, by kolejna publikacja nie została opóźniona. Jeszcze raz przepraszam.

Cat: Bardzo dziękuję za komentarz i strasznie się cieszę, że opowiadanie tak Ci się podoba. Dynamika Syriusz/Hermiona to coś wspaniałego, ja właśnie też po tym opowiadaniu zakochałam się w tym paringu.

Guest: Cóż, tutaj?


N/A: Szczęśliwego Halloween! (no prawie) Liczyłam na to, że będę dziś publikować ostatni rozdział, ale proces twórczy szedł wolniej, niż się spodziewałam.


6 października

Ten kto w porze wtorkowego lunchu zajrzałby do zakurzonej i zazwyczaj prawie opuszczonej części Esów i Floresów, którą zajmowały encyklopedie, słowniki i tym podobne, miał szansę ujrzeć niecodzienny widok.

Młody mężczyzna ubrany w dżinsy z przetartymi kolanami i koszulkę zbyt wyblakłą, by mógł to być efekt zwyczajnego spłowienia materiału (nie mówiąc już o tym, że lista koncertów na plecach pochodziła sprzed sześciu miesięcy) siedział po turecku na drewnianej podłodze. Podeszwy ciężkich buciorów boleśnie wbijały mu się w uda za każdym razem, kiedy sięgał po kolejną książkę z półki obok siebie. Może i nie byłby to zbyt dziwny obraz (w księgarniach często spotykało się klientów, którzy lubili książki), gdyby nie fakt, że Syriusz Black nigdy, wcześniej, się do takowych nie zaliczał.

Syriusz prychnął z rozdrażnieniem, co sprawiło, że opadające mu na twarz ciemne włosy uniosły się niczym antenki, a potem opadły na to samo miejsce. Przemknęło mu przez myśl, że może wyrósł już z takiej fryzury. Miał już przecież prawie dwadzieścia dwa lata. Potem jednak zwarty tekst w książce, którą trzymał na kolanach przekonał go, że wolał widok odwracających uwagę kosmyków, niż nudnych wydrukowanych bzdur.

- Szlag! Uważaj na głowę, Łapo! - zawołał Remus z (jak się wydawało) kilometra wyżej. Syriusz spojrzał w górę i zdążył zobaczyć lecącą w swoją stronę książkę wielkości płyty chodnikowej. Pochylił się do tyłu i wyciągnął przed siebie ramię, by złapać, lub zablokować pocisk, ale oprawiony w skórę meteoryt walnął go nie w głowę, lecz w brzuch i mężczyzna padł plecami na zakurzoną podłogę. Zabrakło mu tchu, by przekląć przyjaciela, który tkwił na czubku drabiny i śmiał się do rozpuku. Syriusz gestem przekazał mu to co chodziło mu po głowie.

- Wybacz. - przeprosił Remus, zaczynając schodzić z drabiny. - Wymsknęła mi się.

„To mogła być prawda." zdał sobie sprawę Syriusz. Wilkołak znosił co najmniej cztery równie wielkie książki. Przyciskał je łokciem do boku lub znosił w tej ręce, którą nie trzymał się drabiny. A wszystko to, by nie podążyły w ślady tomiszcza, które walnęło Syriusza.

- Niezdara. - mruknął Syriusz. Zjadliwy ton nie zadział, bo mężczyzna ledwo wydobywał z siebie słowa.

- Wybacz. - powtórzył Remus, kładąc książki do przeczytania na stertę po prawej stronie Syriusza. Stertę, którą młody Black nazywał tą jeszcze bardziej otępiającą umysł.

Potem Remus pochylił się i uniósł tom kamikadze z miejsca, gdzie ten dalej leżał na brzuchu Syriusza (bez wątpienia nurzając się w chwale udanej misji samobójczej).

- Szlag. - powtórzył Remus. Rozejrzawszy się dookoła, wyciągnął różdżkę i zaklęciem na powrót przytwierdził okładkę, która oderwała się przy uderzeniu.

- Lunatyku, - odezwał się Syriusz, siadając. - to nie ma sensu, w ten sposób nic nie znajdziemy. Właściciel przechodził już tędy dwa razy, wydaje mi się, że podejrzewa nas o kradzież. Nie był specjalnie zadowolony.

Remus położył naprawioną książkę na stercie, która prawie sięgała Syriuszowego ramienia.

- Tylko dlatego, że nie zobaczył mnie tam na górze. - powiedział, wskazując brodą na szczyt drabiny. - Dalej cię pamięta. W jego oczach nie minęło tak wiele czasu, odkąd byliśmy na 4 roku. Chyba nigdy nie wpuści tu ciebie i Rogacza. To znaczy, jeśli przyjdziecie beze mnie.

Syriusz zmarszczył brwi.

- Tak, choć to przez ciebie nas znienawidził.

Remus potrząsnął głową rozpoznając początek starej kłótni.

- Wiesz, że to nie prawda. Mógłbyś przestać tak mówić.

- Lunatyku. To ty zmusiłeś nas żebyśmy przyszli tu z tobą i zerknęli na książki. Byliśmy szczęśliwi u Gambola. Co mieliśmy zrobić?

Remus wywrócił oczami, usiadł na podłodze obok Syriusza i otworzył jeden z otaczających ich wywoływaczy nudy.

- Hmm, nie wiem, Łapo... może nie zmieniać całej części kucharskiej w pianki? Biedak twierdzi, że dalej widuje tu mrówki.

- No tak... mniejsza o to. - mruknął lekceważąco Syriusz. - To beznadziejne. Jak możesz tyle czytać? „Sprzedawca" i „niniejszym nazywany aplikantem", co za niemożliwe do zrozumienia bzdury.

- To prawo, Łapo. Oczywiście, że to niemożliwe do zrozumienia bzdury, o to właśnie chodzi. Gdyby każdy potrafił to przeczytać ze zrozumieniem, nie potrzebowalibyśmy prawników. Poza tym jeszcze godzinę temu byłeś stuprocentowo zdeterminowany, mówiłeś, że to nam wyjdzie na dobre...że dla dobra kobiety, którą, umm... lubisz i tak dalej.

Syriusz powziął jeszcze inne postanowienie, oprócz decyzji, że znajdzie sposób na oszukanie systemu i umożliwi Hermionie pozostanie. Odkąd dowiedział się, że nie chodziło jej tylko o trochę zabawy przed odejściem, zdecydował, że podejście „ignoruj, że odchodzi" nie ma najmniejszego sensu. A nawet jeśli nie uda mu się pokonać problemu braku tożsamości, to trzy tygodnie i tak były lepsze niż nic.

- No wiem, ale czy naprawdę myślisz, że imigracja to dobre podejście? - spytał, znów padając na plecy. Wydał z siebie westchnięcie na myśl o porażce obecnego planu i boleśnie walnął głową w zdumiewająco twardą podłogę.

- To był twój pomysł! - zawołał z oburzeniem Remus.

- No wiem, ale... Merlinie, nie sądziłem, że to będzie takie skomplikowane. - poskarżył się Syriusz, masując tył głowy.

- Nie sądziłeś, że organizacja czyjeś imigracji i przyszłości będzie skomplikowana? – odparł sarkastycznie Remus. Jeden z twardo oprawionych tomów walnął Syriusza w goleń.

- Cholera, Lunatyku. - mruknął, łapiąc się za nogę. - Nie z przyszłości, tylko z kraju, w którym można łatwo sfałszować akt urodzenia. Miało być łatwo zrobić z niej obywatelkę Wielkiej Brytanii i fakt, że nie ma wcześniejszej dokumentacji miał nie przeszkadzać, bo przecież nikt nie miał jej szukać. Ale to wszystko... zaczynam odnosić wrażenie, że nie chcą by ktokolwiek się tu przeprowadzał.

- Chcesz mi powiedzieć - Remus spojrzał na niego wilkiem. - że czytam te bzdury od prawie tygodnia, a ty doszedłeś do wniosku, że to jednak niezbyt dobry pomysł? Ale z ciebie dupek. - dodał i znów walnął Syriusza książką.

- Auć, mógłbyś przestać? - jęknął Syriusz, podnosząc podręcznik, by też przeprowadzić atak i przyłożył kantem w kłykcie Lunatyka. - Moody będzie marudny, bo zrobiłem sobie dłuższą przerwę na lunch, nawet jeśli wrócę bez zadyszki, wstrząśnienia mózgu i utykania... chociaż może uzna, że robiłem coś odważnego i heroicznego...

- Mało prawdopodobne, Black. - burknął za Syriuszem czyjś głos i po raz kolejny zdzielono go tępym przedmiotem. Tyle tylko, że tym razem była to laska Moody'ego, która weszła w krótki, lecz bolesny kontakt z ramieniem młodego aurora.

- Do cholery! - zawołał Syriusz, który miał już dość bycia bitym jak na jedno popołudnie. Potem jednak zdecydował, że przeklinanie swojego szefa nie było zbyt mądrym posunięciem, szczególnie jeśli dany szef był zrzędliwym starym prykiem i nie cierpiał przeklinającego.

„Jakim cudem Moody cały czas dawał radę go zaskoczyć?"Syriusz powoli dochodził do wniosku, że Moody był tak naprawdę wytworem jego wyobraźni, który pojawiał się znikąd i walił go laską bez ostrzeżenia. Albo może duchem (takim podejrzanie nieprzejrzystym i lubującym się w przemocy), którego wysłano, by dręczył Syriusza, aż ten wreszcie ulegnie przerażeniu lub waleniu.

- Uważaj, Black. - burknął Moody. - Czy to są te twoje „ważne sprawy dotyczące tej drugiej misji" na które potrzebujesz dodatkowej godziny, tak?

- Um... tak - wymamrotał Syriusz. - Myśmy właśnie...

- Prawo imigracyjne? - przeczytał z powątpiewaniem Moody, przyglądając się górze książek. - Co to ma do czynienia z... - zmrużył oczy i spojrzał na Syriusza podejrzliwie. - Merlinie, Black. Lepiej, żeby to nie było to, na co wygląda.

- Umm... a na co to wygląda?

- Na nieodpowiedzialnego głupka, który wściubia nos w nie swoje sprawy. Fakt, że dziewczyna cię znosi nie daje ci prawa do bawienia się w ten nonsens. - Syriusz poczuł, jak czerwienieją mu policzki i w myślach przeklął intelekt Moody'ego. - Dumbledore postrada zmysły, jeśli dowie się, co wy dwaj wyrabiacie.

- Tylko sprawdzaliśmy, panie Moody. - wtrącił Remus, patrząc na aurora szeroko otwartymi, pełnymi niewinności oczami. - Oczywiście Syriusz nigdy nie przyszedłby tu z własnej woli, musiałem przyciągnąć go siłą. Zastanawiałem się czy dałoby się to zrobić, wie pan, tak teoretycznie. Dobrze też znać kruczki prawne, przecież Śmierciożercy mogą chcieć przeszmuglować ludzi z fałszywymi papierami. W zeszłym tygodniu czytałem pracę na temat luki w ustawie o autoryzacji świstoklików i zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie właśnie w taki sposób Voldemort zasila swoje szeregi, mimo, że my tak bardzo staramy się je przerzedzić...

Syriusz uśmiechnął się do siebie. Natychmiast rozpoznał oznaki zaczynającego się klasycznego wykładu odwracającego-uwagę-celem-wydostania-się-z-tarapatów. Chwycił swoją ministerialną szatę z miejsca, gdzie ją porzucił i nałożył ja pospiesznie, by przygotować się do wyjścia.

Na czwartym roku Remus pieszczotliwie nazwał tę technikę „Rozproszeniem faktami", a na szóstym wystarczyło już tylko by James lub Syriusz przekazali mu bezgłośnie „R.F.", by Remus zaczął wyrzucać z siebie potok w większości znaczących, zdawać by się mogło niekończących się informacji, zasypując nim tego kto ich złapał. W idealnym przypadku Profesor, Filch czy właściciel sklepu, który ich dorwał był tak przytłoczony nawałem dobrze sformułowanych danych (który mógł ciągnąć się w nieskończoność, kiedy Remus zaczął cytować podręczniki), że nie widząc końca puszczał chłopców wolno, często nawet bez kary, tylko po to, by się od nich uwolnić.

- Przez to zacząłem się zastanawiać ilu czarodziejów jest w to zamieszanych - mówił szczerze Remus. - i czy nie powinniśmy zastanowić się nad ponownym sformułowaniem niektórych klauzul. W ustępie piątym na przykład jest napisane, że podróżny musi stawić się w Ministerstwie w przeciągu dwóch dni od przybycia na teren Wielkiej Brytanii, chyba że podczas pobytu planuje zgromadzić fundusze przekraczające sumę tysiąca galeonów. Jednakże w przypadku zwiększenia długości pobytu powyżej trzydziestu dni, przewidzianych na cele turystyczne...

Jeszcze chwila i Syriusz całkiem straciłby nad sobą kontrolę. Oczy Moody'ego zaszły mgłą, a Remus kontynuował recytację ustawy o imigracji czarodziejów. Nie sądził, że kiedyś będzie tak wdzięczny za Magiczną Pamięć Lunatyka.

Pomarszczona dłoń Moody'ego złapała Syriusza za kołnierz i postawiła go na równe nogi.

- Świetnie, Lupin. - wtrącił stary auror, przerywając potok informacji. - To bardzo przydatne. Wolałbym jednak, żebyś nie odciągał Blacka od roboty. Poza tym, przy tym raczej ci się nie przyda.

Remus uśmiechnął się z zadowoleniem, wiedząc, że właśnie wyciągnął Syriusza z kłopotów.

- Przy samym czytaniu może nie, panie Moody. - odparł wesoło. - Ale jest dość silny, a to przydatne przy noszeniu książek. Przepraszam za odciąganie pana pracowników od zajęć. Proszę mnie zawiadomić, gdyby miał pan jakieś pytania do tego tematu. To bardzo niepokojąca zmiana. Widział pan, że w adnotacjach do ustępu trzynaście C są wzmianki na temat...

- Merlinie, chłopcze! - warknął Moody. - Wystarczy! - Jedno spojrzenie szeroko otwartych, lekko przerażonych oczu aurora i Syriusz musiał przygryźć wewnętrzną stronę policzka, by powstrzymywać uśmiech. - Ruszaj się, Black. Idziemy.


- Miałem dać ci jakieś nudne zadanie w ramach kary za urywanie się z pracy, ale wydaje mi się, że spędzenie przerwy w taki sposób, wystarczy. - mruknął Moody, kiedy szli Pokątną.

- No ba. - zgodził się Syriusz, nie mogąc uwierzyć, że udało mu się wywinąć.

- Więc to nie miało nic wspólnego z dziewczyną.

Albo i nie.

- Właściwie to nie. Po prawdzie martwi się jaką przyszłość zastanie po powrocie, a ja zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby, gdyby została, ale to bez znaczenia. - powiedział z (w jego mniemaniu) mistrzowską obojętnością.

- Bez znaczenia? - Moody spojrzał na niego kątem oka. - Niezła próba, dzieciaku, ale nie jestem ślepy. Widziałem to spojrzenie na twojej głupiej gębie.

- Umm... jakie spojrzenie? Twierdzisz, że zawsze wyglądam głupio, jakim cudem widzisz różnicę?

Moody mocno trzepnął go laską w kolano.

- To spojrzenie zakochanego idioty, który nie zwraca uwagi na konsekwencje.

Syriusz nerwowo przełknął ślinę. Coś w zachowaniu Moody'ego go przerażało. Nigdy nie miał dla niego gotowej odpowiedzi, chyba że udało mu się ją przygotować zanim został wezwany do gabinetu Szefa Biura Aurorów. Albo, jeśli z jakiegoś powodu nie czuł się winny, co właściwie się nie zdarzało. Może dlatego, że Moody był nieprzezroczystym duchem kulawego ninji. „To by na każdym pozostawiło blizny."

- No więc? - naciskał Moody, kiedy czekali aż otworzy się przejście do Dziurawego Kotła.

- To nic takiego, Moody. - powtórzył Syriusz. Spróbował nonszalancko wzruszyć ramionami, ale wyszedł mu bardziej nerwowy skurcz mięśni. - Remus mówił prawdę, to głównie ciekawość. Wiesz, zostało nam już tylko dwadzieścia pięć dni, więc nie wydaje mi się, byśmy mieli dość czasu.

- No dobrze. - odparł Moody, ku zdumieniu Syriusza porzucając ten temat. - Kiedy wrócimy masz usiąść z Longbottomem. On i Robbarts znaleźli schemat, powtarzalne kradzieże w Suffolk, wszystko magiczne przedmioty. Chce usłyszeć twoją opinię, bo to ty zajmowałeś się kartografią.

Syriusz znów przełknął ślinę. Może i na jego biurku przez ostatni miesiąc leżały mapy, ale niech go piorun strzeli, jeśli wiedział jaki związek z tym wszystkim miało Suffolk... czy cokolwiek innego, jeśli o to chodziło. Od nocy pijaństwa i wywołanego przez nie zachowania, dał radę opanować sny na jawie, a odkąd podczas pobytu w niewoli podjął konkretne decyzje jeszcze bardziej nad nimi zapanował. A mimo to dalej zdążały mu się takie (dość znaczne) okresy, które ktoś mu najwyraźniej ukradł... może powinien kupić sobie budzik...

- Black! - warknął Moody. - Słuchasz mnie?

Syriusz podskoczył.

- T-tak, Longbottom i mapa. Zrozumiałem.

- Nie, po tym. Spotkanie szefów departamentów. Masz iść ze mną i robić notatki. Masz śliczny charakter pisma typowy dla wysoko urodzonego paniczyka i idealny do robienia notatek. - Moody rzucił mu dziwne spojrzenie, który Syriusz po chwili rozpoznał jako ten niepokojący uśmiech. To nigdy nie był dobry znak.

- Wydawało mi się, że mówiłeś coś karze, którą już dostałem... Remus i wykład...? - mruknął z nadzieją Syriusz.

- Skłamałem. - odparł Moody, a niepokojący uśmiech stał się jeszcze szerszy.


Hermiona spędziła wtorkowe popołudnie sortując książki, które zgromadziła dzięki regularnym dostawom Remusa. Ostatnimi czasy kolekcja kompletnie wymknęła jej się spod kontroli. Najpierw presja zelżała trochę, kiedy Syriusz zdobył Czarę Hufflepuff, a potem jeszcze bardziej, gdy po katastrofie na przyjęciu, Hermiona siedziała sama w domu. Ze względu na to, ile czytała, Remus ledwo nadążał z donoszeniem nowego materiału. A chociaż uwielbiała żyć w otoczeniu cudownego słowa pisanego, to biorąc pod uwagę zbliżającą się Noc Duchów, nadszedł czas, by oddać część książek. Skończyły jej się też miejsca, gdzie mogła je trzymać. Sterta u stóp fotela, na którym dalej składowała swoje badania była dobrze ukryta przed obsługą hotelu, ale zaklęcie maskujące dało się rzucić tylko na określony obszar.

Jednakże uwagę dziewczyny odwróciła sfatygowana kopia Historii Hogwartu, którą przyniósł Remus. Otworzyła ją, przewróciła kilka stron i wtedy rzuciło jej się w oczy coś dziwnego. Biorąc pod uwagę, że uwielbiała czytać tę książkę, gdy dopadła ją nostalgia lub gdy czymś się martwiła, a znajome strony sprawiały, że przypominała sobie swoją pierwszą przygodę z tym tomiszczem w wieku lat jedenastu, znała je właściwie na pamięć. Nie zabrała własnego egzemplarza, bo i tak wzięła ze sobą trzydzieści źródeł, bez których nie mogła się obejść, a coś do poczytania przed snem nie trafiło na listę jej priorytetów.

Książka Remusa była bardzo stara i brudna, miała pozaginane rogi i chyba została wydrukowana w latach pięćdziesiątych. Ale co Hermionę dziwiło to fakt, że zawierała chochliki drukarskie. Szkopuł tkwił w szczegółach tak niewielkich, że tylko ona mogłaby je zauważyć, a jednocześnie takich, że zaczynała się zastanawiać, czy to przypadkiem nie jej egzemplarz się mylił. Według wersji Remusa Fineas Nigellus był dyrektorem od 1911 do 1919, ale ona była przekonana, że zajmował to stanowisko tylko przez cztery lata. W książce było też napisane, że podczas ataku żmijoptaka w trakcie Turnieju Trójmagicznego w 1792 roku zginęło tylko dwóch sędziów, a nie trzech. Hermiona sprawdziła wewnętrzną okładkę w poszukiwaniu nazwy wydawnictwa i zdała sobie sprawę, że ten egzemplarz wydrukowano w Manchesterze, a jej pochodził z Londynu. Może nowy wydawca miał jakiś problem z pierwszą drukarnią? Wiedziała, że książce nie można było całkowicie wierzyć. Zawsze denerwował ją brak choć wzmianki o skrzatach domowych, bez których zamek w ogóle przestałby funkcjonować.

Przed sprzątaniem, kończyła szykowanie szkatułki, w którym zamierzała przenieść horkruksy na miejsce spalenia. Zrobiono je z drewna, a przypominało każdy inny pojemnik z mosiężnymi zawiasami i zamkiem. Miało zaledwie cztery cale długości i szerokości. Hermiona zastosowała zaklęcie zmniejszająco–zwiększające, by w środku zmieściły się zarówno medalion jak i czara, dziennik i diadem. Zawierające trzy przedmioty pudełko emanowało złem, a trzymając je Hermiona doznawała czegoś na kształt mdłości.

Bała się trzymać je zbyt długo, bo pamiętała jak medalion wpływał na Rona. Z perspektywy czasu widziała jak to się zaczęło, choć wtedy tego nie rozumiała. Kiedy brała pudełko w dłonie, czuła chłód, samotność i niepewność znacznie gorszą niż podczas tamtej desperackiej wyprawy.

Można było zauważyć związek, zdała sobie sprawę, przyglądając się skrzyneczce. Ron powiedział, że i tak czuł się rozczarowany, a medalion tylko to pogłębił. Ona w obecnej sytuacji nie była pewna żadnej decyzji. Niecierpliwie oczekiwała dnia rzucenia Pożogi, niepokojąc się przy tym, że coś pójdzie nie tak. Bała się, że zasadzka wymknie się spod kontroli choć teoretycznie wiedziała, że mowa tu o Dumbledorze, więc wszystko będzie dobrze. I wreszcie czuła niepewność związaną z Syriuszem i decyzją powrotu do przyszłości. Tamtego poranka po jego ucieczce z Forte de Sang nie kłamała mówiąc, że zostałaby, gdyby mogła.

Wiedziała jednak, że tak nie będzie. Nie kłamała, obiecała tylko coś, co nie mogło się spełnić. Ludzie tacy jak Syriusz potrzebowali nadziei, czy to w związku czy w przyjaźni, a jej zależało by Syriusz miał nadzieję. Znów odwiedzał ją każdej nocy, a napędzał go nowy cel znalezienia sposobu, na to by została. Nigdy jednak nie opowiadał jej o postępach. Cieszyło ją to, bo z każdym dniem pomysł ten coraz bardziej jej się podobał, a nie chciała myśleć o tym, jak bardzo był nierealny.

Nie chciała wpaść w pułapkę i uwierzyć, że Syriusz z powietrza wyczaruje jakiś niezwykły plan, bo serce, by jej się złamało, gdyby mu się nie udało. Mimo to często pozwalała sobie zapomnieć, że gdyby została ścigaliby ją pozostali Śmierciożercy, że musiałaby prowadzić życie zależne od bogactw Syriusza i że nigdy nie mogłaby osiągnąć swojego prywatnego celu, czyli zmiany społeczeństwa czarodziejów.

Tylko osoba samolubna, by o tym zapomniała. A Hermiona właśnie to robiła. Wyobrażała sobie, jakby to było przyjaźnić się z Remusem i Lily, dwoma duszami tak podobnymi do jej własnej, czego jeszcze nigdy nie odczuła. I z Jamesem, który zachowywał się jak Harry tylko pochodzący z wyższych sfer. Nie mówiąc o małym Harrym. Nawet gdyby wszystko poszło nie tak z zasadzką, dalej mogłaby (gdyby została) udawać mugolkę, zaprzyjaźnić się z Petunią i jakoś polepszyć życie Harry'ego... chociaż gdyby zasadzka się nie udała, Syriusz poszedłby do Azkabanu, a ona nie miałaby pieniędzy na życie. Może mogłaby sfałszować numer identyfikacyjny i znaleźć pracę jako mugolka. Pieniądze, których nie dotknęła od zameldowania się w hotelu wystarczyłyby na dość czasu, by znaleźć jakąś posadę. Ale tak to właśnie ten zaraźliwy Syriusz był powodem, dla którego chciała zostać, więc po co miałaby to robić, gdyby go zamknięto? Chyba, że wytropi Pettigrewa u Weasleyów...

Głośne pukanie w szybę sprawiło, że aż podskoczyła, a pudełeczko na horkruksy wypadło jej z rąk. Naprawdę musiała przestać go dotykać, bo sprawiało, że myślała o dziwnych rzeczach.

Syriusz stał na balkonie i zaglądał do środka przez lunetę ułożoną z przyciśniętych do szyby dłoni. Hermiona musiała tak się zamyślić, że przegapiła zachód słońca i to jak pokój pogrążył się w ciemności. Włączyła lampę stołową i schyliła się po pudełeczko. Położyła je na stoliku obok telefonu i poszła wpuścić Syriusza.

- Luna Lovegood ląduje na lodzie. - powiedziała przez drzwi.

Zdziwiło go nieznajome imię, ale uśmiechnął się i odparł:

- Fantazyjni fanfaroni fantazjują o fanaberyjnych flirtach Frederiki Fehr.

- Hej, mówisz o mojej mamie. - zachichotała Hermiona. Ciężkie rozmyślania rozmyły się pod wpływem obecności chłopaka. Pomogło też pewnie to, że nie trzymała już części duszy Voldemorta. - Robisz się w tym za dobry. Można by pomyśleć, że nic tylko siedzisz i całe dnie wymyślasz nowe hasła. - zauważyła, otwierając drzwi, a potem poszła zaparzyć herbaty.

Syriusz posłał jej uśmiech człowieka winnego i zdjął kurtkę.

- Oj tak. - zaśmiał się i padł na kanapę, w takiej pozycji jakby był z gumy. Ze swojego miejsca w kuchni widziała jego obute stopy zwieszające się z podłokietnika. - Powinnaś zobaczyć notatki, które robiłem dla Moody'ego na tym głupim spotkaniu dzisiejszego popołudnia. - ciągnął. - Wszędzie dookoła słowa zaczynające się na „f". To go nauczy, żeby nie zlecał wykfalifikowanemu aurorowi pracy sekretarki. Tak się nie robi.

- Ale z ciebie snob. - mruknęła Hermiona, na nowo napełniając puszkę herbatą i stawiając dzbanek na tacy.

- No i? - spytał, całkiem jakby to było oczywiste. - Muszę powiedzieć, że nie spodobało mu się bycie nazwanym „Fachowym Führerem", ale przecież nie chciałem go obrazić. Chyba nie zrozumiał. - dodał Syriusz tonem udawanego przygnębienia.

- Chryste! - zawołała Hermiona z pełnym frustracji śmiechem. - Nic dziwnego, że Ministerstwo przegrywa wojnę, skoro ich aurorzy tak spędzają całe dnie.

- Ale tak szczerze – odparł Syriusz podnosząc głowę, by spojrzeć na kobietę. - poprzednim razem tego nie robiłem. Na bank zasuwałem w pocie czoła.

Hermiona wydała z siebie pełen sceptyzmu dźwięk.

- Jestem pewna, że gdyby mnie nie było pracowałbyś jak mrówka. - oznajmiła. - Jak rodzina? - wspomniał jej, że sprawdzi co u nich po drodze do domu. Według harmonogramu uzdrowiciela, Rabastan powinien stanąć na nogi wczoraj.

- Dobrze, chociaż Rab dalej leży w łóżku. Bethnal mówi, że nie ma się czym martwić, niektórzy potrzebują kilku dni na całkowite wyleczenie. Gdy go odwiedziłem, Rab był przytomny, ale dalej ma taką zielonkawą twarz i nie zachowuje się normalnie. Dziadek przyniósł do pokoju szachownicę. Rab mówi, że nie wiedział, jak nudne są szachy bez whisky.

- Nie sądziłam, że z tymi figurami może być nudno. Biorą grę na poważnie. - zauważyła Hermiona, pamiętając okrzyki wojenne, które wydawały z siebie figury w bibliotece na Grimmauld Place. Dołączyła do Syriusza w salonie, przynosząc ze sobą tacę z herbatą.

Syriusz zaśmiał się.

- O tak. Nawet trochę za bardzo. - chwycił biszkopta z tacy i znów się położył, przeżuwając radośnie. - Dziś po południu Lunatyk wpadł sprawdzić co u Loretty i dzieci. Jutro spotykam się z nim na lunch, więc wszystkiego się dowiem. - mruknął z pełnymi ustami.

- Och, świetnie. - odparła Hermiona. - Naprawdę sądzisz, że Rabastan wydobrzeje? W niedzielę uzdrowiciel wspominał o dwudziestu czterech godzinach. Minęło dwa razy tyle.

- Ta, tak mi się wydaje. Jutro przychodzi na kontrolę, więc wtedy się dowiemy. A co do posiniaczonych ludzi, masz jeszcze trochę tej maści ze sklepu z dowcipami? - spytał, siadając i opierając nogę na stoliku do kawy. Podwinął nogawkę do kolana. Na jego goleniu rozciągała się długa ciemna linia.

- Wolałabym zachować ją na prawdziwe rany. - odparła Hermiona, pochylając się do przodu, by dotknąć siniaka.

Syriusz odpędził jej dłoń.

- Nie rób tak, boli. Lunatyk mnie pobił.

Hermiona uniosła brew i jeszcze raz nacisnęła siniak.

- Ale z ciebie miągwa. - mruknęła.

- Atakuje mnie wilkołak, a ty nazywasz mnie miągwą? I jak ci tu zaimponować. - prychnął Syriusz z oburzeniem.

- Przez większość czasu jesteś dość imponujący. Tylko nie wtedy, gdy jęczysz. Czym cię zbił? - spytała nalewając sobie herbaty, a potem popychając tacę w jego stronę.

- Książką tak ciężką, że mogłaby zatopić statek. - odparł, wyglądając jakby to była najgorsza rzecz jaka kiedykolwiek, komukolwiek się przydarzyła.

- A teraz kłamiesz. - prychnęła Hermiona. - Remus nigdy by czegoś takiego nie zrobił.

- Ależ zrobiłby. - naciskał Syriusz. - Wcale nie obchodzi go moje zdrowie.

- Och nie, oczywiście, że ciebie by uderzył. - zapewniła Hermiona. - Kto by tego nie zrobił? Po prostu nigdy nie zaryzykowałby zniszczenia książki.

- Pfft, bo ty dużo wiesz. – mruknął chłopak, machając na nią ręką, niczym na komara i zajął się swoją herbatą. Nagle podniósł wzrok i uśmiechnął się szelmowsko. - Jestem imponujący, co?

Cholera, myślała, że to przeoczył.

- Tak. - potwierdziła z pełnym zakłopotania uśmiechem. - Zamknij się.

- Wiesz... - zaczął wolno Syriusz, a jego uśmiech stawał się coraz bardziej szelmowski z każdą sekundą. - naprawdę nie powinnaś mówić takich rzeczy, jeśli mam spać obok ciebie. To może skutkować nadmierną pewnością siebie.

Hermiona zdziwiła się. To już druga rażąca insynuacja od niedzieli. Nie miała pojęcia skąd ta zmiana, ale wydawało jej się, że poradził sobie z kompleksem biorącym się z jej braku wyrozumiałości dla jego stanu emocjonalnego. Nie to, że jej się do tego przyznał.


7 października.

- To co, Panie Pomysłowy? Co ma pan dla mnie dzisiaj? - spytał z rezygnacją Remus, kiedy razem z Syriuszem zasiedli przy małym stoliku w Dziurawym Kotle, oczekując na lunch.

Syriusz uniósł wzrok znad Piwa Kremowego.

- Nic nowego. Jeszcze. - odparł nieprzytomnie.

- Naprawdę? - spytał sceptycznie Remus. Nie mógł uwierzyć, że w przeciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin jego szalony przyjaciel nie dał rady wpaść na kolejny postrzelony pomysł.

- Naprawdę. - potwierdził Syriusz i ciągnął. - Rano dostałem list od Dziadka. Leczenie Raba nie idzie, jak powinno.

- Dlaczego nie? – zdziwił się Remus. Nie wiedział, jak zareagować na troskę Syriusza wobec Lestrange'a. Uważał tę przyjaźń za sposób na osiągnięcie pewnego celu, ale kiedy nie skończyła się po sukcesie w banku Gringotta, zaczął mieć wątpliwości. Potem ten tchórz wydał Syriusza na tortury i prawie doprowadził do pojmania Hermiony, przez co cały plan zabicia Voldemorta mógł nie dojść do skutku. Remus był przekonany, że po czymś takim Syriusz nigdy nie odezwie się do Lestrange'a, ale oto jego przyjaciel siedział i martwił się o faceta, który prawie wszystko zniszczył.

- Nie wiedzą. - odparł Syriusz, bębniąc palcami o stół. - Eliksir nie działa, jak powinien. Bethnal jest ekspertem, ale i on nie ma pojęcia co się dzieje.

- Jestem pewien, że coś wymyślą. - Remus próbował podnieść go na duchu, ale biorąc pod uwagę wczorajszą wizytę u bigoteryjnej Loretty Lestrange nie przyszło mu to łatwo. - Lestrange pewnie chce się nacieszyć wakacjami od swojej wrednej żony. - dodał.

- Wrednej? Jak na mnie jest w porządku... Chociaż Rab ciągle się na nią skarży, więc może masz rację.

- Pewnie, że dla ciebie jest miła, Łapo. Ty nie jesteś brudnym półkrwistym. Mam straszną ochotę powiedzieć jej o moim drugim problemie. Pewnie na miejscu by mnie zabiła, ale widok jej miny byłby tego warty.

Przy ich stoliku pojawił się barman Tom niosący dwa talerze, na których piętrzyły się steki i frytki.

- Proszę, chłopaki. - powiedział, uśmiechając się bezzębnie.

- Dzięki, Tom - odparł Syriusz. - Wygląda smakowicie. - Tom skłonił lekko głowę i wrócił za bar. - Letty naprawdę jest wredna? – spytał, kiedy zaczęli jeść. - Spotkałem ją tylko dwa razy, raz na Gali i potem w niedzielny wieczór. Jest trochę wyniosła, ale w niedzielę nie zachowywała się tak źle.

- Łapo... – odezwał się powoli Remus, dość już zaniepokojony. - powinieneś sam siebie posłuchać. Mówisz jak oni. - kiedy mówił o Lestrange'u i jego żonie, głos Syriusza nabrał charakterystycznego wytwornego tonu.

W Hogwarcie Syriusz bardzo się postarał, by pozbyć się charakterystycznego sposobu wypowiedzi. James (który również mówił podobnie, choć nie aż tak wyszukanie) żartował z niego okrutnie, kiedy Syriusz leżał na łóżku w dormitorium i powtarzał „spoko, bracie" i „to kompletne bzdury" w kółko i w kółko, za każdym razem inaczej akcentując. Remus nie żartował, głównie dlatego, że zazdrościł Syriuszowi i Jamesowi tego kulturalnego sposobu mówienia, a sam bez względu na to jak się starał, nie potrafił pozbyć się naleciałości z dzieciństwa spędzonego na zachodzie kraju. Słyszenie wcześniej znienawidzonej wytworności w głosie Syriusza i to bez cienia sarkazmu, niezmiernie wytrącało go z równowagi.

- Odwal się. - zaśmiał się Syriusz. - To taki nawyk. Stara Wally dość mnie męczy, nie chcę dawać jej dodatkowej amunicji.

- A, racja. - mruknął Remus, skupiając się na jedzeniu. – Mniejsza z tym, w każdym razie Loretta jest irytująca. Zakon chroni jej rodzinę, a ona tylko się skarży i traktuje mnie jak służącego. Spytam Dumbledore'a czy Fabian nie mógłby się ze mną zamienić. Dla niego nie będzie taka niemiła, to w końcu jej kuzyn.

- Z której strony? - spytał otumaniony Syriusz. - Jest moim ze strony ojca, przez jego siostrę. Nie wiedziałem, że Letty też.

- Naprawdę Łapo... - Remus zachichotał. - Z której strony? Powiedziałbym, że z obu. I to wielokrotnie. Obrzydliwa czystokwista hodowla wsobna. Nic dziwnego, że wymieracie.

Syriusz po raz kolejny się roześmiał.

- Merlinie, wiem! Ale ja nie będę miał tego problemu. Sprawy wyglądają coraz lepiej, mój przyjacielu.

- Hmm - mruknął z pełnymi ustami Remus. Wolałby, żeby Syriusz nie był tak pewny siebie. Jeśli im się nie uda, nastąpi katastrofa. Jeszcze nigdy nie widział Syriusza ze złamanym sercem i nie miał ochoty sobie z tym radzić. - Mogą przestać, jeśli nie znajdziemy sposobu, by została.

- Wymyślimy. - odparł Syriusz, surowo celując w niego frytką. - Chce zostać, więc zostanie. Postanowiłem. A ja zawsze zdobywam to czego chcę, Lunatyku. Wiesz o tym.

Mimo niepokoju Remus wyszczerzył zęby. Coś w tym było.

- Oj tak, Łapo. Oj tak. Więc sprawy między tobą i Hermioną naprawdę wróciło do normy?

- Ta, całkowicie. A właściwie nawet trochę lepiej. - odparł Syriusz z dumą.

Remus posłał mu uważne spojrzenie. To było coś nowego.

- Dlaczego lepiej?

Syriusz wzruszył ramionami.

- Bez powodu. Po prostu trochę łagodnieje wobec mojego czarującego usposobienia. Powiedziała mi, że jestem imponujący. - dodał z uśmiechem.

- Imponujący to może być fakt, że dajesz radę sam się ubrać. - mruknął Remus, potrząsając głową na widok głupawego wyrazu twarzy przyjaciela.

- Ha! Nie i mówiła serio. Myślę, że naprawdę chce zostać... - powiedział Syriusz, z zamyśleniem wpatrując się w ledwo ruszone jedzenie.

- No mam kurczę nadzieję! - zawołał Remus. - Po tych bzdurach, w których nurzałem się cały tydzień, lepiej, żeby to doceniła. - urwał. - Czyli... twoje czarujące usposobienie? Czy to znaczy to co zwykle?

Syriusz wzruszył ramionami.

- Chyba tak, tylko już tego nie ukrywam... jeśli nadarzy się okazja, to...

- To z pewnością nie to co zwykle, Łapo. - znów się zaśmiał. - „Jeśli nadarzy się okazja?" Zwykle „czarujące usposobienie" oznaczało niekontrolowany flirt, póki dziewczyna nie zgodziła się na całowanie. Zero zachowywania się jak dżentelmen.

- Słyszałeś co ostatnio powiedział Rogacz. - powiedział z dumą Syriusz. - Dorastam... okazuję powściągliwość. I tak dalej, i tak dalej.

Remus prawie zakrztusił się stekiem. Łapa i powściągliwość?

- W co zamieniliście półki w Esach i Floresach? - spytał ostro.

- Pianki. - odparł ze zdumieniem Syriusz. - A co?

- Tylko sprawdzam. - odparł Remus. Boże, jeśli nie uda im się zatrzymać Hermiony nastąpi katastrofa.


N/A: Emily, dziękuję ci za twoje inspirujące nieodpowiedzialne nawyki. Twój dar organizowania mojej twórczości jest nie do opisania! Xx


Od tłumaczki: Nie chciałam Wam przeszkadzać w czytaniu, a mam do Was dwa pytania dotyczące mojego kolejnego projektu. Znacznie ułatwilibyście mi życie gdybyście odpowiedzieli na nie w komentarzach, albo na PM.

1) Jak wiecie, wcześniej nie czytałam sequelu i zrobiłam to dopiero przy okazji tłumaczenia. I zorientowałam się, że jest on nieukończony. Ma 12 rozdziałów i nie był zmieniany od ponad roku. Próbowałam skontaktować się z autorką, ale jeszcze mi nie odpowiedziała. Stąd moje pytanie, czy chcecie żebym opublikowała to co jest i w razie co dodawała kolejne rozdziały, jeśli opowiadanie będzie kontynuowane? Czy mam czekać na zakończenie?

2) Czy są pośród Was jacyś fani musicali? Jeśli tak to jakich? Pytam z ciekawości prywatnej i zawodowej 😊. Ja sama wręcz je uwielbiam i… ale ćśś, to jeszcze nie potwierdzone.