Jol: Powiem tak, Moody jest najcudowniejszą postacią, równać się może tylko i wyłącznie z Remusem. A w kontekście sequelu, to jak nazwałaś go „ojcem" Syriusza nieźle mnie ubawiło. Co do Twoich przewidywań, to niestety nie mogę nic powiedzieć, bo zniszczyłabym Ci zabawę (przez przypadek zrobiłam to mojemu Becie, był zły). Zdradzę jedno, będzie super.
Piotrvs: Hej, dzięki za zauważenie, już poprawiam 😊.
9 października
W piątkowe popołudnie Syriusz znalazł się w dość niezwykłej sytuacji. Siedział przy biurku w swoim narożnym boksie, pośród labiryntu podobnych boksów w Biurze Aurorów gapiąc się na mapę Suffolk. Szaty aurorskie strasznie go dusiły i dokuczał mu głód. Żadna z tych rzeczy nie była sama w sobie niezwykła. Składały się wszystkie na normalny dzień Syriusza Blacka, szczególnie duszenie przez szaty czy głód. Co było niezwykłe to fakt, że zamiast patrzeć się beznamiętnie na mapę rozciągniętą na swoim biurku przez niepotrzebnie długi okres czasu, pracował. I na dodatek, całkowicie rozumiał co robił. Moody dostanie zawału.
Syriusz spędził ostatnie pół godziny nanosząc na mapę różne punkty z listy poglądowej, którą dostał od szefa. Kiedy skończył z zanotowanymi informacjami, zaczął przewidywanie kolejnych lokacji. Około trzydzieści incydentów, którymi się zajmował obejmowało szeroki zakres, od zauważenia Śmierciożerców po dziwne hałasy i światła. Często występowała kradzież, szczególnie dziwnych rzeczy takich jak sprzęt stajenny, kurczaki czy brandy, a ostatnimi czasy co ciekawe także koty.
Temat z pewnością intrygujące, ale spekulacje o kradzieży kotów nie pochłaniały uwagi Syriusza tak bardzo, by zapomniał o pracy. Moody obiecał, że jeśli młody auror da radę wysunąć logiczne wnioski to razem z Frankiem pojedzie w weekend sprawdzić sytuację. Osobiście Syriusz uważał, że Moody próbował przeszkodzić mu w spędzaniu zbyt dużej ilości czasu z Hermioną, ale oczywiście jego szef nic takiego nie powiedział. Poza tym, Syriusz chętnie witał odrobinę przygody, nawet jeśli obejmowała rozmawianie z plotkującymi mieszkańcami o ich zwierzakach i alkoholu.
Nie tylko nagroda pod postacią wyprawy i szansy na działanie sprawiała, że Syriusz pracował niezwykle pilnie. Próbował też oderwać uwagę od uścisku w klatce piersiowej, który narastał od wczoraj. Właśnie w tym momencie odbywał się pogrzeb Rabastana. Syriusz oczywiście nie mógł się pojawić, bo Śmierciożercy uznali, że uprzejmie będzie pokazać oślizgłe mordercze mordy na pogrzebie faceta, którego zabili. Chociaż Syriusz nie chciał jakoś specjalnie iść i wysłuchiwać jak o życiu Raba opowiada ktoś kto go w ogóle nie znał, żałował, że nie mógł oficjalnie się z nim pożegnać.
Przez cały dzień głupie małe rzeczy przypominały mu o przyjacielu. Jakaś czarownica niosła stertę zwiniętych pergaminów, tak samo jak to robił Rab tego dnia, kiedy Syriusz zdobył czarę. A gdy „służbowo" poszedł z Frankiem do Departamentu Magicznych Gier i Sportów (żeby zerknąć na nowy sprzęt dla angielskiej drużyny Quidditcha zanim zostanie zaprezentowany publicznie na eliminacjach do Pucharu Świata) sterta złotych i srebrnych błyskotek w gablocie z trofeami sprawiła, że pomyślał o uśmiechniętej twarzy Raba, na widok broni w skarbcu Lestrange'ów. Gorzej, że gdy dostrzegł podobieństwo między portretem łysego pałkarza, któremu tłuczek rozkwasił nos a zakrwawionym i posiniaczonym Voldemortem, Frank posłał mu pełne zdumienia, Rabowe spojrzenie. Całkiem, jakby nie mógł uwierzyć że Syriusz śmiał powiedzieć coś tak głupiego w mieszanym towarzystwie, a nacisk na klatkę piersiową stał się prawie bolesny. Ale najgorsze było to, że kiedy opuścił D.M.G.S próbując pozbyć się z głowy wspomnienia Rabastana, do windy wsiadł za nim i Frankiem nerwowo wyglądający mężczyzna z tak czujnie zmarszczonymi brwiami, że Syriusz spędził całą jazdę do Biura Aurorów próbując przełknąć ogromną gulę, która utkwiła mu w gardle.
Wydarzenia, które nastąpiły po jego niepokojącej, częściowo nieprawdziwej i nieomal nieuchronnie kosztownej rozmowie z dziadkiem były dziwnie rozczarowujące. Wymuszone acz uprzejme. Pan Lestrange przebywał na Grimmauld Place mniej niż pół godziny. Syriuszowi wydawało się to nierealne. Pollux powitał gościa ze zwykłą sobie formalną grzecznością, a pan Lestrange podziękował mu za opiekę nad ciałem syna. Zdawał się nie wiedzieć, że to jego synowa spowodowała śmierć Raba, a Pollux o tym nie wspomniał. Powiedział tylko, że Ród Blacków myślał o nich w tym trudnym czasie. Przez cały ten czas Loretta płakała w ciszy, a Walburga w ogóle się nie pojawiła. Hermiona czekała na Syriusza w kuchni, za powód podając frywolną sukienkę, w której nie mogła spotkać się z żałobnikami.
Syriusz i Hermiona wrócili do mieszkania wczesnym popołudniem i spędzili tam dzień. Co ciekawe, biorąc pod uwagę metraż, każde zajmowało się sobą. Dziewczyna rozpakowała się. Czy też, przeorganizowała zawartość swoich walizek, biorąc pod uwagę, że powiększony magią bagaż mógł pomieścić więcej niż całe mieszkanie. uzbrojony w dobre intencje Syriusz zabrał się za sprzątanie salonu. Potrwało to prawie dwadzieścia minut, po których zasiadł na podłodze oparty o kanapę i zajął się „sortowaniem" winyli, które poprzedniego dnia służyły za stolik. „Sortowanie" oznaczało czytanie tego co napisano na tyłach opakowań i naprawianie magią zadrapań na płytach. Zajmował się tym przez następne parę godzin aż przyszła Hermiona, a on pospiesznie rzucił się udawać, że składa dalej rozrzucone pranie, by nie pomyślała, że się obijał.
Ku jego zdumieniu dziewczyna tylko się uśmiechnęła i powiedziała:
- Wracaj do swoich płyt, bałagan nie ucieknie. Zajmę się tym jutro, kiedy będziesz w pracy. - a potem zostawiła go w spokoju. Rad, że najwyraźniej nie przejmowała się stanem mieszkania i że nie będzie mu się narzucać przez resztę popołudnia, Syriusz wrócił do płyt. Magicznym prostowaniem zagiętych rogów i naprawianiem podartych okładek zajmował się, kiedy tkwił uwięziony w swojej sypialni na Grimmauld Place. Zawsze pomagało mu to zwalczyć irytację wywołaną przez zamknięcie i sprawiało, że zapominał o ochocie przeklęcia swojej piekielnej matki. W końcu trzeba było się skoncentrować, by naprawić zgniecione rogi i maleńkie zadrapania. Choć zaklęcia były proste to sprawienie, by przedmioty wyglądały jak nowe wymagało umiejętności. Siedząc na podłodze w salonie zdał sobie sprawę, że też dobrze odciągały jego myśli od tego pustego, odrętwiałego i odrobinę zaniepokojonego uczucia, które go ogarnęło w momencie, kiedy otworzył list od dziadka.
Jednakże przebywał obecnie w Ministerstwie, gdzie naprawy płyt nie uważano za element wielkiego planu pojmania Voldemorta, chociaż Syriusz uważał, że przez większość czasu przyniosłoby większe efekty, kto wie... może Voldemort uległby samospaleniu na dźwięk Teenage Lobotomy, gdyby tylko puścić mu to dość głośno... chociaż pewnie nie. Więc zamiast tego zajął się (jak jeszcze nigdy) drogą jaką pokonywali w Suffolk złodzieje kotów i tak oderwał swój umysł od nabożeństwa, podczas którego grzebano Raba.
Właśnie znalazł pośród swoich znaczników coś co wyglądało prawie jak schemat podróży, kiedy zza ścianki działowej dotarł odgłos skrzypienia Frankowego biurka. Dźwięk ten oznaczał, że drugi mężczyzna wspinał się na nie, by zajrzeć do Syriusza.
- Merlinie, czy ty naprawdę pracujesz, Black? - spytał Frank.
- O tak. - odparł Syriusz, zaznaczając kolejny podpunkt, a potem podniósł wzrok.
Frank zerknął przez ramię, a potem spytał:
- Idzie Moody?
- Nie wydaje mi się, dlaczego pytasz? – zdziwił się z roztargnieniem Syriusz, przeglądając kawałki pergaminu, które dał mu Moody i zabierając się za nanoszenie czasu na znaczniki na mapie.
- Bo pracujesz. - odparł Frank, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Syriusz spojrzał na niego.
- Mogę pracować tylko dlatego, że chcę. - nie wiedział po co się broni, skoro sam uważał to za odrobinę dziwne.
- Tak, ale zwykle tego nie robisz. - odparł Frank nie mogąc się zdecydować czy powinno go to bawić czy zdumiewać.
- Cóż, teraz to robię. - odparł krótko Syriusz, znów nie rozumiejąc czemu przejmował się tym, że Frank uznawał za dziwne coś co w rzeczywistości takie było.
- Co z tobą? - Franka zdziwił uszczypliwy ton kolegi.
- Nic. - burknął Syriusz, a potem zdał sobie sprawę, że to jego własna wina, bo dorobił się reputacji pozbawionej entuzjazmu małpy. - Wybacz, Longbottom. Miałem beznadziejny tydzień.
- Och. - mruknął Frank. - Cóż, ja się nie skarżę. Cieszę się, że to robisz. - wskazał na mapę. - Prawie skończyłem z zeznaniami świadków, więc w weekend będziemy mogli rzucić na to okiem.
- Super. - odparł szczerze Syriusz. Uwielbiał „rzucać na coś okiem", jak to nazywał Frank. Dzięki temu czuł się użyteczny, a było to ostatnie słowo jakim mógłby określić się poprzedniego dnia.
- Ta, idealny moment. - powiedział Frank. - Właśnie gościmy siostrę Mamy. Jej starszą siostrę. I jasna cholera, ale z niej szalona stara nietoperzyca!
- Hej, brachu, nie masz prawa skarżyć mi się na rodzinę. Spotkałeś moją?
Frank wyszczerzył zęby.
- Masz rację. Na Gali twoja Ciotka Cassiopeia powiedziała mi, że jestem za przystojny jak na czarodzieja czystej krwi i że powinienem sprawdzić swoje drzewo rodowe, bo musi tam być ktoś niespokrewniony.
- Ta, jeśli szukasz uosobienia szalonego starego nietoperza, to trafiłeś w dziesiątkę.
- E tam. - zaśmiał się Frank. - Przynajmniej mnie skomplementowała.
- Longbottom, ona jest ślepa. - wytłumaczył Syriusz, na chwilę zapominając o mapie, by zaśmiać się z pełnej zamyślenia twarzy Franka.
- Och - powiedział po chwili. - Zastanawiałem się, czemu twierdziła, że ty jesteś idealnym przykładem chowu wsobnego.
- Podrywasz mnie, Longbottom? - zaśmiał się jeszcze głośniej Syriusz.
- Ta, będziesz musiał uważać. - zachichotał Frank. – Będziemy sami cały weekend.
Syriusz złapał się za serce i udał, że zmiękły mu kolana.
- Och, Frank, ależ mi to pochlebia. Ale jak powiesz Alicji? - udało mu się powiedzieć zdyszanym głosem, zanim stracił nad sobą kontrolę i chichocząc padł na mapę.
Frank prawie wisiał na ściance, śmiejąc się z komicznego szaleństwa Syriusza.
- Zrozumie. – wysapał, a potem wyjaśnił między atakami śmiechu. - Nieodparty urok.
- Czasami - warknął głos dochodzący z okolic biurka Franka. - zastanawiam się czy nie przegrywamy tej wojny przez was dwóch. - uderzona przez coś ścianka zadrżała lekko, Frank podskoczył, a potem zniknął Syriuszowi z oczu.
Ścianka pomiędzy ich biurkami dalej drżała, co sprawiło, że Syriusz jeszcze głośniej się zaśmiał.
- Niech pan wybaczy, proszę pana. Rozmawialiśmy o pracy. O, proszę spojrzeć. - powiedział Frank do Moody'ego. Syriusz uspokoił się na tyle, by uważnie posłuchać i do jego uszu dotarł szelest pergaminu, kiedy Longbottom pokazywał Moody'emu zeznania świadków.
- Świetnie, Longbottom, wyglądają nieźle. - odparł Moody po chwili ciszy. Teraz kiedy nasłuchiwał, Syriusz usłyszał stłumione stukanie drewnianej nogi na dywanie, kiedy stary auror przemieszczał się wzdłuż rzędu, bez wątpienia szykując swoją laskę i wściekłą minę nim wejdzie do jego boksu.
- Co dla mnie masz, Black? - spytał Moody, wyłaniając się zza ścianki.
Syriusz, który odwrócił się na krześle, by stanąć twarzą w twarz ze swoim szefem (i przy odrobinie szczęścia uniemożliwić mu bolesne powitanie, bo Moody raczej nie walnie go prosto w twarz) zdumiał się widząc zainteresowanie na twarzy starego aurora. To zdziwiło go bardziej niż zwyczajowy brutalny piracko/ninjowy wygląd i zająknął się lekko, nim mu się przypomniało, że tym razem coś miał. Bo pracował. Uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Um... no tak... proszę spojrzeć. - odjechał z krzesłem na bok, bo zrobić miejsce przy mapie i zachęcił Moody'ego do podejścia. - Więc - odezwał się wskazując na mapę. - czerwone kropki to potwierdzone zauważenia, zebrane dzięki młodemu Frankowi za ścianą, zielone to zauważenia, ale niepotwierdzone, pomarańczowe to kradzieże, a żółte to skargi na hałas. - kropki hałasu poruszały się jednostajnie przez hrabstwo. Ich podróż zaczęła się w Mildenhall dwa tygodnie temu, a najnowsze raporty z nim związane (pochodzące z zeszłej nocy) mówiły o okolicach na północ od Ipswich. Inne kropki trudniej było zinterpretować. Zauważenia i skradzione przedmioty pojawiały się, wydawać by się mogło, losowo w całym hrabstwie, ale mniej więcej w tym samym czasie.
- Nieźle, Black. - mruknął Moody, przyglądając się fioletowym przewidywaniom. Wyciągnął z kieszeni zwinięty kawałek pergaminu. Zawierał te same wiadomości, ale co zdumiało Syriusza to niezwykła zgodność z tymi, które wydedukował z dostarczonych informacji. - Wiesz co to znaczy, prawda? - spytał Moody.
- Że ja i Frank wybierzemy się na krótkie wakacje?
- Tak, ale też to, że następnym razem, kiedy mi powiesz, że nie jesteś w stanie czegoś zrobić będę wiedział, że to po prostu lenistwo.
- Szlag. - wymamrotał Syriusz. Status małpy całkiem się posypał. Teraz będzie musiał wykonywać prawdziwą pracę. Ale się wkopał.
A potem Moody pochylił się bliżej i szepnął szorstko:
- Olśniło mnie co do Rosjan. Może mi to zająć tydzień lub dwa, ale dam ci znać jak mi pójdzie.
Syriusz odwrócił głowę, by spojrzeć na Moody'ego ze zdumieniem i pożałował tego, bo znalazł się bliżej pokiereszowanej twarzy niż by chciał.
- Naprawdę? - spytał mimo to. – Co wymyśliłeś?
- Lepiej żebyś nie wiedział, dopóki wszystko nie będzie załatwione. Ale pewnie chcesz wiedzieć, że spróbuję.
Syriusz nie wiedział co powiedzieć. Zdał sobie sprawę, że zwykle nieprzyjemna twarz Moody'ego była najcudowniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek widział. To znaczy do momentu, kiedy poczuł ostry ból w kostce i spojrzał w dół, by zobaczyć laskę Moody'ego naciskającą na jego but i wbijającą się w kość.
- Możesz się tak patrzeć na tę dziewczynę, ile ci się podoba. - warknął Moody - Ale jeśli zaczniesz tak robić i na mój widok, to pożegnasz się z moim planem.
- No tak, przepraszam szefie. - zapewnił szybko Syriusz. - Um... dziękuję. Wiem, że uważa pan to za głupie.
- Tak. - zgodził się Moody, zabierając laskę. - Ale to idealne cię opisuje, więc już się przyzwyczaiłem.
Syriusz uśmiechnął się szeroko.
- Jasne, staruszku.
- Po prostu rób swoje, Black. - burknął Moody i oddalił się.
10 października
- Przynajmniej jest lepiej niż w Irlandii. - uznał Frank, kiedy siedzieli z Syriuszem obok siebie w niewielkim zalesionym miejscu na północ od Ipswich i piekli kiełbaski nad magicznym ogniem. Przez większość dnia oficjalnie występowali jako aurorzy. Rozmawiali z mieszkańcami o dziwnych rzeczach, które działy się w okolicy. „Miło kiedy ludzie cię szanują" pomyślał Syriusz, potrząsając lekko patelnią, tak żeby kiełbaski poruszyły się odrobinę i jeszcze bardziej popękały.
- Jesteś w tym całkiem niezły. - zauważył Frank. - Nie wiedziałem, że umiesz gotować po mugolsku.
- To nie jest gotowanie po mugolsku, Longbottom. - poprawił Syriusz. - Mamy ogień w słoiku, do cholery.
- No tak, ale to dalej gotowanie. - naciskał Frank, podejrzliwie przyglądając się patelni.
- W sumie. Wczoraj Hermiona zrobiła kiełbaski, a ja się przyglądałem. Nic trudnego. - rzucił od niechcenia Syriusz, chociaż nie miał pewności jak się upewnić, czy kiełbaski są już gotowe. Znów potrząsnął patelnią nad słoikiem.
- Czyli co, teraz z nią mieszkasz? - spytał Frank, rozsiadając się na trawie ze swoim kubkiem herbaty, najwyraźniej zadowolony, że Syriusz sam da sobie radę z tym skomplikowanym zadaniem. Nie zagotowali wody na herbatę nad ogniem, po pierwsze dlatego, że nie mogli postawić dzbanka na skraju słoika, po drugie, bo nie wiedzieli, czy dało się ugotować wodę w dzbanku z chińskiej porcelany nad ogniem, a po trzecie dlatego, że magia działała szybciej.
- Tak jakby. - odparł Syriusz. Nakłuł kiełbaski widelcem, bo wydawało się, że tak trzeba, choć nie wiedział jaki w tym sens, z wyjątkiem robienia w nich dziur. Dlatego, kiedy ich skórka popękała, a syczenie i plucie tłuszczem się wzmogło, przestał.
- Jak można tak jakby z kimś mieszkać? - zdziwił się Frank. - A, masz na myśli, że zostaje do rana.
Syriusz wymijająco wzruszył ramionami. Frank i tak nie lubił sprośnych tematów, ale Syriusz nie miał nastroju na rozmowę o swojej udawanej dziewczynie. Nie dlatego, że była Hermioną Fehr, czy z powodu innych kłamstw, ale bardziej dlatego, że obecnie czuł się niepewnie.
Po niejasnej obietnicy, że Moody zażegna szpiegowski problem Hermiony, którą stary auror złożył poprzedniego popołudnia, dzień Syriusza znacznie się pogorszył. Już wcześniej był nie w sosie, bo umarł mu przyjaciel, ale biorąc pod uwagę, że w następnej kolejności miał pójść na Grimmauld Place i przepisać cały swój dobytek na Polluxa, naprawdę nie liczył na poprawę nastroju. Podpisanie kontraktu, który wiedziałeś, że złamiesz nigdy nie było przyjemne, ale tym razem poszło wręcz okropnie. Wstydził się tego jak bardzo niepokoiła go wizja utraty całego złota.
Może i często powtarzał, że pieniądze nie miały znaczenia, ale łatwo było tak mówić, jeśli miało się ich dość by żyć spokojnie do końca swoich dni. Wiedział, że wszystko stanie się o wiele trudniejsze, kiedy Pollux dowie się (a to musiało się stać prędzej czy później), że Hermiona nie była Fehrówną, a w związku z tym, że Syriusz go okłamał i przejmie wszystko co należało do Syriusza. A jego dziadek był dokładny i nie chodziło tylko o konto w banku, ale też o mieszkanie. Jeśli kontakt zostanie złamany, wszystko co zakupiono za pieniądze, które kiedyś należały do Blacków stanie się własnością Polluxa. Jednym miniaturowym plusem tych dokładnych wytycznych było to, że Syriusz mógł zatrzymać swój motor, bo właściwie to kupił go dla niego James dzięki swoim niezwykłym zdolnościom nalewania piwa i nadnaturalnej umiejętności ignorowania atrakcyjnych dziewcząt, które nie nazywały się Lily. Mimo to Syriusz denerwował się tym jak będzie wyglądać jego życie bez bezpieczeństwa, które dawało mu złoto.
Właściwie to „denerwował" nie oddawało powagi sytuacji. „Doświadczał ataku paniki" bardziej pasowało. Problem polegał na tym, że obiecał Hermionie, że się nią zajmie, a pieniądze były mu do tego potrzebne. Nie powiedział jej o kontrakcie. Nie odważył się, bo wzięłaby to za kolejne ryzyko, kolejny powód do powrotu. I szczerze powiedziawszy tak właśnie było.
Jaka kobieta chciałaby zostać z facetem, który nie dość, że samolubnie poprosił ją, by chowała się przed wszystkimi prześladowcami do końca życia, to nawet nie powiedział jej, że pewnie będzie musiała to robić w przytułku, jadłodajni dla bezdomnych czy w cholernym tekturowym pudle pod mostem? Jeść fasolę z puszki i ogrzewać ręce nad ogniem płonącym w śmietniku jak włóczędzy. Nie, nawet nie jak włóczędzy. Będą włóczęgami. Syriusz zanotował w umyśle, że musi kupić im obojgu bezpalce rękawiczki zanim Pollux wszystko mu zabierze. Tyle przynajmniej mógł zrobić, by zapewnić im odpowiednie ubranie. Może przy okazji powinien zastanowić się też nad długimi płaszczami w stylu Mundungusa i wózkami zakupowymi.
Po tej przygnębiającej wizycie u dziadka Syriusz wrócił do dziwnie czystego mieszkania. Tylko w salonie zalegały sterty rzeczy, z którymi Hermiona nie miała pojęcia co zrobić. Czekające go obowiązki wcale nie poprawiły mu humoru. „Nie w sosie" nie opisywało już jego nastroju, bo teraz czuł się stanowczo źle. Dręczyło go poczucie winy, że ukrywał przed nią kontrakt, przygnębienie z powodu Raba i wkurzenie na siebie, bo chciał jechać z cholernym Frankiem do cholernego Suffolk, a jeśli Hermiona postanowi wrócić, to zostały im już tylko trzy weekendy razem, z czego on zmarnuje jeden na biwak z facetem.
Jednakże Hermiona zrobiła mu kiełbaski, co tak go pocieszyło, że aż (w bardzo Syriuszowym stylu) zasnął na kanapie i nie obudził się do rana (cholernie wygodna kanapa) i w efekcie nie dał rady nawet z nią porozmawiać, nie mówiąc już o wykorzystaniu bycia trochę smutnym i może w połowicznie uśpionym, by sytuacja w łóżku rozwinęła się na jego korzyść. Jego łóżku, w którym spała bez niego. Co więcej wracali z Frankiem dopiero we wtorek rano, czyli dokładnie w cholerną pełnię, co oznaczało, że zobaczy Hermionę tylko przelotnie. Potem będzie musiał udać się w dzikie odstępy, by serwować herbatę wilkołakowi cierpiącemu na zastałe stawy i prawdopodobnie wyjątkowo ciężki przypadek gderania. Nie to, żeby oczywiście nie oczekiwał tej wyprawy z niejaką niecierpliwością, ale termin był wyjątkowo niekorzystny.
Syriusz jadł odrobinę nadpaloną kiełbaskę z ogniska słuchając, jak Frank opowiada o Neville'u i o tym jak Alicja przysięgała, że nazwał ją „Mamą". Frank jednak twierdził, że malec nie potrafił jeszcze powtórzyć tego słowa, a jego żona powoli traciła zmysły bo za długo przebywała w zamknięciu.
Kiedy skończyli ten tłusty i nieco nadpalony obiad i zapadła ciemność, Syriusz i Frank zabrali się za drugą część swojego zadanka, tę na zlecenie Zakonu. Aurorzy nie mają prawa przeszukiwać podwórek, ale po służbie byli zwykłymi obywatelami (bo Zakon oficjalnie nie istniał) i mogli robić co chcieli. O ile nie zostaną złapani.
Aportowali się do Lavenham, tam gdzie prowadził szlak skarg. Hałasy, które zgłaszali zarówno czarodzieje jak i mugole w całym kraju opisywano jako coś pomiędzy odgłosem paznokci na tablicy, klikaniem i duszonym kotem. Ostatnie Syriusza nie dziwiło, bo zaginione koty również były częścią tej dziwnej tajemnicy. Nie miał jednak pojęcia po co Śmierciożercom klikające, podduszone kociaki i tablice.
Wcześniej tego dnia już odwiedzili Lavenham i zadawali pytania, ale warto było to jeszcze sprawdzić. Chociaż czarodzieje czuli respekt przed aurorami, to robili się przy nich nerwowi i rzadko opowiadali pracownikom Ministerstwa wszystko ze szczegółami. Rano Syriusz i Frank rozmawiali na obrzeżach miasta z podejrzaną kobietą. Wahała się, ile im powiedzieć, mimo że wcześniej sama zgłosiła, że ogołocono jej barek. Mimo to niechętnie wpuściła ich do domu i obaj mężczyźni stracili koncentrację, kiedy po wejściu do kuchni zobaczyli tace ze świeżo upieczonymi biszkoptami stojące na każdej płaskiej powierzchni. Kiedy spytali po co je zrobiła (dla odwiedzających aurorów, miał nadzieję Syriusz, choć pewnie chodziło o jakieś wydarzenie) i wyjaśniła, że po prostu lubi piec i niestety nie okazała babcinego zainteresowania nakarmieniem ich. Pokazała im barek. Skradziono jej nie tylko brandy, ale i sherry, co chyba bardziej ją rozzłościło. Chcieli rozejrzeć się po domu w poszukiwaniu dalszych wskazówek, ale prawie wyrzuciła ich za drzwi, mówiąc, że niegrzecznie jest wściubiać nos w nie swoje sprawy. Frank był przekonany, że z pewnością podszywała się pod prawdziwą panią jak-ona-się-tam nazywała, a prawdziwa siedziała związana w szafie, ale Syriusz uważał, że po prostu uprawiała zioło na strychu. Nikt nie potrzebował tylu biszkoptów.
Jednakże skradanie się po mieście nie dostarczyło dwóm aurorom więcej informacji niż rozmowa z mieszkańcami. Wioska był mała i senna, chociaż teraz zamieszkiwało ją mniej kotów i kurczaków niż tydzień temu.
Przenieśli się do Whepstead, gdzie znaleźli coś bardziej intersującego, nawet jeśli tylko w porównaniu. Na pustym polu za mugolskim gospodarstwem, z którego zniknęły kilka przybory ze stajni (ogłowia i kilka kocy) znaleźli z Frankiem kilka drewnianych listewek, na które rzucono zaklęcia umacniające. Ciekawe, mimo że nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków, z wyjątkiem tego, że w okolicy przebywali władający magią ludzie, którzy potrzebowali silnego drewna. Listewki mogły służyć do różnych rzeczy. Najprawdopodobniej do zbudowania jakiegoś schronienia, bo Śmierciożercy nie byli znani jako doświadczeni biwakowicze. „To wyjaśniałoby też koce", uznał Syriusz. Aurorzy zapakowali długie kawałki drewna, by zabrać je z powrotem do Ministerstwa i ruszyli dalej tropem nieludzkich hałasów zasłyszanych przez ostatnie dwa tygodnie.
Do poniedziałkowego wieczora Syriusz i Frank dalej wypełniali obowiązki aurorów w dzień i przekradali się pod płaszczem ciemności. Na tym etapie Syriusz rozumiał już, dlaczego Śmierciożercy kradli brandy. Biwakowanie było cholernie nudne.
13 października
- Lepiej, żeby wasza dwójka miała dla mnie dobre wieści. - burknął we wtorkowy poranek Moody, wkraczając do swojego biura i z impetem zamykając za sobą drzwi. Frank i Syriusz zameldowali się w pracy prosto z misji i przysypiali na krzesełkach przed biurkiem czekając aż szef do nich dołączy.
Syriusz obudził się z nagłym, głośnym okrzykiem.
- Panu też dzień dobry. - mruknął, prostując się nieco.
- Nie w ten poranek, Black. - warknął na niego Moody. - Nie mam nastroju na twoje wygłupy.
„A kiedykolwiek masz?" pomyślał Syriusz, ale nic nie powiedział, tylko skulił się nieco pod wściekłym spojrzeniem Alastora Moody'ego.
- Co się stało, Moody? - spytał zaniepokojony Frank, przecierając twarz w próbie zachowania przytomności.
- Cholerny Scrimgeour się stał. Dziś rano rozwalił swoją przykrywk rano musiałem bezużytecznego skurczybyka wyciągnąć.
- Dlaczego? - spytali jednym głosem dwaj młodzi aurorzy. Syriusz cieszył się, że Scrimgeour wpakował się w kłopoty. Był z niego niezły lizus.
- Niech was o to głowa nie boli. - uciął Moody, ale ciągnął mamrotanie pod nosem. - Co za auror potrzebuje pomocy, kiedy na ogonie siedzi mu tylko trzech Śmierciożerców? Cholerny beznadziejny głupiec.
Syriusz i Frank wymielili spojrzenia. Blackowi wydawało się, że trzech Śmierciożerców było świetnym powodem do poproszenia o pomoc, nawet jeśli ktoś nazywał się Lizus Scrimgeour, ale ponieważ nie należało kłócić się z wkurzonym Moodym, zmienił temat.
- Dowiedzieliśmy się paru rzeczy w Suffolk. - oznajmił optymistycznie.
- Dowiedzieliście się paru rzeczy? No to świetna robota. - odparł sarkastycznie Moody.
Syriusz prawie kazał mu się odwalić i samemu jechać na biwak, jeśli zamierzał się tak zachowywać, ale na szczęście wtrącił się Frank.
- Tak, proszę pana. Przy szlaku natrafiliśmy na kilka interesujących magicznych dowodów na to, że Śmierciożercy przemieszczali się w stronę wybrzeża. Według mieszkańców, kilka razy ich zauważono i to z pewnością oni, ale nikt nie zaginął i nie sprawiali kłopotów. Po prostu podróżowali. Mamy trochę śladów, które można dalej zbadać, ale doszliśmy do wniosku, że było ich tylko trzech. Dwóch w ruchomej bazie i trzeci, który aportował się po hrabstwie i kradł. Jeśli zachowają obecne tempo, powinni dotrzeć do wybrzeża za tydzień.
Syriusz spojrzał na Franka ze zdumieniem. Kiedy tak to ująć to naprawdę posunęli sprawę naprzód podczas swojej misji zbierania drewna (bo na to składało się większość ich dowodów, połamane deski z różnych miejsc na szlaku i dwie butelki brandy).
- Cóż - powiedział Moody, który w dość oczywisty sposób nie był w stanie znaleźć błędów w ich wywodzie. - w porządku. Wróćcie do mnie, kiedy zgromadzicie więcej. Przez cały dzień mam spotkania, więc oczekuję raportu, kiedy wrócę o piątej. - przerwał, a potem dodał energicznie. - I na litość Merlina, weźcie prysznic zanim znów tu przyjdziecie, obaj śmierdzicie. A teraz zjeżdżajcie! - poparł ten rozkaz waląc laską w blat biurka i obaj Frank i Syriusz w sekundę zerwali się na nogi i umknęli z gabinetu.
- Merlinie - westchnął Syriusz pół godziny później, wycierając ręcznikiem włosy w łazienkach pracowniczych. - Nie widziałem Moody'ego w takim stanie od dnia, w których Crouch przeforsował to piekielne prawo.
- No wiem. - zgodził się Frank, rozciągając twarz w tym nienaturalnym wyrazie jaki przybierali wszyscy mężczyźni podczas golenia. Próbował w poplamionym ze starości wspólnym lustrze zobaczyć pokryte zarostem miejsce pod brodą. - Myślisz, że to tylko przez Scrimgeoura, czy chodzi o coś jeszcze?
- Cholera wie. - mruknął Syriusz, wrzucając ręcznik do kosza na pranie. - Chyba powinniśmy zająć się tymi dowodami, bo nigdy nie pozwoli nam iść do domu. - po pierwszym od trzech dni prysznicu, Syriusz czuł się znacznie bardziej przytomny, ale bardzo nie chciał ciągnąć uciążliwego magicznego badania drewna. Może mogli zaprząść do roboty młodzików?
Okazało się, że mogli. Trzech entuzjastycznych drugoroczniaków zgłosiło się do pracy, więc Syriusz i Frank spędzili dzień przysypiając za biurkami, ciesząc się faktem, że Moody'ego nie było i czekając aż zostaną im przyniesione efekty pracy. Cudownie było mieć pomocników.
Tego wieczora Syriusz i Frank razem opuścili Ministerstwo. Odbyli o wiele bardziej zrelaksowaną rozmową z Moodym, którego gniew najwyraźniej przygasł w trakcie dnia i teraz był dość zadowolony z roboty jaką wykonali (nawet jeśli większość raportu też napisali za nich drugoroczniacy, o czym Moody nigdy nie miał się dowiedzieć). Frank towarzyszył Syriuszowi w drodze do domu, by odebrać teleskop, który kiedyś próbował zaatakować Syriusza.
Teleskop, jak się okazało, należał do Franka. Podczas rozmów przy ognisku Syriusz opowiadał o tym jak Hermiona szukała miejsca dla wszystkich jego rzeczy. Frank nie wierzył, że naprawdę było tak źle, więc Syriusz musiał powiedzieć mu o tym jak Remus bał się sterty prania i wspomnieć wszystkie obrażenia, które uzyskał poprzez siadanie bez sprawdzenia na czym wyląduje. W ten sposób dotarł do Teleskopowego Ataku. Franka tak to rozbawiło, że Syriusz był pewien, że mu nie uwierzył. Cóż, niedługo sam zobaczy.
W ten sposób nie tylko udowodnił swoją naturę zbieracza (coś czego raczej nie powinien nikomu udowadniać, ale mniejsza o to), ale i pozbył się jednej rzeczy. Syriusz był z siebie dość dumny, bo wydawało mu się, że Hermionie zaimponuje wykazana przez niego inicjatywa. Biorąc pod uwagę, że dotychczas to ona wykonała całą pracę, usunięcie jednego przedmiotu nie miało zbyt dużego znaczenia, ale warto było spróbować.
Aportowali się z Frankiem w zaułku obok Syriuszowego budynku i skierowali się w stronę pokrytych graffiti drzwi.
- Ciekawe miejsce. - zauważył Frank, zerkając na dwie mugolki wychodzące z piekarni. Mocny czarny makijaż dookoła ich oczu i niezmiernie wysokie włosy sprawiły, że Syriusz się uśmiechnął. Jakże on kochał tych dziwnych mugoli.
- Znasz mnie, Longbottom. - odparł z uśmiechem. - Nie mógłbym mieszkać w tak nudnym miejscu jak ty.
Frank tylko się zaśmiał i ruszył za Syriuszem po schodach, a potem korytarzem do drzwi mieszkanka. Syriusz był zmęczony, ale strasznie zadowolony z powrotu do domu, nawet jeśli tylko po to by przywitać się z Hermioną przed odwiedzinami u Remusa. James znów dziś przychodził, a to plus, a z Eliksirem Tojadowym pełnie nie były już tak wyczerpujące jak kiedyś, więc już nie mógł się doczekać.
Syriusz zapukał, a Frank posłał mu zdumione spojrzenie.
- Pukasz do własnego mieszkania?
Syriusz wzruszył ramionami.
- Ochrona... no wiesz, lepiej się zabezpieczyć.
- Prawda. - zgodził się Frank.
- Remus rutynowo rejestruje rygorystyczny risercz. - dobiegł głos Hermiony z drugiej strony.
Syriusz zerknął na Franka, który wyglądał na całkiem oszołomionego i zaśmiał się.
- Co za nuda, może lepiej... um... Remus robi rozróby regularnie rozrywając rękawy.
Hermiona zachichotała.
- Nie, wcale nie, naprawiliśmy to! - Syriusz znów się zaśmiał. - Pamiętasz? Remus rzadko… um… rozbija się rankiem.
- Ćwiczyłaś? - spytał Syriusz, kiedy drzwi się otworzyły i stanęła w nich Hermiona, która szeroko uśmiechała się na jego widok. Nagle uderzyło go to, jak bardzo za nią tęsknił i przez chwilę tylko się szczerzył. Ale się cieszył, że wrócił do domu.
Najwyraźniej czuła to samo, bo zawołała radośnie:
- Dzięki Bogu wróciłeś! Dlaczego nie powiedziałeś, że zjawisz się w domu dopiero dziś wieczorem?
Zanim udało mu się wydusić „Myślałem, że wspominałem, ups, przepraszam" zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go. Gdyby spodziewał się takiego powitania, kazałby Frankowi się odwalić, ale w takiej sytuacji nie zamierzał wybrzydzać. Kiedy w chwilę później pocałunek przemienił się ze względnie grzecznego zetknięcia się ust do pełnego migdalenia się, Syriusz zdecydował, że Frank nie miał znaczenia i jeśli naprawdę chciał... to po co w ogóle przyszedł... to mógł poczekać cholerną minutę.
Syriusz objął Hermionę i odwzajemnił jej entuzjastyczne powitanie. Z roztargnieniem zastanowił się, dlaczego postanowiła tak się na niego rzucić i to jeszcze w otwartych drzwiach, skoro wkrótce znów musiał wyjść, ale biorąc pod uwagę, że wplątała palce jednej ręki w jego włosy, a drugą obejmowała go pod płaszczem, nie zajmował się tym zbyt długo. Usta miała miękkie i prawie naglące. Syriusz zatracił się w doznaniach, zapominając o wszystkim poza nią, koncentrując się tylko na tym jak reagowała na jego chętną odpowiedź. Kiedy wydała z siebie ten niesamowity cichutki dźwięk, który kuriozalnie zaburzał jego umiejętność myślenia, nie był w stanie ocenić, ile czasu minęło. Nagle rozległo się uszczypliwe kasłanie i Syriusz zdał sobie sprawę, że jego dłoń jakoś dotarła pod jej koszulkę i na plecy i właściwie obmacywali się na oczach jego kolegi.
Hermiona oczywiście też usłyszała kasłanie, bo odsunęła się od niego, a na jej szyję i policzki zaczął powoli wypływać rumieniec. Najwyraźniej po raz pierwszy zauważyła, że mieli towarzystwo.
Zerknęła na niego, a on zaśmiał się bez tchu.
- Um... cześć, wróciłem.
- Witaj. - szepnęła, a wtedy Frank zaśmiał się tubalnie. Ukryła twarz w ramieniu Syriusza i mruknęła. - Jasna cholerna, mogłeś coś wspomnieć.
Syriusz tym głośniej się roześmiał. Z jakiegoś powodu strasznie go bawiło jak Hermiona przeklinała.
- Będę się zbierał, Black. - oznajmił Frank, dalej niezwykle rozbawiony.
- Nie chcesz swojego... - po co Frank w ogóle przyszedł? Syriusz nie miał pojęcia.
- Teleskopu? Mam go. Leżał sobie tam na półce. Stwierdziłem, że nie będziesz miał nic przeciwko.
- A, racja. To w takim razie czemu nam przerwałeś? - powiedział trochę zirytowany Syriusz.
- Bo to zabawne i nie wydaje mi się, by twój sąsiad chciał wracając do domu zobaczyć, jak uprawiacie seks na korytarzu. - stwierdził Frank, oddalając się w stronę schodów, uprzednio machnąwszy im ręką i puściwszy oko.
Syriusz szczerze wątpił, by Zszywkotwarz miał coś przeciwko. Sam wielokrotnie wracał do domu, by napotkać taki obrazek i jego sąsiadowi nigdy nie było z tego powodu przykro.
- Więc... - odezwał się Syriusz, zamknąwszy drzwi. Dalej był oszołomiony jej radosnym powitaniem. Oszołomiony, ale zadowolony. - to coś nowego...
Hermiona uśmiechnęła się nerwowo. Policzki dalej miała różowe.
- Ja... huh, chyba to jest... um... właściwie to, my... - urwała.
Syriusz nie wiedział co bardziej go ucieszyło, pocałunki (oczywiście świetne), czy też może to, że zabrakło słów? To było definitywnie na drugim miejscu.
- Więc... - powtórzył, zdając sobie sprawę, że nie tylko ona miała problem z wysłowieniem się. Chciał powiedzieć „No to co to znaczy? Będziemy to robić regularnie? Czy mogę cię wreszcie nazwać moją dziewczyną?" Ale ponieważ każda z tych wypowiedzi brzmiała głupio i dziecinnie, nawet w jego głowie, to jedyne co dał radę wymyślić to - Fajnie było.
Hermiona przytaknęła nieznacznie i odparła:
- Wybacz, chodzi po prostu o to, że wszystko idzie nie tak, um... przeszkody... i martwiłam się o ciebie przez cały dzień. Powiedziałeś, że wrócisz dziś rano!
Mówiąc odsunęła się od niego na kilka kroków, więc sięgnął i złapał jej dłoń, by przyciągnąć ją na powrót.
- Wróciliśmy, ale i tak musiałem iść do pracy. - wyjaśnił, myśląc, że nigdy się tak nie cieszył tym, że kogoś zmartwił. - Chociaż wiem co masz na myśli. - dodał po chwili. - Gdyby cholerny Moody nie pojawił się tamtego dnia... - nie wiedział, jak skończyć to zdanie i nie zabrzmieć bezczelnie, więc dodał z szelmowskim uśmiechem. - Więc mówisz, że jeśli się spóźnię to czekają mnie takie konsekwencje? Gdybym o tym wiedział, częściej zostawałbym po godzinach. - Nie mógł powstrzymać myśli, że był idiotą. Czekanie na odpowiedni moment, co za kretyństwo.
Dalej się uśmiechała.
- No właśnie, zostaw mnie na trzy dni bez niczego do roboty oprócz martwienia. Czego się spodziewałeś?
Syriusz pochylił głowę i znów ją pocałował, przerywając tylko na tyle, by powiedzieć.
- Chociaż bardzo chciałby zostać i jeszcze posłuchać, jak mnie besztasz, to czeka na mnie pewien wilkołak, a to jak on mnie karci sprawia mnie znacznie mniej przyjemności.
- Wiem... - odezwała się Hermiona, ale przerwał jej kolejnym rozpraszającym kontaktem usta-usta, co chyba jej nie przeszkadzało. Znów wplotła dłoń w jego włosy i przyciągnęła go bliżej. Ale dokładnie wtedy, kiedy zaczynał się zastanawiać jak bardzo wkurzy się Remus, jeśli spóźni się tak z godzinę (i będzie zupełnie do niczego w związku z euforią po seksie) odsunęła się i spytała. - Jutro masz wolne z powodu wyjazdu, prawda?
Merlinie, czy próbowała doprowadzić go do szaleństwa?
- Co cię opętało, Granger? - mruknął, a potem znów pokonał dzielącą ich odległość. Ten pocałunek był lepszy niż wszystkie wcześniejsze razem wzięte. Nie zaczął się z konieczności czy zniszczonego przez alkohol osądu. Po prostu chciała go pocałować.Cholernie boskie.
- Um... badania? - szepnęła z wahaniem, kiedy oderwali się od siebie, by zaczerpnąć tchu.
- Badania? - powtórzył niepewnie. Część jego umysłu odpowiedzialna za słowa milczała i jedyne z czego zdawał sobie sprawę to ciepły, łaskoczący szlak zostawiany przed jej palce, kiedy przesunęła je z jego głowy na szczękę i szyję.
- Tak. - potwierdziła, chwiejnym tonem, bo jego dłonie znów zabrnęły pod jej koszulkę i w górę pleców, przyciągając ją jeszcze bliżej. - Lubię być przygotowana, zebrać tyle informacji jak to tylko możliwe.
- Dalej nie rozumiem. - przyznał, pochylając głowę, by wycałować szlak biegnący w dół jej szyi, aż do obojczyka.
- Cóż... - głos jej zadrżał, kiedy Syriusz powtórzył tę samą drogę z powrotem aż do jej ust. Czuł pospieszny rytm krwi pod skórą. - Ponieważ twierdzisz, że zostaję, muszę się upewnić na co się piszę. Nienawidzę być niedoinformowana.
- Chyba powinno mnie to zdziwić. - powiedział z cichym śmiechem, który poczuła na ustach. - Ale jakoś nie dziwi.
- Jakbyś całkiem mnie nie znał. - mruknęła, próbując zabrzmieć surowo, ale przesunął usta na jej szyję, a jej głos nagle stał się wyższy. - Może powinieneś sobie powtórzyć. Pożyczę ci notatki.
- Proszę powiedz mi, że tego w nich nie opisałaś. - jęknął, opierając czoło na jej ramieniu i myśląc o ich kuriozalnej kłótni i jak wyszedłby na kompletnego dupka na piśmie, nawet jeśli nie wspomniała o rzyganiu ani o jej własnej roli w tej katastrofie. - Wiedziałem, że wszystko rejestrujesz, ale...
- Nie, oczywiście, że nie. - odparła cicho, stykając się z nim czołem. - Tak w ogóle to dalej mi przykro za tamto. Cały czas miałeś rację.
- Miałem? - spytał, a kiedy poruszyła głową jej włosy nieco stłumiły jego głos.
- Tak. - powiedziała cicho. - Nie pamiętasz co powiedziałeś na przyjęciu?
- Pewnie nie. - odparł szczerze.
- Powiedziałeś, że masz jeszcze sześć tygodni na przekonanie mnie, żebym została i zamierzasz to zrobić.
- Naprawdę? - skrzywił się. - Merlinie, nigdy więcej nie piję z Moodym. Nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy, nie?
- Nie, trochę się zdziwiłam.
- Nie dziwię ci się. - odparł, a potem zaśmiał się nerwowo. - Nie powiesz nikomu jakim jestem sentymentalnym głupkiem, prawda?
- Myślę, że masz na mnie dość brudów, by wiedzieć, że twój sekret jest bezpieczny. - powiedziała, odsuwając się, by dobrze mu się przyjrzeć. - Chociaż to było dość urocze.
- Ugh, urocze! - jęknął Syriusz, znów się prostując. - Nigdy więcej tak nie mów. - cały czas próbował zmarszczyć brwi, co w obecnej sytuacji było dość niemożliwe.
- Pewnie. - odparła z uśmiechem i stanęła na palcach, by pocałować go w policzek.
- No to świetnie. - wyszczerzył zęby. - Ale nie, niestety nie mam jutro wolnego. - westchnął ciężko. - Moody postawił sobie za punkt honoru, że przeszkodzi mi spędzać z tobą czas. Chyba teraz go rozumiem... i dalej musze jutro iść na Grimmauld Place. Ale z drugiej strony - dodał z szelmowskim uśmiechem. - mogę się spóźnić?
- Nie liczy się, jeśli mnie ostrzeżesz. Wtedy to nie spóźnienie, prawda?
- Racja. - zaśmiał się. - No to będę w domu punktualnie o szóstej.
- Wspaniale. - udało jej się powiedzieć zanim znów uchwycił jej usta w pocałunku. Lunatyk nie przejmie się kolejnymi pięcioma minutami.
