Od tłumaczki: Cóż, Infinity War zniszczyło mnie psychicznie, ale można się było tego spodziewać. Jak obiecałam wstawiam teraz, ponieważ w niedzielę nie będę w stanie tego zrobić. Przyjemnego czytania i dobrze wykorzystanego wypoczynku podczas długiego weekendu! Do usłyszenia.


O poranku po nieudanej sesji planowania z Remusem Syriusz obudził się ze zesztywniałą szyją i obolały. Nie ruszył się z podłogi, ponieważ bał się, że cichy stukot rozbrzmiewających w jego głowie brzękadeł dzierżonych przez gobliny zwiększy się, jeśli usiądzie i przeszkodzi im w pracy. Najwyraźniej próbowały przejść obok miniaturowego smoka strzegącego wewnętrznych części jego mózgu i z pewnością zaczęłyby brzęczeć jeszcze głośniej, gdyby kazał im przetrwać trzęsienie ziemi jakiemu równało się przyjęcie pozycji siedzącej.

Leżał bez ruchu słuchając Remusowego chrapania dochodzącego gdzieś z lewej. Żaden z nich nie obudził się na dość długo, by przenieść się na kanapę, ale wilkołakowi podłoga zupełnie nie przeszkadzała. Nagle deski pod uchem Syriusza rozbrzmiały echem kroków i gobliny nieco groźniej zabrzęczały brzękadłami.

- Przestałeś chrapać. - odezwał się głos Hermiony. - Czy to oznacza, że już nie śpisz?

- Nie. - mruknął.

- Musisz to rozważyć. - poradziła. - Jest siódma rano, czas się ruszyć. - coś szturchnęło go w ramię i Syriusz otworzył oczy, by zobaczyć stojącą nad nim dziewczynę. Nogę miała gotową do kolejnego kopniaka. - No dalej. - powiedziała. - Nie chcesz, żeby zjawił się tu Moody i znalazł cię nieprzytomnego na podłodze obok pustej butelki po whisky.

- On nawiedza tylko w porze lunchu. - mruknął Syriusz, ale i tak usiadł. Gobliny zaprotestowały, ale umiarkowanie.

- Masz. - powiedziała Hermiona, pochylając się nad nim i stawiając talerz, którego nie zauważył, na stoliku obok niego. - Śniadanie. Z tego co wiem kanapki z bekonem to jedyne lekarstwo. - potem rzuciła na stolik plastikowy listek proszków i dodała. - Ale to też jest dobre.

Syriusz gapił się na cudowny posiłek, a do ust napływała mu ślina. Chwycił jedną i pochłonął dwoma kęsami. „Czemu martwiłem się mieszkaniem z dziewczyną?"Pomyślał,przełykając. „To najcudowniejsza rzecz na świecie."

- Czekaj. - powiedział, z drugim składającym się z chleba i bekonu cudem w połowie drogi do ust. - Skąd wzięłaś jedzenie?

Hermiona usiadła na podłodze obok niego i wzięła z talerza własną kanapkę.

- Ze sklepu za rogiem. - odparła. - Wiem, że miałam nie wychodzić, ale nie jadłam od wczorajszego poranka i obudziłam się w pół do czwartej wygłodniała jak wilk. Tak już jest, kiedy zaśnie się o piątej po południu. W ogóle to się dziwię, że burczenie w moim brzuchu cię nie obudziło. Miałam wrażenie, że ściany się trzęsą.

Syriusz zmarszczył brwi.

- Wyszłaś po ciemku, sama, tylko po to, by kupić bekon? Czemu mnie nie obudziłaś? Ja bym poszedł. - pewnie by tego nie zrobił, przyznał w myślach. Najprawdopodobniej powiedziałby „Odwal się, śpię", ale tego nie mógł jej powiedzieć. Nie mówiąc już o tym, że miała się chować.

- Nic się nie stało. - odparła nonszalancko. - Sklep jest tuż za rogiem, założyłam kaptur, a na ulicach pustki. Poza tym umierałam z głodu, a ludzie posuwają się do ostateczności dla jedzenia. - uśmiechnęła się do niego szeroko i ugryzła swoją kanapkę. - Jak to możliwe, że kupiłeś whisky i chipsy, ale już nie chleb? – spytała z rozbawieniem, przełknąwszy.

- Wtedy wydawały się ważne. - powiedział Syriusz, wzruszając ramionami. Cieszył się, że uznanie alkoholu za ważniejszy od tego, że może umrzeć z głodu ją rozczulało, a nie denerwowało. - Przynajmniej pamiętałem o herbacie.

- Tak, widziałam. - prychnęła. - Gratuluję. Rano kupiłam mleko do kompletu.

- Dzięki. Muszę powiedzieć, że dobrze zaczęłaś jako współlokatorka. Dostawa śniadania zawsze cieszy. - „Oj prawda" pomyślał, zaczynając trzecią kanapkę.

Uśmiechnęła się do niego.

- Zapominasz, że przez trzy lata mieszkałam z facetem. Znam wartość odpowiednio umieszczonej kanapki z bekonem.

- Jemu też musiałaś dostarczać je na podłogę? - spytał Syriusz, chociaż zwykle niczym plagi unikał rozmów o Rudym.

- Nie, jesteś wyjątkowy. - zaśmiała się. - W naszym domu kuchnia podłogowa nie występowała zbyt często. Ale masę czasu spędzaliśmy w pracy, a on ciągle pomagał swojej rodzinie, więc rzadko razem jadaliśmy. - cały czas patrzyła na jedzenie, a z jej głosu zniknęło rozbawienie. - Właściwie to rzadko cokolwiek robiliśmy razem.

Syriusz nie chciał poruszać tego tematu, ale wyglądała tak żałośnie siedząc tam i ściągając kawałeczki bekonu z chleba i pogryzając je ze smutkiem, więc zebrał się na to poświęcenie i odezwał się:

- Musiało być ciężko. Można by pomyśleć, że powinien bardziej się postarać.

- Na początku było. Właściwie, to cały czas. - powiedziała. - Ale ja z kolei badałam możliwość przybycia tutaj, więc to nie tylko jego wina.

Syriusz nie wiedział co powiedzieć, więc tylko odwrócił wzrok i żuł kanapkę. Jego oczy powędrowały do chrapiącego Remusa i zdał sobie sprawę, że w nocy jego przyjaciel przemienił się w śpiącą stertę prania. Dalej miał nogi, ale reszta jego ciała składała się wyłącznie z t-shirtów, spodni i jednego zestawu szat ministerialnych. Syriusz uśmiechnął się szeroko i zanim zdążył to przemyśleć spytał Hermionę.

- Cieszysz się, że się cofnęłaś? Wiesz, kiedy myślałaś, że wrócisz i wszystko będzie inaczej, a wy nie będziecie się znali. Znaczy, mieszkałaś z nim, musiałaś...

- Syriuszu - przerwała mu. - naprawdę nie chcę o tym rozmawiać.

- Dzięki ci, Merlinie. - westchnął z ulgą Syriusz. - Wczoraj wyczerpałem całe pokłady zrozumienia.

- Bekon? - mruknęła sterta prania i nagle w każdą stronę poleciały ubrania, a Remus usiadł.

Zarówno Hermiona i Syriusz zanieśli się śmiechem, a Remus zaciągnął się zapachem w bardzo psi sposób. Z ramienia zwisała mu samotna skarpetka. Zapuchniętymi od snu oczami dostrzegł kanapki i pospiesznie chwycił jedną.

- Ja też chcę zamieszkać z dziewczyną. - wymamrotał z pełnymi ustami, a potem padł na plecy, znów prawie znikając w stercie.

- Syriuszu. - odezwała się Hermiona, dalej śmiejąc się z Remusa, który obecnie wzdychał z ukontentowaniem z głębi prania. - Masz do pleców przyklejony list.

- Naprawdę? - Syriusz obrócił głowę w bezsensownej próbie zobaczenia o czym mówiła.

Hermiona roześmiała się i odkleiła kopertę. Woskowa pieczęć stopiła się nieco w cieple, bo przecież mężczyzna leżał na liście całą noc i nie chciała porzucić towarzystwa jego koszulki. Hermiona podała mu czarną kopertę i Syriusz natychmiast rozpoznał schludne pismo swojego dziadka. Przełamał pokryty lekkim meszkiem wosk i otworzył list.

Syriuszu,

Wybacz, że przesyłam złe wieści listownie, ale wydaje mi się, że chciałbyś od razu się dowiedzieć.

Dzisiejszego popołudnia Rabastan stracił przytomność. Uzdrowiciel Bethnal zrobił wszystko co w jego mocy, ale niestety było już za późno. Rabastan zmarł o 10:45 dzisiejszego wieczora...

Ręka Syriusza zaczęła drżeć i nie mógł dłużej czytać. „Ale przecież Rab czuł się coraz lepiej" krzyknął głosik z tyłu jego głowy. Eliksir Bethnala działał, Rabowi się polepszyło, mówił i jadł i grał w szachy... to nie mogła być prawda, Rab nie mógł umrzeć od kopniaka w brzuch... sztuczka Śmierciożerców? Bethnal miał wiedzieć co robi... Rab czuł się coraz lepiej.

- Syriuszu? - głos Hermiony dochodził z bardzo daleka. „Rab nie mógł nie żyć." - Syriuszu, co się stało? - była teraz obok niego i czytała list, który trzymał w drżącej dłoni. - Och - sapnęła, a potem otoczyła go ramieniem. - Syriuszu, jak...

Nie słuchał jej. Nie wiedział co się działo. Przed chwilą jadł kanapkę z bekonem i śmiał się z Lunatyka, a teraz Rab nie żył? To nie mogła być prawda.

- Syriuszu - powtórzyła Hermiona. Obrócił się do niej, mając nadzieję, że powie mu, że coś źle przeczytał, że to był jeden wielki żart. Cokolwiek. Ale ona miała łzy w oczach. - Tak mi przykro. - potem przytuliła go mocno i powiedziała mu do ucha. - Napisz do Moody'ego, nie idziesz dzisiaj do pracy. Nie wiem, jak wyglądają procedury, ale musimy iść na Grimmauld Place. Pan Lestrange może już po niego przyszedł, ale Loretta i dzieci będą potrzebowali pomocy. Remusie, co możemy zrobić? - spytała, kiedy Syriusz odepchnął jej ręce i wstał. Lekki kac sprawił, że się zachwiał, ale szybko obrócił się i wyszedł z pokoju. „Prysznic" poradził jego oszołomiony umysł. „Prysznic, potem pójść i dowiedzieć się czemu Dziadek przysłał mi taki dziwaczny list."


Zakręcił cisową różdżką trzymaną w długich, jasnych palcach. Jakże nienawidził czekania! Nie pojmował jak ktoś mógł mieć czelność kazać mu czekać. Powinni już wiedzieć jakie towarzyszyły temu konsekwencje. Za oknem ciężkie, szare niebo jaśniało stopniowo, a białe świece na kandelabrze ustawionym na niewielkim stoliku obok fotela mężczyzny wypaliły się już w połowie. Jak długo będzie jeszcze ryzykować jego gniew?

- Mój panie. – odezwał się cichy głos zza uchylonych przed chwilą drzwi.

Trzydzieści dziewięć minut, niedopuszczalne.

- Spóźniłaś się, Bellatrix. I to bardzo. - przemówił. - Mam nadzieję, że przynosisz satysfakcjonujące wieści.

- Tak, mój panie. - odszepnęła, zbliżając się do niego. - Czara jest bezpieczna. Wiedziałam, że by jej nie tknął.

- Widziałaś ją na własne oczy?

- Tak, mój panie. Zdrajca przebywał w skarbcu tylko dlatego, że otrzymał polecenie zajęcia się rozplanowaniem spuścizny, a ponieważ twoja własność nie znalazła się na liście, nigdy nic jej nie groziło.

Kiedy to powiedziała, tlący się w nim gniew przygasł nieco. Jego skarb dalej znajdował się bezpiecznie w budynku, który tak podziwiał jako dziecko. Jakże chciałby zobaczyć to na własne oczy. Antyczna czara ustawiona pośród wspaniałości czarodziejskiej historii. Honor ten musiał przypaść bankowi Gringotta. Mężczyzna przeniósł wzrok na kobietę przed sobą.

- A zdrajca? Zapewniłaś mnie, że rany go zabiją, ale z tego co nam wiadomo dalej żyje.

- Już niedługo, mój panie. Zadbałam o to. - zapewniła Bellatrix.

- To ty tak twierdzisz, Bello. - syknął, patrząc z obrzydzeniem na jej twarz. Malowała się na niej tęsknota, pragnienie aprobaty, akceptacji. - Jednakże jeszcze nie umarł.

- Nie minął jeszcze tydzień, mój panie. - broniła się. - Jestem pewna, że mój teść wkrótce otrzyma wieści. Od wczoraj nie widziałam Rodolphusa. Obawiam się, że podejrzewa mój udział.

- To mnie nie interesuje. - odparł lekceważąco. - Twoja ręka, Bello. - chętnie wyciągnęła przed siebie ramię, podwijając rękaw szaty, by odsłonić piękny znak. Symbol jego siły, tego, że ci gorsi ludzie do niego należeli, że miał nad nimi władzę. Przycisnął palec do czaszki i węża. Nie umknęło mu, że Bellatrix przymknęła oczy z rozkoszą czerpaną z jego dotyku i bólu jaki jej przyniósł. To, że się temu poddawała stanowiło jej słabość, ale to oddanie bywało użyteczne, więc cofając dłoń powiedział łagodnie: - Dziękuję ci, Bellatrix. Niewielu mogę zaufać tak jak tobie.

- Dziękuję, mój panie. - westchnęła. - Dziękuję.

- Idź i przywitaj innych, Bello. Chcę, by przygotowali się na moje przybycie. – nakazał, a ona przytaknęła i wyszła, zostawiając go samego.

„Czara jest bezpieczna", pomyślał, więc pierwsza kwestia została załatwiona. Pozostawało jednak coś jeszcze... Fehró że pragnął silnego wpływu w Europie, a ona mogła mu to zapewnić. Ale nie tylko dlatego się nią interesował.

Voldemort był wdzięczny za wiele rzeczy. Za własną determinację, za strach, który budził pośród społeczeństwa czarodziejów, za to jak ten strach przeszkadzał im go uciszyć. Ale ponad wszystko cenił odwagę swoich wrogów i to jak bardzo chcieli mu udowodnić, że się go nie bali. Robili mu przysługę patrząc mu w oczy z własnej woli, bo w ten sposób mógł zdobyć to czego pragnął.

Fehrówna mu zagrażała. Gdyby Black nie był tak idiotycznie pewny siebie i nie napotkał jego spojrzenia, mógłby zachować swoje tajemnice. Tak się jednak nie stało i chociaż z torturowanego umysłu niełatwo wyciągnąć spójne informacje, to można uzyskać wskazówki. W głowie chłopaka głównie figurowała troska o jej bezpieczeństwo, ale Voldemorta interesował ukryty powód, dla którego należało ją chronić. Black myślał, że Fehrówna mogła się mierzyć z Czarnym Panem. Nie mógł stwierdzić, jak to możliwe, dopóki umysł chłopaka przyćmiewał ból i emocje.

Irytowało go, że zachowanie Blacka zmusiło go do opuszczenia pokoju, bo inaczej zabiłby bezczelnego dzieciaka na miejscu. Gdyby zdrajca nie pomógł Blackowi uciec, Voldemort wkrótce dowiedziałby się wszystkiego. Jednakże nie mógł rozwodzić się nad zaprzepaszczonymi możliwościami. Przez straszną chwilę obawiał się o jego skarby. Zdrajca przebywał przecież tak blisko jednego z nich. Wiedział jednak, że Bellatrix mówiła prawdę. Zawsze wiedział. Jego skarby były bezpieczne i Voldemort nie widział sposobu by Fehrówna mogła mu zagrozić. Black jednak był tego tak pewien, że i tak musiała zostać wyeliminowana.


Hermiona z niepokojem patrzyła jak Syriusz stuknął różdżką w drzwi Numeru Dwunastego. W pośpiechu opuścili jego mieszkanie. Hermiona narzuciła na siebie pierwszy strój panny Fehr jaki znalazła i upięła swoje nieokiełznane włosy. Miała nadzieję, że moda lat osiemdziesiątych sprawi, że zostaną uznane za modnie, a nie chaotyczne. Na lekką sukienkę narzuciła płaszcz (z jakiegoś powodu Remus wrzucił wszystkie jej sukienki na sam dół walizki i pierwszą niepogniecioną jaką znalazła była zielona letnia sukienka, którą miała na sobie podczas pierwszego podwieczorku z damami czystej krwi), ale październikowy chłód i tak jej dokuczał.

Syriusz był blady i zdezorientowany. Chyba nie usłyszał niczego co do niego powiedziała od chwili, gdy otworzył list Polluxa. Nie czekając aż zostanie przywitany, otworzył drzwi i wtargnął do domu, kierując się w stronę sypialni, którą zajmował Rabastan. Chociaż naprawdę nie chciała oglądać zwłoki, Hermiona poszła za nim w górę schodów. Kiedy dotarła na półpiętro poniżej pokoju i z radością usłyszała jak ktoś ją woła.

- Hermiona? - odezwała się Walburga, stojąc w drzwiach swojego saloniku. Długie włosy miała rozpuszczone i w dość oczywisty sposób była tylko w połowie ubrana. Spod prostej lnianej szaty dobrej jakości, jaką nosiła pod dziennymi ubraniami wystawały pończochy.

- Dzień dobry, pani Black. - powiedział Hermiona, nie wiedząc, czy kobietę rozzłości nieoficjalny charakter tej wizyty. - Przepraszam, że przyszliśmy bez zaproszenia. Syriusz jest... - obróciła się i zauważyła, że Syriusz nie zatrzymał się i był już piętro wyżej.

- Tak myślałam, że to go poruszy. - powiedziała Walburga, wydawać by się mogło nieporuszona tym, że przyłapano ją w dezabilu. - Mój syn zawsze za bardzo się angażował. Poszedł na górę zobaczyć ciało?

Hermionę wybił z rytmu chłód w głosie starszej kobiety.

- Tak, pani Black.

- Czemu nie wejdziesz? Czekając możemy napić się herbaty. - wskazała na salonik i cofnęła się do niego. - Mój ojciec jest tam z Lorettą i dziećmi. Zajmie się Syriuszem.

Hermiona usłuchała i usiadła na jednym z krzeseł przy okrągłym stoliku. Pomyślała jednak, że Syriusz nie potrzebował, by się nim zajęto. Potrzebował... cóż, nie miała pewności czego, ale Pollux był o wiele bardziej wyrozumiały od Walburgi, więc może rzeczywiście lepiej, żeby to on z nim porozmawiał.

- Wiedzę, że nie tylko ja nie jestem przygotowana dzisiejszego poranka. - powiedziała Walburga, dołączając do Hermiony przy stoliku. Młodsza kobieta zdjęła płaszcz i siedziała w swojej letniej sukience z krótkim rękawem.

- Tak, wychodziliśmy w pośpiechu. Nie miałam czasu na szukanie czegoś bardziej odpowiedniego.

- To zrozumiałe, chociaż lepiej żebyś nie witała się z Lestrange'ami w tak frywolnym stroju. Ależ masz szczęście.

- Szczęście, pani Black? – zdziwiła się Hermiona.

- Wiem, że nie powinnam mówić takich rzeczy, ale bardzo źle się czuję w towarzystwie żałobników. Często zapominają o stosownym zachowaniu. Ubieram się już od godziny, by opóźnić nieuniknione.

Hermionę zszokowało, że ktoś może być tak bezduszny. Potem jednak przypomniała sobie, że mowa o Walburdze Black i stwierdziła, że nie było sensu się kłócić.

- Co się stało, pani Black? - spytała zamiast tego. - Myślałam, że Rabastan czuł się już lepiej.

- Bo tak było. - odparła Walburga, a potem urwała, bo u jej boku pojawił się Stworek, w połowie schowany za trzymaną w rękach stertą jedwabnych szat.

- Moja pani, Stworek przyniósł to ze strychu. Może spełnią pani wymagania.

- Stworku, mam towarzystwo. Zostaw szaty i przynieś nam herbaty.

Skrzat wyniósł stos materiału do sypialni Walburgi i wrócił, by pokłonić się paniom.

- Dzień dobry, panno Fehr. Niech panna wybaczy Stworkowi niegrzeczność. - zaskrzeczał głębokim głosem, a potem zniknął z głośnym TRZASKiem.

- Najwyraźniej spodziewali się, że Rabastan otrzyma pomoc uzdrowiciela. - kontynuowała Walburga, całkiem jakby nigdy im nie przeszkodzono. - Uzdrowiciel Bethnal twierdzi, że to było bardzo inteligentne morderstwo. Całkowicie nie do wyśledzenia.

- Nie rozumiem, pani Black. - odparła szczerze Hermiona.

- Czy dobrze znasz się na eliksirach, Hermiono? - spytała Walburga.

- Na niektórych. - przyznała ostrożnie Hermiona, której nie podobało się w jaką stronę zmierzała rozmowa.

- Widzisz, eliksir, który podaje się pacjentom cierpiącym z powodu obrażeń wewnętrznych ma bardzo szczegółowe działanie. - wyjaśniła Walburga. - Leczy wszystko z wyjątkiem niewydolności serca. Rabastanowi nie pomógł dlatego, że przed atakiem przyjął dziwną, specyficzną miksturę, która weszła z nim w reakcję.

- Ale przecież Uzdrowiciel Bethnal zdawał sobie sprawę z istnienia takiej możliwości. Dlaczego wcześniej tego nie zauważył? - zdziwiła się Hermiona, myśląc, że przecież uznawano go za eksperta w uzdrawianiu, że specjalizacją w eliksirach. Wydawało jej się to bardzo dziwne, że nie dostrzegł czegoś takiego.

TRZASK.

- Herbata, moja pani. - oznajmił Stworek, stawiając na stoliku srebrny serwis i znikając jak zwykle.

- Ponieważ miksturą był eliksir, który przyjmują ciężarne kobiety. - odparła Walburga, po raz kolejny całkowicie ignorując skrzata. – Zawiera witaminy i składniki, które mają uczynić dziecko silnym i je ochronić. Żaden ze składników nie jest trujący, więc testy na toksyny, które przeprowadził Uzdrowiciel Bethnal nic nie wykazały. Ale ponieważ mikstura nie pozwala żadnym czynnikom obcym przeniknąć do miejsca zwykle zajmowanego przez płód, eliksir, słaba trucizna, nie dał rady się przedostać.

- Czemu Rabastan brał eliksir dla ciężarnych? - spytała Hermiona, całkowicie zdumiona, nalewając herbaty najpierw Walburdze, a potem sobie.

Walburga z uśmiechem przyjęła filiżankę z chińskiej porcelany i podziękowała.

- Nie brał, Hermiono. Ktoś mu ją podał, wiedząc, że zostanie pobity i to w brzuch. Odnoszę wrażenie, że udało mu się uciec nie dzięki szczęściu, ale dlatego, że taki był plan. Ci, którzy go zaatakowali uważali go za zdrajcę, który pomógł mojemu synowi. Więc czemu nie przyszli go tu szukać? - upiła łyk z filiżanki i postawiła ją na spodeczku. Hermionie wirowało w głowie. Walburga ciągnęła swoją teorię. - Z pewnością wiedzieli, że znajdzie sposób na uzyskanie opieki lekarskiej i wyleczenie obrażeń. Eliksir, którego użył Bethnal jest dobrze znany i bardzo skuteczny. Dużo o tym myślałam przez cały tydzień. Pozwolili mu uciec, żeby poszedł do uzdrowiciela, wypił eliksir i umarł długą i bolesną śmiercią. O wiele bardziej pasujący koniec dla zdrajcy niż zwyczajne pobicie.

„Ma rację", pomyślała Hermiona. Nawet Syriusz dziwił się kiedyś jak Rabastanowi udało się ujść z życiem.

- Ale pobili go mężczyźni, prawda? - spytała. - Skąd wzięli eliksir dla ciężarnych?

- Może i zaatakowali go mężczyźni, ale wiem, że Bellatrix dysponowała eliksirem. - powiedziała Walburga, z żalem potrząsając głową. - Bo sama jej go dałam. Starali się z mężem o dziecko od dziesięciu lat. Kobiety z rodu Blacków mają problem z donoszeniem ciąży i przyjmowanie eliksiru jest konieczne. Bez niego Narcyza straciłaby Draco, a i ja tylko jemu zawdzięczam moich chłopców. To jeden z problemów czystokrwistych rodów. Nasza krew jest silna, ale w każdym pokoleniu wady się mnożą. Tak się cieszę, że Syriusz ma ciebie. Wasze dzieci będą silne i czyste, ale bez typowych wad.

Hermionę nieco zszokowało to jak otwarcie Walburga mówiła o takich rzeczach, szczególnie w jej obecności. Chociaż pani Black nie miała pojęcia jak nową krew wznosiła do rodziny Hermiona „Fehr". Nagle zapomniała o rozważaniu plusów i minusów kazirodztwa, bo przypomniało jej się coś co powiedziała jedna z córek Raba. „Kazała im skrzywdzić tatę". Bellatrix zrobiła to swojemu własnemu szwagrowi? I to najwyraźniej celowo, chociaż Hermiona zaczęła się zastanawiać, ile czasu to planowała.

- Kiedy Bellatrix dostała eliksir, pani Black?

- Nie więcej niż dwa tygodnie temu. - odparła Walburga. - Przyszła z wizytą bez zapowiedzi. Teraz zdaję sobie sprawę, że chciała znów poszukać mojej broszki, ale wtedy powiedziała mi, że biorąc pod uwagę powrót Syriusza i możliwość przedłużenia rodu, poczuła, że też powinna to zrobić. Byłam szczerze zdziwiona. Od śmierci ojca nigdy nie mówiła o takich rzeczach, szczególnie po narodzinach Draco. Ale oczywiście powiedziałam jej wszystko co sama wiem. Jej własna matka od dawna nie żyje i Bellatrix nie ma kogo poprosić o matczyną radę. A bez względu na stan umysłu ich matek, dzieci czystej krwi to właśnie to czego nasze społeczeństwo potrzebuje.

- Pani Black - odezwała się Hermiona, którą zszokowało określenie jakiego Walburga użyła wobec swojej bratanicy. - jestem pewna, że Bella byłaby świetną matką.

- Nie musisz udawać, Hermiono. Wiem, że ta kobieta jest niezrównoważona. Z pewnością nie zapomniała, że torturowała mojego syna!

Oczywiście, że Hermiona nie zapomniała, ale przyzwyczaiła się do grania dobrze wychowanej panny Fehr, która nie zdawała sobie sprawy z prawdziwego oblicza Bellatrix. W jej umyśle porwanie Syriusza było nierozerwalnie związane z polowaniem na horkruksy i zapomniała, że Walburga znała większość szczegółów.

- Oczywiście, że nie, pani Black. Nie chciałam po prostu być niegrzeczna. - odparła szybko, próbując zatuszować potknięcie.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Matko? Czy mogę wejść? – zawołał Syriusz.

Hermiona odetchnęła z ulgą, a Walburga zaprosiła go do środka.

Dalej był blady, ale zdumienie zniknęło ustępując miejsca wściekłości. Hermiona widziała jak szare oczy błyszczały, choć starał się zachować spokój. Skinął głową swojej matce, a potem wyciągnął rękę do Hermiony.

- Muszę z tobą porozmawiać. - pociągnął ją na równe nogi i dodał. - Wybacz nam, Matko. - a potem wyprowadził Hermionę z pokoju.

Syriusz bez słowa pociągnął ją dwa piętra w dół, na drugą stronę przedpokoju i w dół schodów do kuchni. Dopiero zamknąwszy za nimi drzwi obrócił się do Hermiony. Na krótko napotkał jej spojrzenie, a potem przeczesał wzrokiem pomieszczenie (zapewne sprawdzając, czy byli sami) i spytał cichym, pełnym napięcia wzrokiem.

- Matka ci powiedziała?

- Tak. - potwierdziła Hermiona. - To Bellatrix.

Syriusz przeniósł ciężar ciała z nogi na nogę, przytaknął i przysiadł na brzegu drewnianego stołu stojącego przy kominku. Stopy postawił na krześle, a ramię musiał wyciągnąć przed siebie, bo ani na chwilę nie puścił ręki Hermiony. Znów na nią spojrzał. Wściekłość zastąpiło coś na kształt strachu. Hermiona przyjrzała mu się z troską. Nie potrafiła zdecydować co malowało mu się na twarzy. Może poczucie winy?

- O tym chciałeś ze mną porozmawiać? O Bellatrix? - spytała.

- Tak. - potem potrząsnął głową. - Właściwie to nie. - poprawił się niepewnie. - Po prostu nie mogłem dalej przebywać w ich towarzystwie. Nie mogę znieść ich... ja - szybko wciągnął powietrze i dodał bolesnym szeptem. - To wszystko moja wina, Hermiono.

Spojrzała na niego ze zdumieniem i przysunęła się, ściskając jego dłoń.

- Co masz na myśli? Zrobiłeś wszystko co mogłeś. Sprowadziłeś jedynego uzdrowiciela, który chciał przyjść.

- Nie. - powiedział żałośnie Syriusz. Ramiona miał opuszczone i gapił się na ich złączone dłonie, które spoczywały teraz na jego kolanie. - Znaczy, gdyby nie ja nic by mu się nie stało... jego dzieci, żona, oni mnie obwiniają. Uciekłem, a Śmierciożercy stwierdzili, że mi pomógł, bo się kumplowaliśmy. Hermiono, gdybym nie zaczął z nim rozmawiać... wszystko dla tej głupiej czary... ja - przełknął głośno. - Równie dobrze mógłbym sam go zabić.

Hermionie to sformułowanie wydało się dziwnie znajome, ale nie wiedziała, dlaczego.

- Syriuszu - powiedziała łagodnie, kładąc wolną rękę na jego ramieniu. - ty tego nie zrobiłeś, tylko Bellatrix. - bardzo mocno ściskał jej dłoń, a głowę miał spuszczoną, co stanowiło jasny znak Syriuszowego stanu walki wewnętrznej. - Hej - powiedziała łagodnie. - wiem, że to twój przyjaciel, ale to nie tylko dla czary, wiesz przecież. Był dobrym człowiekiem, próbował tylko chronić swoją rodzinę.

Syriusz przytaknął krótko. Stała bez słowa, czekając aż się odezwie. Nie martwiła się zbytnio, zawsze się tak zachowywał, kiedy był zasmucony. Cisza, kiedy o tym myślał, potem papieros (albo żeby się lepiej myślało albo żeby szybciej umrzeć i w ogóle nie musieć radzić sobie z problemem) a po paleniu, słowa. Ponieważ nie wolno mu było palić w kuchni na Grimmauld Place, Hermiona miała nadzieję, że przejdzie od razu do punktu trzeciego. Ale kiedy okazało się, że w ogóle nie zamierzał się odezwać, wskoczyła na stół obok niego.

- Syriuszu - powiedziała cicho. - wolałbyś umrzeć czy spędzić życie w Azkabanie?

Obrócił głowę, by na nią spojrzeć. Pomiędzy jego brwiami pojawiła się kreska, a w oczach zdumienie. To że jej pytanie było niezwiązane z tematem najwyraźniej przekonało go do mówienia.

- To moje jedyne opcje?

- Tak. - potwierdziła.

- No to umrzeć. - odparł łagodnie, znów patrząc na swoje kolana.

- Tak myślałam. - odparła Hermiona, w duchu wzdychając z ulgą, że nie wybrał więzienia. - Nigdy ci tego nie mówiłam, bo wiedziałam, że się przyjaźnicie, ale może poczujesz się lepiej wiedząc przed czym go ocaliłeś.

- Ocaliłem. - powtórzył z odrazą Syriusz.

- Tak. - odparła stanowczo Hermiona. - On, Rodolphus, Bellatrix i Barty Crouch Jr zostali skazani tej zimy. Znów zobaczyli światło słońca tylko dlatego, że Voldemort pomógł im uciec po swoim powrocie.

- No tak. - mruknął Syriusz, kciukiem machinalnie rysując kółka na wierzchu jej dłoni. - Ale tym razem nie poszedłby do więzienia, prawda?

- Gdybyś nie powiedział mu, że postępuje dobrze, nie dołączając do Śmierciożerców, zrobiłby to. - Hermiona niewielu rzeczy była teraz pewna, ale jeśli chodzi o Rabastana to dałaby głowę, że tylko dzięki Syriuszowi zboczył ze ścieżki, która wiodła go prosto w rangi Śmierciożerców. – Powiedzieć ci za co został skazany?

- Za bycie Śmierciożercą? - mruknął z przygnębieniem Syriusz.

- Tak, ale nie tylko. – odparła dziewczyna. Tylko ten argument mógł przekonać Syriusza, że Rabowi teraz było lepiej. - Oni... Lestrange'owie i Crouch... wytropili Franka i Alicję Longbottomów i torturowali ich do straty zmysłów. Szukali informacji o Voldemorcie po tym jak zniknął. Więc nie możesz powiedzieć, że nie ocaliłeś Raba.

- Frank? - sapnął z przerażeniem Syriusz.

- Tak, Longbottomowie spędzili resztę życia na zamkniętym oddziale Świętego Munga. Mieszkali tam, kiedy spotkałam ich w 1995. Neville nas przedstawił, jeśli tak to można określić. - Syriusz najwyraźniej nie był w stanie tego skomentować. Hermiona uznała, że może docierało do niego, że jego przyjacielowi będzie lepiej bez tych ludzi, nawet jeśli musiał umrzeć, by to osiągnąć. – Neville'a wychowała babcia. - ciągnęła. - Odwiedzał rodziców w szpitalu, ale za każdym razem widział co zrobili im Śmierciożercy. Nie powiesz mi, że twój przyjaciel Rabastan chciałby torturować innych czarodziejów czystej krwi do takiego stanu.

- Chyba dobrze, że będzie jedna osoba mniej do wytropienia Franka. – odezwał się wreszcie Syriusz.

- Dokładnie. - zgodziła się Hermiona. - A jego rodzina może i teraz cię wini, ale pomyśl tylko, po Nocy Duchów... jego dzieci będą dorastać wiedząc, że ich tata umarł chroniąc człowieka, który pomógł pokonać Voldemorta... nie sądzisz, że będą z niego dumne?

- Ale przecież nikt nie będzie wiedział, że pomogłem z Voldemortem. - zaprotestował Syriusz, ale oprócz wątpliwości Hermiona słyszała w jego głosie zwykłą dumę.

Dlaczego od razu na to nie wpadła? Trzeba mu przypomnieć, dlaczego w ogóle zaprzyjaźnił się z Rabastanem. Nie tylko dla czary, ale też, po to żeby Riddle umarł i żeby uratować Lily i Jamesa.

- Naprawdę? - odezwała się, ściskając jego rękę. - Czarodziejski świat słynnie z poczty pantoflowej, prędzej czy później wszystko się rozejdzie. Może nie jak dokładnie pomogłeś, ale zawsze będą cię kojarzyć z jego upadkiem.

Widziała go tylko z profilu, dalej patrzył na swoje kolana, ale kącik ust miał uniesiony.

- Chodzi o to, że będą kojarzyć nas. - powiedział normalnym tonem. - Zostajesz, pamiętasz?

Widząc, jak zapomniał o winie, gdy przypomniał sobie, że ona zostanie, żołądek Hermiony wykonał dziwny przewrót w tył. Dalej miała problem z uwierzeniem, że ten niesamowicie przystojny i inteligentny mężczyzna był gotów zrobić dla niej tak wiele i że tyle dla niego znaczyła. Mimo to, wierzyła. Naprawdę chciała zaproponować mu pomoc w znalezieniu sposobu, by mogła tu zamieszkać. Bała się jednak, że przyjmie to jako obrazę, znak, że mu nie ufała. W rzeczywistości po tygodniu powtarzania sobie, że nie da rady, cichy głosik w jej głowie, który szeptał „a co jeśli" przekrzyczał wątpliwości.

Jednakże jej argumentacja była tak samo logiczna jak zwykle i nie dało się jej zignorować.

- Naprawdę chcę zostać. - powiedziała. - Ale dalej nie wiem, jak to zrobić. Przecież ścigają mnie nie tylko Śmierciożercy, ale i mugole. Nie mówiłam ci o Longbottomach, ale tak szczerze to boję cię, że rozejdzie się co zrobiliśmy i tym razem to po nas przyjdzie Bellatrix. Szczególnie po tym jak Voldemort zginie u Potterów. Domyślą się. - przerwała i spojrzała na niego. Syriusz ani na chwilę nie podniósł wzroku. - I bez względu na to jak... no wiesz. - oparła się o niego i ścisnęła jego dłoń. - To coś, cokolwiek to jest, byłoby wspaniałe... nie mogłabym zostać i się ukrywać. Sprawienie, że w twoim mieszkaniu da się zamieszkać to po prawdzie syzyfowa praca, ale nie zajmie mi reszty życia, a ty naprawdę nie powinieneś musieć mnie utrzymywać.

- Mógłbym przeprowadzić się do większego domu. - zaproponował cicho, zupełnie nie rozumiejąc o co jej chodziło. - Takiego ogromnego, pełnego bałaganu. Miałabyś zajęcie na parę lat, aż to wszystko nie przycichnie. Bo przycichnie. - teraz już naprawdę się uśmiechał, ale kiedy obrócił głowę, by na nią spojrzeć, dojrzała ten ukryty smutek czy żal, który zupełnie nie pasował do twarzy jej przyjaciela.

- Byłabym taka nieszczęśliwa, Syriuszu. Wiem, że to samolubne, ale nie chcę być od kogoś zależna. A i ty zasługujesz na wolność. Co jeśli się znudzisz? - spytała, po raz pierwszy ujmując w słowa to, co przerażało ją najbardziej. - Nie chciałabym byś był ze mną, bo czujesz się winny.

- Niemożliwe. - mruknął, odwracając wzrok. - Nie znudzę się.

- Nie wiesz tego. - powiedziała łagodnie, myśląc, że mimo nieodpowiedniej sytuacji równie dobrze mogą teraz przeprowadzić tę rozmowę. Hermiona nigdy nie zebrała się na odwagę poruszyć z nim tematu związku, ale wiedziała, że powinni o tym porozmawiać. Zerknęła na ich złączone dłonie i uśmiechnęła się na widok znajomego obrazka. Jego tępe, trochę brudne paznokcie, twarde zrogowacenie na palcu wskazującym (nie wiedziała co je spowodowało, ale zawsze tam było) blizna pomiędzy kciukiem, a najbliższym kłykciem, której jak twierdził dorobił się podczas pełni, ale tak naprawdę spowodował ją gorący rondel w kuchni w Hogwarcie, kiedy w środku nocy próbował udowodnić Jamesowi, że wiedział więcej o mugolach.

Syriusz uderzał o siebie kciukiem i palcem wskazującym na zewnętrznej stronie jej dłoni i doświadczenia podpowiadało, że to oznaka myślenia. Trzymali się za ręce od samego początku, od drugiej nocy znajomości, kiedy powiedziała mu o Regulusie. Zawsze wydawało im się to naturalne. Zdała sobie sprawę, że już wtedy powinna się zorientować. Wydawało się to tak odległe. Czy naprawdę minęły zaledwie cztery miesiące?

Syriusz mówił cicho, a ona nagle zorientowała się, że przegapiła początek wypowiedzi.

- Ale nikt nigdy tego nie wie. - mówił. - Ludzie biorą ślub myśląc, że będą razem już zawsze. Skąd mają wiedzieć, czy się nie znudzą?

- Cóż, wielu wie. - odparła wolno. Rozwody nie były teraz aż tak popularne jak w jej czasie. - Ludzie rozwodzą się lub żyją w separacji, a ja nie dałabym rady się utrzymać gdybyśmy... um... się znudzili. - dokończyła smutno.

- No to wtedy będziesz mogła wrócić, jeśli naprawdę jesteś aż taka pewna, że to nie wypali. - powiedział z cieniem uśmiechu. - Zupełnie nie rozumiem czemu nie możesz zostać jeszcze trochę. No wiesz, sprawdzić czy warto. - szturchnął ją łokciem.

- Bo to nie byłby prawdziwy test. - odparła Hermiona. Nie chciała być taką pesymistką, ale jeśli mieli o tym porozmawiać (nawet jeśli robili to w dziwny sposób, siedząc na stole kuchennym jego matki, podczas gdy przyjaciel Syriusza leżał martwy kilka pięter wyżej) to zamierzała to zrobić dobrze. - Pewnie, że przez pewien czas by się sprawdziło. Znaczy, właściwie mieszkamy razem od czterech miesięcy i wiesz, że nie mam nic przeciwko... - poczuła, jak się rumieni, ale dzielnie parła dalej. - cóż... pelerynowe przyjęcie i to co potem nastąpiło nieźle to sumuje. Ale chcę pracować. Chcę zrobić coś z moim życiem. Nie mogłabym ukrywać się i być kurą domową. To nie jestem ja, Syriuszu. - zakończyła i wstrzymała oddech. Spodziewała się, że postawi przed nią wybór. Że powie, że praca nie powinna być tak ważna i że da radę ją utrzymać.

- No wiem, to niesamowite. - odparł, ku jej zdumieniu, a potem posłał jej zrelaksowany i przeszczęśliwy uśmiech.

- Naprawdę? - westchnęła z ulgą.

- Ta, rozmawialiśmy o tym z Lunatykiem zeszłej nocy.

- Rozmawialiście o tym, że zostanę kurą domową? - spytała, prawie mając ochotę się roześmiać. Ci dwaj prowadzili dziwne rozmowy po pijaku.

Syriusz uśmiechnął się szelmowsko.

- W pewnym sensie. Po prostu o tym jakie to musi być dla ciebie dziwne. Wszystkie dziewczyny, z którymi chodziliśmy do szkoły... cóż chciały dzieci i mężów. Aż do naszego spotkania myślałem, że tego pragną wszystkie kobiety.

- Nie chodzi o to, że tego nie chcę. - odparła, wewnętrznie rozbawiona tym, że zdziwiło go istnienie więcej niż jednego typu kobiety. - Ale na to będzie jeszcze masa czasu. Jeśli mam mieć dzieci, to chcę, by wychowywały się w świecie, który pomogłam zmienić.

- Merlinie - zaśmiał się cicho. - jeśli takie masz wymagania, to mogłabyś urodzić je teraz i być z siebie całkiem zadowolona.

- Zadowolona? Bardziej przerażona... Nie mówiąc o tym, że to by było niepokalane poczęcie i w ogóle.

- Też prawda. - zachichotał. - Jestem pewien, że udałoby nam się coś na to poradzić.

Szturchnęła go ramieniem.

- Myślałam, że jesteś smutny.

Odetchnął ciężko.

- Boli mnie fakt, że Rab odszedł. To nie fair, przecież stanął po dobrej stronie, ale... - przerwał i znów zaczerpnął tchu. - Ale myślę, że masz rację twierdząc, że gdyby nie ja w listopadzie poszedłby do Azkabanu. Przekonałem go, by nie przyjmował Znaku niedługo po tym jak się poznaliśmy. Powiedziałem mu, żeby się wstrzymał na kilka miesięcy. Miałem nadzieję, że dotrwa do Nocy Duchów.

- Nigdy mi tego nie mówiłeś. - odparła Hermiona. - Byłeś dobrym przyjacielem, Syriuszu. Bądź smutny, bo umarł, ale nie dlaczego to się stało. Co teraz zrobi jego rodzina?

- Letty i dzieci zamieszkają z daleką rodziną w Belgii. Rab i tak chciał wysłać dzieci do Durmstrangu. To część jego planu, zdystansowania się od tej części rodziny. Cieszę się, że będą bezpieczni. Może kiedy już zabijemy Voldemorta, powinienem do nich napisać i wyjaśnić im co się stało. Dać znać, że on też pomógł pokonać Wężowatego, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy. - przerwał i spojrzał na nią, a potem nagle wypalił. - Hermiono, skąd zawsze wiesz co powiedzieć?

- Co masz na myśli?

- No, bez względu na wszystko, za każdym razem, kiedy źle się czuję, wyrzucasz z siebie kilka zdań i już jest lepiej. - uśmiechnął się do niej. W jego oczach dalej czaił się żal, ale poza tym wyglądał normalnie. - Nie mam pojęcia jak to robisz, to o wiele trudniejsze niż się wydaje.

- Jestem magiczna. - odparła, znów się na nim opierając. - A wczoraj, ty też byłeś w tym całkiem niezły. Strasznie się bałam, że weźmiesz mnie za idiotkę.

- Nigdy. Ty, panno Fehr, jesteś najmądrzejszą dziewczyną jaką kiedykolwiek spotkałem.

W tym właśnie momencie otworzyły się drzwi do kuchni i stanął w nich Pollux.

- Syriuszu? Chciałbym zamienić z tobą parę słów.

- Oczywiście, Dziadku. - zgodził się chłopak, zeskakując ze stołu. - Kiedy przybędzie pan Lestrange? Chcesz bym przywitał go razem z tobą?

- Zjawią się przed południem. - Hermiona jeszcze nigdy nie słyszała, by Pollux przemawiał tak ostro i kąśliwie. - W bibliotece, jeśli łaska, Syriuszu.

- Oczywiście... tylko ja? - spytał niepewnie Syriusz.

- Chyba tak będzie lepiej.


Syriusz zajął miejsce naprzeciwko swojego dziadka. Po wejściu do pokoju Pollux zasiadł za biurkiem, a nie na jednym ze skórzanych foteli przy szachownicy, przez co atmosfera stała się bardziej formalna, a Syriusz się denerwował.

- O co chodzi Dziadku? - spytał, zastanawiając się, ile czasu Pollux spędził za drzwiami, kiedy on rozmawiał z Hermioną.

Pewne spojrzenie Polluxa spotkało się z pytającym wzrokiem Syriusza.

- O ciebie i pannę Fehr i o kłamstwa, którymi mnie karmiliście. - odparł zimno.

Czyli stał tam dość długo, zdecydował Syriusz, a serce mu przyspieszyło.

- Kłamstwa? - spytał, mając nadzieję, że brzmi jak człowiek zdumiony i trochę oburzony. Co dokładnie podsłuchał jego dziadek i do czego Syriusz powinien się przyznać?

- Tak. - wycedził przez zęby Pollux. Syriusz nie widział go tak wściekłego od dnia, w którym mając lat szesnaście nazwał go bigoteryjnym starym głupcem i uciekł z domu. - Czemu nie powiedziałeś mi, że próbujesz zabić Czarnego Pana?

- Um... - wymamrotał chłopak. Tak bardzo się starał bezpośrednio nie kłamać swojemu dziadkowi. Mieli odmienne opinie na wiele tematów, ale Syriusz szanował patriarchę. Pollux był mu bardziej ojcem niż Orion, więc za wszelką cenę unikał oczywistej nieprawdy.

Orzechowe oczy Polluxa lśniły niebezpiecznie.

- Nie kłam więcej, Syriuszu. Nie teraz. Nie pozwolę na to. Wiem, że ty i panna Fehr pracujecie dla Dumbledore'a, powiedziała mi. Nie sądzę jednak, by podzieliła się ze mną całą prawdą. Ty mi powiesz. Wszystko.

- Um... - nie mógł. Gdyby Walburga poznała prawdziwy status krwi Hermiony, zamordowałaby ją na miejscu. Chociaż Pollux dalej uważał ją za pannę Fehr... może więc wystarczy wersja prawdy.

- Syriuszu! - głos Polluxa przebił się przez mknące myśli chłopaka, który próbował dopasować razem dość informacji, by usatysfakcjonować swojego wściekłego dziadka. - Powiesz mi. Kiedy wpuszczałem cię na powrót do tego domu uważałem, że jesteś oddany tej rodzinie. Czy to wszystko kłamstwa? Czy ty i panna Fehr w ogóle jesteście parą? Odniosłem inne wrażenie.

- Dziadku – odezwał się w końcu Syriusz. - nie jest tak źle jak się wydaje.

- Nie? - odparł z niedowierzaniem Pollux. - Mam ogromną ochotę natychmiast cię stąd wyrzucić! Jak mogłeś nas zdradzić?

- Zdradzić was? - warknął Syriusz, czując jak i budzi się i jego temperament. - Twierdzisz, że nie pragniesz śmierci Voldemorta?

- To nie ma znaczenia! Niecnie wkroczyłeś na powrót w progi tego domu. Wykorzystałeś nas dla swoich własnych celów!

- Oczywiście, że nie. - prychnął Syriusz. - Raczej dla dobra świata czarodziejów.

Pollux wstał i wskazał mu drzwi.

- Wynoś się. - warknął. - Walburga zawsze miała co do ciebie rację.

- Nie, proszę. - błagał Syriusz, szybko zmieniając podejście. – Dziadku, pozwól mi wyjaśnić. Jeśli teraz mnie wyrzucisz będziesz tego żałować. Powiem ci wszystko. - spojrzał na niego prosząco. Czy cztery miesiące zaufania i spędzania razem czasu wystarczą, by uśmierzyć gniew Polluxa? - Ale musisz mi obiecać, że nie powiesz Matce. - dodał. – Ty zrozumiesz, ale ona nie.

Pollux przyjrzał mu się, a potem usiadł raptownie i mruknął.

- Nie byłbym tego taki pewien, młody człowieku.

- Zrozumiesz, Dziadku, obiecuję. - powiedział z cierpkim uśmiechem ulgi. Merlinie, chciałby, żeby Hermiona mu z tym pomogła. On z pewnością jakoś to zepsuje. Jednak nie mogła, więc zaczął mówić. - Przez ostatnie cztery miesiące Hermiona i ja wykonywaliśmy plan pokonania Voldemorta i jak na razie wszystko działa. Za trzy tygodnie on będzie martwy, a świat wolny

- Przyznam, że miałem podejrzenia co od twojego porwania. Hermiona zachowywała się bardzo... stanowczo. - odparł inteligentnie Pollux, a w jego głosie dalej pobrzmiewał gniew. - Spytałem ją co naprawdę się dzieje, a ona powiedziała mi, że pracujecie dla Dumbledora i zbieracie informacje na temat Śmierciożerców w naszej rodzinie. Ale to nie wszystko, prawda?

- Nie, Dziadku, jest znacznie więcej. - wyznał Syriusz, skrywając uśmiech wywołany wizją Hermiony będącą „stanowczo" traktującą jego matkę. Jakże chciałby to zobaczyć. - Ale musisz przysiąc, że o niczym nie powiesz Matce. Jeszcze nie. Po Nocy Duchów możesz wszystko jej wyznać, ale do tego czasu to musi pozostać między nami, bo inaczej plan może się nie powieść.

- Zdecyduję jak już wszystko mi opowiesz. - stwierdził jak zawsze uparty Pollux. - Jeśli uznam, że tak trzeba, powiem jej jeszcze dzisiejszej nocy. Zaakceptuj to albo wyjdź. Nie igraj ze mną, Syriuszu.

Na nic lepszego nie mógł liczyć, więc Syriusz odezwał się ostrożnie:

- Hermiona badała Voldemorta od lat. Odkryła, że próbował uczynić się nieśmiertelnym. Z powodzeniem. Przybyła tutaj z planem powstrzymania go. Poznała miejsce przechowywania wszystkich horkruksów, które zrobił i z tego powodu poprosiła o moją pomoc.

- Horkruksy! - zawołał Pollux, zapominając, że miał być wściekły na swojego wnuka. - Merlinie, chłopcze, to bardzo niebezpieczna czarna magia! Dlaczego zwracać się po pomoc akurat do ciebie?

- Dlatego, że trzy z pięciu horkruksów znajdowały się w posiadaniu naszej rodziny. - odparł cicho Syriusz.

Pollux wydawał się prawie zawstydzony. Syriusz wiedział, że choć jego dziadek uważał wilkołaki za godne smyczy, a mugolaków koniecznych do oddzielenia od innych czarodziejów, to nie był poplecznikiem Voldemorta ani tego jak ten osiągał swoje cele.

- Czyli dlatego przyszedłeś do mnie tamtego dnia? - spytał Pollux, a Syriusz usłyszał w jego głosie zawód. Przytaknął.

- Dziadku, naprawdę dopiero dowiedziałem się o Regu. Dopóki Hermiona mi nie powiedziała, byłem przekonany, że żyje. Wszystko co ci powiedziałem, było prawdą. Naprawdę martwiłem się o ród. Wszystko, przysięgam. Gdyby nie horkruksy może i powrót zająłby mi więcej czasu, ale i tak bym wrócił. Jestem taki szczęśliwy, taki wdzięczny, że przyjęliście mnie z powrotem i chcę dalej być dziedzicem. Naprawdę. - to nie było całkowite kłamstwo. Już nie. Pamiętał, że kiedyś wypowiadając te słowa, pomyślał sobie, że nigdy w życiu nie mówił większych bzdur, ale teraz było to dostatecznie bliskie prawdy. Pollux nie skomentował, więc Syriusz ciągnął. - Jeden z nich był ukryty tutaj, Dziadku. Jeden z horkruksów. To dlatego Reg zdezerterował, dlatego nie chciał już być Śmierciożercą. Dowiedział się, że Voldemort próbował uczynić się nieśmiertelnym i próbował go powstrzymać. Znalazł jeden z horkruksów i ukrył go, zanim go zabito.

Pollux przyglądał mu się z dziwnym wyrazem twarzy.

- Więc jednak przekazałeś mu nieco swojego gryfońskiego charakteru. Walburga będzie przerażona.

Na te słowa Syriusz poczuł napływ dumy. Wiedział, że Pollux zrozumie. Był Ślizgonem, a oni wierzyli w przetrwanie za każdą cenę.

- Inny znajdował się u Malfoyów. - ciągnął, teraz już trochę bardziej pewny siebie. - A jeszcze inny u Lestrange'ów. - spojrzał na Polluxa i wyznał szczerze. - Dziadku, zdobyliśmy ostatni horkruks sześć tygodni temu, a ja dalej was odwiedzam, dalej wypełniam moje obowiązki. Misja była tylko bodźcem. Chciałem wrócić, tylko bałem się odrzucenia i czas nigdy nie wydawał mi się odpowiedni, a przez plan Hermiony musiałem to zrobić. Tak się cieszę, że tak się stało. Spodziewałem się porażki, ale odzyskanie rodziny przyniosło mi ulgę. - Syriusz uznał, że naciągał prawdę do granic możliwości, ale widział jak determinacja Polluxa słabnie pod wpływem skromnych deklaracji rodzinnej lojalności. - Przepraszam, ale rozumiesz, dlaczego nie mogłem ci tego powiedzieć. To nie moja tajemnica. - zakończył, spuszczając głowę w oznace skruszenia.

Pollux milczał przez chwilę i Syriusz zaryzykował zerknięcie na niego, głównie po to, by sprawdzić, czy nie celuje w niego różdżka. Nie celowała. Pollux także patrzył w ziemię. Myślał.

- Mówisz, że zebraliście wszystkie horkruksy. - odezwał się w końcu. - W takim razie, dlaczego Czarny Pan wciąż żyje?

- Ponieważ jeszcze ich nie zniszczyliśmy. - wyjaśnił Syriusz, rad ze zmiany tematu. Teraz mógł mówić samą prawdę.

- Na co czekacie? - spytał widocznie zdumiony Pollux. - Przecież lepiej pozbyć się go najszybciej jak to możliwe.

- Bo Voldemorta ciężko znaleźć. - powiedział Syriusz. - Wiemy, gdzie będzie w Noc Duchów, więc wtedy go zabijemy i jednocześnie zniszczymy horkruksy. Nie chcemy, by dowiedział się, że poznaliśmy jego sekret. Mógłby zmienić plany.

- Skąd możecie wiedzieć, gdzie będzie? – dopytywał się Pollux.

- Dumbledore ma wielu szpiegów. - wykręcił się Syriusz." To właściwie nie kłamstwo", powiedział sobie. Dumbledore naprawdę miał wielu szpiegów, tylko że nie od nich uzyskał tę informację.

Pollux przytaknął.

- Dalej pozostaje sprawa panny Fehr. Chociaż jestem pewien, że prędzej czy później znajdziesz sobie drugą połowę, to żałuję, że to nie ona zostanie nową panią Black. Nie mogę uwierzyć, że tak daleko się posunąłeś, żeby nas oszukać. Do cholery, jej matka nas odwiedziła. - urwał na chwilę. - Pewnie właśnie dla tego powiedziała mi, że w listopadzie musi wrócić do Zurychu?

- Tak, Dziadku. - potwierdził Syriusz. - To prawda. Ale ona... Może i wszystko zaczęło się udawaniem, ale teraz szukamy sposobu, by nie musiała wracać do domu. Hermiona chce zostać. Ze mną. Ma jednak... - umilkł. „Co już mu powiedziała?" - Ma zobowiązania wobec rodziny. - skończył wymijająco.

- Ale przecież nie może porzucić swoich obowiązków. - powiedział ostro Pollux. - Jej rodzina nigdy na to nie pozwoli. Nie wyłącznie z... twojego powodu.

Słowa dziadka zakłuły.

- Tak, może. - powiedział z rozdrażnieniem. - Chce, gdybyś nie zauważył. Hermiona chce poświęcić życie na pomoc innym, a nie podpisywanie dokumentów i uśmiechanie się. Może to robić też tutaj.

- Cóż, jest zdeterminowaną młodą damę, więc mogę to zrozumieć. - odparł Pollux, odrobinę rozbawiony. - Ale jeśli jej rodzina uzna, że to przez ciebie nie wróciła, zwrócą się przeciwko nam.

- Tak, Dziadku. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale jej matka ją popiera, a ma dość kuzynów płci męskiej, którzy mogą zająć się wypełnianiem obowiązków wobec kraju. - oznajmił Syriusz, myśląc szybko. - Frederika najprawdopodobniej da radę przekonać Faustusa, że wizerunek rodziny tylko zyska, jeśli Hermiona zajmie się pracą... um, humanitarną w powojennej Brytanii. - był dumny ze swojego pospiesznego wyjaśnienia, które nawet bardzo nie odbiegało od prawdy. - Wiem, że na początku byłem nieszczery, ale miałem ku temu powód.

- Syriuszu, rozumiem, że robiłeś to co uważasz za słuszne, ale jak mogę ci zaufać w kwestii prowadzenia tego domu, skoro mnie okłamujesz?

Syriusz powinien był wiedzieć, że nie będzie tak prosto, ale to było zbyt ważne, by się poddać.

- Dlaczego pozwoliłeś mi wrócić? - spytał więc.

- Ponieważ uwierzyłem, że dorosłeś. - wyjaśnił Pollux, a w jego głosie znów zabrzmiała gorycz. - Że zdałeś sobie sprawę ze swojego błędu jakim było porzucenie nas i chciałeś znów zająć swoje miejsce.

Syriusz przytaknął wolno.

- I miałeś rację, tego właśnie chcę. Ale dlaczego matka pozwoliła ci się przekonać, że powinna dać mi szansę?

Pollux westchnął z rezygnacją.

- Ponieważ myślała, że ożenisz się z kimś odpowiednim i przedłużysz ród.

- To także prawda, Dziadku. - zapewnił z uśmiechem Syriusz, ciesząc się, że Pollux nie wspomniał o limicie czasowym. - Hermiona zostanie, już ja się o to postaram. Więc serio - powiedział, wiedząc, że zaraz mu się uda przekonać Polluxa. - To czego oboje chcieliście dalej i tak nastąpi. Nie jest tak źle jak się wydaje. Proszę, Dziadku, przykro mi, że dowiedziałeś się w taki sposób. Mieliśmy ci powiedzieć, kiedy będzie już po wszystkim. Hermiona uważa, że jesteś wspaniały, tak samo Lady Fehr i czuliśmy się okropnie, kłamiąc.

Twarz Polluxa była skierowana w stronę Syriusza, ale wzrok miał błędny. Zastanawiał się.

- Więc od kiedy ty i Hermiona naprawdę się spotykacie? - spytał nagle. - Przyznaję, że masz zdolności aktorskie. Na Gali byliście bardzo wiarygodni.

Syriusz prawie się zaśmiał.

- Właściwie to nie było do końca granie, Dziadku. My... - odchrząknął. - myśmy się zapomnieli.

- Rozumiem. - mruknął Pollux, unosząc kącik ust.

Syriusz rozpoznał drogę do sukcesu.

- Widzisz, Dziadziu, nic się nie zmieniło. Lubiłem znów spędzać z tobą czas i nie okłamałem cię, odkąd znów wpuściłeś mnie do domu. Czy powód, dla którego to wszystko zrobiłem musi wszystko popsuć?

- Nie wiem, Syriuszu. - odparł Pollux. Najwyraźniej był zły sam na siebie za to, że nie mógł podjąć decyzji.

- Czy whisky i pokonanie mnie w szachy pomoże? - zaproponował Syriusz, brnąc dalej. - Pozwolę ci wygrać.

- Nie musisz pozwalać mi wygrać, chłopcze. I tak za każdym razem cię pokonuję. Pollux patrzył na niego zmrużonymi oczami, ale Syriusz dostrzegał w nich rozbawienie.

- Czy to znaczy, że się zgodzisz? - spytał, nie potrafiąc ukryć uśmiechu na widok dziadka, który tak bardzo starał się dalej być na niego zły.

Pollux warknął, poddając się i wstał z krzesła.

- Jesteś niepoprawny.

- Mówią, że odziedziczyłem to po tobie. - zachichotał Syriusz, przenosząc się do szachownicy.

- Nie przypominaj mi. - mruknął Pollux. Zajął miejsce naprzeciwko Syriusza, a powitał go gromki śpiew jego miniaturowych marmurowych żołnierzy.

Po dwudziestu minutach szachów, podczas których Pollux odzywał się tylko po to, by wydać figurom kolejne instrukcje (chociaż za każdym razem, kiedy czarne pionki oprotestowywały polecenia Syriusza, wydawał z siebie dziwny kaszel, przypominający nieco śmiech) i dwóch szklankach whisky domowej roboty, dziadek Syriusza wreszcie powiedział:

- Dobrze, zachowam to dla siebie do listopada. - surowo spojrzał na twarz wnuka. - Ale ostrzegam cię Syriuszu, jeśli znów mnie okłamałeś... Odbiorę ci wszystko co masz, złoto Alfarda też. Spiszę umowę, a ty jutro ją podpiszesz. Jeśli dowiem się, że to co mi dziś powiedziałeś to nieprawda, oddam ją goblinom i nic ci nie zostanie.

- Oczywiście, dziadku. - odparł natychmiast Syriusz, myśląc, że kiedy przyjdzie na to czas, poradzi sobie ze sprawą Fehrów.

- On i tak nie jest nic warty! - zawołała lekceważąco z szachownicy czarna królowa. - Bezużyteczny szczeniak! Nie potrafiłby dowodzić, nawet gdyby od tego zależało jego życie!

Syriusz spojrzał wilkiem na wyniosłą harpię, a potem przeszukał szachownicę wzrokiem w poszukiwaniu odpowiedniej kary. Zauważywszy złowieszczego białego gońca w odległości ciosu, posłał ja dokładnie w jego stronę i spojrzał na Polluxa, który się uśmiechał.

- Jeśli możesz, Dziadziu, byłbym ci bardzo wdzięczny.

Stworek pojawił się z trzaskiem akurat, kiedy prawe ramię czarnej królowej szybowało nad szachownicą.

- Mój panie, przybył pan Lestrange senior.