Od tłumaczki: Powiem Wam, że to chyba mój ulubiony wątek w tym opowiadaniu. Jest taki... cudnie dziwny.

Jeśli jeszcze o tym nie wiecie, wczoraj wstawiłam (z ogromnym opóźnieniem, za które przepraszam) rozdział 39, więc jeśli ostatnio nie sprawdzaliście, to macie do przeczytania dwa rozdziały, a nie jeden. Zadałam też pewne pytania i byłoby mi bardzo miło gdybyście na nie odpowiedzieli.

Miłej zabawy.


8 października

Hermiona z odrobiną smutku patrzyła na książki zebrane na stole w jadalni. Był czwartkowy poranek i Remus miał pojawić się za półtorej godziny na swoją cotygodniową wizytę (na co Hermiona czekała przez pozostałe sześć dni). Dziś jednak zamierzał zabrać ze sobą większość wspaniałych opowieści i książek historycznych. Hermiona ze zdumieniem zauważyła, że po dniu dzisiejszym zostaną jej już tylko trzy czwartki.

Nie było sensu się z tego powodu smucić, powiedziała sobie ostro, stanowczo odstawiając pusty kubek po kawie i decydując, że chandra to nie powód by o 9:30 rano dalej paradować w piżamie. Wstała od stołu i na pół godziny zajęła się czym innym, to znaczy braniem prysznica i przebieraniem się w strój dzienny, biorąc prysznic i przebierając się w normalne ubrania. Żeby zużyć więcej czasu umyła nawet głowę. Wolała już problemy jakich przysparzały jej mokre kędzierzawe włosy od nudy.

Hermiona siedziała na krawędzi łóżka i próbowała zdecydować czy założyć dziś buty czy nie. Wyciągnęła przed siebie nogi, poruszyła ukrytymi pod skarpetkami palcami i stwierdziła, że raczej nie. Cały ten czas spędzony w budynku sprawiał, że robiła się leniwa. Właśnie przeciągała szerokim grzebieniem przez mokre włosy, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. „Pewnie sprzątanie", pomyślała, bo zazwyczaj obsługa przychodziła właśnie o tej porze.

Idąc do rzadko używanych drzwi, energicznie wycierała włosy ręcznikiem. Stanęła na palcach, by wyjrzeć przed judasza i zobaczyła zniekształconą figurę Annie sprzątaczki, która zwykle sprzątała jej pokój. Była dość przyjazna i często pytała Hermionę co zamierzała dziś robić. Odpowiedź zawsze składała się z ogólników takich jak: „odwiedzam przyjaciół" czy „przejdę się po sklepach". Wózek stojący obok pokojówki zawierał zwyczajowy zbiór kawy, torebek z herbatą, miniaturowych szamponików i mydełek. Obok przyrządów do sprzątania, butelek z psikaczem i ścierek ustawionych w równych rzędach, leżała sterta schludnie złożonej pościeli.

Pokojówka znów zapukała, a na jej twarzy pojawiło się zdziwienie. Sięgnęła do kieszeni po klucze, które zawsze miała przy sobie. Od czerwca, kiedy została regularną sprzątaczką, zawsze otwierano jej drzwi. Hermiona uśmiechnęła się do siebie. Jeśli Annie teraz była zdziwiona, lepiej zdjąć zaklęcie ochronne rzucone na drzwi, zanim pokojówka włoży klucz w zamek i zauważy, że ten nie działa. Dopiero mogłaby przeżyć szok. Hermiona zawsze pamiętała o wywieszeniu znaku NIE PRZESZKADZAĆ, jeśli wychodziła w trakcie godzin sprzątania. To znaczy wtedy, gdy jeszcze mogła wychodzić.

Zdjęła zaklęcie i schowała różdżkę pod ubranie, a potem sięgnęła do klamki. Cieszyła się, że leżący na podorędziu sweter, który założyła tego ranka, to jeden z dwóch, na których testowała dodawanie ukrytych kieszeni, zanim przytwierdziła je do ministerialnych szat Syriusza przed misją zdobycia czary.

- Dzień dobry. – przywitała się wesoło, otwierając drzwi.

- Dzień dobry, panno Granger. - odparła z uśmiechem pokojówka, wpychając wózek do pokoju. Hermiona odpowiedziała tak samo przyjacielsko, a Annie energicznie skierowała się w stronę łazienki, jak to robiła zawsze. - Co dziś panienka planuje? - spytała. - Jest trochę zimno.

- Masz rację, chyba zostanę dziś w pokoju. - przyznała Hermiona, obserwując wydajne tempo Annie. Z początku zastanawiała się, czy pokojówka z takim samym entuzjazmem podchodziła do takich zajęć w domu. Potem jednak doszła do wniosku, że to działało jak u fachowców. Budowniczy zawsze żyli pośród nieskończonych projektów, fryzjerzy nigdy nie poświęcali włosom więcej uwagi niż musieli. Nikt nie chciał wykonywać pracy także w weekendy. Chociaż jej rodzice-dentyści mieli zadbane zęby, więc nie należało generalizować.

Annie z łatwością biorącą się z doświadczenia odrzuciła kołdrę, przerzucając i składając ją po drodze. Sterta pościeli została rozwinięta i rozciągnięta na materacu ruchami wprawnych rąk. Obserwując Annie z fascynacją, Hermiona trochę jej zazdrościła. W jej wykonaniu praca przypominała taniec.

Nagle z zamyślenia wyrwało ją metaliczne brzęknięcie za jej plecami. Odwróciła się i wtedy usłyszała głos.

- Hermiono Granger, jest pani aresztowana... - chropowata ręka złapała ją za prawy nadgarstek, wyginając go pod nienaturalnym kątem. - za kradzież tożsamości, oszustwo i podejrzenie szpiegostwa.

- Co? - prychnęła z niedowierzaniem Hermiona, próbując odwrócić się na pięcie i wyrwać ramię z potężnego uchwytu. Zimna stal zamknęła się dookoła jej nadgarstka i znów rozległ się ten dźwięk. Jej lewą rękę trzymano pod takim kątem, że nie mogła sięgnąć do różdżki schowanej pod swetrem.

- Ma broń! - odezwał się pospiesznie inny męski głos po jej prawej. „Ilu ich było?" Chwycono jej lewe ramię i przyszpilono do pleców. Prędkość i siła sprawiły, że jej bark przeszyło ukłucie bólu. Poczuła zimny metal na lewym nadgarstku. „Kajdanki" pomyślała. „To mugole."Cios w tył kolan sprawił, że ugięły się pod nią nogi. Zderzyła się z jednym z krzeseł w jadalni, wpadła na stół, a jej uporządkowane książki poleciały na wszystkie strony. Popchnięto ją na podłogę.

- Co to diabła! - krzyknęła, obracając głowę to w lewo, to w prawo, by dostrzec napastnika. Szarpała się na dywanie, a rozpuszczone włosy zasłaniały jej oczy. Walczyła z ciężarem przyciskającym ją do ziemi tak jak tylko mogła. - Co się dzieje? Puszczajcie! Szpiegostwo? Puśćcie mnie, to śmieszne! - z obróconą głową trochę lepiej widziała co się działo. W zasięgu wzroku miała dwóch umundurowanych policjantów w czarnych spodniach, białych koszulach z kraciastymi epoletami i wysokich czapkach. Obaj celowali w nią z pistoletów.

Raptownie przestała walczyć. Oddychała płytko, w głowie miała pustkę, nie mogła myśleć. „Szpiegostwo?Co do diaska?" Ci mężczyźni byli oczywiście mugolami. Śmierciożercy nie przejmowaliby się pistoletami czy kajdankami, skoro różdżki i magiczne liny działały znacznie lepiej.

- Granger. - powiedział mężczyzna, który ją trzymał. - Ma pani prawo zachować milczenie, ale jeśli pytana nie wspomni pani o czymś, do czego będzie się pani odwoływała w sądzie, może to zaszkodzić pani obronie. Wszystko co pani powie może zostać wykorzystane przeciwko pani.

- Czysto. - odezwał się żeński głos z drugiej strony pokoju. Hermiona wolno (by nie sprowokować użycia broni) obróciła głowę i zobaczyła pokojówkę stojącą w drzwiach do sypialni z małym pistoletem w dłoni. „Annie pracuje w policji?" Hermiona nie potrafiła tego przyswoić. Nagle poczuła jak druga para rąk zaczyna ją przeszukiwać. Przetoczono ją na bok, żeby przeszukujący mógł sprawdzić przód. Wstrzymała oddech, kiedy jego ręce przebiegały nad ukrytą różdżką, ale jej nie wyczuł. Hermiona westchnęła z ulgą. Prędzej czy później będzie w stanie się wydostać.

- Granger, gdzie są pozostali? - spytał ten, który ją trzymał, potrząsając nią lekko. - Syriusz Ogden i Remus Lunatyk.

- Kim jesteście? - spytała, próbując zachować spokój. „Skąd wiedzieli?"

- Wydział kryminalny Londyńskiej policji, chłopaki są z wydziału specjalnego. Gdzie są twoi wspólnicy, Granger? – mężczyzna ponowił pytanie, zwiększając nacisk na jej plecy.

- Jestem tu tylko ja. - odparła. - Naprawdę! Czemu to robicie? Nie będę walczyć, proszę, dajcie mi wstać.

Postawiono ją na nogi i Hermiona potrzasnęła głową, by odrzucić mokre włosy z twarzy. Trzymano ją mocno i dalej nie mogła dostrzec twarzy tego, który ją złapał, ale widziała trzech pozostałych i pokojówkę. Musiała dosięgnąć różdżki. Pięć szybkich oszałamiaczy, runda Obliviate i wszystko będzie dobrze. Problem polegał na tym, że z każdej celowano do niej z broni.

Hermiona uśmiechnęła się do najbliższego policjanta, mężczyzny niewiele starszego od siebie.

- Proszę mi wybaczyć, ale popełniają państwo błąd. Jestem na wakacjach, odwiedzam starych przyjaciół ze szkoły. Moja mama mieszka w Nowym Jorku... Proszę, nie jestem szpiegiem. - powiedziała, chichocząc dziewczęco (a przynajmniej to taki miała zamysł).

- Dziwne wakacje, moja panno. Nie wychodzisz z hotelu, rozmawiasz szyfrem. – odparł stojący za nią facet z wydziału kryminalnego, lekko trącając jej ramię. Młodszy funkcjonariusz wydziału specjalnego nie odezwał się. Był zdeterminowany, bez ruchu trzymał pistolet.

- Ja nie... - Hermiona nie miała pojęcia co robić... oni mówili poważnie. Musiała grać na czas, wkrótce przybędzie Remus, ale czy zdąży na czas? Jeśli go zobaczą mogą postrzelić go zanim zorientuje się co się działo.

- Chodź, dziewczynko. - powiedział ten, który ją trzymał ciągnąc za jej skute nadgarstki. Ciężka ręka na ramieniu poprowadziła ją do drzwi. - Pojedziemy na małą wycieczkę.

„O Boże, wszystkie jej rzeczy!" Przeszukają pokój, a nawet jeśli nie znajdą wszystkiego to i tak dojdzie do katastrofy. Magiczne rzeczy u mugoli, co jeśli Ministerstwo... Wróć, to nie ci policjanci będą przeszukiwać, od tego był specjalny zespół... będą tylko pilnować drzwi, prawda? Policja nie będzie chciała, by ktokolwiek cokolwiek ruszył. Ile czasu do przyjazdu ekipy poszukiwawczej? Oszustwa nie stanowiły priorytetu, policja była zajęta morderstwami i porwaniami..., gdyby udało jej się dość szybko im uciec, mogłaby wrócić pod zaklęciem kameleona, albo posłać Remusa, czy coś i wszystko spakować. Notatki, horkruksy, Zmieniacz Czasu, wszystko co było w pokoju.

„Może lepiej będzie, jeśli pójdę z nimi", pomyślała Hermiona. W pewnym momencie będą musieli ją rozkuć, a ona da radę deportować się z posterunku. Z pewnością wiadomość o znikającym więźniu narobi hałasu, ale przecież i tak chowała się przed Śmierciożercami, mugolska policja nie robiła żadnej różnicy. Wtedy przynajmniej Remus będzie bezpieczny.

Wyprowadzili Hermionę z jej znajomego pokoju hotelowego na korytarz. Na zewnątrz stało jeszcze dwóch funkcjonariuszy ubranych w czarne mundury bojowe i hełmy, po jednym po każdej stronie drzwi. Ich broń była znacznie większa niż pistolety policjantów, którzy ja aresztowali.

Winda, do której wszedł jeden z ubranych na czarno, uzbrojonych funkcjonariuszy i trzech policjantów z jej pokoju, włączając „pokojówkę" Annie, była zatłoczona. Kiedy pięcioosobowa eskorta otaczająca Hermionę przechodziła przez lobby, młoda kobieta zobaczyła grupę pracowników hotelu stojących razem obok gabinetu kierownika. Bufonowaty mężczyzna, który ją zameldował obserwował ją, uśmiechając się z wyższością. Mark, ten któremu podobał się Syriusz, też im się przyglądać, choć na jego twarzy malował się szok i zdumienie. Hermiona rozumiała, dlaczego. Flirtował z kimś kogo teraz łączono z kryminalistką.

Kiedy policjant sprowadzał ją ze schodów, potknęła się. Na chodniku stał zaparkowany policyjny wan do przewożenia więźniów, a obok niego dwa radiowozy z migającymi światłami. Mugolscy gapie stali za barierkami i patrzyli, jak policja wyprowadza z hotelu bosą młodą kobietę o mokrych włosach.

Annie otworzyła tylne drzwi wana i zanim wepchnięto ją do środka, Hermiona zobaczyła wnętrze z jego zwyczajnymi ławkami i kratami. Wtedy, ten, który ją pojmał nareszcie ją obrócił, by mogła usiąść i Hermiona po raz pierwszy zobaczyła jego twarz.

Ogromna broda z pasującym nosem, krótko ścięte, szorstkie włosy, znaczny wzrost i szerokie bary. Nic dziwnego, że nie była w stanie się mu wyrwać. „Nieumundurowany policjant albo detektyw", pomyślała. „Powiedział, że jest z wydziału kryminalnego." Nosił koszulę i krawat, ciemne spodnie i błyszczące skórzane buty, wszystko to w większości przykryte jasnobrązowym prochowcem, który tworzył obraz tak oklepany, że Hermiona prawie się uśmiechnęła.

Drzwi do wana zamknęły się z hukiem i silnik zawarczał. Ruszyli. Niezgrabny samochód podskakując zjechał z chodnika.

Hermiona spojrzała na detektywa.

- Gdzie jedziemy? - spytała grzecznie, poprawiając się niezgrabnie bo ruszający samochód sprawił, że straciła równowagę. Skute za plecami ręce nie ułatwiały zadania. Pewnie postawiła obie nogi na stalowej podłodze, by to się nie powtórzyło.

- Do siedziby MI5 za rogiem, Granger. A myślałaś, że gdzie? Oni radzą sobie z takimi jak ty. - burknął.

- Służby Bezpieczeństwa? - spytała Hermiona z narastająca paniką. O Boże, to było poważniejsze niż jej się wydawało.- A dlaczego tam jedziemy?

- A co przed chwilą powiedziałem? - mruknął Detektyw Bródka. - Oni radzą sobie z takimi jak ty.

- A tacy jak ja to...? - spytała Hermiona, nie potrafiąc ukryć strachu. Z tego co wiedziała MI5 walczyło z terroryzmem wewnętrznym, a nie z czarownicami.

Detektyw Bródka łypnął na nią okiem.

- Chyba ty to powinnaś wiedzieć.

- Jestem dwudziestodwuletnią studentką na wakacjach. - powiedziała. - Proszę, to musi być pomyłka.

- Nie ma mowy. - odparł Bródka. - Żadna studentka nie miałaby tak świetnie podrobionego paszportu.

- Mój paszport? - pisnęła. - Nie podrobiono go. Mam go od dwóch lat. Był używany. Zauważono by, że jest fałszywy, gdy przyleciałam do Londynu.

- Nie ma żadnych dowodów na to, że byłaś w Gatwick, mimo, że masz pieczątkę. - odparł pewnie detektyw. - Odrobiliśmy pracę domową.

„Cholera. Głupi, wścibscy gliniarze."

- Skąd znaliście imiona moich przyjaciół? – spytała. Musiała dowiedzieć wszystkiego co możliwe, zanim zabiorą ją do pokoju przesłuchań.

- Chłopcy w piątce wszystko ci wyjaśnią.

- Czemu pan nie może mi powiedzieć? - spytała. - Czyżby pan nie wiedział? - wydedukowała inteligentnie, mrużąc oczy.

Pod podobnym do szczotki wąsem usta detektywa uniosły się w uśmiechu.

- Obserwowaliśmy cię, jak wszystkich szpiegów KGB.

„CHOLERA!" poniosło się echem w jej głowie. Tylko na tyle miała w tym momencie siły. „Pieprzone KGB?"To musiał być jakiś okropny żart.

- Ale jestem Angielką, a nie Rosjanką. Dorastałam w Kensington.

- Wydawało mi się, że mówiłaś, że twoja mama mieszka w Nowym Jorku. - detektyw uśmiechnął się do niej szyderczo.

- Teraz tak. Niech mnie pan spyta o cokolwiek, udowodnię, że jestem Angielką. - zapewniła z desperacją Hermiona.

- Bycie Angielką nie oznacza, że nie jesteś szpiegiem. No i jesteśmy na miejscu, więc pozwolę komu innemu się tobą zająć. - dodał, kiedy samochód się zatrzymał. Nagłe zatrzymanie pojazdu sprawiło, że przesunęła się trochę na metalowej ławce, bo z rękami skutymi za plecami ciężko było zachować równowagę. Mężczyzna wstał, a drzwi otworzyły się i Hermiona dostrzegła dwóch postawnych mężczyzn w garniturach. - Miłej zabawy, Granger. - dodał złowieszczo Bródka.


Remus tak jak zawsze pojawił się na balkonie Hermiony dokładnie o jedenastej i jak zwykle poświęcił chwilę na pozbieranie się na niewielkiej betonowej półce. Poprawił pasek torby listonoszki, która za każdym razem przy aportacji próbowała go udusić. „Co za cholerstwo". Kiedy jednak uniósł pięść, by zapukać w szybę, okoliczności zmusiły go do zmiany zwyczajowego postępowania.

Przez okno widział przewrócone krzesło w jadalni. Książki walały się na stole i po podłodze. Remus pospiesznie rzucił na siebie zaklęcie kameleona i zbliżył się do drzwi. Kanapa została przesunięta, ale oprócz tego pokój wyglądał normalnie. „Śmierciożercy" zdał sobie sprawę. Znaleźli ją. Przez chwilę zastanawiał się jak udało im się ominąć jej zaklęcia ochronne, co Syriusz bezskutecznie próbował zrobić od miesięcy.

Chyba, że Hermiona ich wpuściła... czy dowiedzieli się o hasłach i użyli eliksiru wielosokowego, żeby się dostać do środka? Nie wydawało mu się to prawdopodobnie, bo tylko on i Syriusz, którzy wiedzieli, gdzie mieszkała a przed chwilą rozmawiał z przyjacielem przed ministerialny kominek na temat wieczornego spotkania, podczas którego mieli omówić nowy pomysł zatrzymania Hermiony w 1981.

Remus spróbował nacisnąć klamkę. Nie miał pewności, czy to co poczuł, gdy drzwi ustąpiły to panika czy ulga. Coś było nie tak, a on musiał się dowiedzieć co.

- Homenum Revelio. - mruknął pod nosem. Poczuł, jak zaklęcie rozpływa się dookoła i nie znajduje nikogo wewnątrz pokoju, ale za to kogoś niedaleko.

Przeszedł nad rozrzuconymi książkami i zbliżył się do drzwi wejściowych. Wyjrzawszy przez judasza, dostrzegł tył czyjeś głowy, dziwnie zniekształconej przez zakrzywienie soczewki.

- Muffliato. - szepnął Remus. - Colloportus. - znów wyjrzał na zewnątrz, jednocześnie magicznie zamykając drzwi. Człowiek na korytarzu przytykał palec do ucha i poruszał nim, pewnie by pozbyć się brzęczenia. W polu widzenia pojawił się inny mężczyzna, mugolski policjant. Uśmiechnął się i odezwał do tego pierwszego. „Mugole?" Przecież nie pilnowaliby drzwi, gdyby Hermionę porwali Śmierciożercy. Remus zdjął zaklęcie wyciszające, by usłyszeć co mówili, tak na wszelki wypadek. To jednak mogli być Śmierciożercy bawiący się w przebieranki.

- Nie ma mowy, bracie. Po tegorocznym finale Tottenham ma to jak w banku. - odparł uśmiechnięty policjant.

- Tak myślisz? - spytał z wahaniem drugi mężczyzna. - Queens Rangers są w tym sezonie w szczytowej formie. Pojedynek będzie wyrównany.

- Nie widziałeś jak Spursi spuścili manto Man City? Są za dobrzy; Rangersi nie mają szans. - zaczął się kłócić ten uśmiechnięty.

„Na bank mugole" pomyślał Remus, oddychając z ulgą. Nawet gdyby byli Śmierciożercami pod przykrywką, nigdy nie rozmawialiby o piłce. Najprawdopodobniej nie byliby w stanie. Konwersacja brzmiała praktycznie jak szyfr.

Uśmiechnięty policjant mówił dalej.

- Jak myślisz, Piątka dotrze tu przed lunchem? Padam z głodu.

- Ta. - odparł ten, który stał tyłem do drzwi. - Szef mówił, że już kończą i będą tu przed dwunastą. I świetnie, bo pilnowanie drzwi jest nudne jak diabli.

Teraz, kiedy przestał panikować, wiedząc, że nikt nie wejdzie do pokoju zanim nie przyjadą ci z Piątki (ktokolwiek to był), Remus zajął się kolejnym punktem programu. Co powinien zrobić? Hermiona zniknęła, a on nie miał pojęcia jak wyglądała sytuacja, ani gdzie szukać przyjaciółki. Ale wszystkie jej rzeczy zostały tutaj. Machnął różdżką, rzucając zaklęcie wykrywające czary, które miały coś ukryć. Dokumenty zalegające na fotelu były na swoim miejscu, a Hermiona nigdy nie odeszłaby bez swoich notatek... poszedł do sypialni i otworzył szafę. W środku znalazł jej ubrania i kufry. Szybko podjął decyzję. Wszystkie te rzeczy należało trzymać z daleka od mugoli.

Jeśli się okaże, że to fałszywy alarm (a był przekonany, że tak nie było) Syriusz nigdy nie przestanie żartować z jego paranoi. Ale wolał, by z niego żartowano niż by doszło do tragedii, więc i tak zaczął wszystko pakować.

Kufry Hermiony zdawały się nie mieć dna, więc Remus wrzucał do nich ubrania razem z wieszakami. Potem w głębinie zniknęły trzy pary butów, stojących na dnie szafy.

W następnej kolejności otworzył szufladę szafki nocnej, a na widok damskiej bielizny poczerwieniały mu policzki. Powiedział sobie, że jako cholerny wilkołak poradzi sobie z koronkowymi majtkami swojej przyjaciółki i wyciągnąwszy różdżkę, magicznie przeniósł zawartość szuflady do otwartej walizki. Im więcej wkładał do środka, tym bardziej zdawał sobie sprawę z jej głębokości. Patrząc, jak kosmetyki wylatują z łazienki w stronę bagażu, zorientował się, że gdyby chciał, mógłby zmieścić tam całe łóżko. „Chryste, ta kobieta ma chyba roczny zapas Ulizanny" zaśmiał się sam do siebie, patrząc jak butelka po butelce specyfiku wlatywała do walizki, obijając się o swoich braci.

Magia bardzo się przydawała przy pakowaniu czyjegoś dobytku. Remus przeciągnął większą walizkę do salonu i wykonał szeroki zamach różdżką, sprawiając, że porozrzucane książki z podłogi i stołu dołączyły do pozostałego dobytku Hermiony. Powtórzył ruch w stronę wieży dokumentów i musiał cofnąć się o kilka kroków, bo teczki, zwoje pergaminu i ciężkie tomiszcza z takim impetem wleciały do kufra, że posłały go do tyłu, prosto na golenie Remusa. Po dwudziestu minutach pakowanie było skończone.

Remus bardzo się cieszył, że po raz kolejny przeszukał pokój pod kątem ukrytych rzeczy, bo kiedy po raz drugi rzucił zaklęcie na sypialnię, spod łóżka wyleciała ciemna skórzana torba. Wilkołak pochylił się, podniósł ją z podłogi i rozwiązał. W środku znalazł drewniane pudełko i (serce mu podskoczyło) Zmieniacz Czasu.

Szkatułkę otaczała obrzydliwa aura chłodu i śmierci. Remus otworzył pokrywę kciukiem i zrozumiał, dlaczego. W magicznie powiększonym wnętrzu znajdowała się największa kolekcja zła jaką kiedykolwiek widział. Moc emanująca ze środka była jednocześnie przytłaczająca i odrażająca. Horkruksy. Zamknął pokrywę, wrzucił pudełko z powrotem do torby, a potem zawiązał ją i schował w kieszeni, co trochę pomogło, ale nie wystarczyło. Następnie zmniejszył bagaż Hermiony i zapakował wszystkie trzy walizy do swojej torby. Po raz ostatni rzucił zaklęcie na pokój. Nic.

Wyszedł na balkon i zdał sobie sprawę, że nie miał pojęcia co dalej robić. Hermiona zniknęła lub została porwana. Gdyby Remus zwrócił się do Syriusza bez planu ani pomysłu, gdzie mogła być, ani czy nic jej się nie stało, ten pewnie bardziej by przeszkadzał niż pomagał. Czy powinien pójść do Dumbledore'a? Może lepiej wrócić do domu i skontaktować się z Syriuszem przez sieć fiuu? Przy czym Syriusz wpadnie w panikę. Remus doszedł do wniosku, że lepiej zgromadzić więcej dowodów, zanim skontaktuje się z przyjacielem.

Kiedy tak stał owiewany wiatrem, z nieba przypłynął do niego srebrny kształt. Kiedy się przybliżył, Remus rozpoznał w nim wydrę. Wesołe zwierzątko wykonało obrót w powietrzu i odezwało się:

- Remusie, jestem bezpiecznie ukryta w parku mojego dzieciństwa, obok Dzieła Salazara. Przyjdź po mnie. - potem, wykonawszy jeszcze jeden obrót i machnąwszy po raz ostatni giętkim, srebrnym ogonem, rozmyło się w powietrzu.

Remus już wcześniej widział tego radosnego patronusa i wiedział, że przysłała go Hermiona. Ale park jej dzieciństwa? Czemu mówiła szyfrem? Jego mózg zaczął pracować na zwiększonych obrotach. Hermiona wiedziała, że pojawi się w hotelu i dała mu czas na zorientowanie się w sytuacji. Ale czemu zachowywała się tak tajemniczo? Pewnie to tak na wszelki wypadek... była bezpieczna w parku swojego dzieciństwa... gdzie przebywała jako dziecko? W Londynie i w Hogwarcie. London nie zawężał obszaru poszukiwań, ale gdyby była w Hogwarcie nie musiałby po nią iść. Hermiona miała przy sobie różdżkę, więc czemu nie aportowała się do Hogwartu? Śmierciożercy mogli zobaczyć ją w Hogsmeade, wytłumaczył sobie Remus, więc musiała ukryć się pośród mugoli.

Dzieło Salazara?" Boże, naprawdę przeceniała jego umiejętności deszyfrujące. Park jej dzieciństwa... Kensington! Dorastała w Kensington, pamiętał to z jej notatek. Więc była w Parku Kensington... albo w parku w Kensington? Postanowił zacząć od tego bardziej oczywistego. Obrócił się na pięcie, mocno trzymając swoją wyjątkowo ciężką (i jeszcze bardziej chętną do uduszenia go) torbę i pozostawił balkon za sobą.

Pojawił się w niewielkim zagajniku, w Hyde Parku, bo nie znał królewskich ogrodów po drugiej stronie ulicy dość dobrze, by wiedzieć, czy znajdzie osłonę. Rozejrzał się dookoła. Jeśli obrócił się przodem do Kensington, po lewej stronie będzie miał rów z wodą. Z tyłu dochodziły go dźwięki wolno poruszających się samochodów. Zerknął na znak. Droga Węży. Węże... Slytherin... „Może" pomyślał.

Zauważywszy bezpieczne miejsce po drugiej stronie wody, znów się deportował. Nowa kryjówka nie różniła się wiele od poprzedniej. Trochę zarośli, trochę śmieci, które przegabili sprzątacze, bo leżały w środku kępy zieleni, wysokie drzewa, tak stare, że mogły mieć nawet setki lat... Przez chwile zastanawiał się, od kiedy ta cześć Londynu była parkiem. Jak miał znaleźć Hermionę na tak ogromnym terenie? I co jeśli w ogóle jej tu nie było? Mogła ukrywać się na losowym placu zabaw w Kensington... „Nie było ich zbyt wiele, gęsta zabudowa" pomyślał Remus. „Dzieło Salazara?" Prawie walnął się w czoło. Ależ był ślepy. Galeria Węży, oczywiście. Ze swojego miejsca w krzakach nawet widział zwieńczony wieżyczką dach, w połowie ukryty za drzewami. Jakim cudem nie skojarzył od początku?

Opuścił swój punkt obserwacyjny i poprawił torbę. Pasek wrzynał mu się w ramię. Zaklęcia Hermiony zdejmowały większość wagi, ale to nie zmieniało faktu, że dźwigał jej bagaże. Cóż, jego ramię musiało to po prostu znieść jeszcze przez jakiś czas. Przeszedł przez utrzymany w idealnym stanie trawnik, kierując się w stronę galerii. Wypatrywał czegoś dziwnego, ale królewskie ogrody były dość puste. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że był poranek dnia pracującego i panował chłód.

Remus ostrożnie zbliżył się do galerii. Sytuacja była tak dziwaczna, że jego mózg nie potrafił jej ogarnąć. Czemu do diaska Hermiona chowała się w parku po porzuceniu hotelu, którego pilnowali mugolscy policjanci i wysłaniu mu dziwnych magicznych wiadomości, by przyszedł i odebrał ją, choć miała nie wychodzić na dwór i w razie potrzeby mogła aportować się, gdzie tylko chciała? Nie potrafił tego zrozumieć.

- Remus. - syknął ktoś, kiedy Remus przechodził obok tylnego wejścia do galerii. Obrócił się na pięcie i wyciągnął różdżkę wpatrując się w miejsce, z którego dochodził głos. - Remus! - to musiała być Hermiona. Rozległ się szelest w krzakach otaczających budynek, a ściana zamigotała lekko.

- Hermiona? - spytał cicho, na tle kamienia rozpoznając osobę, ukrytą pod zaklęciem kameleona.

- Tak. – odparła dziewczyna.

Remus zbliżył się, celując różdżką w niewyraźny kształt.

- W którym roku po raz pierwszy mnie spotkałaś?

- 1993. – mruknęła, nie opuszczając własnej różdżki. - Jakie przezwisko, które jest związane z tobą nadał mi Syriusz?

Remus uśmiechnął się. Po raz pierwszy, odkąd stanął na balkonie, odetchnął bez trudu.

- Albo żeńska wersja Lunatyka, albo moja dawno zagubiona córka. - odparł, uśmiechając się z ulgą i podchodząc bliżej. - Co się stało, Hermiono? W twoim pokoju jest policja. Zabrałem wszystkie twoje rzeczy, ale rany! - nagle powróci strach i jego słowa zabrzmiały ostrzej niż zamierzał. - Co do diabła? Czemu po prostu ich nie oszołomiłaś?

- Zaskoczyli mnie. – mruknęła zawstydzona Hermiona. - Myślą, że jestem szpiegiem z KGB.

- Co? KGB? - spytał, a jego irytacja wyparowała. Prawie się zaśmiał z tego jak to było absurdalne.

- No wiem, to właśnie im powiedziałam. Dałeś radę znaleźć wszystko? A horkruksy? Były pod łóżkiem.

- Tak, mam wszystko. Notatki, Zmieniacz Czasu, wszystko jest tutaj. - poklepał ciężką torbę. - Więc nic się nie martw, Wszystko w porządku.

- Remusie, co ja mam zrobić? - jej głos był wysoki i zdenerwowany. Tak spanikowaną widział ją tylko tamtej nocy, gdy porwano Syriusza. Ale tym razem było inaczej, przypominała przerażone dziecko.

- No tak. Nie denerwuj się. – nigdy nie słyszał niczego bardziej szalonego, a od dziesięciu lat przyjaźnił się z Jamesem Potterem i Syriuszem Blackiem. Otworzył torbę i wyciągnął swój płaszcz. - Załóż. Wyślę Łapie wiadomość, przyjdzie i wpuści nas do swojego mieszkania. Zabrałbym cię do siebie, ale nie mam ochoty na spacer z tym wszystkim pod pachą. Może i nie zajmuje dużo miejsca, ale waży tonę.

Hermiona uśmiechnęła się i bezpiecznie ukryta pod płaszczem Remusa zdjęła z siebie zaklęcie.

- Wielkie dzięki. - odparła. - Prawdziwa katastrofa. Nie wiedziałam, gdzie szukać bezpiecznego miejsca, więc się ukryłam. Wszystko wyleciało mi z głowy.

Remus spojrzał na nią. Wyglądała tak smutno, że musiał jakoś spróbować poprawić jej humor.

- Masz szczęście, że Łapa tego nie słyszał. Jeszcze by zemdlał.

Zadziałało. Uśmiechnęła się i odparła smutno.

- Chyba wolałabym, żeby zemdlał niż zorientował się jaka jestem głupia.


- Black! - krzyk Moody'ego poniósł się po otwartej przestrzeni w Biurze Aurorów. - Do mojego gabinetu, już!

Syriusz ciężko wypuścił powietrze. Nie zrobił nic złego, tego był pewien. Cóż, nie ostatnio. Wstał od biurka, przygotowując się na kolejny werbalny, a może też fizyczny atak i zobaczył Franka Longbottoma wyglądającego (jak to się często zdarzało) znad przegrody między ich boksami.

- Co tym razem? - spytał Frank.

- Cholera wie. - odparł Syriusz wzruszając ramionami. - Odnoszę wrażenie, że Moody jest samotny i lubi krzyczeć na ludzi. - Syriusz wskazał na siebie. - Najwyraźniej spełniam wymagania.

Frank wyszczerzył zęby i potrząsnął głową.

- Dzięki Black, dobrze, że jesteś i dostarczasz mu rozrywki. Odkąd się zakwalifikowałeś nawrzeszczał na mnie tylko raz. No, raz tylko na mnie. Nie liczę tych razów, kiedy aura niezadowolenia Moody'ego rozszerzyła się i na mnie, ale wtedy nigdy nie jest aż tak źle.

- Przyjemność po mojej stronie, Longbottom. - burknął Syriusz, wlokąc się do gabinetu szefa.

- Zamknij drzwi, Black. - nakazał Moody, kiedy tylko Syriusz przekroczył próg. „Zawsze to robi", pomyślał Syriusz. Wydawał to polecenie za każdym razem, jakby Syriusz sam na to nie wpadł. Oczywiście, że chciał zamknąć drzwi, ale najpierw musiał wejść do cholernego pokoju.

- Moody, stary druhu, obojętnie o co mnie winisz, nie zrobiłem tego. - oznajmił, beztrosko sadowiąc się na krześle. Postanowił nie pozwolić staremu aurorowi się zdenerwować. - Może powinieneś najpierw popytać, zanim założysz, że ktoś jest winny.

Moody spojrzał na niego wilkiem.

- Pyskaty szczeniak. Wolę cię, jak jesteś zaskoczony.

Syriusz uśmiechnął się do siebie. Święta prawda.

- No tak, tym razem tego nie zrobiłeś. Więc o co jestem oskarżony?

- O nic. - oznajmił Moody.

Syriusz raptownie uniósł głowę i zmrużył oczy.

- Naprawdę? - zdziwił się.

- Tak, właśnie otrzymałem bardzo dziwną wiadomość od Lupina.

- Czemu miałby się z panem kontaktować? - Spytał Syriusz. Rozmawiał z Remusem dziś rano przez sieć fiuu, co się stało?

Moody posłał mu wściekłe spojrzenie.

- Nie wiem, skąd mam wiedzieć? Ty mi to wyjaśnisz.

- To jak brzmi wiadomość? – dopytywał się niecierpliwie Syriusz.

Moody spojrzał na niego z rezygnacją i zacytował.

- Jestem z moją dawno utraconą córką, wyrzucono ją z domu, a facet kilka mieszkań dalej ma w twarzy więcej agrafek niż Madame Malkin w sklepie.

- Co? - parsknął śmiechem Syriusz. Nie mógł się powstrzymać.

Moody nie był pod wrażeniem.

- To szyfr, Black. Wyrzucił to z siebie jego patronus. Powinny być przyjazne, ale ten jego wilkołak to rozsierdzona bestia.

Nagle do Syriusza dotarło do niego znaczenie wiadomości. Syriusz skoczył na równe nogi.

- Um... Moody musze iść, on mówił o Hermionie. Coś musiało jej się stać. - „Musi być cała i zdrowa" pomyślał. „Remus nie przesyłałby Moody'emu tajemniczych wiadomości, gdyby coś jej się stało. Poszedłby do Dumbledore'a albo osobiście przyszedłby do Ministerstwa."

- Merlinie, ależ z wami kłopoty. - westchnął Moody. - I tak jest pora lunchu. Wracaj szybko, albo pozostali zauważą, że jesteś traktowany inaczej.

- Naprawdę, Moody? Nie martw się, pomyślą po prostu, że posłałeś mnie do DPPC, żebym w ramach kary za niesubordynację użerał się z ich nudnymi sprawami. - Syriusz nie poczekał na wyburczaną odpowiedź swojego szefa, tylko pospiesznie opuścił pokój, pozostawiając za sobą szeroko otwarte drzwi na znak buntu.

„W porządku" pomyślał. Remus był z Hermioną u Syriusza w domu, bo wyrzucono ją z hotelu. „Na Merlina, co się dzieje?" Lunatyk był z nią, więc nic jej nie groziło. Tylko to się teraz liczyło. Wzmianka o sąsiedzie, którego Syriusz pieszczotliwie określał mianem „Zszywkotwarza" sprawiła, że się uśmiechnął. Mugole byli tacy dziwni.


N/A: Wybaczcie długie oczekiwanie, wspaniali czytelnicy. Rozproszyła mnie ogromna kolekcja wina Barosa Valley (przekupstwo przynoszące efekty odmienne od założonych, moja przyjaciółko. xx)

Efektywne efekty edytowania Emily ewoluują emfatycznie! (Ha, czy teraz mogę wejść do środka?)