Od tłumaczki: Wiem, wiem, niesamowicie się spóźniłam. Na swoją obronę mam tylko tyle, że był Pyrkon, a wtedy życie zamiera. A potem przyszła rzeczywistość i utonęłam pod pracami zaliczeniowymi. Na szczęście wyrobiłam się z tą na jutro i zostało mi trochę czasu na dokończenie korekty. Na pocieszenie dodam, że ten rozdział jest piekielnie długi (ponad 8000 słów).

StwrzZeMnPd: Już wracam, już wracam😊.

Nie przedłużając, miłej zabawy i widzimy się w niedzielę.


15 października

Hermiona obiecała sobie, że dokończy to co zaczęła i miała zamiar to zrobić. To nie z jej winy obietnica ta została złamana następnego poranka. Kiedy o siódmej dwadzieścia osiem otworzyła Syriuszowi drzwi, on cmoknął ją w policzek, mruknął „Jestem cholernie spóźniony" i pomknął do sypialni. Wybiegł z niej po mniej niż minucie, zatrzymał się na chwilę przy dalej stojącej w drzwiach Hermionie, by ją pocałować i naciągnąć szatę ministerialną, a potem wypadł z domu. Zbiegając po schodach wrzasnął do góry, że jego dziadek może się wypchać i że wróci do domu prosto z pracy.

Ten plan również się nie powiódł. Mimo, że wrócił z pracy punkt szósta, to zanim Hermiona zdążyła zaparzyć herbatę, już spał twarzą w dół na kanapie i chrapał dość głośno, by przez ścianę wkurzyć Zszywkotwarza. Dopiero wtedy dodała do siebie fakty dotyczące ostatnich kilku dni. Był środowy wieczór, a w sobotni poranek Syriusz pojechał na biwak z Frankiem i wrócił po trzech nocach spania w złych warunkach i pełnienia warty. Następnie spędził cały dzień w biurze, potem pobiegł do lasu, gdzie przez całą wtorkową noc nie spał, tylko biegał z Remusem. To cud, że nie otworzyła drzwi, by znaleźć go śpiącego na progu.

- Syriuszu - zawołała Hermiona, potrząsając jego ramieniem. Był czwartkowy poranek, a on dalej leżał twarzą w dół na kanapie.

Przez chwilę zastanawiała się, czy się nie udusił, ale potem jęknął cicho i wymamrotał stłumionym głosem.

- Jeśli jest już jutro, to się zabiję.

- Wolałabym, żebyś tego nie robił. - odparła Hermiona.

- Kurrrrrwa! - brzmiała odpowiedź. Ale potem jego brzuch wydał z siebie wibrujące burczenie i Syriusz spytał niepewnie. - Czy czuję tosty?

- Tak. - Hermiona zachichotała. Nie miała pojęcia jak mógł czuć coś poza kanapą. - Są tutaj.

Przewrócił się na bok, a jego senne oczy rozjaśniły się na widok talerza. Wzięła sobie jeden kawałek chleba posmarowanego marmitem(1), zanim mężczyzna zdołał dopaść oba. W końcu zrobiła je dla siebie. Syriusz usiadł, wyglądając przy tym na bardzo niezadowolonego, że go obudzono, ale kilka kęsów tostu musiało poprawić mu humor, bo po chwili się uśmiechnął.

- Hermiono, jesteś niesamowita. - pochwalił z pełnymi ustami.

- Dziękuję. - powiedziała, stojąc nad nim i pogryzając tost ze swojego talerza.

- Która godzina? - spytał, skończywszy pierwszą kromkę. Oparł głowę na oparciu kanapy i znów przymknął oczy.

- Pięć po siódmej.

- Czemu mnie wczoraj nie obudziłaś? Mam dość spania na własnej kanapie. - zmarszczył brwi, a ponieważ dalej miał zamknięte oczy wyglądał przy tym tak zabawnie, że Hermiona miała ochotę się roześmiać.

- Próbowałam. - stłumiła chichot. - Ale nie chciałeś współpracować. A poza tym musiałabym pożegnać się z samotnością.

- To aż takie straszne? - wymamrotał, dalej wyglądając jakby nie mógł się zdecydować między przytomnością, a jej brakiem.

- Biorąc pod uwagę jak wczoraj chrapałeś, tak. - odparła szczerze. - Słyszałam cię przez zamknięte drzwi. Musiałam rzucić zaklęcie wyciszające.

Nagle jego oczy otworzyły się raptownie, a ramię wystrzeliło do przodu, chwytając jej nadgarstek i pociągając ją do przodu, tak że nieelegancko padła okrakiem. Ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie. Jego ręce opadły na jej talię. Wydawał się rozbawiony jej zdumieniem.

- Przecież bym nie spał, prawda? Więc nie byłoby problemu. - oznajmił bezczelnie, a potem musnął jej usta w czułym pocałunku, który nie pasował do szatańskiego błysku w jego oczach.

- Szczerze powiedziawszy nie wydaje mi się żebyś wczoraj był gotów na cokolwiek oprócz spania. - powiedziała Hermiona tak samo żartobliwym tonem, chociaż nagła zmiana nastroju sprawiła, że skupienie się przychodziło jej z trudem.

- Pewnie masz rację. - westchnął, przekrzywiając głowę, by na nią spojrzeć. Dalej był zmęczony. Pod oczami miał cienie, a pomiędzy brwiami kreskę sugerującą, że nie odprężył się całkowicie. Mimo to jego palce kreśliły kształty na jej biodrach co sprawiało, że zapominała o docinkach.

- Jak było u Remusa? Dobrze się bawiłeś? - spytała, w próbie zebrania myśli.

- A żebyś wiedziała. I to, mimo że... Pettigrew się pojawił. - przyznał. Wędrująca dłoń podkradła się pod jej t-shirt i kontynuowała kreślenie kształtów na skórze, ale Hermiona prawie tego nie zauważyła. Wzmianka o Peterze wystarczyła, by skupiła się na rozmowie.

- Co?! - przed oczami przemknęła jej przerażająca wizja ich planów rozpadających się, bo ściany salonu Remusa były obecnie udekorowane szczurzymi wnętrznościami.

- No wiem. - odparł. - Ale nie było tak źle. Przypomniały mi się stare dni... Rogacz i... cóż - wzruszył ramionami. - Już rozumiem jak Pettigrew oszukał nas ostatnim razem. Zeszłej nocy był taki szczęśliwy.

- Syriuszu, jestem pod wrażeniem. - przyznała Hermiona szczerze i z ulgą. - Nie sądziłam, że sobie z tym poradzisz. Szczególnie biorąc pod uwagę twoją reakcję na poprzednie spotkanie z nim. - położyła mu rękę na ramieniu i ścisnęła lekko. - Świetna robota.

- Lunatyk musiał mnie unieruchomić, kiedy Pettigrew się pojawił. - wyznał Syriusz, a kącik jego ust uniósł się smutno. - Ale w końcu się ogarnąłem. Najwyraźniej moja nowoodkryta samokontrola dotyczy tak samo zdrajców jak i... ciebie.

- Samokontrola. - spytała sceptycznie, zerkając na jego wędrującą rękę, która przemieszczała się w górę i w górę jej boku.

Wyszczerzył zęby i przytaknął zwięźle.

- Tak jak teraz pójdę do pracy zamiast zostać tutaj.

- To raczej priorytety, a nie samokontrola. – uśmiechnęła się słysząc takie przekonanie w jego głosie.

Głowa opadła mu z powrotem na kanapę i odetchnął ciężko.

- Wcale nie.

- Jak długo pracowałeś nad tą samokontrolą? - spytała z rozbawieniem. Pochlebiał jej ból na twarzy mężczyzny.

- Od wieków. - mruknął. - Ale wszystko się rozleci, jeśli się nie ruszę. - i by potwierdzić te słowa, ręka, która wślizgnęła się pod jej koszulkę i na żebra, oplatając ją w pasie. W tym samym momencie podłożył drugą pod jej nogi i sprawnie posadził ją na kanapie obok siebie.

Uśmiechnął się szeroko, kiedy próbowała się poprawić, odgarniając włosy z twarzy i prychając wobec tak bezceremonialnego traktowania.

- Wybacz. – szelmowsko wyszczerzył zęby, wcale nie wyglądając na skruszonego. - Ale naprawdę, wszystko się rozleci. - pochylił się i przycisnął usta do jej czoła, podczas gdy ona patrzyła na niego wilkiem. Potem wstał i spojrzał na nią, w oczywisty sposób wyśmiewając się z jej surowej, poważnej twarzy. - Rozchmurz się. - poradził, a potem znów się zaśmiał i wyszedł z pokoju bez słowa. Wrócił dziesięć minut później, umyty, ogolony i ubrany w szaty z Ministerstwa. Na widok jej dalej gniewnej miny znowu się uśmiechnął. - Wiem, że jestem niesamowity, ale będziesz musiała po prostu jeszcze trochę poczekać. Jak mówiłaś, priorytety.

- Jesteś cholernym szczęściarzem. - mruknęła Hermiona i mówiła prawie poważnie. Co za pewny siebie bubek.

Chciał po raz ostatni ucałować jej mocno zaciśnięte usta, ale obróciła głowę tak, że trafił na policzek. Tylko się zaśmiał i powiedział:

- To, Granger, nazywa się odmrażanie sobie uszu na złość mamie.

Idąc do drzwi dalej śmiał się cicho do siebie.

- Dobry Boże. - prychnęła z niedowierzaniem Hermiona, kiedy zamek zatrzasnął się za nim. Jak można było być tak niezwykle pewnym siebie? Wytrącało ją to z równowagi.


W czwartkowy poranek Remus obudził się w Skrzydle Szpitalnym. Na zaproszenie Pani Pomfrey często spędzał tu dzień lub dwa po pełni. Dalej lubiła mieć na niego oko, a po siedmiu latach praktyki w leczeniu ran, które zadawał sobie jako uczeń, świetnie znała się na składaniu go do kupy. Dodatkowy plus polegał na tym, że nie musiał udawać się do Świętego Munga, gdzie może i otrzymałby pomoc, ale od pracowników z trzęsącymi się rękami i zimnymi spojrzeniami, które sugerowały, że to bardzo nieodpowiedzialne w ogóle zostać wilkołakiem. I jak może mieć czelność co miesiąc zajmować im czas takimi błahostkami jak zerwane więzadła czy otwarte rany, kiedy zwykli pacjenci czekali aż ktoś pomoże im z przeziębieniem. Nic dziwnego, że Remus wolał unikać szpitala na tyle, na ile to możliwe. Cmokanie i miłe słowa Hogwardzkiej pielęgniarki może i sprawiały, że czasami czuł się jak mały chłopiec, ale wolał to od wrogiej atmosfery Munga.

Dzięki Eliksirowi Tojadowemu prawie wcale nie potrzebował tych wizyt, ale pani Pomfrey martwiłaby się, gdyby się nie pojawił. A nawet bez ran do wyleczenia marzył o spędzeniu całej środy w łóżku. Panią Pomfrey cieszył brak ran, choć podchodziła do tego sceptycznie. Powiedział jej ogólnikowo, że z jakiegoś powodu wilk w tym miesięcy nie był rozzłoszczony, mówił o znacznie większym bólu niż czuł w rzeczywistości i odmówił dalszych badań. Tym razem skończyło się na zadrapaniu na ramieniu, które dziwnie przypominało kształtem poroże, dlatego, że opiekuńczy jeleń powstrzymał wilka przed ogryzieniem szczurowi ogona. Pomysł ten poddał mu ogromny czarny pies celem przekonania rzeczonego szczura, że wilk nadal był tym samym agresywnym i skłonnym do gryzienia potworem. Pies uznał to za niezwykle zabawne, ale szczur zaczął piszczeć i spędził większość nocy trzęsąc się w króliczej norze. Remus nie był do końca pewien jak wytłumaczyć pojedyncze, losowe zranienie, więc przyjął dwa eliksiry: na siniaki i nasenny i liczył, że pielęgniarka nie spyta.

Pani Pomfrey wypuściła go w czwartkowy poranek, a on prosto ze Skrzydła Szpitalnego, udał się do roboty. Prawdziwym powodem jego obecności w Hogwarcie były nie umiejętności pielęgniarki, ale to, że Frederika poprosiła go o zgromadzenie informacji na temat Instytutu Salem. Jeszcze nie zgodziła się pomóc z „Zatrzymaniem jej tutaj", ale Remus miał wrażenie, że to zrobi. Gdyby Szwajcarka jednak powiedziała tak, to nagle mieliby znacznie więcej czasu na wymyślenie ostatecznego rozwiązania. Hermiona nie będzie miała problemu z ukrywaniem się przez kolejne parę miesięcy, podczas gdy oni wszystko uporządkują. A biorąc pod uwagę niepokojące informacje, które otrzymał od Dumbledore'a, może właśnie należało opóźnić jej pierwsze pojawienie się publicznie.

Dyrektor usłyszał od jednego ze swoich informatorów (Remus już wiedział, że chodziło o Snape'a), że Śmierciożercy dostali rozkaz zabicia Hermiony Fehr na miejscu. Jej nagła deportacja tamtego poranka, kiedy Syriusz uciekł i fakt, że się z nimi nie spotkała, najwyraźniej ubliżył ich organizacji, a taką obrazę Voldemort karał śmiercią. Brak szacunku to kiepski powód, by wziąć kogoś na cel, biorąc pod uwagę, że Kodeks Etyczny Śmierciożercy i tak zakładał zabijanie na miejscu wszystkich, którzy nie stali po ich stronie. Dumbledore podejrzewał, że to tylko przykrywkę dla czegoś innego, o czym nie mieli pojęcia. Mniejsza o powody, i tak jej już szukali, a jeśli za dwa tygodnie rozejdzie się, że była zamieszana w śmierć Voldemorta, to po Nocy Duchów polowanie na pannę Fehr przez pozbawionych przywódcy Śmierciożerców tylko się nasili. Hermiona będzie musiała pozostać w ukryciu aż ich wszystkich aresztują. Remus uważał, że znając ją to opóźnienie w tworzeniu dla nowej tożsamości bardziej do niej przemówi niż niepewna groźba.

Podczas rozmowy z Syriuszem Remus nie wchodził w szczegóły dotyczące zainteresowania Frederiki. Nie chciał dawać przyjacielowi nadziei, tylko po to, by mu ją odebrać, jeśli Szwajcarka jednak odmówi, a dalej istniała taka możliwość. Jeśli mieli to zrobić porządnie, to Lady Fehr musiała przekonać swojego brata i bratanka by ich poparli i potwierdzili podrobioną dokumentację życia Hermiony, łącznie ze Szwajcarskim aktem urodzenia czy licencją aportacji, a także raportami z jej prywatnych lekcji zanim poszła do Salem. Jeśli chciała znaleźć pracę w Brytyjskim Ministerstwie, Hermiona będzie też potrzebowała pisemnych referencji od Faustusa i jego syna Falca. Byłoby to dziwne, gdyby ich nie okazała, biorąc pod uwagę, że rekomendacja starszego podsekretarza w biurze szwajcarskiego kanclerza i Szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów z marszu zapewniłaby jej pracę. To głównie po to by mogła pracować narażali się na te wszystkie problemy. Dlatego tak ważne było, by wszystko załatwili.

Oprócz problemu ze wsparciem rodziny, z jakim borykała się Lady Fehr, pozostał jeszcze szkopuł papierów z Salem. Edukacja za granicą na początku wydawała się wygodnym kłamstwem, ale teraz sprawiała same kłopoty. Frederika zajmowała się szkolnictwem od wielu lat, ale systemy europejski i amerykański bardzo się od siebie różniły i nie miała żadnych kontaktów w Salem. Poprosiła Remusa, by dowiedział się o Salem tyle ile to możliwe, tak by mogli stworzyć wiarygodny zapis nauki Hermiony, jeśli stanie się to konieczne. W Hogwarcie mógł znaleźć takie same informacje na temat systemu szkolnictwa co w księgarni, a szczerze powiedziawszy on i Syriusz woleli już nie pokazywać się w Esach i Floresach.

Po pięciu godzinach spędzonych nad książkami w czytelni pracowniczej nawet pełen zapału Remus osiągnął kraniec wytrzymałości. Odłożył więc książki i ogromną stertę notatek do specjalnej teczki, którą Syriusz pomocnie opisał „ZJT" w razie, gdyby Remus zapomniał o celu przedsięwzięcia. Patrząc na zapiski, Remus nie mógł powstrzymać uśmiechu, mimo że kartki pokrywały kreski czerwonego atramentu, którym jego przyjaciel wykreślał złe pomysły. Na notatki składały się głównie zwięzłe akapity spisane jego praktycznym pismem, ale pojawiały się też krótkie dodatki znacznie luźniejszych liter Syriusza. Głównie komentarze, a nie prawdziwe plany. Coś w rodzaju „Lunatyku, to jest genialne i na pewno zadziała, pamiętaj, że jestem geniuszem." Albo „Ale z ciebie głupek, oczywiście, że nie zamknę jej aż nie znajdziemy wyjścia." Czy też „Jesteś pewien, że nie możemy po prostu rozwalić Zmieniacza Czasu?" Do śmiechu doprowadziło go sześć słów wyskrobanych na ósmej stronie, obok nieudanego pomysłu imigracyjnego. „Chyba mózg mi się topi." Remus musiał się zgodzić. Nawet on miał problem ze zrozumieniem tekstów o imigracji.

Skinął pani Pince na do widzenia i rozpoczął długi spacer przez zamek i błonia na spotkanie, które miało się odbyć w Świńskim Łbie. Nie było to zebranie Zakonu, ale odprawa przed zadaniem zespołowym. Informacje, które Frank Longbottom i Syriusz zebrali w ostatni weekend przekonały Moody'ego, że czas wziąć się za Złodziei Kotów z Suffolk. Według ograniczający zasad nałożonych na aurorów przez komitet ustawodawczy Departamentu Magicznego Przestrzegania Prawa, nie dysponowali wystarczającymi dowodami, by zapewnić sobie ministerialną grupę uderzeniową. Na szczęście Zakonu Feniksa nie krępowały takie głupie prawa jak wymóg posiadania dowodów. W oczach Ministerstwa w ogóle nie istniał, a jak regulować wyimaginowaną organizację?

Remus skręcił w boczną uliczkę, by dotrzeć do gospody, nad którą wisiał skrzypiący na wietrze szyld z odciętym łbem dzika. Miał nadzieję, że przyszedł odrobinę za wcześnie. Jeśli pojawi się jako pierwszy będzie mógł znów poprosić Dumbledore'a o zwrot Zmieniacza Czasu, coś co robił przy każdym spotkaniu ze starym czarodziejem. Poczuje się znacznie lepiej, kiedy urządzenie znajdzie się z powrotem w posiadaniu Hermiony, mimo, że sam je zabrał.

Ignorując obskurnie wyglądających klientów i nieco kozi zapach unoszący się w pomieszczeniu, Remus podszedł się do baru. Posiwiały Aberforth zajmował swe zwyczajowe miejsce przy kurkach, wyglądając jakby sprzątał. Biorąc pod uwagę wszechobecny brud, Remus podejrzewał, że to tylko podstęp. Na widok Remusa barman skinął głową.

- Lupin, co ci podać?

- Rum porzeczkowy, bez lodu, ale z różową parasolką. - powiedział cicho Remus. Aberforth nie pałał entuzjazmem na myśl o udostępnianiu swojej piwnicy na spotkania Zakonu i Remus często sądził, że specjalnie wybierał na hasło damskie zamówienia, by kogoś wkurzyć. Najprawdopodobniej Moody'ego, bo dyrektora zupełnie by to nie poruszyło, a Syriusz i Jamesa tylko bawiło.

Barman przytaknął i odsunął się na bok, a Remus przeszedł po brudnej podłodze do drzwi piwnicy. Otworzyło je drugie hasło, „Karmelkowe muszki". Remus zamknął je za sobą i zaryglował, a potem zszedł po krótkich schodach i poszedł oświetlonym lampami korytarzem do pokoju spotkań.

Drzwi zrobiono z grubego dębu i miały ramy z żelaza. Uniósł rękę, by zapukać, ale zawahał się słysząc głosy w środku. Gdyby dwa dni wcześniej nie było pełni (co znaczyło, że słuch dalej miał lepszy od ludzi) pewnie nie usłyszałby stłumionych słów. Ale w tak się stało, że akurat usłyszał.

- Jesteś pewien, Albusie? – rozległ się ponury szept Alastora Moody'ego.

Do uszu Remusa dobiegło westchnięcie, a potem odezwał się Dumbledore.

- W żadnym razie, ale Nicolas dalej pracuje nad hipotezą. Jest przekonany, że wkrótce wyciągnie wnioski.

- To ogromne ryzyko. - zauważył ostrożnie Moody.

- Zdaję sobie z tego sprawę. - odparł spokojnie Dumbledore.

Przez chwilę po drugiej stronie drzwi panowała cisza, przerywana wyłącznie stukaniem drewna w drewno.

- Masz jednak rację. - przyznał niechętnie Moody. - Tak będzie lepiej.

- To prawda. - głos Dumbledore'a był cichy i prawie pełen żalu.

Znów nastała cisza, a ciągłe stukanie układało się w przemyślany rytm.

- Black nie będzie zadowolony. - warknął Moody cicho, jakby sam siebie zirytował tym komentarzem.

- Zrozumie. - odparł Dumbledore, choć niepewnie. - Lepiej zachować ostrożność.

- A co z dziewczyną? - naciskał Moody. - Będzie zdruzgotana. - stukanie przyspieszyło na kilka sekund, a potem Moody odezwał się ponownie, tym razem prawie nadąsany. - Ty im powiesz, nie ja.

Remus prawie przegapił odpowiedź Dumbledore'a, bo tak głośno waliło mu serce.

- Poczekamy na ten dzień. Dajmy im cieszyć się sobą.

Co mieli na myśli? Czy Hermiona musiała wrócić? Czemu mieliby trzymać to przed nią w tajemnicy?

- Jesteś zbyt miękki, Albusie. Powinni się dowiedzieć. - Moody powiedział to co pomyślał Remus.

- To mogłoby wpłynąć na ich determinację. Wszystko musi pójść według planu. - odparł Dumbledore, a niepokój Remusa przemienił się w gniew. Dumbledore i to jego wieczne „plan jest najważniejszy"!

Co by się stało, gdyby Hermiona i Syriusz dowiedzieli się o konieczności powrotu? Przecież nie zrezygnują z zasadzki czy zniszczenia horkruksów, tego Remus był pewien. Sądził nawet, że Syriusz, bez względu na to, ile razy powtarzał, że Hermiona zostanie, był gotów na scenariusz, w którym odejdzie. Czy nie należało im powiedzieć o tym co miało się stać? A może lepiej pozwolić im na szczęście, jak chciał Dumbledore?

Trochę zdziwiło go, że zdaniem Moody'ego bardziej zmartwi to Hermionę, a nie Syriusza. Remus nie zdawał sobie sprawy, że ktokolwiek wiedział o ich zażyłości, ale starsi mężczyźni po drugiej stronie drzwi rozmawiali tak jakby dwoje młodych ludzi było jakąś tragiczną, zakochaną parą, która nie zniesie rozstania. Nawet Remus uważał, że to lekka przesada. Może i nie czekał z niecierpliwością na spędzenie dwudziestu lat w towarzystwie marudnego Syriusza, wyczekując na powrót Hermiony, ale to przecież nie koniec świata.

Moody znów mówił.

– No tak. A co z tą drugą?

- Zajmę się tym w tym tygodniu. - zapewnił aurora Dumbledore.

Remus nic nie rozumiał z tej zdumiewającej rozmowy. Jaka druga sprawa? Nie miał jednak dość czasu na przemyślenie tego, co usłyszał, bo ciągłe stukanie nagle ustało i Moody spytał:

- Kiedy zjawi się reszta?

- Niedługo. - odparł Dumbledore i nagle po drugiej stronie drzwi ciężkie, niepasujące do siebie kroki stały się znacznie głośniejsze.

Remus pospiesznie zapukał i drzwi natychmiast otworzono.

- Lupin. - mruknął Moody, przyglądając mu się podejrzliwie. - Świetnie. Przyprowadziłeś Blacka? - wystawił siwą głowę na korytarz i rozejrzał się na wszystkie strony.

- Nie, on też ma się pojawić? - Remus był zdumiony. Zbliżała się dopiero piąta trzydzieści, Syriusz dalej był w Ministerstwie. Jaki sens urywać się z pracy, by spotkać się z szefem?

- Tak. - powiedział Moody, zamykając drzwi za Remusem. - On i Longbottom staną na warcie, bo znają teren, ale lepiej żebym tylko ja dokonywał aresztowań. Mnie góra nie wyleje, jeśli wezmę udział w akcji Zakonu.

Remus usiadł przy stole, a w głowie dalej huczała mu wcześniejsza rozmowa. Pomyślał, że Syriusz będzie zirytowany, jeśli zabiorą go na misję tylko po to, żeby stanął na warcie. Nie mówiąc już o ponownym zostawianiu Hermiony samej. No ale nie byli razem na misji Zakonu od miesięcy, więc od razu poczuł się lepiej.

- A Edgar? On też idzie? - spytał, próbując w ten sposób zapomnieć o tym co podsłuchał. W tym momencie i tak nic nie mógł z tym zrobić.

- Tak, my trzej zaatakujemy, a Black i Longbottom staną na straży na wypadek zaklęć antydeportacyjnych i tak dalej. Chcę darować sobie biurokrację, więc powiemy, że Śmierciożercy, których dorwiemy sami zgłosili się do Blacka i Longbottoma.

- Syriuszowi się to spodoba. - Remus uśmiechnął się. - Cały czas narzeka na papierkową robotę.

- Tak, zawsze wykazywał niechęć do teorii. - zaśmiał się Dumbledore.

- No to wybrał sobie zły zawód, co nie? - burknął Moody.

- Profesorze, czy mogę dostać go z powrotem? - spytał nagle i bez zbędnych wstępów Remus, wiedząc, że dyrektor zrozumie od razu o jakiego „go" chodziło, bo przecież Remus zadawał mu to samo pytanie za każdym razem, kiedy się spotykali. Bardzo chciał oddać Zmieniacz Czasu Hermionie, nawet jeśli przez to Syriusz będzie na niego zły za danie jej sposobu na powrót. Dyskusja, którą podsłuchał sugerowała, że chyba nie dało się tego uniknąć, ale przy odrobinie szczęścia Hermiona nie zdenerwuje się na niego za to, że ją okradł. Remus nie miał gotowego planu podmienienia fałszywki na oryginał, który jej podrzucił, ale krok pierwszy wymagał posiadania rzeczonego oryginału.

Dumbledore przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, ale potem oznajmił:

- Ależ oczywiście, Remusie. Nicolas zbadał go już jak się tylko dało i może spokojnie pracować dalej na podstawie swoich notatek. - dyrektor wyciągnął z kieszeni klepsydrę z brązu i podał Remusowi.

- To prawdziwy? - spytał Remus. Nie zdziwiłoby go to, gdyby Dumbledore spróbował podmiany. „Jak ty to zrobiłeś?" Spytał sam siebie z żalem.

- Tak, Remusie. Przecież ci obiecałem. Spróbuj oddać go niepostrzeżenie. Niemądrze denerwować kobietę taką jak ona.

Remus przytaknął przypomniawszy sobie, że Syriusz mówił mu to samo. Spalenie Szatańską Pożogą to nieprzyjemna śmierć.

- Co pan i Flamel odkryliście? - spytał niewinnie, chowając Zmieniacz Czasu w wewnętrznej kieszeni kurtki.

- Jeszcze nic konkretnego, ale mamy nadzieję, wysnuć wnioski zanim będzie za późno. - odparł Dumbledore.

Rozległo się pukanie do drzwi i Moody poszedł otworzyć, zostawiając Remusa pod bacznym spojrzeniem dyrektora. Remusa zirytował brak informacji, ale próbował nie dać tego po sobie poznać. Nie wiedział co robić, ale postanowił na razie to zostawić. Może w przyszłym tygodniu da radę skonfrontować się z Dumbledorem sam na sam. Starał się to zignorować i wstał, by przywitać się z Edgarem Bonesem, który właśnie wszedł do pomieszczenia.

Edgar różnił się od większości członków Zakonu. Był starszy od nich, przekroczył już czterdziestkę i zawsze elegancki. Nie ubierał się w swobodne mugolskie lub czarodziejskie ubrania, które preferowali oni czy poważne, praktyczne szaty bojowe jak Moody. Właściwie to Remus chyba nigdy nie widział go w szatach, choć pochodził z rodu czystej krwi. Zazwyczaj wyglądał jak mugolski rolnik wystrojony na dzień w mieście. Nosił spodnie i kamizelkę, czasem też muchę i zawsze sportową marynarkę. Zawsze.

- Witaj, Remusie. – przywitał się, uchylając mu tweedowego kaszkietu. - Jak się trzymasz?

- Świetnie, Edgarze, dziękuję. - odparł Remus. - Jak chłopcy?

- W porządku. - odparł tamten, przytakując i zajmując miejsce naprzeciwko Remusa. - Graeme właśnie zaczął Hogwart. To dobry chłopak, lubi książki. To na Aarona będziemy musieli uważać, zaczyna w przyszłym roku. Niezbyt lubi struktury, oj nie.

- Rozmawiacie o mnie? - przybyli Syriusz i Frank. Syriusz odsunął krzesło obok Remusa i opadł na nie, uśmiechając się. - Naprawdę nie lubię struktur.

- Nie. - zaśmiał się Remus. - Rozmawialiśmy o dzieciach Edgara. Najstarszy właśnie poszedł do Hogwartu.

- No tak. - powiedział Syriusz, przez chwilę wyglądał na zamyślonego, jakby próbował coś sobie przypomnieć. - Graeme? – spytał wreszcie.

- Tak. - potwierdził Edgar. - Ku naszemu zdumieniu przydzielili go do Ravenclawu. Od kilku pokoleń Bonesowie trafiali do Hufflepuffu. No, ale zawsze dobrze wyłamać się z szablonu.

- Wiem z doświadczenia. – zgodził się z dumą Syriusz. - Byłem pierwszym nieślizgońskim Blackiem od stuleci.

- Ileż razy marzyłem, żeby to oni cię dostali. - mruknął siedzący obok Edgara Frank. – No, ale przynajmniej musiałem cię pilnować tylko dwa lata. - spojrzał na Remusa i dodał. - Hej, Lupin, nie byłeś przypadkiem prefektem? Jak poradziłeś sobie z nim i z Potterem?

- Poradził - prychnął Syriusz z pobłażaniem, ale Remus przerwał mu zniechęconym potrząśnięciem głową.

- Bardzo kiepsko, Longbottom, bardzo kiepsko.

Obaj Edgar i Frank się zaśmiali, a wtedy odezwał się Moody z drugiej strony stołu, gdzie rozmawiał z Dumbledorem.

- Ty przynajmniej widziałeś światełko w tunelu. Ja utknąłem z nim aż doprowadzi mnie do wcześniejszej emerytury. Albo do grobu. - dodał, zerkając na Syriusza.

Syriusz tylko wzruszył ramionami.

- Twój wybór, staruszku.

Moody przez chwilę patrzył wilkiem, a potem oznajmił.

- Dobra, słuchajcie. Musimy dorwać tych Śmierciożerców w Suffolk. Według świadków, których zeznania zebrał Longbottom, już od dwóch dni znajdują się w tym samym miejscu. Cokolwiek tam robią odbiega od normy i chcę to zakończyć zanim przemieni się w problem, albo zanim się przeniosą. Bones, Lupin i ja pójdziemy do lasu, w którym się ukrywają. Black i Longbottom, wy będziecie nas osłaniać, ale wolałbym żebyście się mieszali, chyba że będziemy was potrzebować.

Remus zerknął na Syriusza i złapał go na marszczeniu brwi w stronę Moody'ego. Najwyraźniej nie powiedziano mu, że nie będzie mógł się zabawić.


Pod drzewami na skraju gęstego lasu w pobliżu wybrzeża Suffolk, kucał w kółku pięciu mężczyzn. Nastała noc, a bryza znad oceanu niosła ze sobą zapach soli. Było całkiem przyjemnie i dość ciepło jak na październik, ale gdyby Syriusz miał jakiś wybór i wolałby znaleźć się zupełnie gdzie indziej.

- Dobrze - zaczął Moody, niewątpliwie próbując po raz kolejny omówić plan. Chyba odnosił wrażenie, że nikt go nie słuchał. Albo po prostu lubił mówić. - Kradzieże zazwyczaj zaczynają się koło dziesiątej, więc spróbujemy znaleźć obozowisko, kiedy będzie w nim tylko dwóch ludzi. - surowo spojrzał na Syriusza. - Wy dwaj nie ruszacie się stąd, chyba że któryś z nas przyśle wam patronusa.

- Wiemy, Moody. Poczekamy tutaj. - zapewnił pospiesznie Frank, zdając sobie sprawę, że Syriusz zaraz wyrzuci z siebie coś co zapewni przynajmniej jednemu z nich cios kijem. Syriusz stwierdził, że Frank całkiem nieźle dostrzegał oznaki i w większości przypadków orientował się w tym szybciej niż on sam.

- Czyli co – powiedział, zaprzepaszczając wysiłki Franka mające na celu uchronienie go przed laską. - będziemy tu wszyscy siedzieć bezczynnie do dziesiątej?

- Tak, Black. Masz coś ważniejszego do roboty? - Moody groźnie poprawił chwyt na lasce. Syriusz nie odpowiedział. Szef chyba naprawdę próbował utrzymać go z daleka od Hermiony. Ale to właściwie nie to stanowiło powód jego irytacji. Chodziło raczej o kończący im się czas. Od tygodnia nie miał nowych pomysłów jak zatrzymać Hermionę w tym czasie i zaczynało go to niepokoić. - Tak mi się wydawało.

Przez resztę odprawy Syriusz siedział w ciszy, gniewnie wyrywając źdźbła trawy. Nie musiał tu być. Na Merlina, chodziło o dwóch Śmierciożerców i kilka kotów. Co za bezsens. Dopiero kiedy ogołocił już całkiem spory kawałek ziemi, zorientował się, że został prawie sam. Frank, Edgar i Moody przenieśli kawałek dalej i skupili się nad rozłożoną na ziemi mapą.

- Rozchmurz się, Łapo. - powiedział Remus, podchodząc do niego. - Od marca nie robiliśmy nic razem dla Zakonu. Będzie frajda, nie?

- To się akurat nie zmieni. - mruknął Syriusz. - Ty będziesz łapał hałaśliwych złodziei, a ja posiedzę sobie tutaj z Frankusiem jak grzeczny chłopczyk.

- Ta, ale dorwiemy Śmierciożerców z ramienia Zakonu, więc nie będziesz musiał wypełniać druczków. - pocieszył Remus, uporczywie szukając pozytywnych stron sytuacji, by wyciągnąć Syriusza z chandry.

- Będę. - westchnął z rezygnacją Syriusz. - Racja, nie aż tyle. Co zwykle, ale zawsze. Formularz przy poddaniu się ma cztery strony, a nie trzynaście jak ten przy złapaniu.

- Dlatego Moody kazał tobie i Frankusiowi tu czekać. - odparł Remus. - Żeby mógł zmusić Śmierciożerców, by wam się poddali.

Syriusz westchnął. Co za strata czasu, mógłby to robić którykolwiek auror, więc dlaczego to musiał być akurat on?

- No wiem. Tyle tylko...

- Jeśli chodzi o seks, to możesz od razu się zamknąć.

- Nie, nie jest. - zapewnił Syriusz, rad, że naprawdę nie o to chodziło, więc nie musiał czuć się jak palant. - Znaczy, zostało nam piętnaście dni, a wyjścia nie widać i bracie - znów westchnął. - to takie powalone... nie martw się, jestem po prostu przybity.

- Co racja to racja. - zgodził się Remus, mocno dźgając Syriusza w bok.

- O czym rozmawiacie, drogie panie? – Frank uśmiechnął się do nich. Najwyraźniej zostawił dorosłych i ich tajne przyjęcie z mapą w tle i zaczął szukać rozrywki.

- O seksie. - odparł radośnie Remus, sprawiając, że mimo złego humoru i bolących żeber (miał ostre łokcie) Syriusz zachichotał pod nosem.

- Waszej dwójki ze sobą? - Frank opadł na trawę, śmiejąc się cicho z własnego żartu.

- Tak. – Syriuszowi udało się zachować powagę.

- Gratuluję. - uśmiech Franka poszerzył się, czekał aż zaczną się śmiać.

Syriusz prawie stracił nad sobą kontrolę, kiedy Remus powiedział poważnie: „Dzięki Frankusiu, to wiele dla nas znaczy." Jakoś jednak udało mu się powstrzymać.

Frank wiedział, że żartowali, ale i tak był zdumiony.

- Frankusiu? Szczerze powiedziawszy, niezbyt mi się podoba.

Remus wzruszył ramionami i odparł tak samo poważnie.

- Wybacz, Frankusiu.

- Co wam się dzisiaj stało? - Frank spojrzał najpierw na jednego, a potem na drugiego. Ich nieruchome twarze najwyraźniej go rozstrajały.

- Nic. - odparli jednocześnie, monotonnym głosem.

- Myślałem, że uwolniłem się od nudnego duetu o tam, ale oni przynajmniej omawiają w miarę interesujący temat najnowszych ocen z Transmutacji jakie dostał najstarszy syn Edgara.

Remus prychnął.

- No tak.

- Masz ze sobą karty, Lunatyku? - spytał Syriusz, decydując, że jeśli będzie tak siedział bez niczego do zrobienia to tylko bardziej się sfrustruje.

- Oczywiście. - Remus podniósł klapę swojej torby i zaczął w niej buszować.

Syriusz spojrzał na Franka.

- Poker, Longbottom?

- Nie mamy czym obstawiać. - zauważył Frank, kiedy Remus wyciągnął swoją zaufaną talię kart. Były mugolskie, ale wszędzie je ze sobą nosił. Życie członka Zakonu zakładało masę czekania i chociaż chętnie by poczytał, to często nie dysponował dostatecznym światłem albo miał towarzystwo, albo był zbyt nabuzowany, na coś tak spokojnego jak książka.

- Poczekajcie. - mruknął, przeszukując dno torby. Przygryzał język, a jego twarz była lekko ściągnięta w wyrazie koncentracji. - Acha! - zakrzyknął triumfalnie, wyciągając pudełko zapałek.

- Skąd to wziąłeś? – zdziwił się Syriusz. Czarodzieje z zasady nie nosili przy sobie zapałek. Nie było po co, skoro różdżką zapalało się ogień znacznie szybciej.

- Znam taką dziewczynę. – Remus posyłał Syriuszowi znaczące spojrzenie. - Mieszkała w hotelu.

- A no tak. - odparł szybko Syriusz, zirytowany, że sam ich nie znalazł. Zapałki były cudowne, jak mugolska magia. - Nieźle, mogę spróbować?

Remus potrząsnął głową.

- Są do zakładów.

- Nie pozwolę im całkiem się spalić. - błagał Syriusz z uśmiechem. - Proszę? Od wieków nie używałem zapałek.

Obserwujący ich Frank roześmiał się.

- No dobra. - westchnął z rozdrażnieniem Remus, próbując się nie uśmiechnąć. - Dzieciak. - rzucił pudełkiem w swojego łatwo popadającego w entuzjazm przyjaciela.

Syriusz złapał pudełeczko i otworzył je. Wyciągając jedną z zapałek szybko przeciągnął nią po pasku z siarką i wyszczerzył radośnie zęby, kiedy zadziałało za pierwszym razem i główka rozgorzała ogniem. Prawie jak magia. Machnął zapałką, tak by zgasła i wyciągnął kolejną, uśmiechając się z dumą, kiedy drugi raz z rzędu udało mu się zapalić ją za pierwszym razem.

- Jakim cudem tak dobrze radzisz sobie z mugolskimi rzeczami, Black? – zaciekawił się Frank, który wyglądał na tak samo oczarowanego jak Syriusz. Młody Black właśnie zdmuchnął drugą zapałkę, a w górę uniosła się z niej wątła smużka dymu. Dziwne, że zwykły maleńki płomyczek tak go fascynował tylko dlatego, że Syriusz nie wiedział jak to działa.

Remus wydał z siebie dziwny dźwięk sceptyzmu i obaj na niego spojrzeli.

- Żartujesz, Frank? On beznadziejnie radzi sobie z mugolskimi rzeczami.

- Nieprawda. - sprzeciwił się Frank. – Podczas naszego biwaku każdego wieczora szykował nam kolację. Bardzo imponujące.

- Słyszałeś, Lunatyku? - triumfował Syriusz, z fanfarą zapalając kolejną zapałkę. - Imponujące.

- Czystokrwiści. - mruknął Remus. - Nie mam pojęcia jakim cudem przetrwaliście.

- Dzięki magii. - odparli Frank i Syriusz. Spojrzeli na siebie, a potem parsknęli śmiechem. Remus wywrócił oczami.

- Uciszycie się, czy nie? - zawołał do nich Moody.

Remus miał wreszcie szansę się pośmiać, kiedy Syriuszowi (którego trochę poniosły własne umiejętności zapalania zapałek) udało się podpalić kilka nici luźno wiszących na kolanie spodni, a Frank spanikował i wyczarował ogromną fontannę wody na tlącą się nogawkę. Syriusz uważał, że ta nadgorliwość wzięła się z zazdrości o jego wspaniałe mugolskie umiejętności.


Trzy godziny i dwadzieścia dwa rozdania pokera później Remus szedł za Moodym i Edgarem przez gęsto rosnące drzewa młodego lasu. W odróżnieniu od poskręcanych, sękatych pni starożytnych drzew Zakazanego Lasu, te były proste i rozmieszczone regularnie. Różnił się też od tych rosnących na polanie, na której on i jego przyjaciele spędzali kilka pierwszy pełni po skończeniu Hogwartu. Tam runo wydawało się żyć własnym życiem, podkradając się do dębów i jesionów jakby zamierzało je udusić i przejąć kontrolę nad doliną. Tutaj, blisko morza, darń była znacznie niższa i chętnie pozwalała drzewom wieść prym.„Młody" było oczywiście luźnym terminem, jeśli chodzi o las, ale bez plątaniny podszycia czy powykręcanych korzeni, zagajnik wyglądał na prawie zorganizowany.

Szli przez porządnie zaplanowany zagajnik tak długo, że Remus zaczął tworzyć spis mijanej flory, by czymś się zająć. Nagle idący tuż przed nim Moody stanął jak wryty.

- Lupin - zawarczał cicho. - co słyszysz?

Remus wsłuchał się. Wiedział, że to dlatego Moody zabrał na tę misję właśnie jego. Wilcze uszy niezmiernie się przydawały podczas wchodzenia w nieznane. Przez chwile panowała cisza, a potem rozległo się niepokojące skrobanie. Dźwięk ten posłał wzdłuż jego kręgosłupa mrowiące ciarki, które rozeszły się po jego plecach sprawiając, że miał ochotę zadygotać. Źródło skrobania znajdowało się niedaleko, ale ukryto je magicznie. Potem ze wschodu dobiegł inny dźwięk (taki, do usłyszenia, którego nie potrzebował wyostrzonych zmysłów), zduszone wołanie niezadowolonego zwierzęcia. Remus spojrzał na Moody'ego.

- No i jest jeszcze to.

Moody przytaknął, także usłyszawszy hałas.

- Coś jeszcze?

- Cokolwiek wydało z siebie ten dźwięk... - Remus zastanowił się przez chwilę. Słyszał skrobanie. - ma pazury i jest związane.

- I raczej niezbyt z tego zadowolone. - dodał Edgar.

- Możesz mieć rację. – zgodził się Remus.

- No tak. - stwierdził Moody, prowadząc ich w stronę hałasu. Remus był zdumiony. Wiedział całkiem sporo na temat stworzeń magicznych, ale tego dźwięku nie rozpoznawał.

Jakieś dziesięć minut później Moody znów raptownie stanął, ale tym razem Remus wiedział, dlaczego. Kiedy szli powietrze dookoła nich zagęściło się na chwilę, a po kolejnym kroku zwierzęce skomlenie stało się łatwo słyszalne. Musieli przejść przez barierę zaklęcia maskującego. Wyglądając spomiędzy gałęzi, wilkołak zrozumiał czemu nie dał radę zidentyfikować zawołania. Nigdy w życiu nie widział smoka.

Na polanie, przywiązana do jednego z szerszych pni, siedziała przycupnięta łuskowata, pomarańczowo-czerwona jaszczurka. Według smoczych standardów nie była wcale taka wielka, miała zaledwie półtora metra w kłębie. Jej głowa (którą okalała grzywa wyglądających złowieszczo, złotych kolców) wydawała się za duża w stosunku do ciała. Nastolatek, stwierdził Remus. Mimo niewielkich rozmiarów, był to jednak cholerny smok.

Zdumieni Moody i Edgar spojrzeli na Remusa.

- Po co Śmierciożercom smok? - mruknął Edgar z podziwem.

- Choroba wie. - odparł Moody.

Remus nie słuchał jak pozostała dwójka zaczyna snuć teorie, dlaczego poplecznicy Voldemorta podróżują po Anglii ze smokiem. Był zbyt zajęty obserwowaniem zdumiewającej sceny. Młody osobnik znajdował się na skraju polany, przywiązany mocno za szyję licznymi postronkami. Skrzydła miał skrępowane ciężkimi, skórzanymi pasami. Po drugiej stronie polany (bez wątpienia poza zasięgiem ognia) stało rozpadające się schronienie składające się z materiału przytwierdzonego do ziemi i trzymanego w górze dzięki trzem wysokim słupom. Trzeci róg przywiązano do najbliższej gałęzi młodego dębu. Obok tego skromnego zadaszenia stała sterta skrzyń, cztery poziomo i trzy w pionie, które odgradzały schronienie od sterty śmieci. Pióra i puste butelki zalegały na ziemi, a razem z nimi połamane kawałki drewna, które kiedyś same były skrzyniami, poszarpana skóra i inne odpadki jakie spotyka się w obozowiskach.

Remus znów się rozejrzał. Pod zadaszeniem stał ogromny kociołek, a po bliższym przyjrzeniu się zauważył płomienie pod nim, na pierwszy rzut oka ukryte przez strategicznie umieszczony wzgórek ziemi, który je otaczał. Skupił się na mrocznym wnętrzu pod płótnem, obserwując dwa skulone kształty wewnątrz. Dwa skulone ludzkie kształty.

Pozostali także musieli dostrzec mieszkańców obozowiska, bo Edgar odezwał się:

- Powinniśmy podejść od drugiej strony, pomiędzy schronieniem, a skrzyniami z zaopatrzeniem. Damy radę ich oszołomić zanim zorientują się, że tu jesteśmy.

- Dobry pomysł, Bones. - burknął Moody. - Chodźmy.

Prześlizgnęli się dookoła obozowiska (dłuższą trasą, tak by nie znaleźć się w zasięgu marudnego smoka i nagłej płomiennej śmierci) i zakradli się pomiędzy ścianę stworzoną przez drewniane pudła i chropowaty materiał. Edgar pochylił się i spróbował unieść skraj materiału, by oszołomić Śmierciożerców od tyłu, lecz bezskutecznie. Płótno było magicznie przyklejone do podłoża. Zbliżyli się jeszcze kilka kroków do zamkniętej przestrzeni i dopiero wtedy Remus zrozumiał, że się pomylił. Skrobanie nie dochodziło ze strony przywiązanego po drugiej stronie polany smoka, ale ze skrzyń, które jak zakładał zawierały zaopatrzenia albo może skradzione przedmioty.

Remus nerwowo przebiegł wzrokiem po skrzynkach. Wszystkie były mniej więcej tego samego rozmiaru, zwykłe, kwadratowe pudełka do przewożenia rzeczy, wysokie na metr. Jedno miało kolor czerwony. Stało w tym samym miejscu co pozostałe, ale musiało zawierać coś ważnego, choć może nie źródło dźwięku. Moody także przyglądał się skrzyniom i bez zrozumienia napotkał spojrzenie Remusa. Nic jednak nie powiedział przez wzgląd na dwóch zaspanych Śmierciożerców, od których dzieliła ich tylko cienka tkanina.

Edgar, który szedł jako pierwszy chyba nie usłyszał hałasu. Dotarłszy do skraju materiału, zerknął na Moody'ego, czekając na rozkaz do ataku. Moody przytaknął ostro i Edgar posłał niewerbalny oszałamiacz do sypialni Śmierciożerców. Jednakże w tym samym momencie nastoletni smok zdecydował znów ściągnąć na siebie uwagę i wydał z siebie okrzyk, który poniósł się echem po polanie. Oszałamiacz Edgara poszedł nie w tę stronę co trzeba, a sam mężczyzna podskoczył ze strachu, pospiesznie odsuwając się od Śmierciożerców, którzy niewątpliwie się obudzili.

- Muffliatto. - szepnął Remus, mając nadzieję, że uda mu się w ten sposób utrzymać ich obecność w sekrecie. Cofnęli się odrobinę, słysząc jak Śmierciożercy narzekają na hałaśliwego smoka, ale nie zdają sobie sprawy z oszałamiacza, który przemknął tuż obok nich. Członkowie Zakonu stali w bezruchu, czekając na odpowiedni moment by zaatakować. Skrobanie dochodzące ze skrzyń przeszkadzało Remusowi. Nienawidził myśli, że w tym ciemnym, drewnianym więzieniu cierpiało jakieś przerażone zwierzę. Szturchnął Moody'ego łokciem i znacząco spojrzał na najbliższą skrzynkę.

Moody przytaknął i powiedział ledwo słyszalnym głosem.

- Sprawdź je, mogą być niebezpieczne.

Remus usunął żelazne gwoździe dzięki, którym skrzynia pozostawała zamknięto i odrobinę uniósł pokrywę. Widok zaparł mu dech w piersi. W środku znajdowały się dwie ogromne skorupki jajek, a pomiędzy połamanymi kawałkami siedziała para nowo wyklutych smocząt. Edgar podążył za wzrokiem Remusa i zbladł. Moody uniósł wysoko wąskie brwi.

- Merlinie. - wymamrotał.

Nagle zza ściany schronienia dobiegł wyraźny głos.

- Czy zbliża się już jedenasta? Wilkes i Vistrim wkrótce wrócą. Mam nadzieję, że przyniosą coś dobrego, potrawka wychodzi mi uszami.

Remus na chwilę napotkał spojrzenie ciemnych oczu Moody'ego. W obozowisku było czterech Śmierciożerców a nie trzech.

- Chyba zostało jeszcze trochę tych biszkoptów, idź sprawdzić. - powiedział drugi głos, należący do niecierpliwego mężczyzny.

Trzech członków Zakonu obróciło się na pięcie słysząc jak Śmierciożercy poruszyli się pod skąpym przykryciem. Zaczęli się szybko wycofywać, różdżki cały czas trzymając wycelowane w miejsce, w którym powinien pojawić się szukający biszkoptów Śmierciożerca.

Kiedy się wycofywali rozległ się wściekły warkot ze strony spętanego smoka, a w chwilę potem buchnęły płomienie, które na sekundę jasno oświetliły polanę. Wszyscy trzej drgnęli z przerażenia i Remus zobaczył jak okryty tweedem łokieć Edgara zderza się z pomalowaną na czerwono skrzynią, gdy ten się cofnął ze spojrzeniem wbitym w miejsce, gdzie mieli się pojawić Śmierciożercy.

Potrącone czerwone pudełko zachwiało się lekko, a potem (bez ostrzeżenia) powietrze przeszyła głośna i gwałtowna eksplozja. Namiot, drzewa, nawet ziemia zawibrowała pod wpływem wybuchu. Remus wyrzucił ramiona do góry, by chronić twarz przed kawałkami drewna, które poszybowały na wszystkie strony. Coś ciężkiego rąbnęło go w prawą rękę, wytrącając mu z dłoni różdżkę. Po drugiej stronie polany smok wył, a z każdej strony dobiegały bolesne krzyki, które rozrywały Remusowi serce. Zorientował się, że dwa smoczątka nie były jedynymi zwierzętami zamkniętymi w obecnie rozwalonych skrzyniach.

Rzucając się na ziemię niewiele widział przez zawieruchę latającego kurzu, dymu i kawałków drewna. Zarejestrował jęknięcie bólu z lewej strony, zmarszczył brwi i dostrzegł czołgającego się ku niemu Moody'ego, który trzymał głowę pod nienaturalnym kątem. Dłonie Remusa prześlizgiwały się po ziemi, pośród pobojowiska szukał różdżki. Próbował się skupić mimo straszliwych, bolesnych wrzasków dookoła, a bicie własnego serca huczało mu w uszach. „Co się do cholery stało?"

- Lupin. – odezwał się słabo Moody. - Znajdź Bonesa, wynosimy się stąd.

Remus znów spojrzał na aurora i przewróciło mu się w żołądku. Z oka wystawał mu długi na stopę, ostry kawałek drewna, a z oczodołu lała się obficie krew.

- Moody. - wydusił zszokowany.

- Znajdź Bonesa. - powtórzył Moody, a głos dalej mu drżał. - Ja poślę po chłopaków.

Remus przemieszczał się przez pobojowisko na kolanach, zastanawiając się, gdzie podziali się Śmierciożercy i czy coś im się stało. „Oby" pomyślał. Gęsty pył zapewniał mu odpowiednią osłony. Jego lewa stopa mrowiła dziwnie, ale zignorował to. Usilnie odwracał wzrok od zmaltretowanych, szarpiących się ciał smoczątek i próbował nie słyszeć pełnego agonii miałczenia jakie z siebie wydawały. Pospiesznie przedostał się przez rozwalone pozostałości sterty skrzyń. „Co do cholery znajdowało się w tym pomalowanym pudełku? Dynamit? Był tam dla bezpieczeństwa? Żeby zniszczyć dowody nielegalnej hodowli smoków?"

Wreszcie dotarł do miejsca, gdzie leżał zasypany połamanymi deskami Edgar. Był niebezpiecznie nieruchomy, ale jęknął, kiedy Remus ściągnął spory kawałek skrzyni z jego nóg. Jeśli uważał, że rana Moody'ego, czy okaleczone smoczę było okropne, to stan Edgara przedstawiał się sto razy gorzej.

Nogawka została oderwana, a od uda do brzucha ciągnęła się ogromna ziejąca rana. Była tak głęboka, że Remus widział cienką, zielonkawą warstwę tłuszczu pokrywającą mięśnie. Na ten widok porzygał się odrobinę, a potem trzęsącymi się rękami poszukał tętna na szyi mężczyzny. Był pewien, że słyszał jak Edgar jęknął. Wyczuł lekkie, niepewne trzepotanie, ale nie miał pewności, czy to Edgar, czy to jemu trzęsą się ręce.

Nagle do jego własnej szyi przyciśnięto tępy, twardy przedmiot i zabrzmiał groźny głos.

- Nie zostało mu już wiele czasu. Tobie też nie, śmieciu.

Przerażone dygotanie wewnątrz Remusa w mgnieniu oka przemieniło się w łomoczącą furię. Jego piersią wstrząsnął warkot, kiedy zwierzę, które trzymał zamknięte przebudziło się do życia. Może i nie miał różdżki, ale nie był bezbronny. Trzymając się nisko, zawirował na kolanach, wyrzucając ramię, by złapać Śmierciożercę za kolana i posłać go na ziemię.

Czerwony błysk przeszył niebo nad jego głową i głos, który natychmiast poznał, wrzasnął:

- Lunatyku!

Przybyli Syriusz i Frank.

Śmierciożerca, którego wywrócił na plecy walczył z niemożliwym do przełamania chwytem wilkołaka. Remus rzucił się na mężczyznę, by utrzymać go na ziemi i odepchnąć wycelowaną w siebie różdżkę. Złamała się, kiedy dłoń jej właściciela została przyciśnięta do ziemi. Remus odciągnął prawą pięść i z całą siłą jaką posiadał rąbnął nią w nos Śmierciożercy, na koniec podciągając ją do góry. Poczuł, jak uderzenie rezonuje wzdłuż jego ramienia. Oczy Śmierciożercy uciekły pod czaszkę, a z jego twarzy buchnęła krew. Ciało zwiotczało.

- To Zakon, wezwijcie pozostałych! - zawołał nieznany mu głos.

Remus spojrzał w górę, by zobaczyć kolejnych dwóch mężczyzn, którzy zbliżali się szybko z wyciągniętymi różdżkami. Wstał chwiejnie i wytarł zakrwawioną dłoń o spodnie. Nie czuł lewej stopy i potknął się. Nagle ktoś wsparł go, obejmując silnym ramieniem.

- Poradzimy sobie, Lunatyku. - szepnął mu do ucha Syriusz. - Wracaj pomóc Moody'emu!

Syriusz obrócił go i popchnął w stronę, gdzie został stary auror. Remus dostrzegł wyraz jego twarzy. Ponuro zaciśnięte usta, ściągnięte brwi, szare oczy tańczące z podekscytowaniem. Właśnie dlatego zrobił co mu kazano. Tak wyglądał Syriusz, który przejmował kontrolę i pozbawiony różdżki czy nie, Remus wiedział, że pod czujnym okiem przyjaciela on i ranny Moody będą bezpieczni.

Remus padł na kolana, by szybciej się poruszać, bo jego stopa dalej nie działała tak jak powinna. Obok niego przemknął Frank, wołając do Syriusza.

- Na moją komendę, Black! Pokażmy im!

Czołgał się tak szybko jak mógł. Żelazne gwoździe i poszarpane kawałki drewna wbijały mu się w dłonie i kolana. Mózg Remusa pędził. Kurczaki i brandy... jedzenie dla smoczątek... okropne hałasy. Wszystko układało się w jedną całość. Oprócz... koty?... smoki mogły jeść koty, ale nie była to najlepsza karma... i w ogóle po co Śmierciożercom smoki?

Kiedy Remus dotarł do siwego aurora, ten opierał się o pień drzewa kawałek od miejsca, gdzie znajdował się wcześniej. Na jego widok umysł Remusa stracił moment jasności. Moody zgubił drewnianą nogę, a z miejsca, gdzie powinno znajdować się jego oko dalej wystawał ogromny kawałek drewna. Większość jego twarzy pokrywała lepka, ciemna krew. Mimo to uśmiechał się szeroko i Remus, z umysłem przymglonym przez szok, strach i przerażającą wilczą wściekłość prawie zaśmiał się na ten jakże niespójny widok. Człowiek nie powinien się uśmiechać, jeśli jego głowa przypomina gigantyczny shish-kebab. Zdrowe oko Moody'ego wpatrywało się w miejsce za Remusem, gdzie musiał zobaczyć coś co bardzo go ucieszyło.

Remus odwrócił się i od razu zrozumiał o co chodziło. Po drugiej stronie pobojowiska Syriusz i Frank stali plecy w plecy. Z ich różdżek raz po raz wystrzeliwały kolorowe błyskawice mknące na wszystkie strony. Musiały przybyć posiłki, bo dwóch aurorów walczyło z pięcioma Śmierciożercami, którzy ich otaczali. Widok był imponujący i uświadomił Remusowi jak dobrze dwaj mężczyźni się znali. Poruszali się w tym samym rytmie, prawie zrelaksowani. Obaj co kilka sekund wykonywali niewielki krok w prawo, cały czas blokując zaklęcia i klątwy rzucane przez przepychających i plączących się, spanikowanych Śmierciożerców, tak że ciągle się obracali i ciągle byli chronieni, jednocześnie rzucając poplecznikom Voldemorta coraz to nowe wyzwanie.

Nie trwało to jednak długo, bo nagle Frank zawołał: „Pięćdziesiąt dwa!" i Syriusz, wykonując manewr, który musieli wcześniej ćwiczyć, opadł w kucki, okręcając się płynnie, tnąc różdżką powietrze i posyłając serię oszałamiaczy w stronę przeciwną do tej, w którą był wcześniej zwrócony. Frank też się obrócił, wykonując to samo pociągłe cięcie w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się Syriusz. Pięciu Śmierciożerców jak jeden mąż padło z łomotem na ziemię.

Moody zaśmiał się za plecami Remusa, który na to uniósł brwi.

- Dobrze wiedzieć, że uważają. - wyjaśnił.

Kiedy wilkołak znów na nich spojrzał, Syriusz już stał i klepał Franka po plecach. Mimowolnie dołączył do Moody'ego w rozbawieniu, bo usłyszał jak jego przyjaciel śmieje się, mówiąc:

- Cholera, brachu, nie mogłeś poczekać jeszcze trochę?

Frank potrząsnął głową, ale też się uśmiechał.

- Black, jest sprawiedliwie tylko wtedy, jeśli pozwolimy im myśleć, że mają szansę.

Przeszkodził im ryk nastoletniego, dalej przywiązanego smoka i zdali sobie sprawę, że czas nie sprzyjał gratulacjom. Pospieszyli znów w stronę przejścia. Frank przystanął przy Edgarze, a Syriusz zbliżył się do Remusa i Moody'ego. Kucnął przy przyjacielu, a na jego twarzy dalej malował się odrobinę maniakalny uśmiech wywołany przez sukces w walce.

- Niezły cios.

- Dzięki. - wydyszał Remus. - Zgubiłem moją różdżkę, gdzieś tu leży. - wskazał głową na strefę zniszczenia.

- Tak myślałem. Zwykle nie wypuszczasz wilka, chyba, że nie masz innego wyboru. - przytaknął Syriusz. - Jak twoja kostka?

- Dobrze? - Remus spojrzał na nią bez zrozumienia. Jego lewa stopa była wygięta pod dziwnym kątem, a kiedy to zobaczył gorący, łomoczący ból rozlał się po jego nodze, całkiem jakby jego mózg dopiero wtedy zorientował się, że coś mu się stało. - Cholera. Może jednak nie.

- Tak myślałem. - mruknął ponuro Syriusz. Wyciągnął przed siebie różdżkę. - Masz, zwiąż sobie. Jesteś w tym o wiele lepszy ode nie, ja pewnie tylko pogorszyłbym sprawę.

Remus przyjął różdżkę i mruknął „Ferula", a potem jęknął boleśnie, kiedy pojawiły się bandaże i zacisnęły się dookoła jego kostki, nastawiając ją ze zgrzytem.

Syriusz spojrzał na Moody'ego.

- Jak się masz, staruszku?

- Nieźle, Black. – brzmiała odpowiedź. - Chociaż z tym będzie problem. - wskazał na kawałek drewna wystający mu z twarzy.

- Czyli do Munga? - spytał Syriusz, rozdarty pomiędzy odrazą na widok rany, a rozbawieniem spowodowanym przez zblazowaną reakcję Moody'ego.

- Będziemy musieli zabrać Edgara. Naprawdę z nim źle. - dorzucił Remus.

- Nie żyje. - powiedział cicho Frank.

Na chwilę zapadła cisza. Remus, Syriusz i Moody wiedzieli, że Bones powinien był zginąć kilka miesięcy wcześniej, ale nawet to nie stanowiło zbytniego pocieszenia w zestawieniu z rzeczywistością.

- Więc to tego walnąłeś. - ciągnął Frank, choć w jego głosie dalej słyszało się smutek po stracie kompana. - Nie mogę stwierdzić kto to, to musiał być nie byle jaki cios.

Spojrzał na Remusa, któremu nieprzyjemnie skręcił się żołądek. Gołymi rękami zabił człowieka, uderzył go tak mocno, że nie dało się go rozpoznać. Mimo, że chodziło o Śmierciożercę, to i tak o wiele bardziej przypominało to morderstwo niż gdyby użył różdżki. Kiedy w Remusie wrzało poczucie winy, bo zachował się jak zwierzę, Frank dalej mówił:

- Musimy ściągnąć tu chłopaków z Kontroli. - przez straszliwą chwilę Remus myślał, że Frank miał na myśli, że mają przyjść po niego. Aresztować wilkołaka, który zabił człowieka. Ale potem Frank dodał: - Co oni robili ze smokami? - i Remus trochę się uspokoił.

- Nie mam pojęcia. - odparł beznamiętnie Syriusz. - Są trochę warte. Myślisz, że próbowali je sprzedać?

- Ta, może.

Nagle Moody burknął.

- Czemu siedzimy na tyłkach i gadamy? Black, Longbottom zgarnijcie tych Śmierciożerców, martwego też. Zamknijcie ich na dole i nie mówicie nikomu, że tam są. Nie wypełniajcie też formularzy, to może poczekać do jutra. Na miejscu każcie ludziom z Kontroli ruszyć tyłki i posprzątać ten bajzel. Ja idę do Świętego Munga, żeby się tym zająć. - machnął ręką w stronę swojej twarzy, jakby chodziło o zadrapanie a nie coś na kształt lobotomii. - Lupin, ty pójdziesz ze mną. Zabierz Edgara. Wysłałem już Dumbledore'owi patronusa, spotka się tam z nami.

Trzej młodzi ludzie spojrzeli na siebie. Wszystkim trzem przebiegło przez głowy to samo. „Jakim cudem Moody był w stanie racjonalnie myśleć z kawałkiem drewna wystającym mu z twarzy?"

- W porządku, Moody. – zgodził się Remus. - Muszę tylko znaleźć różdżkę. - Moody burknął i z powrotem oparł się o pień drzewa. - Accio różdżka. – Remus machnął różdżką Syriusza w kierunku rumowiska. Sterta poruszyła się, a potem w ich stronę poszybowały wąskie kawałki drewna. Serce mężczyzny zatrzymało się, kiedy pomiędzy tymi kawałkami rozpoznał rączkę swojej cennej różdżki.

Była strzaskana. Jego cudowna różdżka... Nigdy nie sądził, że będzie mógł ją mieć, co dopiero nauczyć się jej porządnie używać. A teraz leżała na jego kolanach w pięciu kawałkach.


(1)Marmit - brytyjskie smarowidło do chleba, używane też jako dodatek do kanapek, zup czy mielonego mięsa wołowego oraz jako składnik marynaty do mięsa z kurczaka. Wyciąg drożdżowy powstający jako produkt uboczny w procesie warzenia piwa. Smakiem przypomina sos sojowy i ma konsystencję pasty o ciemnobrązowym kolorze i intensywnym zapachu. (przyp. tłumacza)