Od tłumaczki: Powiem tak, tu zaczyna się wątek, który już wkrótce sprawi, że tak jak ja zakwestionujecie rating tego opowiadania. Spokojnie, zrozumiecie o co mi chodzi. Proszę tylko o wyrozumiałość, nie potrafię pisać takich scen, a to się niestety przekłada na tłumaczenie.

A tak w ogóle, wiecie, że zostało już tylko 10 rozdziałów? Wow, szybko zleciało, co nie?


Wesołego Święta Dziękczynienia dla wszystkich Amerykanów, wy szczęściarze! Dla reszty z nas to zwykły dzień xx


16 października

Hermiona tkwiła zwinięta na kanapie i wpatrzona w zegar ścienny (który nie wisiał na ścianie tylko stał na półce przy drzwiach). Była druga w nocy. Nie poruszyła się od północy, a po pierwszej zaczęło jej się robić niedobrze z niepokoju.

Wcześniej tego samego dnia przycupnęła przy wysepce kuchennej, próbując napisać list do Frederiki z prośbą o pomoc z w sprawie zamieszkania w 1981. Zadanie to sprawiało jej masę trudności, bo jak powiedzieć „Proszę, czy mogłabyś zaryzykować honor swojej rodziny żebym mogła zostać w czasie, w którym nie powinno mnie być, bo w kimś się zadurzyłam i chciałabym zobaczyć jak to się skończy" tak, by nie zabrzmiało to płytko i śmiesznie?

Hermiona właśnie kontemplowała ten problem, z opalanej węglem starej kuchenki w rogu pokoju kiedy rozległo się stukanie. Syriusz używał jej wyłącznie jako półki, a dwie próby gotowania na niej, przekonały Hermionę, dlaczego. Przez kuchenkę całe mieszkanie pachniało jak fabryka. I to taka z przełomu wieków, wypełniona brudnymi dzieciakami ulicy i gigantycznymi, niebezpiecznymi maszynami do produkcji armat czy powozów, albo może latarni. W każdym razie czegoś co wymagało maszynerii parowej, która tylko czekała by zmiażdżyć te dzieciaki, gdyby okazały się zbyt ciekawskie. Ale pukanie było natarczywe, więc Hermiona odważyła się zmierzyć z duchami dzieci mówiących z londyńskim akcentem i otworzyła jedno z żelaznych drzwiczek, by zobaczyć parę zirytowanych żółtych oczu, a potem dostać w twarz pyłem węglowym, kiedy sowa Syriusza z irytacją zamachała skrzydłami. Przeprosin nie otrzymała.

Chociaż pokryta sadzą, dość się ucieszyła, że Zoff dał radę dostarczyć pocztę, biorąc pod uwagę, że miał do dyspozycji tylko okienko w kuchni, dwa przesuwne w salonie, które wyglądały na ulicę ponad sklepami na dole i to dziwne w sypialni, które miało aluminiową ramę i musiało zostać dodane ostatnio, bo mugole nie używali aluminium na początku wieku, kiedy budynek został zbudowany. Wszystkie zostały zamknięte, by do mieszkania nie dostał się październikowy chłód (i morderczy poplecznicy Voldemorta), a Syriusz nie miał kominka, tylko kaloryfer umieszczony w krótkim korytarzu pomiędzy salonem, a sypialnią, o który waliła się palcami za każdym razem, gdy go mijała. Ale kuchenka musiała mieć wewnętrzy komin. Jakie to użyteczne.

Zoff nie przyleciał tylko po to by się przywitać i zasypać ją pyłem węglowym. Do jego nóżki przywiązano zwój, który Hermiona odwiązała, jednocześnie pospiesznie informując niecierpliwego ptaka, że nie przewiduje odpowiedzi.

Po raz chyba pięćdziesiąty od jego usmolonego przybycia, spojrzała na leżący na ramieniu kanapy list.

Najmilsza gospodyni,

Mój powrót do świata ciast i kadzidła trochę się opóźni. Spędzę bowiem ten wieczór kończąc zadanie, które zaczęliśmy z Krótko-przodem w ostatni weekend. Tym razem dołączą do nas też Twój Tata i marudny pirat. Wybacz, że wcześniej Cię nie uprzedziłem, ale jak wiesz z piratem się nie dyskutuje.

Twój,

Pan Ogden

P.S. Zostaw drzwi do piekarnika otwarte, bo jeśli tego nie zrobisz, Zoff strząchnie Ci w twarz pył węglowy w ramach nauczki.

„Cholerny ptak. Co za wrzód na tyłku" pomyślała. Mimo to cieszyła się z listu. Syriusz ucieszy się, że robi coś dla Zakonu, a to w końcu tylko kilku Śmierciożerców i przesączone brandy koty (a przynajmniej tak jej się wydawało). Znów spojrzała na zegar. Musiała sobie ciągle przypominać, że Syriusz nie powiedział, ile czasu zajmie mu zadanie,. Może wszystkie misje Zakonu trwają od piątej po południu do wczesnych godzin porannych. Pewnie po fakcie mieli sporo do zrobienia. Musieli uzupełnić papierkową robotę, pomóc kotom wytrzeźwieć, i tak dalej. A może Remus i Syriusz po prostu opijali sukces. A może Moody urządził im przypominającą maraton odprawę. A może coś poszło nie tak.

Wreszcie w pół do trzeciej usłyszała jak ktoś wchodzi po schodach z ulicy. Mimo to nie poruszyła się. Zszywkotwarz już raz ją oszukał. Za piętnaście dwunasta hałaśliwe wspiął się po schodach z przyjacielem. Dziesięć minut później wyszedł, więc to znowu mógł być on. Na szczęście, kiedy kroki ucichły, rozległo się ciche pukanie do drzwi i Hermiona pospieszyła je otworzyć.

- Dziwnie dżentelmeński James dziko jazzuje. - rzuciła przez drewno.

Z drugiej strony dobiegło ją rozbawione parsknięcie.

- Diabelskie dansingi Dumbledore'a denerwują dumnych dowcipnisiów.

Zachichotała otwierając drzwi, ale jego ponura mina sprawiła, że radość i ulga przygasły.

- Syriuszu? - spytała niepewnie. - Co się stało?

- Śmierciożercy hodowali smoki. - wyrzucił z siebie gorzko, wchodząc do mieszkania, padając na kanapę i pochylając się do przodu, z twarzą ukrytą w dłoniach. - Był wybuch... róg buchorożca. Bones zginął, Lunatyk zwichnął kostkę i złamał różdżkę. Moody stracił oko. Dostał kawałkiem drewna z wybuchu. Merlinie, jakie to było obrzydliwe.

- O mój Boże! - zawołała Hermiona, siadając obok niego. Nie była w stanie przyswoić otrzymanych informacji. - Smoki?Co? Z Remusem wszystko w porządku? A z Moodym?

- Ta, nic im nie jest. Znaczy Moody jest wściekły z powodu oka i konieczności zostania w szpitalu, ale przeżyje, a Lunatyka wyleczyli bez problemu. Ja i Frank musieliśmy przyjść i załatwić Śmierciożerców, byliśmy niegotowi. - powiedział, dalej wpatrując się w swoje kolana. Zarzuciła mu rękę na ramiona, ale nie odezwała się. Lepiej było pozwolić mu mówić. - Okazało się, że było ich tam sześciu, a nie trzech... całkowicie spieprzyliśmy rekonesans, zmieniali się, więc nie mogliśmy stwierdzić, że było ich więcej. - oparł się o nią i westchnął. - Co za katastrofa.

- Ale złapaliście tych Śmierciożerców? - spróbowała przypomnieć mu powód, dla którego się tam znaleźli. - Dlaczego hodowali smoki?

- Merlin wie czemu to robili, ale aresztowaliśmy pięciu, a Remus jednego zabił. - Syriusz westchnął ciężko. - Jak zwykle tonie w poczuciu winy.

- Dlaczego? - spytała Hermiona. Remus był wrażliwym facetem, ale nie sądziła, że aż tak przejmie się śmiercią Śmierciożercy. - Zabili jednego z nas. Jak to przyjęła rodzina Edgara?

- Nie tak źle. - Syriusz trochę się odprężył. - Jego żona jest twarda i myśli bardzo realistycznie. Wiedziała, że istnieje spore niebezpieczeństwo, że tak właśnie się stanie i może liczyć na ogromne wsparcie. Ona i chłopcy sobie poradzę.

- To dalej okropne. Przynajmniej odpłaciliście Śmierciożercom pięknym za nadobne. – Hermiona zastanawiała się jak można być przygotowanym na coś takiego jak śmierć męża. - Dlaczego Remus tak się martwi? Musi wiedzieć, że czasem to jedyne wyjście.

- Bo to Lunatyk. Zawsze źle się czuje, kiedy kogoś zabije magią, ale dzisiaj po prostu palanta walnął. Nos wszedł prosto w mózg, śmierć na miejscu... i to cholernie straszne, jeśli mam być szczery. - wyjaśnił Syriusz, a pod koniec w jego głosie zabrzmiała niepewność.

Hermiona trochę się zdziwiła widząc jaki był wstrząśnięty. Przecież do tego czasu wydział już dość okropieństw... ale może widok przyjaciela, który zabija kogoś tak brutalnie to coś do czego nie da się przyzwyczaić.

- Zabiłeś kiedyś kogoś? – może nie było to najmądrzejsze pytanie, ale zdała sobie sprawę, że nie znała na nie odpowiedzi. A Syriusz powiedział „kiedy kogoś zabije" takim tonem, jakby to miało miejsce często i zaczęła się zastanawiać jak się sprawy miały.

- Tak. - ten profesjonalny ton, nieco ją zaniepokoił. - Oficjalnie jednego... ale tak naprawdę pięciu. Pozostałych czterech na misjach Zakonu.

- Och - mruknęła łagodnie, żałując, że spytała. - Nie zdawałam sobie sprawy, że Zakon tak często używa klątwy uśmiercającej.

- Nie używamy. - potrząsnął głową. - Zwykle ktoś ginie przez przypadek. Coś na nich spada albo zaklęcia rykoszetują... - lekko wzruszył ramionami. - Tylko raz walczyłem, by zabić, pod koniec zeszłego roku. 2 tygodnie śledziłem Śmierciożercę po całym kraju i w końcu mnie zaatakował. To było pierwsze zadanie po tym jak się zakwalifikowałem. Jakoś zdał sobie sprawę, że jestem aurorem i miotnął we mnie zaklęciem tnącym. - Syriusz lekko się od niej odsunął i podwinął lewy rękaw, by pokazać jej grubą prostą bliznę biegnącą dookoła bicepsa. - Prawie straciłem ramię. Ja... um, spanikowałem i zabiłem go. - powiódł palcem po bliźnie i prychnął cicho. - Moody był wściekły, wyrzucili go z Munga, bo wrzeszczał, że jeśli znowu zrobię coś tak głupiego to sam utnie mi rękę. - spoważniał. - Powiedział, że jeśli zamierzam zachowywać się jak Śmierciożerca, to równie dobrze mogę się do nich przyłączyć. Coś strasznego.

Znów oparł się o nią, opadając na poduszki.

- Myślisz, że dlatego jest dla ciebie taki ostry?

- Nie, wszystkich tak traktuje. - odparł Syriusz. Wydawało się, że chętnie przerzuci się na inny temat niż smoki i Śmierciożercy. Znów brzmiał prawie normalnie. Często się tak zachowywał, pomyślała. Problem, którym się z kimś podzielił, zdawał się tracić na znaczeniu. Pewnie tak sobie z nimi radził, stwierdziła.

- Naprawdę? - spytała sceptycznie, chcąc pozostać przy stosunkowo lekkim temacie nienawiści jaką darzył go szef.

Prychnął cicho.

- No nie, ale kiedyś chodziło o mnie i Rogacza, bo pod koniec naszego pierwszego roku pokonaliśmy jego i Robardsa w pojedynku dwa na dwa. Tak cię testują, musisz walczyć ze swoim szefem. Odlot. - westchnął zatopiony we wspomnieniach. - Ale tak, od tego czasu nas gnębi, a odkąd Rogacz zaczął się ukrywać na mnie spadła i jego dawka marudnego starego pryka. Ale ostatnio był jakby... miły. Trochę mnie to przeraża. – ostatnie dwa zdania dodał dziwnym tonem.

- Jak to, miły?

- No... Wiem, że właściwie o tym nie rozmawiamy... i jeśli dalej nie chcesz poruszać tego tematu to w porządku - zerknął na nią kątem oka, był zdenerwowany. - ale w zeszłym tygodniu powiedział mi, że ma pomysł jak naprawić ten szpiegowski problem.

- Co? - spytała Hermiona, dziwiąc się, że burkliwy mężczyzna w ogóle chciał jej pomóc. - Naprawić w sensie, że Ministerstwo się nie dowie co planujemy, żebyście nie wpakowali się w kłopoty czy...naprawić w sensie, że... naprawić żebym mogła zostać?

- Nie jestem pewien, ale chyba... zostać. - Syriusz znów się uśmiechnął. - Lubi cię. Jak już to załatwimy będziesz musiała uważać, każdego dnia będzie cię próbował zrekrutować.

- Jakoś to zniosę. - odparła Hermiona z lekkim uśmiechem. - Jeśli to najgorsze co mnie czeka to poradzę sobie z niechcianymi ofertami pracy. - Syriusz w ciszy oparł głowę na jej ramieniu. - Więc Remus nie ma różdżki?

- No, jest rozżalony. - odparł Syriusz. - Powiedziałem mu, że może sobie wziąć tę, którą kupiłem po tym jak zgubiłem moją w Forte de Sang, albo że kupię mu nową, bo on wydał wszystko co miał na Eliksir Tojadowy. Ale nienawidzi brać od nas pieniędzy, więc rano zanim wyjdę do pracy wpadnie odebrać zapasową. Może jemu bardziej podpasuje. - jego ramię poruszyło się, kiedy dodał. - Mnie jakoś się nie spodobała.

- Nie dałeś jej szansy. - zauważyła Hermiona, przekręcając się, by objąć go w pasie i położyć głowę na jego piersi. - Używałeś jej tylko kilka godzin.

- No wiem, ale moja jest znacznie lepsza. – odparł z zadowoleniem, że go przytuliła.

Hermiona chyba rozumiała, dlaczego. Uczucie było bardzo przyjemne, całkiem jak wtedy, kiedy trzymali się za ręce, jeśli czymś się martwili. Ale przytulanie sprawiało, że czuła się nieskończenie bezpieczniej. Łatwiej było zapomnieć o niebezpiecznych misjach czy śmierci, nie mówiąc już o tym co ma się stać za dwa miesiące, bo bez względu na to czy zostanie, czy odejdzie, wygra czy przegra, teraz słyszała powolne bicie jego serca i czuła ciepło jego dłoni spoczywającej na jej plecach. Zastanowiła się czy on czuł się tak samo. Pewnie dostał tylko jej kręconym włosami po twarzy a udo bolało go w miejscu, gdzie wbijało się nie jej kolano. Mimo to, nie skarżył się.

- Syriuszu? – odezwała się, kiedy przyszedł jej do głowy pomysł, a jej zmęczony umysł zapomniał pomyśleć, zanim otworzyła usta.

- Hmm?

- Czy masz w ustach moje włosy?

Zachichotał, a jego klatka piersiowa zatrzęsła się pod jej uchem.

- Tak. - mruknął. - Cholerna grzywa.

- Wybacz. - uśmiechnęła się w jego t-shirt, bardzo zadowolona, że się rozchmurzył. Chciała porozmawiać z nim o pomocy przy planie pozostania. Czas się kończył, od prawie tygodnia nie odbyli prawdziwej rozmowy, a ten moment wydawał się tak samo dobry jak wszystkie inne. Odetchnęła i powiedziała. - Więc myślałam o poproszeniu Frederiki o pomoc z moją tożsamością.

Przez chwile Syriusz nic nie mówił i Hermiona przez chwilę zastanawiała się, czy obrazi się, że wzięła sprawy w swoje ręce, ale potem się odezwał, a ona poczuła się głupio.

- Wyprzedziliśmy cię i napisaliśmy do niej dwa tygodnie temu. - jego pierś znów się zatrzęsła, kiedy zachichotał. - Wiedziałaś, że ona i Remus nie tylko w kółko do siebie piszą, ale też rozmawiają przez sieć fiuu? Chyba mają romans.

Hermiona parsknęła śmiechem.

- Nie... romans... naprawdę?

- Nie, właściwie to nie. - zaśmiał się lekko. - Ale zabawnie się z tego żartuje.

- Jesteście wobec siebie tacy złośliwi. Chyba nigdy nie zrozumiem co się dzieje w głowach mężczyzn.

- Cóż, my tego nie rozumiemy, więc czemu ty byś miała? - wzruszył ramionami.

- Racja. - mruknęła. - I co powiedziała? I co ty powiedziałeś? Cały dzień próbowałam napisać do niej list, ale naprawdę ciężko grzecznie ująć „Lubię chłopaka i chciałabym z nim tu zamieszkać. Czy mógłbyś narazić dla mnie reputację swojej rodziny, proszę?"

- Mi to mówisz? - zgodził się gorączkowo. - Przynajmniej ty mogłaś powiedzieć, że chcesz zostać. Kiedy ja zaczynałem swój list, wciąż twierdziłaś, że tylko jeśli uda nam się znaleźć sposób... i cóż... martwiłem się, że Frederika pomyśli, że próbuję cię porwać, czy coś. Na szczęście to Lunatyk napisał nasz list. Powiedział tylko, że chcesz zostać w Brytanii, bo denerwujesz się, że nie wrócisz do tego samego domu, który opuściłaś, a tu nawiązałaś przyjaźnie i czy mogłaby pomóc nam znaleźć sposób, żeby umożliwić ci pozostanie. Wszystko napisane jakbyś była jej córką, żadnego sugerowania niepokojących sytuacji z zakładnikami. Genialne.

- Och! - prychnęła Hermiona. Teraz wszystko stało się oczywiste. - No i teraz czuję się jak idiotka, bo męczyłam się nad tym cały dzień. Odpowiedziała?

- No, skontaktowała się z Remusem w dzień pełni, by życzyć mu powodzenia. - znów się zaśmiał. - Już rozumiesz, dlaczego podejrzewam ich o romans? Powiedziała, że sprawdzi, więc trzymamy kciuki. Lunatyk ma jeszcze jakiś inny pomysł, ale jeszcze nic mi nie wyjawił. Czy... um... dużo o tym myślałaś?

- Tak... wiem, że to coś czym zwykle ty się zajmujesz. Nie chciałam, żebyś pomyślał, że nie wierzę, że znajdziesz sposób. Bo wierzę. - wyznała z ulgą, bo spodobał mu się pomysł poproszenia o pomoc i odrobiną irytacji, że nie powiedziała nic wcześniej, bo gdyby pracowali razem już dawno by coś wymyślili.

- To bardzo wspaniałomyślne z twojej strony. - zironizował. - Lunatyk odrzucił wszystkie moje pomysły. Już od tygodnia nie wpadłem na nic nowego.

- No cóż, byłeś zajęty.

- Tak, ale - westchnął z frustracją. - mniejsza, kontynuuj... na co wpadł wspaniały mózg Hermiony Granger?

- Na nic wielkiego. - stwierdziła, potrząsając głową w geście samokrytyki. - Skontaktowanie się z Frederiką i powiedzenie prawdy.

- Powiedzenie prawdy? – powtórzył niepewnie.

- Wiem, że to ogromne ryzyko. - westchnęła ciężko. - Nie mam pojęcia, czy by zadziałało... ale... wiesz... zostanę pogromczynią Voldemorta, Ministerstwo będzie mi dłużne.

- No w sumie... - przyznał wolno. - powiedziałabyś im wszystko... Zmieniacz Czasu... mugole i tak dalej?

- Nie wiem i właśnie dlatego boję się to zrobić. Informacje są niebezpieczne, jeśli wypłynie, że można zbudować taki Zmieniacz Czasu to licho wie co się stanie.

- Hmm, to prawda... - mruknął, na moment zacieśniając uścisk. - więc Frederika na ratunek?

- Chyba tak. - przymknęła oczy. Nagle poczuła się straszliwie zmęczona. Nic dziwnego, w końcu była trzecia w nocy. Syriusz chyba nie chciał się ruszyć, czuła ciepło jego dłoni na plecach, a jego pierś opadała miarowo. „Mogłabym spokojnie zostać tu na zawsze", pomyślała sennie.

Nie miała pojęcia, ile tak trwali w ciszy zanim Syriusz się odezwał.

- Zawsze zostają Hawaje.

- Ucieczka? – szepnęła.

- No.

- Jak romantycznie.

- Niezbyt. Po prostu lubię plaże. Ale możesz wybrać się ze mną.


Kiedy Hermiona obudziła się kilka godzin później, wschodzące słońce sprawiało, że salon Syriusza wyglądał dziwnie obco. Rzucało nieoczekiwane cienie na sufit, a w jego świetle dalej zapalona lampa stojąca nas nią wyglądała jakby straciła część swego blasku. Poranne powietrze było dość zimne, ale Hermiona tkwiła pomiędzy oparciem kanapy, a Syriuszem, który jak się okazało, kiedy przeciągała jego zemdlone ciało przez aportację, ważył więcej niż można by się spodziewać, więc chłód nie doskwierał jej zbytnio. Ich nogi były splątane, a jego twarz przyciśnięta do zagłębienia nad jej obojczykiem. Nieco klaustrofobiczne, ale nie nieprzyjemne. Nawet nie chrapał, co wydawało jej się bardzo dziwne.

- Nie śpisz? - spytała cicho, zakładając, że to jedyny możliwy powód nienaturalnej cichy.

- Śpię. - wymamrotał. - I ty też.

- Ja chyba jednak nie. - naciskała cicho, bo jego ucho znajdowało się tuż obok jej ust. Przy każdym oddechu kosmyki czarnych, potarganych włosów łaskotały ją w nos.

- Nie. - szepnął Syriusz, podkreślając swój sprzeciw łagodnym potrząśnięciem głowy. - Cicho, śpimy.

Uśmiechnęła się słysząc tę pewności w sennym głosie.

- Moje ramię śpi.

- Szczęśliwe ramię. - prychnął, chowając twarz głębiej. - Powinnaś się do niego przyłączyć.

- Naprawdę ci wygodnie? – uśmiechnęła się szeroko, słuchając tak głupiej rozmowy.

- Ja śpię. - westchnął. - Skąd mam wiedzieć.

- Masz bardzo zajęte ręce jak na śpiącego człowieka. - stwierdziła cicho. Naprawdę tak było, choć właściwie chodziło o jedną rękę, bo druga utkwiła pod Hermioną i wbijała jej się w ramię. Ta pierwsza jednakże cieszyła się wolnością, prześlizgując się od jej uda do żeber i z powrotem.

- Mmm - zgodził się. - nic nie można z tym zrobić. - a potem usiadł, podnosząc głowę z jej ramienia i otworzył oczy, mrugając z ciekawością.- Wychodzi na to, że jednak nie śpię.

Znaleźli się nos w nos i jego wzrok na moment pomknął do jej warg, a potem znów napotkał jej spojrzenie. Kącik jego ust uniósł się i wiedziała co się stanie, ale i tak nie była na to przygotowana. Przez chwilę pocałunek miał formę zaledwie nieśmiałego pytania, ale kiedy język Syriusza przesunął się po dolnej wardze Hermiony, ta przeciągnęła wolną rękę po jego plecach i przyciągnęła go bliżej. Najwyraźniej na taką właśnie odpowiedź czekał, bo senne wahanie natychmiast zniknęło.

Kąt był dziwny, bo oboje leżeli na boku (każde z tylko jednym wolnym ramieniem) ale jakoś sobie poradzili. Syriusz dotykał jej twarzy, palcami sięgając do włosów i przyciągając ją bliżej. Przycisnęła się do niego, pozwalając mu pogłębić pocałunek, a on zamruczał z zadowoleniem. Jej serce natychmiast przyspieszyło. Kiedy jego kciuk przesunął się wzdłuż jej szyi zapomniała o zdrętwiałym ramieniu. Z każdą sekundą jego usta stawały się coraz bardziej pewne i natarczywe. Był cudowny. Tonęła w nim, zapominając o wszystkim. Został tylko Syriusz i ten piękny, leniwy żar rozpalający się wewnątrz niej. Jego ręka przeniosła się na jej biodro i wznowiła podróż w górę, podczas gdy usta kontynuowały rzucanie czaru, sprawiając, że zaczęła wydawać z ciebie cichutkie dźwięki rozkoszy. Wydawało się, że Syriusz na to właśnie czekał (jak na sygnał), bo jedno podkręcone szarpnięcie zaklinowanym ramieniem i znalazła się pod nim, leżąc na plecach. Uśmiechnął się do niej szeroko, słysząc cichy okrzyk zdumienia, a potem znów się pochylił. Jego usta nie znosiły sprzeciwu, a dłonie były dociekliwe.

Był wszędzie, nie potrafiła myśleć o niczym oprócz tych doznań. Włosy, które łaskotały ją po twarzy, kiedy przesunął usta na jej krtań, to jak nierówno biło jej serce, kiedy muskał zębami jej skórę, narastające ciepło, rozciągające się wzdłuż jej kończyn, a jej palce drgały jej na jego bawełnianej koszulce, gdy znów ją pocałował, tym razem bardziej bezwzględny niż kiedykolwiek. Jej dłonie wślizgnęły się pod jego koszulkę. Skórę miał bardzo ciepłą, prawie płonącą z gorączki. Odskoczył odrobinę, gdy go dotknęła.

- Cholera, masz zimne ręce. - syknął tuż przy jej ustach.

Szybko je cofnęła.

- Wybacz.

- Przeżyję. - mruknął, lekko ściskając jej bok. - A jak moje? – nie zdążyła odpowiedzieć, bo jego język znów przemknął po jej szyi i z jej gardła wydarł się tylko jęk. To mu się chyba spodobało, bo jego wygłodniałe usta znów odnalazły jej własne, odbierając jej umiejętność przyswojenia czegokolwiek. Jednocześnie jego dłoń przesunęła się wyżej, a to cudowne ciepło wewnątrz niej poruszyło się szybciej.

Jej palce albo się ogrzały, albo Syriusz był zbyt rozkojarzony, by zauważyć, że przesunęły się po rozgrzanej skórze jego pleców. T-shirt podsunął się do góry, a jej dłoń dotarła do łopatek. Oddychając ciężko Syriusz odsunął się, by zerwać koszulkę przez głowę. By to zrobić balansował na jeden ręce i w tej pozycji uśmiechnął się do niej szeroko. Włosy miał potargane od spania na kanapie i ściągania koszulki, usta spuchnięte, oczy zamglone, a jego klatka piersiowa unosiła się i opadała pospiesznie.

Odpowiedziała uśmiechem. Ona także oddychała nierówno. Dłonią, którą trzymała tył jego głowy przyciągnęła go w powrotem do siebie i entuzjastycznie schwytała jego usta. Jej palce przebiegały po jego nagich ramionach. A potem Syriusz zaczął wycałowywać drogę w dół jej szyi i odciągał kołnierzyk jej koszuli. Jego usta zostawiały gorący, mrowiący szlak na jej obojczyku, sprawiając, że poruszyła się pod nim niespokojnie. Jęknął z uznaniem, kiedy to zrobiła i ciepło wewnątrz niej zawirowało jeszcze rozkoszniej. Gdy znów odnalazł jej usta, zakręciło jej się w głowie. Po wielu minutach (a może godzinach) podczas których gnało przez nią wspaniałe ciepło, usłyszała niewyraźnie dziwne pukanie. Ledwo do niej docierało przez pęd tańczącej krwi szumiącej jej w głowie, więc je zignorowała. Ale po chwili rozległ się głos:

- Łapo? - i znów pukanie. - Łapo?

Syriusz padł na nią, chowając twarz w jej ramieniu i jęknąwszy boleśnie z niezadowoleniem wymamrotał:

- Cholerny wilk.

Hermionie dzwoniło w uszach. Zgadzała się. Ale potem przypomniała sobie (jakby z rozmowy sprzed lat), że Remus nie miał różdżki.

- Musisz dać mu różdżkę, Syriuszu. - szepnęła ochryple. Walące serce sprawiło, że jej głos drżał lekko.

- Ćśś. - mruknął trącając nosem jej szyję, całkiem jak pies. - Może sobie pójdzie.

Remus zapukał po raz trzeci.

- Łapo? Wiesz, że cię słyszę, prawda?

Syriusz parsknął krótkim śmiechem porażki i pocałowawszy ją po raz ostatni i podniósł się chybotliwie. Z roztargnieniem zastanowiła się, czy od spania w dżinsach i na niewygodnie wąskiej kanapie nogi miał tak samo zdrętwiałe jak ona. Jednakże Syriusz odzyskał równowagę i pochylił się, by podnieść leżącą na podłodze obok kanapy różdżkę.

- To ty, Lunatyku? - dalej oddychał nierówno. Obserwując go, Hermiona uśmiechała się do siebie głupkowato. Nagi od pasa w górę i oszołomiony oparł się czołem o drzwi, by się skupić.

- Tak, głupku. Dlaczego chcesz żebym sobie poszedł?

- Byłem zajęty. - burknął Syriusz przez drzwi.

- Hmm... no tak. - odparł Remus. - Zadasz mi pytanie?

- Mózg mi się zepsuł. - jęknął Syriusz, dalej opierając się o drzwi.

- To nie pytanie, Łapo. To fakt.

- Dobra. - jęknął nieszczęśliwy Syriusz. - Jak na szóstym roku złamałem kość ogonową?

Remus zachichotał.

- Będąc wścibskim palantem i wspinając się na budynki, by śledzić mnie podczas nauki z Mary.

- No tak, ale się nie uczyliście, co nie? - Hermiona dostrzegła, że teraz Syriusz też już się uśmiechał.

- Przez większość czasu. - odparł Remus. - Dobra, ty i Rogacz dostaliście szlaban na piątym roku za włamanie do biblioteki po godzinach. Dlaczego w ogóle się włamywaliście?

- Lunatyku, to żenujące. - poskarżył się Syriusz. - Nie przypominaj mi, to chyba wtedy sięgnęliśmy dna.

- Dlaczego? - naciskał Remus, którego to najwyraźniej bawiło.

- Bo potrzebowaliśmy kopii transkrypcji z Konferencji Magów do naszego eseju na Historię Magii i nie mogliśmy znieść myśli, że ktoś może się dowiedzieć, że odrabiamy pracę domową, więc nie chcieliśmy jej wypożyczać. – wyrzucił z siebie Syriusz jednym tchem, całkiem jakby sprawiało mu to straszny ból.

Hermiona roześmiała się.

- Dostaliście szlaban za próbę odrobienia pracy domowej? - spytała z niedowierzaniem.

- Zamknij się. - wypalił, uśmiechając się do niej smutno. - W aktach jest napisane, że to za włamanie, całkiem szanowana zbrodnia. - a potem uniósł znacząco brew patrząc na jej klatkę piersiową. - Zaraz otworzę drzwi, jesteś pewna, że chcesz, żeby tata cię tak zobaczył?

Hermiona spojrzała w dół i zobaczyła więcej odkrytej skóry niż się spodziewała. Nawet nie zauważyła jak udało mu się rozpiąć większość guzików. Syriusz podśmiewał się do siebie, podczas, gdy ona pospiesznie je zapinała.

Walcząc z irytująco małymi guziczkami, których było tak dużo... i za mało dziurek, usłyszała, jak skrzypią zawiasy.

- Chryste, Łapo, jak tu zimno. Załóż koszulę. - odezwał się Remus.

- Wybacz Lunatyku, mnie jest całkiem ciepło.

Hermiona podniosła wzrok znad frustrujących zapięć, by zobaczyć Remusa, który ostentacyjnie patrzył gdzie indziej i powstrzymywał uśmiech.

- Dzień dobry, Hermiono. - powiedział znacząco.

Zarumieniła się.

- Dzień dobry, Remusie. Już w porządku, możesz patrzeć.

Wyszczerzył zęby i potrząsnął głową. On chyba też był zażenowany.

- Wybacz. - powiedział cicho, siadając w fotelu. Hermiona wyciągnęła t-shirt Syriusza spomiędzy poduszek na kanapie i rzuciła nim we właściciela. Zakładając go, dalej uśmiechał się z wyższością.

- Nic się nie stało. - zapewniła. - Słyszałam, że mieliście koszmarną noc.

- Ta, beznadzieja. Kompletna katastrofa. - mruknął przygnębiony Remus. - Gdyby Moody nie chciał iść teraz... znaczy, za dwa tygodnie to wszystko nie będzie już miało żadnego znaczenia.

- No wiem, Syriusz wspominał, że coś ci się stało? - spytała, kiedy Syriusz wyszedł z pokoju, pewnie po zapasową różdżkę.

- Ta, ale to tylko zwichnięta kostka. - poruszył lewą stopą na obie strony. - Uzdrowiciele naprawili ją w try mi ga.

- To dobrze. - przypomniała sobie o tym jak Syriusz poprzedniej nocy wspomniał, że Remus czuł się winny, ale jej umysł nie odzyskał jeszcze pełnej sprawności, więc zdecydowała, że na razie najlepiej odwrócić jego uwagę. - Będziemy musieli poświęcić jedną noc w tym tygodniu na ćwiczenie Szatańskiej Pożogi. - oznajmiła z uśmiechem. - To dobry sposób na przetestowanie różdżki.

- Myślałem o tym. - przytaknął. - Pewnie powinienem kupić sobie nową... używanie takiej z drugiej ręki się nie sprawdza.

- Nie zawsze tak jest. - odparła Hermiona, wiedząc, że nie będzie chciał wspominać swoich kłopotów finansowych. - Ron używał różdżki swojego brata aż się nie złamała... musze ci kiedyś o tym opowiedzieć... i działa zupełnie w porządku. Wydaje mi się też, że syn Franka odziedziczył jego różdżkę i używał jej przez większość szkoły. Więc i ta może zadziałać dobrze.

Remus spojrzał na nią porozumiewawczo i posłał jej lekki uśmiech.

- Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze.

Syriusz wrócił trzymając w ręku długie, płaskie pudełko.

- Proszę, Lunatyku. – powiedział, podając mu je i padł na kanapę obok Hermiony, potrącając ją lekko. Dalej szczerzył się jak nieznośny głupek.

- Dzięki, Łapo. - mruknął z wdzięcznością Remus. - Strasznie dziwnie czuję się bez różdżki. –

Uniósł wieczko i wyciągnął przedmiot, a przez jego twarz przeszedł wyraz ulgi, kiedy go chwycił. Poruszył nim lekko, a lampa zgasła. Potem uśmiechnął się szelmowsko i skierował różdżkę na Hermionę. Znów machnął, a dziewczyna poczuła jak jej koszulka się poprawia. Spojrzała w dół i ujrzała wszystkie guziczki w odpowiednich dziurkach. Znów się zarumieniła, a Syriusz parsknął śmiechem.

- Wybacz, ale to komiczne. – wyjasnił Remus przepraszająco, a potem do niego dołączył.

- Zamknijcie się. - mruknęła, zakłopotana, że na pierwszy rzut oka można było stwierdzić co robili.

- Więc z czego jest zrobiona, Łapo? – Remus przyglądał się różdżce.

- Nie pamiętam... chyba z jemioły, ale wiem, że rdzeń jest z pióra feniksa.

Spojrzawszy uważniej na różdżkę Remusa, Hermiona zapomniała o nieśmiałości. Teraz kiedy się skupiła... różdżka wyglądała znajomo, ale... nie... z pewnością nie.

- Jemioła? - spytała Syriusza. - Jesteś pewien?

- W żadnym razie. - wzruszył ramionami. - Nie słuchałem Ollivandera. Chciałem z powrotem moją różdżkę. Ale to na pewno coś bożonarodzeniowego. - zamyślił się. - Może... ostrokrzew?

Serce Hermiony zaczęło dudnić i to nie tak jak dziesięć minut wcześniej. Zaczynała się bać... czy to możliwe?

- Bardziej przypomina ostrokrzew. - przyznał Remus, podnosząc różdżkę do oczu. - Jemioła inaczej wygląda, ta... myślę, że masz rację, to musi być ostrokrzew. - stwierdził stanowczo.

Hermiona była przerażona. „Co to miało znaczyć?" Patrząc na różdżkę z ostrokrzewu z rdzeniem z pióra feniksa, którą trzymał Remus, skarciła sama siebie. Jak mogła nie zauważyć od razu? Widziała różdżkę Harry'ego zaledwie pięć miesięcy wcześniej, różdżka ta wielokrotnie uratowała jej życie, przez sześć lat Hogwartu leżała na biurku obok jej własnej, trzymała ją w ręku podczas treningu pojedynku w GD, te kilka razy, kiedy udało jej się rozbroić swojego przyjaciela. Powinna była natychmiast ją rozpoznać. Co prawda Syriusz używał jej tylko przez jakieś pięć godzin w jej obecności i była wtedy wyczerpana martwieniem się jego porwaniem, ale i tak... to była różdżka Harry'ego.

Remus ponownie przeciął różdżką powietrze i skrzynia płyt, której używali jako stolika zadrżała, a albumy ułożyły się w kolejności.

- Nieźle. - stwierdził radośnie. - Dzięki, Łapo. Jest całkiem w porządku, nie wiem co ci nie pasowało.


N/A: Mam nadzieję, że Hermiona nie wyszła zbyt OCC w tym rozdziale. Bez kanonu, na którym mogłabym oprzeć jej reakcje na bycie um... „zadurzoną" trochę ciężko dobrze do oddać. Mam też nadzieję, że cieszycie się z nieco bardziej radosnego rozdziału. Jest nawet trochę uroczy.

I jak zawsze, dziękuję za czytanie, obserwowanie i komentowanie. To cudowne xx