Od tłumacza: Hej! Chciałam Wam tylko dać znać, że kolejny rozdział najprawdopodobniej ukaże się w czwartek wieczorem, chyba że się nie wyrobię, bo wtedy dopiero w poniedziałek. Wyjeżdżam do Poznania (Pyrkon, jej!) i wrócę późno w nocy w niedzielę, a raczej nie będę miała ani siły ani głowy do odpalania komputera. Dlatego jeśli nie zobaczycie go najpóźniej w piątek rano, będziecie wiedzieć, że trzeba poczekać do poniedziałku. Z góry przepraszam!
Piotrvs: Hej, dzięki za wypunktowanie pomyłek, mój beta jest ostatnio piekielnie zarobiony i się nie wyrabia 😊.
13 października
Po wyjściu Syriusza Hermiona siedziała skulona w fotelu, próbując skoncentrować się na literach czytanej książki. Po raz pierwszy miała z tym jednak problem. Albo udawała, że czyta (by wydawać się zajęta, kiedy podsłuchiwała, albo by uniknąć rozmowy lub irytującej paplaniny Syriusza) albo naprawdę czytała. Nigdy nie próbowała zasiąść do lektury, by znać sobie sprawę, że nie może się skupić. Nie pomagał fakt, że uśmiechała się tak szeroko, że policzki zachodziły jej na oczy i niezbyt dobrze widziała słowa. Ale prawdziwy problem polegał na tym, że jej umysł zaciął się na wydarzeniach sprzed piętnastu minut, kiedy to przystojny mężczyzna uśmiechał się do niej głupkowato i obiecywał, że po jego powrocie od Remusa dokończą to co zaczęła.
Napadając na Syriusza w drzwiach, Hermiona zaskoczyła nawet siebie, a nie miała pojęcia co on musiał sobie pomyśleć. Przez większość spędzonego w jego mieszkanku dnia była na niego zła i wręcz tym emanowała. Nie miała nic do roboty i nic nie odwracało jej uwagi od tego, że obiecał wrócić z Suffolk rano. Jednakże kiedy wybiła czwarta po południu, jej irytacja przemieniła się w niepokój i zamiast gotować się ze złości zaczęła się zamartwiać. A potem usłyszała jego głos na korytarzu, Syriusz zapukał do drzwi i nagle to wszystko wyparowało. Po prostu cieszyła się, że wrócił i nic więcej nie miało znaczenia. Nie mugole, nie Śmierciożercy, nie strach przed tym jak będzie wyglądało jej życie jeśli zostanie i wszystko pójdzie nie tak jak powinno. Albo gorzej, co jeśli wróci do 2001 roku i dowie się, że kiedy jej nie było on się ożenił. Więc kiedy otworzyła drzwi i zobaczyła jego zmęczoną, ale zadowoloną twarz i zauważyła, że patrzył na nią jak najszczęśliwszy człowiek na świecie, bez zastanowienia się na niego rzuciła.
A teraz, gdyby tylko dała radę przestać się uśmiechać i pomyśleć, mogłaby rzucić się w wir wymyślania spodoba na zamieszkanie tu tak, by Ministerstwo nie zorientowało się, że bawiła się czasem. Zastanawiała się, czy nie mogłaby po prostu powiedzieć im prawdy. Przecież skoro zakończyła wojnę, nie przejęliby się jej metodami. Wiązało się z tym jednak zbyt duże ryzyko. Gdyby zdecydowali, że mimo najlepszych intencji, złamała prawo, będzie musiała odejść, bo inaczej ją zamkną. Dlatego zostawiała to sobie jako ostateczność. Frederika stanowiła kolejną opcję, chociaż Hermiona sądziła, że proszenie Szwajcarki, o kolejną przysługę było niegrzeczne. Już potwierdzając opowieść Hermiony przez ostatnie pięć miesięcy dużo ryzykowała, a im dłużej dziewczyna polegała na tej tożsamości tym większa istniała możliwość, że ktoś ją przejrzy. Dlatego też i to trafiło do planu b.
Hermiona wiedziała, że nawet gdyby udało się załatwić sprawy z Ministerstwem to i tak zawsze musiałaby uważać, bo mugolskie tajne służby szukały rosyjskiego szpiega imieniem Hermiona Granger. Chociaż sądzili, że to nie było jej prawdziwe imię, tylko tożsamość skradziona niewinnemu dziecku, radośnie bawiącemu się klockami gdzieś w Kensington, niebezpiecznie było go używać. A jej twarzy szukali pod każdym nazwiskiem. Będzie pewnie musiała zmienić wygląd, co trochę ją przerażało, ale nie oznaczało końca świata i trzymać się z daleka od świata mugoli na tyle na ile to możliwe. Co nawet nie było takie straszne, bo i tak należało pozostać w ukryciu, póki wszyscy Śmierciożercy nie zostaną złapani.
Zastanawiała się co dotychczas wymyślił Syriusz. Nawet jeśli przez większość czasu udawał, że to nieprawda, był inteligentny, a łamanie zasad należało do jego specjalności, więc przepełniała ją nadzieja, że przyjdzie mu coś do tej wypełnionej psotami głowy. Nawet jeśli nie będzie to pełny plan. Dobry pomysł wystarczał na początek, mogli nad nim razem popracować.
Zwykle w drodze do dobrze ukrytego domu Remusa Syriusz pozwalał swojej animagicznej postaci się wybiegać. Jednakże tego wieczora przemierzał tę trasę na dwóch nogach, bo jeszcze na trochę potrzebował swojego ludzkiego umysłu. Był zadowolony (i to bardzo!), że Hermiona przejęła inicjatywę, czego on (choć się tego wstydził) się bał, ale po głowie dalej chodził mu ten kontrakt. Czy istniał choć cień szansy, że Pollux nie dowie się, że „cała prawda", którą podzielił się z nim Syriusz była żałośnie niepełna? Czy Hermiona mogła udawać córkę Frederiki aż do śmierci jego dziadka? Może, ale ile by to potrwało?... Syriusz potrząsnął sobą w myślach. Źle było życzyć komuś śmierci tylko po to, by móc zatrzymać trochę złota.
Nie, jeśli tylko da radę znaleźć sposób by bezpiecznie została, to sobie poradzą. Aurorska pensja wystarczy. Nie potrzebował gór złota, by zapewnić Hermionie szczęścia. Uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, że może tak będzie lepiej. Przecież nienawidziła jak za wszystko płacił. Istniała też możliwość, że rodzinne złoto przejdzie na niego po śmierci matki i dziadka. Hermiona powiedziała, że w jej czasie był właścicielem Grimmauld Place. To musiało znaczyć, że nawet jeśli go wydziedziczyli to zadziałało magiczne prawo spadkowe. Będzie musiał ją spytać, kiedy umarli w jej czasie. Na pewno nie dalej niż za czternaście lat. Nawet jeśli będzie ciężko przeżyć na samej jego aurorskiej pensji, to przynajmniej widniało światełko na końcu finansowego tunelu.
Gdyby kontrakt nie był jego najbardziej naglącym problemem to jego miejsce zajęłoby załatwienie Hermionie tożsamości, a ponieważ Remus wspomniał o innym planie, Syriusz pozwolił myślom powędrować do weselszych spraw takich jak Hermiona i jej cudowny pomysł rzucenia się na niego. To właśnie ten niezwykły przebieg wydarzeń sprawił, że Syriusz przez jakiś czas wędrował radośnie i dopiero potem zauważył, że jakieś dziesięć minut temu przegapił skręt do domu Remusa.
Kiedy wreszcie dotarł do dobrze ukrytej chatki, słońce prawie już zaszło. Zapukał lekko do rozpadających się drzwi, mając w pamięci fakt, że Remus nie brał już eliksirów przeciwbólowych i pewnie tak jak w zeszłym miesiącu miał straszny ból głowy.
- Lunatyku - zawołał cicho. - to ja, Łapa. Przepraszam, że się spóźniłem.
Usłyszał kroki po drugiej stronie drzwi.
- Powinieneś. Sam sobie musiałem zaparzyć herbatę.
- Przepraszam. - powtórzył Syriusz z poczuciem winy.
- W porządku, Łapo. - odparł Remus. - Możesz zaparzyć kolejny dzbanek. Jaka była najgorsza rzecz jaka przydarzyła nam się w trakcie trwania Projektu?
Syriusz uśmiechnął się.
- Było tego trochę, Lunatyku, ale wiem o co ci chodzi... O to pod koniec czwartego roku? Już nie pamiętam... dość szybko nauczyliśmy się sobie radzić. No ale i tak musiałem dwa dni siedzieć cicho, bo jedyne co mi przechodziło przez gardło to szczek.
Remus zaśmiał się lekko, a zły humor najwyraźniej go opuścił.
- Tak, nauczyciele myśleli, że wreszcie się uspokoiłeś. Muszę przyznać, że było całkiem miło. Trochę się nawet wkurzyłem na Jamesa, że znalazł wyjście z tej sytuacji.
- A ja nie. - warknął gorączkowo Syriusz. - Wiesz, ile dziewczyny gadają, kiedy nie możesz kazać im się zamknąć? Ale mniejsza o to, przed kim musieli nas uratować Glizdogon i Rogacz na trzecim roku, kiedy przez ciebie złapano nas jak wychodziliśmy z lasu w środku nocy?
- Nie złapano nas przeze mnie. - zaprzeczył z lekką irytacją Remus. - Tylko przez ciebie, a ja po prostu nie dałem rady sprawić, by nas puszczono. Ale to Hagrid nas osaczył. - otworzył drzwi i dodał, w zamyśleniu marszcząc brwi. - Hmm, Rozproszenie Faktami było wtedy jeszcze w fazie prac. Nie zdałem sobie sprawy, że Hagrid będzie chciał rozmawiać o szpiczakach. To był dobry test, ale wyobrażasz sobie co by się stało gdybym się po nim poddał?
- Pewnie wyrzucili by nas ze szkoły ładnych parę razy, więc cieszę się, że wytrwałeś. No ale cztery godziny rozmowy o jeżach to niezła kara. - powiedział Syriusz, przypominając sobie jak zarośnięta twarz Hagrida rozjaśniła się, kiedy Remus rozpoczął tyradę na temat powodu ich nocnego pobytu w lesie (obserwacja szpiczaków w naturalnym środowisku) podczas gdy tak na prawdę chcieli się po prostu rozejrzeć. Miejsce nie zyskuje nazwy Zakazany Las, jeśli w środku nie ma jakiś mocno odjazdowych i niebezpiecznych rzeczy, a to właśnie odjazdowe i niebezpieczne rzeczy wyciągają nastoletnich chłopców z łóżek każdego ranka, więc można się było spodziewać, że będą chcieli to sprawdzić.
Gajowy złapał tylko jego i Remusa, bo James i Peter chowali się pod peleryną kilka metrów dalej. W wieku lat czternastu nie mieścili się pod nią wszyscy na raz. Z powodu swojego wzrostu Syriusz najczęściej tracił ten przywilej. James prawie mu dorównywał, ale peleryna należała do niego, a zarówno Remus jak i Peter byli wtedy niscy i chuderlawi, więc jeśli Syriusz zgadzał się na brak ochrony to i tak trzech na czterech mogło się bezpiecznie schować. Remus nie urósł aż do lata po czwartym roku. Przysięgał, że wszystko go bolało, bo jego kości rosły tak szybko, że skóra nie nadążała. A biorąc pod uwagę, że na przestrzeni trzech miesięcy przeszedł od bycia niższym od Petera do wyższym od Jamesa, Syriusz wcale by się nie zdziwił, gdyby to była prawda. Z punktu widzenia Syriusza, Peter w ogóle nie urósł. Na pierwszym roku sięgał mu do ramienia, a kiedy ostatni raz się widzieli nic się w tym zakresie nie zmieniło. Petera irytowało, że Remus, ten niski przyjaciel wrócił do szkoły głowę wyższy niż w poprzednim semestrze i śmiał się najgłośniej, kiedy wilkołak przez kilka pierwszych tygodni nowego roku szkolnego ciągle walił się w głowę. Każde zderzenie sprawiało, że Remus mamrotał o jakieś skomplikowanej psocie, którą przygotowali jego przyjaciele, by się z niego śmiać. Ale, jak zauważył wtedy James, choć byli genialni to nawet oni nie potrafili zmniejszyć wejścia do wieży Gryffindoru.
Tamtej nocy w lesie, na widok Hagrida Remus wyślizgnął się spod peleryny. Syriusz jeszcze go nie zauważył i nie miał się, gdzie schować, a wilkołak właśnie wymyśl nowy sposób na wydostawanie się z tarapatów i uznał Hagrida za dobrego królika doświadczalnego. Olbrzym lubił czterech gryfonów, więc gdyby sposób nie zadział to pewnie i tak nie czekały ich zbyt duże kłopoty. Ale zadziałał i to nawet za dobrze, a w efekcie Syriusz i Remus utknęli w chatce Hagrida w środku nocy i zostali zasypani większą ilością informacji o magicznych jeżach niż by chcieli.
- Czy ja wiem. - mruknął Remus z zabawnym uśmieszkiem i przepuścił Syriusza w drzwiach. - Dalej lubię szpiczaki. Są podejrzliwe, całkiem jak ja.
- W tym miesiącu jest chyba lepiej. - zauważył Syriusz, wchodząc do domu i patrząc na połowicznie uśmiechniętą twarz Remusa. Kiedy jego przyjaciel poszedł za nim do mebli przed kominkiem, nie był zbytnio napięty lub blady i chyba poruszał się nieco swobodniej niż podczas ostatniej pełni.
- Czuję się trochę lepiej. - przyznał wilkołak, ostrożnie siadając w fotelu. Ostrożnie, ale nie tak jakby każdy ruch wymagał niesamowitego wysiłku. - Lily poradziła mi spróbować kory wierzbowej, z której mugole robią aspirynę. Była pewna, że nie wpłynie na Eliksir Tojadowy. Nie zrozum mnie źle, nie dorasta do pięt prawdziwym środkom przeciwbólowym, ale czuję się jak dzień przed pełnią a nie w dzień pełni. Jeśli wiesz o czym mówię.
- Jest coraz lepiej, prawda? - powiedział radośnie Syriusz, opadając na swoje zwyczajowe krzesło. Patrzenie jak przyjaciel cierpi zawsze sprawiało mu ból. To, że Hermiona przywiozła ze sobą tę małą recepturę cieszyło go bardziej niż wszystko inne razem wzięte. Prawie. Syriusz sięgnął po blaszany dzbanek do herbaty stojący na stole, by znów napełnić kubek Remusa, ale zorientował się, że już go opróżniono.
- Wiedziałem, że moi służący niedługo nadejdą. - wyjaśnił Remus na dźwięk brzęczącej blachy. Syriusz podniósł wzrok i zobaczył, że jego przyjaciel uśmiechał się z zamkniętymi oczami. Głowę opierał o tył fotela. Był zmęczony, ale zrelaksowany.
- Służący - prychnął serdecznie Syriusz, udając się do kuchni, by zaparzyć nową porcję. - masz dziś wyjątkowo wysokie mniemanie o sobie.
Na dźwięk otwieranych szafek kuchennych Remus uśmiechnął się szerzej.
- Cóż, jesteś albo służącym albo herbaciarką, co wolisz?
- A może jestem po prostu niezwykle altruistycznym kumplem, który porzucił bardzo chętną dziewczynę tylko po to by tu przyjść i nalewać ci herbaty? - zasugerował Syriusz, napełniając dzbanek i gotując wodę stuknięciem różdżki.
Remus szeroko otworzył oczy. Był zdumiony i trochę niepewny.
- Naprawdę, Łapo? Ale myślałem, że... Hermiona... czy się um, poddałeś?
- Nie. - zaprzeczył Syriusz, posyłając dzbanuszek mleka i cukiernicę lotem na stolik. Zaśmiał się cicho i dodał. - Właściwie to nawet nie musiałem się starać. Kiedy wróciłem do domu, prawie się na mnie rzuciła.
Remus zachichotał.
- Najwyższy czas. Dlatego się spóźniłeś?
Syriusz przytaknął i przeniósł dzbanek przez pokój. Pierwszy raz w życiu nie chciał rozmawiać o szczegółach. Nie to żeby miał o czym mówić, ale wydawało mu się to jakby... prywatne.
- Zakładam, że chodzi tylko o pocałunek. - zaśmiał się cicho Remus. - Inaczej chwilę po przybyciu zemdlałbyś tu na krześle.
Syriusz znów przytaknął.
- Tak, Lunatyku. Tylko pocałunek.
- To brawa dla ciebie. - pogratulował Remus. Spojrzał w swój pusty kubek i zawahał się na moment, a potem powiedział niepewnie. - Um, dzięki, że... no wiesz... wybrałeś mnie.
- Zamknij się, ty wielki mięczaku. - zaśmiał się Syriusz. - Oczywiście, że wybrałem ciebie. Nie wiesz, że w głębi serca marzę o zostaniu bufetową?
Remus uśmiechnął się i podstawił mu kubek do dolewki.
- Wiedziałem. Próbujesz to ukryć, ale wystarczy dać ci dzbanek do herbaty i twarz ci się rozjaśnia jakbyś odkrył swoje prawdziwe powołanie.
- Bo tak właśnie jest. - zachichotał Syriusz, rozlewając napój do dwóch kubków. - Będę aurorem tylko dopóki nie zaczną szukać kogoś do stołówki w Ministerstwie. Łapanie czarnoksiężników to dobry sposób na zapełnienie sobie czasu, ale to herbata jest mi pisana. Możesz pomóc mi ćwiczyć, żebym mógł olśnić całą obsługę moimi umiejętnościami podawania napojów. - podał Remusowi największy kubek i uśmiechnął się na widok pełnego spokoju wyrazu twarzy, który pojawił się na obliczu wilkołaka, kiedy tylko wziął w ręce ciepłe naczynie i upił łyk. - Powinieneś iść ze mną na rozmowę o pracę. Na pewno ją dostanę, jeśli zobaczą, jak zakochujesz się w swojej herbacie. - Remus nie odpowiedział, bo rozproszyła go jego prawdziwa miłość. Syriusz dał mu cieszyć się nią przez chwilę, a potem spytał. - No to kiedy dotrze tu Rogacz?
- Nie jestem pewien. - odparł po chwili wilkołak, uprzednio pociągnąwszy kilka długich łyków z kubka. - Ale na bank przyjdzie. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął złożony kawałek pergaminu. - Masz, zobacz sobie.
Syriusz przyjął go i rozpoznał pismo Lily.
Drogi Lunatyku,
Na PMS polecam korę wierzbową, nie wpłynie na środki, które już przyjmujesz.
Cieszę się też, że sarnina Ci pomaga, a ponieważ ostatnimi czasy mam jej aż w nadmiarze (uszami mi wychodzi) to wyślę Ci trochę dzisiejszego wieczora.
Kocham,
Lily
Syriusz roześmiał się w głos. Pyskata dziewczyna, taka jak Lily była idealną partnerką dla Jamesa.
- Sarnina. - zachichotał. - Założę się, że Rogaczowi się to nie spodobało. - znów spojrzał na list. - Dlaczego pisze o PMS?
- Łapo - westchnął Remus z odrobiną irytacji. - nie mogła przecież napisać „Bierz korę wierzbową przed pełnią, ty wilkołaku ty, nie wpłynie na twój sekretny, nielegalny eliksir.""
- No wiem, ale PMS? - prychnął Syriusz. - Czy to nie...?
- Tak, damska rzecz. - potwierdził lekko zarumieniony Remus. Potem potrząsnął głową i dodał z niedowierzaniem. - Nigdy nie zrozumiem, dlaczego jeszcze nie zaczęliście tego nazywać tymi dniami w miesiącu. Czekam na to już 9 lat.
Syriusz niekomfortowo wykrzywił twarz.
- Trochę to oklepane, nie sądzisz, Lunatyku?
- Zawsze będę wdzięczny, że wasze myśli nie podążają oklepanym torem. - zaśmiał się Remus. - Zadecydowałem, że w tej sytuacji PMS oznacza Przed Miesięczną Sirytację. - oznajmił, a potem wychylił do końca swój kubek i podał go do ponownego napełnienia.
- Sirytacja? - powtórzył Syriusz, wypełniając swoje obowiązki herbaciarki. - A twierdzisz, że to ja wymyślam słowa. - mruknął, oddając mu pełny kubek.
- No tak, mniejsza o to. - odparł Remus, a jego uśmieszek powrócił razem z kubkiem. - Rogacz powinien się niedługo pojawić, a przed jego przyjściem chciałem ci powiedzieć, że rano rozmawiałem z Frederiką. Ostatnie dwa tygodnie spędziła w Europie wschodniej i nie miała czasu odpowiedzieć na nasz list. Nie chciała przenosić tego na papier, a i tak chciała skontaktować się ze mną przez fiuu, żeby życzyć mi powiedzenia przed dzisiejszym wieczorem, więc...
- Jesteś pewien, że chce ci tylko pomóc, Lunatyku? - przerwał chytrze Syriusz. - Wiem, że jest trochę stara, ale... och, wiem! Powinieneś ukraść Hermionie Zmieniacz Czasu, cofnąć się do momentu, kiedy Frederika była młoda i seksowna i skraść jej serce swymi idealnymi do szczypania policzkami!
- Chryste, Łapo, naprawdę oszalałeś. - westchnął Remus, który utknął pomiędzy dyskomfortem, a rozbawieniem.
- Wybacz. - Syriusz wzruszył ramionami. - Ale to się musiało stać wcześniej czy później. Krew Blacków i w ogóle, ale mów dalej, co powiedziała? Czy Hermiona może zostać jej córką na zawsze?
- Powiedziała, że zobaczy co się da zrobić. - odparł ostrożnie Remus. - Musisz pamiętać, że Faustus nic o tym nie wie. Na razie to działa tylko i wyłącznie dlatego, że on rzadko opuszcza Zurych, szczególnie w lecie. Ale to nie potrwa wiecznie, jego zgoda jest konieczna. Potem musiałby sfałszować dokumenty i wiele innych rzeczy, by zapewnić Hermionie realną tożsamość. Papiery z Salem i... - Remus wzruszył ramionami. - Cóż, wyrzuciła z siebie długą listę, ale chociaż czuję się lepiej niż zwykle to um, straciłem koncentrację w połowie. - przyznał, odrobinę speszony.
- No to teraz już wiesz, jak to jest być mną. - mruknął Syriusz. - Lunatyku? - spytał, zajmując się skubaniem podłokietnika. - Co myśli, no wiesz, o tym, że Hermiona zostaje, um... ze mną?
Remus milczał przez chwilę, a potem odparł.
- Nie wspominała o tym, ale my też tego nie zrobiliśmy, pamiętasz? Powiedzieliśmy tylko, że Hermiona chce zostać, bo jest tu szczęśliwsza.
- To prawda. - powiedział Syriusz. - Zastanawiałem się...
- Szukasz aprobaty, Łapo? To nie w twoim stylu.
„Ma rację" pomyślał Syriusz.
- Właściwie to nie. - odparł. - Po prostu, to takie dziwne i nie jestem pewien co mam zrobić. Co jeśli spieprzę, co w moim przypadku nie byłoby takie dziwne i okaże się, że została po nic, a my narobiliśmy tylu ludziom kłopotów, żeby to zorganizować. Znaczy, cholerny Moody nam pomaga. Moody!
Remus posłał mu odrobinę surowe spojrzenie.
- Po pierwsze, auć, ona nie zostaje tylko dla ciebie, ty zarozumiały palancie. Wiem z dobrego źródła, że i mnie lubi, całkiem nieźle dogaduje się też z Lily. Pewnie zakumplowałaby się też z Rogaczem, gdyby go lepiej poznała. Po drugie, po prostu tego nie spieprz.
- Ale Lunatyku...
- Na litość boską. - uciął Remus. - Poradź sobie z tym, to był twój pomysł. Myśl zanim coś powiesz i nie zdradzaj jej, jakie to może być trudne?
Urażony Syriusz spojrzał na niego.
- Nigdy bym tego nie zrobił. Tak w sumie to nigdy tego nie zrobiłem. Nie bądź dupkiem.
- Wybacz, pełnia sprawia, że robię się marudny. - prychnął Remus.
- Hmm. Racja. - odparł sceptycznie Syriusz. - Więc tak brzmi twoja mądra rada? Nie mów nic głupiego i nie ściągaj spodni? Dzięki, bracie, bardzo pomocne.
- Cóż, nie wiem, prawda? - Remus wzruszył ramionami. - Rady daję z doświadczenia, a ostatnim razem, kiedy porzuciłem żywot playboya, przekazałem wszystkie pieniądze niedawno odzyskanemu dziadkowi, zabiłem złego czarnoksiężnika i to z pomocą podróżniczki w czasie, którą potem poprosiłem, by zamieszkała ze mną w przeszłości... cóż, właściwie to pamiętam to jak przez mgłę.
Rozdrażnienie Syriusza wyparowało, kiedy przyjaciel przypomniał mu w jak kuriozalnej sytuacji się znalazł.
- Okej, wybacz Lunatyku. Masz rację.
- Poradzisz sobie. - powiedział nieco bardziej życzliwie Remus. - Nie jesteś aż takim idiotą, wiesz? Bez względu na to co wszyscy ci mówią.
Syriusz uśmiechnął się do siebie, ale nie odpowiedział. Hermiona go znała, będzie w porządku. Przez jakiś czas siedzieli w ciszy. Remus z zamkniętymi oczami opierał się o plecy swojego fotela, uśmiechając się lekko i co jakiś czas wyciągając kubek po dolewkę. Umysł Syriusza przeskakiwał od tego co czekało na niego w domu do zastanawiania się, kiedy przyjdzie James. Spojrzał na zegarek i zdał sobie sprawę, że za godzinę wzejdzie księżyc. Zaczynał się martwić. Czy Jamesowi coś się stało? Ale kiedy tylko to pomyślał, rozległo się ciche pukanie do drzwi. Syriusz skoczył na równe nogi, nie mogąc się doczekać spotkania z przyjacielem. Nie wiedzieli się twarzą w twarz od porwania.
- To ty, Rogaczu? - spytał podchodząc do drzwi.
- Nie, to ja, Glizdogon. - odparł radosny głos Petera. - Powiedziałem Lunatykowi, że Mama miała gorszy tydzień, ale teraz czuje się już lepiej, więc pomyślałem, że mogę ją zostawić na jedną noc. Nie widzieliśmy się całe wieki.
Syriusz poczuł, jak powietrze umyka mu z płuc niczym po ciosie w brzuch. Jego wnętrzności roztopiły się i nie zostało nic z wyjątkiem przeraźliwego chłodu, który zmroził mu żołądek. Zimny strach rozciągnął się po jego skórze, aż zaczęła mrowić, a ręce mu zdrętwiały.
- Łapo? - zawołał z ciekawością Peter.
A potem wszystko się zmieniło, jakby ktoś przełączył przełącznik. Na dźwięk głosu Petera chłód przemienił się we wrzący gniew. Przeszyła go powolna, ostra wściekłość i Syriusz sięgnął po różdżkę, a jego ręka powędrowała do klamki. Nagle obok niego pojawił się Remus.
- Cześć, Glizdku. - zawołał, odpychając Syriusza na bok i machając w jego stronę. Musiał rzucić niewerbalne zaklęcie pełnego porażenia ciała, bo ręce Syriusza pomknęły do jego boków i padł na plecy.
- Cześć, Lunatyku, gdzie się podział Łapa? - zapytał Peter, co Syriusz usłyszał z podłogi, nieruchomy i wściekły.
- Głowa mnie boli, więc zakląłem go i jego wciąż gadającą gębę do wschodu księżyca. - odparł szybko Remus. - Dzięki, że odciągnąłeś jego uwagę.
- Nie ma problemu. - zaśmiał się Peter.
- Dobrze, Glizdku. - powiedział Remus, a Syriusz usłyszał jak zmusił się do użycia przyjaznego i zrelaksowanego tonu. - Kiedy byliśmy w szkole, jak przekonałeś Łapę, że jego włosy przestały rosnąć? Co jak wszyscy wiemy, było dla niego niezwykle ważne i spowodowało panikę, zanim się nie zorientował.
- Ty też pomogłeś. - zaśmiał się Peter. - Na początku nie radziłem sobie z zaklęciem. Przez cały semestr raz w tygodniu czekaliśmy aż zaśnie i potem cofaliśmy je z powrotem w jego czaszkę.
- Może i pomogłem, Pete, ale pomysł był twój. - odparł Remus. - No a powiedzenie mu, że to dlatego, że nie je warzyw było niesamowite.
Peter zaśmiał się z dumą.
- Za co dostałeś ten szlaban, na który musiałeś iść sam?
- Powiedziałem profesorowi Slughornowi, żeby się odwalił. Chryste, nienawidziłem eliksirów. - odparł Remus, a potem przerwał na chwilę. - Poczekaj minutę, Glizdku, Łapa chyba zrobił coś z moimi zaklęciami ochronnymi.
Peter zachichotał.
- On się nigdy nie zmieni, prawda?
- Oj nie. - Remus kucnął obok Syriusza. - W porządku, Łapo. - mruknął poważnie, a jego brązowe oczy były szeroko otwarte z niepokojem i znajdowały się bardzo blisko twarzy Syriusza. - Słuchaj. Albo wyjdziesz, albo zostaniesz i będziesz grał. Jeśli Peter zorientuje się, że wiemy, James zginie. Zdajesz sobie z tego sprawę? - położył dłoń na ramieniu Syriusza i powiedział pocieszająco. - Wszystko będzie dobrze. Tylko siedemnaście dni, a potem powiemy prawdę i będziemy żyć szczęśliwie. - przez chwilę patrzył w oczy Syriusza, a potem dodał. - Teraz go wpuszczę. Potem cię odmrożę. Skup się na tym: uśmiechaj się i zachowuj się normalnie, albo James i Lily umrą. Jeśli nie dasz rady to wymyślę dla ciebie jakąś wymówkę, dobrze?
Syriusz nie mógł w żaden sposób pokazać w jakim stanie się obecnie znajdował, ale Remus chyba się domyślił, że zrozumiał, bo wstał i odwrócił się do drzwi. Miał oczywiście rację i Syriusz o tym wiedział. Pettigrew musiał wierzyć, że wszystko było dobrze, tak samo James, kiedy się pojawi, albo nigdy nie uwierzy w plan Syriusza, żeby zmienić Strażnika Tajemnicy. Czy Syriusz da radę? Siedzieć i rozmawiać z Peterem, jednocześnie cały czas myśląc o jego zdradzie? „Spróbuję", powiedział sobie Syriusz. A jeśli będzie za trudno, zawsze będzie mógł wyjść. Nie będzie odpowiedzialny za śmierć innego przyjaciela.
- Udało się! - zawołał triumfalnie Remus, całkiem jakby właśnie wpadł na to jak złamać zaklęcie, którego Syriusz użył do psoty i otworzył drzwi.
Peter przeszedł przez próg i lekko poklepał Remusa po ramieniu.
- Hej, Lunatyku, wyglądasz znacznie lepiej niż zwykle.
- Ta... Lily zrobiła mi ten nowy eliksir przeciwbólowy. - odparł Remus, zerkając w stronę nieruchomego Syriusza. - Dalej boli, ale nie aż tak.
- Super. – ucieszył się Peter. - Zupełnie mnie to nie dziwi, jest taka mądra. - a potem stanął nad Syriuszem i uśmiechnął się z rozbawieniem. - Cześć, Łapo. - zerknął na Remusa. - Naprawdę zostawisz go tak aż do wschodu księżyca?
- Nie, tylko żartowałem. - zaprzeczył wilkołak, stojąc nad nim niepewnie. - Kto będzie mi parzył herbatę, jeśli on będzie tu leżał przez cały wieczór?
- Jestem pewien, że dałbym sobie radę. Ostatnimi czasy nic innego nie robię. Mama się uzależniła i to nie tylko na jeden dzień w miesiącu jak ty. Ale lepiej zostawić to ekspertowi. - wycelował różdżkę w Syriusza i mruknął „Finite", a następnie pochylił się i wyciągnął do niego rękę. Syriusz prawie się wzdrygnął. James i Lily, James i Lily, powtarzał sobie w myślach, przyjmując dłoń Petera i pozwalając podźwignąć się na nogi. - Dobrze cię widzieć, Łapo. Mam wrażenie, że wieki się nie widzieliśmy. – przywitał się entuzjastycznie Peter.
Syriusz przełknął ślinę.
- Ta, byłem um... zajęty. - zachrypiał. Wiesz, kobiety... zabierają ci cały czas.
- Może tobie. - zaśmiał się Peter. - Ja nie miewam takich problemów. Chyba, że liczymy Mamę. Dalej chodzi o tę samą? Fehrównę, um Hermionę?
„Czy szukał informacji? Czy przyszedł szpiegować dla Voldemorta?" Syriusza ogarnęły podejrzenia. „Nie w pełnię. Nawet Peter nie upadłby tak nisko" pomyślał stanowczo.
- Tak, dalej Hermiona. - odparł, patrząc wszędzie, byle nie na wesołą twarz Petera.
- Czyli to coś poważnego? - spytał Peter. - Umawiałeś się z nią, kiedy się ostatnio spotkaliśmy, a to było wieki temu.
- Nie aż tak długo, Pettigrew. - zbagatelizował Syriusz, chociaż musiał się zgodzić. Minęły całe wieki, odkąd umknął z domu Petera, by nie stracić nad sobą panowania i go nie zabić. - Tylko ile? Trzy miesiące?
- Ta, chyba tak. - Peter wzruszył ramionami.
- Hej, herbaciarko, przydałaby nam się tu dolewka. - zawołał Remus ze swojego miejsca w fotelu, patrząc na Syriusza znacząco.
- Już biegnę. - zapewnił Syriusz, rad z wymówki, by nie rozmawiać dłużej z Peterem. Jakże chętnie rozerwałby go na kawałki tej nocy. Cholera! Tej nocy, Peter nie powinien, nie mógł dowiedzieć się o Eliksirze Tojadowym. Ale Remus przecież wiedział, że będzie musiał udawać... „Udawanie wkurzonego nie będzie takie trudne", pomyślał do siebie Syriusz. Może da radę przekonać Remusa, żeby zjadł Petera albo przynajmniej odgryzł mu ogon czy coś. Pod pozorem wilkołaczej wściekłości, oczywiście. Syriusz znowu zaparzył herbatę. Robił to tak długo jak tylko się dało, by jak najpóźniej wrócić do salonu i zaszczurzonej konwersacji. Remus rozmawiał cicho z Peterem. Najwyraźniej on potrafił zachowywać się jakby wszystko było w porządku.
Syriusz właśnie niósł do stołu dzbanek i kolejny kubek, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
- Lunatyku! - zawołał głos Jamesa. Młody Black postawił herbatę na stole i wrócił do drzwi. Tego wieczora czuł się trochę jak skrzat domowy. Czy skrzaty nie zajmowały się też czyszczeniem domu swojego pana? Deratyzacją na przykład?
- Rogacz. - powiedział prawie z ulgą, docierając do starych drzwi. Przypominając sobie wcześniejsze pytanie Remusa, spytał. - Czyja to była wina, że ty i Glizdogon musieliście przyjść i uratować nas przed Hagridem na trzecim roku?
James zaśmiał się.
- Dalej się o to kłócicie?
- Tak. - odparł Syriusz, a mimo gotującej się złości na jego usta zaczął wypływać uśmiech. - Cóż Rogaczu... mój najlepszy przyjacielu... czyja to była wina?
- To zależy. - mruknął James. - Czy Lunatyk mnie słyszy?
-Nie. - zapewnił Syriusz, a Remus wyszczerzył do niego zęby z drugiej strony pokoju.
- No to Lunatyka. - odparł stanowczo James. - Ale stało się to w imię praktycznego testowania jego teorii i sądzę, że powinieneś mu wybaczyć, minęło dość dużo czasu. Jak wkurzyłaś w moją Mamę do tego stopnia, że powiedziałeś i tu cytuję „Myślałem, że powiesi mnie za jaja na żyrandolu"? - roześmiał się i zanim Syriusz zdążył się odezwać, dodał. - I kiedy to usłyszała zaznaczyła ci, że tego nie wyklucza.
- Merlinie, racja. - westchnął Syriusz, pamiętając straszliwe groźby pani Potter. - Poważnie rozważałem ucieczkę też z twojego domu. Twoja matka była przerażająca. Jak się wkurzała zawsze trochę przypominała moją, to musi być dziedziczne. Przez przypadek zalałem drugie piętro waszego domu na trochę przed powrotem do szkoły na szósty rok. - Syriusz otworzył drzwi, ciągnąc - To Aguamenti mnie dobijało, teraz to banał, ale nie przypominam sobie, żebym z jakimś innym zaklęciem miał takie problemy.
- Ta, pamiętasz? Po tym Mama zabroniła nam czarować poza szkołą. Twierdzi, że na tapecie w salonie dalej jest plama. - powiedział James, marszcząc brwi, kiedy przypomniał mu się tamten horror. Ale to trwało tylko chwilę, po której przytulił Syriusza i poklepał go po plecach.
- Pamiętam to. - wtrącił się Peter.
- Pete! - zawołał entuzjastycznie James, puszczając Syriusza, by dołączyć do pozostałych w salonie. - Nie wiedziałem, że przyjdziesz. Jak się ma twoja Mama?
- O wiele lepiej, dziękuję. - odparł cicho Peter, zerkając na Remusa.
- Jak głowa, Rem? - spytał James, zniżając głos i krzywiąc się, bo zdał sobie sprawę, witał się dość buńczucznie.
- Nie tak źle. - uśmiechnął się Remus. - Masz szczęście z tą twoją mądrą żoną.
- No wiem. - powiedział James, padając na kanapę obok Petera i szturchając go ramieniem. - Wybacz, Pete. Co mówiłeś?
- Pamiętam jak zakazano wam magii w domu. - powiedział Peter. - To chyba jedyny raz, kiedy widziałem, żebyś wkurzył się na Łapę. No, z wyjątkiem Incydentu. Po powodzi nie rozmawialiście przez chyba... całą podróż pociągiem do szkoły i kolację.
Remus zaśmiał się lekko.
- Ta, ja i Pete tak się niepokoiliśmy, kiedy podczas śniadania następnego dnia dalej się do siebie nie odzywaliście... myśleliśmy, że wasza przyjaźń umarła na zawsze.
Syriusz dalej z zakłopotaniem stał przy drzwiach. Był pod wrażeniem tego jak Remus dawał radę rozmawiać z Peterem, śmiać się z nim. Kiedy James wyszczerzył do niego zęby, zachęcając go do wyśmiania pomysłu jakoby ich przyjaźń mogła „umrzeć na zawsze", Syriusz skupił się na nim i odparł z uśmiechem.
- Byłeś taki wkurzony dlatego, że kończyłem siedemnaście lat cztery miesiące przed tobą i cholernie się bałeś tego co ci zrobię w Święta, kiedy nie będziesz miał się jak bronić.
- No ale to były nasze najlepsze Święta, wszyscy razem. - wtrącił się Remus, a potem spojrzał na Jamesa i powiedział inteligentnie. - Czy dlatego poprosiłeś, żebyśmy przyjechali, Rogaczu? Żebyśmy bronili cię przed Łapą?
- Um... może? - mruknął z zakłopotaniem James.
- Hej! Grałem fair! Tylko i wyłącznie mugolskie zagrania. – bronił się Syriusz, przechodząc przez pokój i zajmując miejsce w swoim ulubionym fotelu. Da radę przez to przebrnąć o ile tylko będzie udawał, że wszystko jest w porządku. To tylko pełnia jak wszystkie poprzednie. Nawiązał kontakt ze swoją matką, czyż nie? Peter może i ich zdradził, ale Syriuszowi nie wydawało się, by wierzył w sprawę Voldemorta. Nie nienawidził mugolaków ani wilkołaków. Nie miał się też za lepszego od innych. Bardziej pasowało do niego słowo „przestraszony" niż „zły". Jeśli Syriusz mógł siedzieć przed swoją matką, uśmiechać się i nie nienawidzić jej, mimo że była o wiele bardziej bigoteryjna i zaślepiona dumą niż Peter kiedykolwiek mógł się stać, to mógł i z nim wytrzymać, by utrzymać Jamesa i Lily przy życiu. A poza tym została już tylko godzina do wschodu księżyca.
- To prawda. - przyznał niechętnie James. - Ale dopiero kiedy Remus się powalił, a Pete usiadł na twojej klatce piersiowej żebym mógł zabrać ci różdżkę.
Syriusz zaśmiał się przypominając sobie nagły szok jaki wywołały silne wilkołacze ramiona dookoła jego kolan, łomot z jakim zwalił się na podłogę i dość gruby tyłek wytłaczający z niego powietrze na podłodze w salonie Potterów.
- Bracie, może i byłem gryfonem, ale nie da się wyjść z Domu Blacków bez wiedzy, że nie oddaje się przewagi.
Wszyscy się zaśmiali, a kiedy Remus wyciągnął swój kubek, Peter sięgnął po niego zanim zrobił to Syriusz.
- Mogę ja? - spytał. - Mam wrażenie, że masę przegapiłem. Uwielbiam herbacianą twarz Remusa.
James zachichotał.
- Ta, pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.
Peter nalał herbaty, a kiedy oddał kubek Remusowi, ten wyświadczył im tę przyjemność i uraczył ich wyolbrzymionym wyrazem miłości i prawie nieprzyzwoitym odgłosem zadowolenia, który sprawił, że nawet Syriusz zachichotał lekko. Nie aż tak jak pozostała dwójka, która właśnie ocierała łzy śmiechu, ale to było śmieszne. Na szczęście, zapomnienie przyszło łatwiej niż się spodziewał. Kiedy trochę się uspokoili, Peter spytał:
- Jak poszło przyjęcie urodzinowe? Wybaczcie, że nie mogłem przyjść.
- Było świetnie. - odparł James. - Przegapiłeś moment, kiedy Syriusz obrzygał swoją dziewczynę.
- Ty, Potter, możesz się od razu odwalić. - mruknął Syriusz z pełnym zakłopotania chichotem. - Porzygałem się obok niej, a z tego co wiem twoja kanapa dalej śmierdzi, więc nie masz się co śmiać. Ja przynajmniej zrobiłem to na zewnątrz.
- Zwymiotowałeś, Łapo? - spytał Peter, a jego małe oczka rozszerzyły się ze zdumieniem. - Rogacz mnie nie dziwi, ale przecież ty nigdy nie wymiotujesz.
- To przez tego cholernego wilka i jego karty. - mruknął Syriusz, posyłając Remusowi spojrzenie. - I Moody mnie otruł.
Peter zadygotał.
- Och, nie cierpię tej gry.
- Mam tak samo. - mruknął James, solidarnie stukając się z Peterem kubkami, jakby znajdował się w nich jakiś męski alkohol, a nie earl grey z dodatkiem mleka.
- Może się starzejesz, Łapo. - zastanowił się ze śmiechem Remus. - Za dwa miesiące będziesz skończysz dwadzieścia dwa lata... wątroba już nie ta...
- Jesteś stanowczo za wesoły jak na pełnię, panie Lupin. - mruknął Syriusz, próbując zabrzmieć groźnie, ale nie osiągnął tego efektu, bo James już się z niego śmiał i szturchał go w brzuch w poszukiwaniu śladów degradacji. - Myślę, że robisz to specjalnie, bo wiesz, że się nie zemścimy.
Remus lekko wzruszył ramionami i powiedział z szelmowskim uśmiechem.
- No i co? Musicie być dla mnie mili... albo was później zjem.
Syriusz uśmiechnął się do wilkołaka, a Peter i James dalej się śmiali. To było takie cudowne, że Remus mógł żartować na ten temat. Po tym wszystkim przez co przeszli (po piciu herbaty ze zdrajcą, strachu przed tym, że Voldemort jednak wygra lub, że spalą całą Anglię Szatańską Pożogą) cokolwiek się stanie, Remus do końca życia zachowa swój umysł przez cały miesiąc, a to wystarczy.
