Shanica: Bardzo dziękuję za przemiłe słowa i mam nadzieję, że nie odciągnęłam Cię od zbyt ważnych rzeczy. Powodzenia w trakcie sesji i z magisterką! Czeka mnie to za rok, a już się boję 😊.
Wiki: Serio? Bardzo się cieszę, że scena Ci się podobała. Przyznam, że zawsze mam z takimi problem, czy tłumaczę, czy sama piszę. Co to dalszych wydarzeń to nic nie mówię, ale będzie super.
N/A: Dzięki sprytnej Emily, która jak zwykle była przygotowana, nie tkwię już w słownym więzieniu. Jej pierwotny plan zakładał ogromne ciasto z ukrytą w środku piłą, ale musiała go zmienić, kiedy zorientowała się jak bardzo utkwiłam w bezładnej mieszaninie zdań i wróciła z TNT. Prawdziwa bohaterka!
16 października
Wkraczając do Biura Aurorów w piątkowy poranek Syriusz trząsł się odrobinę. Mógł zrzucić to na chłodne powietrze na zewnątrz, albo na złe samopoczucie po kolejnej nocy z zaledwie odrobiną snu (chociaż tego poranka był całkiem zadowolony, nawet po jedynie trzech godzinach odpoczynku), ale główny powód tych sporadycznych wstrząsów stanowił zimny prysznic, który zaaplikował sobie celem odzyskania pełnej kontroli nad umysłem. Krok może desperacki, ale konieczny. Pięciu Śmierciożerców w areszcie zapewniało całkiem sporą ilość papierkowej roboty, która miała okazać się nie tyle „niesamowicie nudna" jak zwykle, ale praktycznie niemożliwa do wykonania, jeśli jego mózg podąży jasną i kuszącą drogą wypełnioną wczesno porannymi pocałunkami na kanapie, tym razem całkowicie pozbawionymi bezróżdżkowych wilków pukających do drzwi.
Jednakże kiedy dotarł do swojego boksu, zauważył, że ktoś już go zajął. Frank Longbottom siedział w fotelu na kółkach i kręcił się na nim wolno ze zmęczonym, a jednocześnie zadowolonym wyrazem twarzy. Syriusz zaczął się zastanawiać, czy warto było poddawać się katuszom lodowatej wody, bo przecież Frank nie przyszedłby z wizytą i nie byłby tak zadowolony, gdyby czekała ich papierkowa robota. Należał do tych dziwnych ludzi, którzy uważali, że im szybciej zabierzesz się do pracy, tym szybciej zyskasz wolność. Syriusz, stanowczy wyznawca religii „ignoruj to tak długo jak się da, a potem skleć coś w ostatniej chwili", uważał pracowitość Franka za nienaturalną i odrobinę przerażającą.
- Czy przyszedłeś mi powiedzieć, że już skończyłeś z formularzami? - spytał z nadzieją, ściągając pelerynę i wieszając ją na kołku przy wejściu.
- Nie, wybacz Black. Ale dobre wieści są takie, że Moody jeszcze nie wrócił z Munga, więc nie mamy co robić.
- Zupełnie nic? – Syriusz nie mógł w to uwierzyć. - Żartujesz? A co z tymi wszystkimi raportami z misji?
- Jakiej misji? - spytał Frank, z umiejętnie skonfundowaną miną.
Syriusz zmarszczył brwi.
- Longbottom, mój mózg nie działa dziś najlepiej, skończ ze zgadywankami.
- Wybacz. - Frank uśmiechnął się, a potem zniżył głos. – Misja była dla Zakonu, więc nigdy się nie wydarzyła. Ludzie z Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami przysięgli Dumbledore'owi milczenie. Utrzymujemy, że po prostu napatoczyliśmy się na handlarzy smokami i Kontrola przejęła sprawę. Podobno to rozkazy Moody'ego.
- Och... cóż, to chyba dobrze. Jak się mają Bonesowie? - Syriusz usiadł na biurku, bo Frank najwyraźniej nie zamierzał wstać z krzesła.
- Całkiem nieźle. Znasz Mildred, szlag ją trafi, jeśli pozwoli takiej drobnostce jak śmierć męża zaszkodzić farmie. Dziś o czwartej rano poszła wydoić krowy. Taka właśnie jest przykrywka, tak w ogóle. Póki wszystkiego nie uporządkujemy, oficjalnie podczas zaganiania krów na dojenie wczorajszej nocy Edgara zadźgał byk.
- Ale myślałem, że doi się tylko krowy dziewczyny? – zdziwił się Syriusz. Zmęczenie musiało wpływać na umiejętność przefiltrowania kretyńskich rzeczy jakie wpadały mu do głowy. Musiał przyznać, że życie na farmie (czy to magicznej, czy mugolskiej) to coś o czym nie miał bladego pojęcia, ale wydawało mu się, że zwierzęta działały tak samo jak ludzie, czyli tylko samice produkowały mleko. Inna sprawa, że jego doświadczenie z koniecznym ludzkim wyposażeniem ograniczało się do sytuacji, w których laktacja zupełnie nie przychodziła mu do głowy. Biorąc pod uwagę poziom jego wiedzy, może byki też dało się doić.
Frank wyszczerzył do niego zęby i wywrócił oczami.
- Tak Black, doić można tylko krowy dziewczyny. Ale z ciebie Londyńczyk. - powiedział, jakby to była obelga. - Ale jeśli w okolicy znajdują się byki to robią się trochę nerwowe, jeśli próbujesz zabrać im wszystkie dziewczyny, więc taka sytuacja może mieć miejsce.
- Och, racja. Chyba potrafię to zrozumieć. - odparł Syriusz. - chociaż tak na prawdę nie rozumiał wcale. - Czyli co, co tu robimy? – teraz żałował swej odważnej i odpowiedzialnej decyzji, żeby w ogóle pójść do pracy.
- Cóż, pomyślałem sobie, że może będziesz chciał pójść ze mną po zeznania tych na dole. - zaproponował Frank. - Ta diablica splunęła na mnie, kiedy po drodze wpadłem sprawdzić co u nich.
- Ta, mnie trafiła zeszłej nocy. - zgodził się Syriusz i zadrżał. On i Frank ze zdumieniem odkryli, że pośród pięciu schwytanych Śmierciożerców była kobieta. Wiedzieli oczywiście, że Voldemort nie zaliczał się do seksistowskich pracodawców, ale zazwyczaj kobiety w jego szeregach nie brały udziału w takich eskapadach jak biwakowanie z nielegalnymi smokami. Inna sprawa, że nazwać Vistrim „kobietą" można było tylko w najluźniejszym tego słowa znaczeniu. Miała tyle samo wzrostu co Syriusz i tyle samo w barach, a młody Black uważał, że gdyby doszło do rękoczynów, powaliłaby go jednym, solidnym ciosem.
- Jest ranna. - oznajmił Frank. - Zaproponowałem jej szansę odwiedzenia Świętego Munga pod eskortą, ale powiedziała, że woli śmierć niż żeby dotykały ją te „brudne szlamy".
- Zeszłej nocy była cała. - zauważył ze zdumieniem Syriusz. Dobrze pamiętał, że w całkiem niezłej kondycji potężnie trzęsła kratami, a potem na niego napluła.
- No tak, dziś rano już nie bardzo. Ma ogromny kawałek drewna w boku. - Frank wskazał na własne żebra i skrzywił się. - Głębokie jak cholera. Czary umacniające, które rzucili na te skrzynie sprawiły, że drewno jest twarde jak stal. To dlatego rany są takie groźne. Widziałeś Edgara zanim go przykryłem? Wyglądał jakby coś go wypatroszyło.
Syriusz potrząsnął głową.
- Biedak. - nie zauważył tego. Podchodząc do miejsca, gdzie leżał Edgar, był zajęty pięścią Remusa, która rozwaliła czyjąś twarz.
- Ta. - mruknął Frank. Przez chwilę w zamyślaniu bujał się na krześle Syriusza, a potem odetchnął głęboko i ciągnął. - No i teraz Vistrim jest w naprawdę złym stanie. Rana już się paskudzi, a ona nie zgadza się na leczenie. Ale kiedy jej się przedstawiłem, pozwoliła mi na to zerknąć. Pomyślałem, że może ty jeszcze bardziej się przydasz.
- Czemu mam próbować? - powiedział zimno Syriusz. - Dorwali Bonesa, a ten wybuch musiał rozerwać przynajmniej czterdzieści smocząt. Dlaczego mamy jej pomagać?
- Wiesz co powiedziałby Moody. - odparł cicho Frank.
Syriusz wiedział. „Zabijaniem zajmują się Śmierciożercy, a nie my." Ale to nie było zabijanie, to było niesamowite wysilanie się by utrzymać tego obrzydliwego, bigoteryjnego trolla przy życiu. Zupełnie co innego.
- No dobra, Longbottom, ale tylko dlatego, że wolałbym, żeby Moody nie dowiedział się o tym w poszpitalnej wściekłości.
- To znaczy oprócz faktu, że jestem twoim szefem, nie? - odparł ironicznie Frank.
Syriusz uśmiechnął z lekkim zakłopotaniem. Frank miał dwa lata więcej doświadczenia, dostał znacznie lepsze oceny ze wszystkich egzaminów teoretycznych i na dodatek wszyscy dobrze o nim mówili, bo był niezmiernie przyjaznym facetem. W odróżnieniu od Syriusza, z którym starsi aurorzy rozmawiali tylko jeśli zaszła taka konieczność, bo jak to często powtarzał Moody, był wrzodem na tyłku. Ponieważ Frank nigdy nie zachowywał się jak szef Syriusza, chociaż nim był, łatwo się o tym zapominało.
- Tak, Longbottom. Oprócz tego. - powiedział młody Black, przytakując jakby to było oczywiste. Frank tylko się zaśmiał.
Właśnie wtedy boksu Syriusza wleciał fioletowy samolocik z papieru. Wiadomość z innego departamentu. Syriusz dalej się do nich nie przyzwyczaił, bo zrezygnowali z sów zaledwie sześć miesięcy wcześniej. Na tę decyzję czekano od lat. Większość pracowników Ministerstwa miała powyżej uszu sprzątania ptasich odchodów z biurek, ale musiała się na to godzić. Z tym, że zeszłej wiosny populacja sów pocztowych Wielkiej Brytanii złapała chorobę (Moody przekonywał wszystkich, że to złowieszcza intryga Śmierciożerców mająca na celu odizolowanie społeczeństwa czarodziejskiego). Na szczęście wirus okazał się nie być śmiertelny. Niestety wszystkie chore ptaki cierpiały na problemy z żołądkiem. Żaden problem, jeśli sowa dostarczała ci list i odlatywała. Ale na zamkniętym obszarze podziemnego Ministerstwa Magii? Cóż, bałagan był niewyobrażalny.
Syriusz schwytał samolocik w locie. Wiadomość przyszła z Departamentu Komunikacji Zewnętrznej, a w środku znajdował się dostarczony przez sowę liścik. Syriusz uśmiechnął się na widok charakteru pisma, który należał do Jamesa.
Psie,
Jest pieczony kurczak. Wiesz, że tego nie możesz odmówić. Szczur jest zajęty, ale Wilk już potwierdził. Przyprowadź też jego żeński odpowiednik.
Proszę?
DTV
(BARDZO ZNUDZONY) Jeleń
Syriusz zaśmiał się pod nosem. Zawsze unikali używania ksyw w Ministerstwie, bo wszystkie listy trzeba było zaadresować imieniem i nazwiskiem, a czytały je panie w sortowni poczty. Istniało zbyt duże ryzyko, że ktoś połączy fakty i zorientuje się kto pisze, ale dziwnie było jak nazywali cię Psem. James zapraszał go na piątkowy obiad, co robił zawsze, choć był to stały układ. Układ, który na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy Syriusz złamał więcej razy niż był w stanie policzyć.
- Od kogo to? - spytał Frank, wznawiając swoje leniwe kręcenie się na krześle Syriusza.
- Od Jamesa. - odparł Syriusz. - Próbuje przekupić mnie kuchnią Lily, żebym przyszedł na obiad.
- Jeśli ty nie chcesz, ja pójdę. - zaśmiał się Frank. - Ta kobieta umie gotować.
Syriusz przytaknął.
- O tak. - może i Lily tworzyła magię w kuchni, ale Syriusz wolałby tego wieczora robić zupełnie co innego. Coś co nie miało nic wspólnego z jedzeniem. Chociaż po fakcie zawsze był irracjonalnie wręcz wygłodniały...
- Black?
Syriusz potrząsnął głową, próbując pozbyć się rozpraszających myśli.
- Co?
- Powiedziałem, idziemy na dół zobaczyć tych palantów, czy nie? – Frank nieco się niecierpliwił.
- O racja, pewnie. - odparł Syriusz, wciskając liścik Jamesa do kieszeni.
- Merlinie, ostatnio się o ciebie martwię. - Frank posłał mu prawie zmartwione spojrzenie. - Teraz patrzysz się w pustkę też na myśl o obiedzie?
- Ta, prawda. - mruknął Syriusz, zeskakując z biurka. Frank nie wydawał się przekonany, ale nic nie powiedział tylko poprowadził go w dół alejki i w stronę wind. Syriusz pospieszył za nim. Cudowna kłótnia ze Śmierciożercami będzie świetną odskocznią.
Syriusz i Frank wysiedli z widny na poziomie dziewiątym i zeszli schodami prowadzącymi do sal sądowych. O dziesiątej rano tu na dole było bardzo cicho, najwyraźniej nie trwał żaden proces. Zwykle na korytarzach stali strażnicy i czekali więźniowie, ale departament zwykle zostawiał sobie piątek na zaległą papierkową robotę, więc spokój zupełnie ich nie zdziwił. Jednakże po dotarciu na koniec korytarza, odkryli coś dziwnego.
- Gdzie ona jest? - spytał Frank zaglądając przez kraty do maleńkiej celi, całkiem jakby Vistrim miała wychynąć z któregoś kąta. Przestrzeń miała nie więcej niż dziesięć stóp kwadratowych, a stała w niej jedynie ławka i kibelek, więc mało prawdopodobne, by więźniarce udało się uniknąć zauważenia. A cela była z pewnością pusta.
Syriusz podszedł do następnej, w której siedziało dwóch z czterech złapanych poprzedniej nocy mężczyzn. Wilkes i Smyth. Syriusz natychmiast rozpoznał w nich dwóch nadal żyjących członków Manchesterskiej Trójki, którą on i Moody schwytali na początku września. Siedzieli spokojnie bok w bok na ławeczce w swojej celi.
- Oj, Smyth. - zagrzmiał Syriusz. - Gdzie się podziała twoja koleżanka?
Smyth wolno obrócił głowę w stronę mówiącego. Na jego twarzy malowało się całkowite niezrozumienie.
- Koleżanka? Kogo masz na myśli?
- Vistrim – zniecierpliwił się Syriusz. - Jak się stąd wydostała?
- Vistrim? A kto to? - wtrącił się Wilkes, z tą samą zdumioną miną. Wydawali się dziwnie zadowoleni jak na aresztowanych Śmierciożerców
Syriusz spojrzał na Franka całkowicie oszołomiony.
- Co do diaska?
Za nimi rozległo się nierówne stukanie o kamienną podłogę i Syriusz obrócił się na pięcie, by zobaczyć idącego w ich stronę Moody'ego. Szef Biura Aurorów wyciągnął różdżkę i posłał cztery szybkie oszałamiacze w stronę dwóch cel zajmowanych przez Śmierciożerców.
- Dobry. - warknął. - Więc wreszcie zdecydowaliście się zając pracą, co? Wysłałem Vistrim do Świętego Munga, inaczej by umarła. I zmieniłem tym czterem wspomnienia, nie mogą wiedzieć, że okazujemy takim jak oni współczucie.
- Próbowaliśmy, Moody. - naciskał Frank, którego zalała ulga, że kobieta nie uciekła. - Powiedziała mi, że woli umrzeć niż iść do szpitala, w którym zatrudniają mugolaków. Przyszliśmy spróbować ją przekonać.
Syriusz nie słuchał Franka. Nie miał na to siły, bo każda jego część skupiała się na powstrzymywaniu śmiechu. Moody z pewnością przyszedł prosto ze szpitala, bo nie miał na sobie ministerialnych szat. Może i znalazł czystą koszulę, ale dalej nosił te same spodnie co podczas misji poprzedniej nocy, choć teraz były nieco podarte po wybuchu, przez co drewniana noga widocznie wystawała spod oderwanej nogawki. Także jego długie, skołtunione włosy były w większym nieporządku niż zwykle. Ale to przykrywająca brakujące oko Moody'ego przepaska zmuszała Syriusza do myślenia o straszliwie smutnych i tragicznych obrazach, by tylko utrzymać swoją twarz nieporuszoną. Nie mógłby bardziej przypominać pirata, gdyby próbował. Plan Syriusza polegający na myśleniu o porozrywanych smoczątkach rozpadł się w drobiazgi, kiedy Frank spytał:
- Ile musisz nosić tę przepaskę, Moody?
- Tylko tydzień, póki rana się nie zagoi. - odparł stary auror. - Ale nie przeszkadza mi to. Wygląda dość strasznie, prawda? Przypominam tych mugolskich piratów. - uniósł laskę, warcząc. - Więc jeśli nie będziecie uważać to wyrzucę was za burtę.
Syriusz stracił kontrolę nad kolanami i musiał oprzeć się na Franku, bo śmiał się tak, że oczy zaszły mu łzami i bolały go boki. Ledwo oddychał. Frank także chichotał, ale Syriusz nie wiedział czy z powodu Moody'ego czy jego nadmiernej reakcji. Na dodatek ich szef dalej był śmiertelnie poważny i patrzył na nich wilkiem.
- Chodźcie, wy szczury lądowe. W moim biurze czeka góra formularzy do wypełnienia.
Syriusz dalej dyszał, kiedy dziesięć minut później dotarli z powrotem do Biura Aurorów. Moody miał poczucie humoru, nie mógł w to uwierzyć. Na widok stert papierów na biurku szefa nieco ochłonął, ale ponieważ Moody i jego piracki wygląd były dalej na podorędziu, nie potrwało to zbyt długo. Jeszcze dwie godziny później siedział przy swoim biurku i dalej co jakiś czas chichotał, kiedy przypominał mu się odpiracony Moody.
Nagle w jego ucho trafił papierowy samolocik.
Psie,
Łania zrobiła eklerki i makaroniki, a wiesz, jak ich nie lubię. Będziesz musiał nas od nich uwolnić.
Serio, jestem tak wynudzony, że chyba oszaleję.
Jeleń
- Osobista poczta w trakcie pracy, Black? - warknął podirytowany głos zza jego pleców. Syriusz powstrzymał odruch wzdrygnięcia się i (nie obracając się do Moody'ego, bo tylko znów ryknąłby śmiechem) powiedział:
- Nie wiedziałem, że jest osobista, kiedy ją otwierałem, prawda? Co jeśli to ważne informacje dotyczące... - usilnie próbował coś szybko wymyślić. Nie pojmował jak Remus dawał radę cały czas gadać pod presją. On zawsze miał wtedy pusto w głowie. - um... Śmierciożerców?
- To z Departamentu Komunikacji Zewnętrznej, Black. Piszesz liściki do Śmierciożerców?
Syriusz westchnął pokonany i wymamrotał.
- Mógłbym. Mam kuzynów, co nie?
- Lepiej nie, cholera. - odparł Moody. - A teraz, choć świetnie nam się rozmawia, to nie przyszedłem tu w odwiedziny. - rozległo się klapnięcie i powiał wiatr, kiedy sterta pergaminu padła na biurko Syriusza. - Zespół z Kontroli właśnie wrócił. To - laska walnęła w górę sterty. - są wstecznie datowane formularze pozwolenia, które wyjaśnią co ty i Longbottom robiliście zeszłej nocy w lesie. Sam bym je wypełnił, ale mam coś innego do załatwienia, więc ty i Longbottom możecie się tym zająć. - przerwał na chwilę i szturchnął laską ramię Syriusza. - Chcę żebyś przygotował pierwsze wersje, ale potem wysłał je za ścianę, żeby tam powstała ostateczna. Już je podpisałem i jak zauważysz to samo zrobił Crouch, choć o tym nie wie. - Moody wydał z siebie złowieszczy śmiech. - Więc nie może być żadnych błędów, bo wystarczająco ciężko było rozproszyć go dziś rano, by podpisał je razem z innymi formularzami. Wydawał się trochę podejrzliwy, więc raczej nie dałbym rady powtórzyć tego w tym tygodniu. - tym razem szturchnięcie w ramię było znacznie mocniejsze. - Czemu na mnie nie patrzysz, Black.
Syriusz westchnął ciężko i odparł.
- Bo znów zacznę się śmiać, a pan mnie walnie.
- Dobrze, że myślisz perspektywicznie. - burknął Moody. - Powiedz mi, Black, umiesz pływać?
- Moody, staruszku - poprosił Syriusz. Jego samokontrola wisiała na włosku. - nie rób tego.
- Czyli zajmiesz się tym? – upewnił się jego szef. - Longbottom sprawdzi co zrobiłeś i wypisze ostateczne wersje. Jak skończycie połóżcie je u mnie w gabinecie.
- Zrozumiałem.
Uszczypnięto go w drugie ramię i Syriusz podskoczył.
- Wiem, że ta dziewczyna ma sporo włosów, Black, ale nie powiesz mi, że dostają ci się wszędzie od przyjacielskiego uścisku. - powiedział Moody. Syriusz obrócił się, by zobaczyć swojego szefa z bardzo długim i bardzo kręconym kasztanowym włosem trzymanym pomiędzy palcem wskazującym, a kciukiem. Zanim zdążył wymyślić wytłumaczenie (albo roześmiać się na widok pirackiej twarzy) koniec laski wbił mu się w kolano. - Przynajmniej zmieniaj ubrania zanim przyjdziesz do pracy. - mruknął Moody, a potem obrócił się i wykuśtykał z boksu.
Syriusz potarł kolano myśląc o tym, że on zmienił ubrania, ale to nie jego wina, że trochę ich poniosło, kiedy całowali się na do widzenia po drodze do drzwi.
Syriusz był dumny ze swych postępów. Dwa raporty skończone i posłane za ścianę, a zajęło mu to tylko cztery godziny. Właśnie sam sobie gratulował, kiedy trzeci samolocik tego dnia znikąd pojawił się nad jego głową.
Kundlu,
Nie zachowuj się jak aspołeczny dupek. (Zrzuć tę niegrzeczność na szaleństwo spowodowane nudą)
Jeleń
Naprawdę powinien odpowiedzieć, ale odkładał to bo nie wiedział co napisać. Bardzo, ale to bardzo chciał spędzić wieczór sam na sam ze swoją rozpraszającą gospodynią. A jednak nie mógł powstrzymać myśli, jak bardzo by siebie nienawidził gdyby nie udało im się powstrzymać Voldemorta i będzie musiał żyć ze świadomością, że zrezygnował z jednej z ostatnich możliwości by zobaczyć swojego najlepszego przyjaciela na rzecz seksu... który nie był aż tak ważny... a poza tym czy nie miał być dorosłym, który lubił Hermionę przez wzgląd na jej inteligencję, poczucie humoru i świetnie umiejętności konwersacyjne... i to jak ładnie pachniała... i miała piękny tyłek... i jak wydawała z siebie najwspanialszy w świecie dźwięk kiedy on... zmięty w kulkę kawałek pergaminu uderzył go prosto w twarz i Syriusz rozejrzał się, by zobaczyć głowę Franka wystającą znad przegrody. W dłoni trzymał drugą kulkę gotową do rzutu.
- Co, Longbottom?
- Nic. - Frank wzruszył ramionami. - Chciałem tylko sprawdzić, czy zauważysz.
- No i zauważyłem. – Syriusz pochwycił pocisk z biurka i cisnął go w głowę Franka. Trafił w oko.
- Wiesz, Black - Frank mrugnął. Chyba był odrobinę zirytowany. - naprawdę powinieneś skonsultować się ze specjalistą. Ten twój problem z odpływaniem... to nienaturalne.
- Nic mi nie jest, tylko trochę nie mogę się skupić... jestem zmęczony i w ogóle.
Przez chwilę Frank nie odpowiadał, a potem oznajmił zupełnie innym tonem.
- Czy ty w ogóle myślisz? Czy masz tam taką kompletną pustkę? - wydawał się naprawdę zaniepokojony. Syriusz skrzywił się na dźwięk pytania, które uznał za idiotyczne, ale Frank ciągnął. - Nie sądzisz, że rzucili na ciebie Imperiusa, co nie?
Syriusz parsknął śmiechem.
- Imperiusa? Co do diabła, Longbottom? Nie, po prostu mam masę na głowie. - Frank posłał mu spojrzenie, z którego jasno wynikało, że mu nie uwierzył. - Za kilka tygodni wszystko ci opowiem, muszę tylko załatwić parę rzeczy.
- W porządku… - powiedział wolno Frank. - chodzi o twoją dziewczynę?
- Tak jakby. - odparł szczerze Syriusz. Głowa Franka zniknęła, a ścianka pisnęła, kiedy schodził z biurka. Syriusz bardzo się cieszył, że Frank nie zamierzał go męczyć. Może to trochę dziwne, że tu porzucił temat, ale młody Black nie zamierzał tego kwestionować.
A potem Syriusz prawie wyskoczył ze skóry, bo głos Franka odezwał się tuż za nim.
- O co w ogóle chodzi z Hermioną? Moja matka twierdzi, że jest Fehrówną, ale Lily powiedziała Alicji, że to podpucha.
„Czyli jednak nie porzucił tematu", pomyślał z żalem Syriusz.
- Cholera, brachu. Brałeś lekcje u Moody'ego? - spytał, odwracając się do drugiego aurora, ale Frank nie odpowiedział i tylko stał tam czekając aż Syriusz wyzna mu prawdę. Black wiedział, że Frankowi można było ufać, więc szepnął. - Um... podpucha, ale nie mów matce. Potem wszystko ci wytłumaczę, ale teraz to jest zbyt skomplikowane. - mało precyzyjne wytłumaczenie nie przekonało Franka. - Słuchaj, Moody i Dumbledore wiedzą o co chodzi, dobra. To dla Zakonu, po prostu nie możemy ryzykować powiedzenia zbyt dużej ilości ludzi. Obiecuję, że powiem ci jak skończymy. - uśmiechnął się. - Serio bracie, i tak byś mi nie uwierzył.
- Dobra, trzymam cię za słowo. - powiedział Frank, a potem wrócił do swojego biurka.
O piątej nawyk śnienia na jawie po raz pierwszy się Syriuszowi przydał. Chociaż może nie należało nazywać tego śnieniem na jawie, skoro miał zamknięte oczy i może nawet naprawdę spał, ale chodziło o to, że ponieważ jego mózg zajmował się czym innym, a powieki miał zamknięte, nie oślepiła go ostatnia wiadomość Jamesa, kiedy przyfrunęła prosto w jego oko.
Wilk przyniósł whisky, nuda pokonana! No chodź!
Syriusz uśmiechnął się szeroko i oderwał pasek pergaminu z dołu ostatniego wstępnego raport, którego dalej nie skończył (bo spał przy biurku) i wyskrobał odpowiedź.
Jesteś niegrzecznym i upierdliwym palantem. Ale wygrałeś.
- Rogacz. - zawołał cicho Syriusz, pukając do drzwi chatki Potterów o siódmej wieczorem. Uśmiechnął się do Hermiony. Czekali aż przyjdzie James, by wypełnić ceremonialne obowiązki odźwiernego, a on obejmował ją ramieniem. - Wiedziałaś, że przez ciebie zostałem dziś oskarżony o bycie pod wpływem Imperiusa?
- Dlaczego?- spytała w osłupieniu Hermiona. „Kto mógłby pomyśleć, że rzuciła na niego klątwę Imperiusa?"
Wyszczerzył zęby na widok jej reakcji.
- Najwyraźniej to jedyne wytłumaczenie tego pustego wyrazu twarzy.
- Och - znów się odprężyła. Rozumiała, bo przez cały dzień sama nie mogła się skupić. Nie chodziło, jednakże wyłącznie o dość entuzjastyczny poranek na kanapie. Chociaż zszokowała ją wiadomość, że przez ostatnie dziesięć dni spała na wyciągnięcie ręki od różdżki Harry'ego, szybko podjęła decyzję o porozmawianiu o tym z Dumbledorem, zanim wspomni o jakichkolwiek możliwych konsekwencjach Remusowi i Syriuszowi. Nie wiedziała wystarczająco o wyrabianiu różdżek, by zrozumieć, dlaczego ta wybrała Syriusza (choć on twierdził, że do niego nie pasowała) i potem przejść do Remusa (i pasować), skoro miała należeć do Harry'ego.
Wysłała Zoffa do Dumbledore'a prosząc o spotkanie, a i tak musieli przedyskutować ostatnie plany przed Nocą Duchów. W ten weekend powie Potterom, że powinni znaleźć Strażnika Tajemnicy, a ta data zbliżała się tak szybko, że Hermiona czuła potrzebę omówienia szczegółów, by się uspokoić. Późnym popołudniem Zoff pojawił się w kuchence z odpowiedzią Dumbledore'a, w której dyrektor pisał, że pewnie wpadną na siebie tego wieczora. To wprawiło ją w zdumienie dopóki Syriusz nie wrócił z pracy i nie powiedział, że wybierają się do Potterów na obiad.
Czekając na odpowiedź od Dumbledore'a nie mogła znaleźć dla siebie miejsca, ale nie z powodu różdżek czy napadów na Voldemorta, ale przez mężczyznę, który teraz stał obok niej na schodku. Nie przyznałaby się do tego przed nikim oprócz niego samego (bo jej reputacja inteligentnej i rozważnej kobiety poszłaby w drobiazgi), ale Hermiona spędziła sporą część dnia w obrzydliwie dziewczyńskim oszołomieniu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń i uśmiechając się z rozmarzeniem na myśl o zostaniu tu z Syriuszem. Potworność.
Uśmiechnęła się szelmowsko.
- Cóż, w takim razie, chyba powinnam się cieszyć, że nikt mnie nie widuje całymi dniami, bo ja też musiałabym zmierzyć się z takimi oskarżeniami. - a potem podskoczyła, kiedy jego dłoń przeniosła się w dół jej pleców i nagle uszczypnęła ją w pośladek. - Auć! - pisnęła, i mocno dźgnęła go w żebra różdżką.
Syriusz wzdrygnął się, ale nie przestał się uśmiechać.
- Hej, to komplement.
- Po komplementach nie powinny zostawać siniaki. - odparła surowo, ukrywając uśmiech i odpychając jego rękę, kiedy ta ponowiła próbę.
Z wnętrza domu rozległy się kroki.
- Kto tam? - odezwał się James groźnym i poważnym głosem odźwiernego.
- Łapa i córka Lunatyka. - oznajmił Syriusz. Hermiona zastanowiła się, czy kiedyś dostanie własne przezwisko. Choć ciągłe skojarzenie z Remusem było nie tylko zabawne, ale i pochlebne, nie mogła powstrzymać niepokojącego obrazu przyjaciela uwodzącego jej mamę, który pojawiał się w jej głowie za każdym razem, gdy używano tego określenia. Jednakże jak na razie zyskała tylko ksywę „Gospodyni". Wizja jej matki uprawiąjącej seks z Remusem w żadnym stopniu nie była tak obraźliwa jak bycie nazywaną służącą, której płacono w stale przerywanych średnio, seksualnych przysługach, więc przez jakiś czas chętnie godziła się na miano „córki Lunatyka".
- Jak na trzecim roku przekonałem cię, że umierasz? - spytał James.
Syriusz zaśmiał się.
- Masz na myśli siebie i złą skrzatkę, która powiedziała mi, że jestem gruby?
- Tak. - odparł James. - Była przemiła. Najlepsze pączki na ziemi. Ale powiedziałem jak, a nie kto.
- Proszek na swędzenie w moich koszulach, brudny palancie. Naprawdę myślałem, że mam Smoczą Ospę czy coś. - Hermiona słyszała, jak James śmieje się do siebie z samozadowoleniem. - Dobra, jak udało nam się wymigać od szlabanu, który Minnie dała nam na szóstym roku, za powiedzenie pierwszakom na uczcie powitalnej, że jeśli nie zaczarują kotar w swoich łóżkach, by się zasunęły, w nocy przyjdzie Krwawy Baron i ich dorwie?
- O Merlinie, racja! - zawołał James. - Cholera, Lily była na mnie taka wściekła... bardziej wściekła niż zwykle. Dalej nie sądzę, że zasługiwaliśmy na karę, bo przecież nauczyliśmy ich tego zaklęcia. Ale mniejsza, to Lunatyk, jak zwykle, przekonał McGonagall, że chcieliśmy ich tylko czegoś nauczyć, a ponieważ to zaklęcie z trzeciego roku, a wszystkie młodziaki umiały go do kolejnego poranka, cofnęła nam wyrok. - James otworzył drzwi i wyrzucił przed siebie ramię, by mocno objąć Syriusza. - Lily zrobiła niebieskie makaroniki, bracie. Mówiłem ci, że nie będziesz żałował, jeśli nawet jeśli masz innych ludzi... um, rzeczy, którymi możesz się zająć. Nad ramieniem przyjaciela puścił oko do Hermiony, ale potem jego oczy odrobinę rozszerzyły się za okularami, a on wydał z siebie stęknięcie zdumienia, kiedy Syriusz walnął go pięścią w brzuch.
Syriusz wyślizgnął się spod ramienia przyjaciela i zaśmiał się nerwowo.
- Merlinie, czy ten cholerny wilk nie potrafi trzymać gęby na kłódkę? - przelotnie zerknął na Hermionę.
James pomasował brzuch, uśmiechając się szeroko na widok Syriuszowego zażenowania i odezwał się wesoło.
- Ktoś musi mi opowiadać o świecie. Jestem tu więźniem. - a potem spojrzał w dół swojego nosa, idealnie udając bibliotekarza i odezwał się poważnie do Hermiony. - A tak na marginesie, to wiedz, że żaden z nas nie będzie miał ci tego za złe, kiedy już się opamiętasz.
Hermiona roześmiała się. James wyglądał tak poważnie.
- Zapamiętam. - przytaknęła.
- No to wchodźcie. - zaprosił radośnie gospodarz, którego poważna mina zniknęła, kiedy tylko pacnął Syriusza w głowę. - Jest whisky do wypicia, zaraz podajemy obiad. - i radośnie potruchtał do salonu.
Hermiona zerknęła na Syriusza, który masował sobie ucho.
- Chyba cieszy się na twój widok. - zachichotała widząc jego obrażoną minę i ruszyła za przeszczęśliwym gospodarzem i jego obietnicą whisky.
Ale Syriusz ją powstrzymał.
- On um... mówi serio, wiesz. - powiedział cicho, nie patrząc jej w oczy. - Jeśli zostaniesz i... cóż... to nie... - potrząsnął głową i spojrzał na rękę ściskającą jej ramię. - um... znaczy... dalej będziesz miała przyjaciół.
Hermiona poczuła dziwny ucisk w sercu. Tego właśnie najbardziej się bała. Że jeśli znajdą sposób, by została i tu pracowała, a potem za sześć miesięcy to coś między nią i Syriuszem się rozpadnie, to będzie się czuła zobowiązana zostać dla swojej pracy i poczuje się samotna bez towarzystwa Remusa, Lily i Jamesa, bo spędzi z nimi więcej czasu i się do nich przyzwyczai. James tak bardzo przypominał Harry'ego. Pochodził może z wyższych sfer, ale był też szczęśliwszy, mimo rocznego uwięzienia we własnym domu. A Lily to przebiegła i zabawna kobieta, która tak strasznie wszystkich kochała. I nawet z tymi wszystkimi zmartwieniami i presją niebezpieczeństwa czyhającego na jej syna dalej znajdowała dość radości, by robić komiczne rzeczy takie jak stanięcie na środku kuchni i poproszenie, by Hermiona nauczyła ją tańczyć.
Więc kiedy usłyszała, jak Syriusz próbuje ją pocieszyć w ten niepewny, ale uroczy sposób (i nie czekając aż ona o tym wspomni) miała ochotę tak jak Frederika uszczypnąć go w policzek. Ale tego nie zrobiła.
- Dzięki. - powiedziała, biorąc go za rękę i ciągnąc do salonu. Po chwili dodała półgłosem. - Chociaż chyba nie będą tacy wspaniałomyślni, kiedy ich przyjaciel Łapa dorobi się nieusuwalnych macek na całej twarzy.
- Skąd wiesz, że to będzie moja wina. - zaśmiał się cicho. - Może poprzez pracę w Ministerstwie poznasz jakiegoś przystojnego centaura i uciekniesz z nim do lasu?
- Niezbyt lubię konie. - prychnęła Hermiona. - Chociaż psy są w porządku.
Uśmiechnął się do niej szeroko, ale na jego twarz wypłynął wyraz lekkiej obrazy, kiedy dodała.
- Jeśli tylko nauczy się je, jak zachowywać w domu.
Syriusz nie miał czasu zbyt długo się obrażać, bo kiedy tylko weszli do salonu. Remus odezwał się ze swojego fotela.
- Zobacz Łapo. - wskazując na ogromny talerz, na którym piętrzyły się makaroniki domowej roboty, wszystkie w różnych odcieniach błękitu i o wiele większe od tych kupnych, w które zaopatrywała go Hermiona w krytycznych momentach. - Są wspaniałe.
James zmarszczył nos z odrazą, a Syriusz natychmiast puścił jej rękę i ruszył do stolika, siadając po turecku na podłodze przed nimi. Najwyraźniej stwierdził, że kanapa czy fotele znajdowały się za daleko od lazurowych skarbów.
- Pijesz whisky, Hermiono? - spytał James, nalewając drinki sobie i Syriuszowi. Remus już balansował w połowie pełną szklankę na podłokietniku fotela. - Jeśli wolisz, to Lily chyba ma wino.
- Nie, lubię ognistą. - powiedziała Hermiona. - Chociaż jeśli będziesz kiedyś miał szansę spróbuj tej, którą robi dziadek Syriusza. Jest przepyszna.
James był zdumiony.
- Twój dziadek robi własną whisky? - spytał Syriusza, który przebywając właśnie we własnym świecie, z błogim wyrazem twarzy przeżuwał ciasteczko. - To trochę... mugolskie, nie?
- Ta - mruknął młody Black z pełnymi ustami. - Matka mówi, że to dyshonor dla Szlachetnego Rodu Blacków, ale i tak ją pije. Hermiona ma rację, jest cholernie smaczna. Następnym razem zwinę butelkę. Możesz ją dostać na Święta.
- Sknera. - zaśmiał się James, podając Hermionie drinka. Usiadła obok Jamesa na kanapie i z rozbawieniem obserwowała, jak nalewa do stojącej na stoliku szklanki Syriusza, aż whisky wypełniła ją po brzegi, tak że nie dało się jej podnieść, by upić łyk, nie wylewając trunku.
Zauważywszy to Remus zaśmiał się, mamrocząc pod nosem: „Dzieci".
Syriusz tylko wyszczerzył się do Jamesa i pochylił się nad szklanką, wysiorbując trunek do znośnego poziomu. Potem oblizał usta i głośno mlasnął.
- Rogaczu, musisz się bardziej postarać. - oznajmił z rozżaleniem.
Z progu rozległ się cichy śmiech i Hermiona odwróciła się, by zobaczyć uśmiechniętą Lily.
- Witajcie, wy dwoje. - odezwała się tamta. - Wybaczcie, właśnie karmiłam Harry'ego. Ten diablik myśli, że jedzenie jest stworzone do rzucania, więc stwierdziłam, że lepiej by zjadł zanim siądziemy do stołu. - spojrzała na szklankę w dłoni Hermiony, a potem na swojego męża. - A moja gdzie? Haruję sama w kuchni, a ty nawet nie nalejesz mi drinka. Masz szczęście, że jesteś przystojny. Albo bym się z tobą nie męczyła.
- Mój wygląd i fakt, że nie możemy opuszczać domu. - zaśmiał się James, nalewając też swojej żonie.
- Wiem, jak to jest... - odezwał się Remus, kiedy po nią przyszła. - czuć się w potrzasku.
Posłał Syriuszowi znaczące spojrzenie, a Hermiona poczuła jak się rumieni. Tego poranka, po tym jak różdżka Harry'ego wybrała sobie Remusa na pana, wilkołak poszedł przed wyjściem do łazienki. Pod jego nieobecność Syriusz i Hermiona zajęli się sobą i musiało minąć sporo czasu nim zorientowali się, że nie wrócił. Hermiona wybrała się na poszukiwania i znalazła go czytającego na łóżku Syriusza. Kiedy spytała co tam robił, odparł, że dwoje ludzi, które potrafiło go wypuścić było zajęte, a nie chciał im drugi raz przeszkadzać, bo obawiał się, że zostanie przeklęty przez jedno lub oboje na raz.
Syriusz wzruszył ramionami, a Lily i James zaśmiali się (najwyraźniej Remus opowiedział im o swoim uwięzieniu), a potem uniósł szklankę w pozdrowieniu i odezwał się dystyngowanym tonem.
- Dobry panie, pana poświęcenie nie zostanie zapomniane.
Tego wieczora obiad minął w przyjemnej atmosferze. Jedzenie było wspaniałe jak zwykle, Lily mogłaby spokojnie rywalizować z Molly Weasley. W cichości ducha Hermiona zastanawiała się czy to właśnie przez zakotwiczone wspomnienia świetnego gotowania Harry tak strasznie kochał Weasleyów.. Cały czas się uśmiechała, słuchając jak Syriusz i Remus kontynuują kłótnię, która podobno trwała już prawie dekadę, a obejmowała chatę Hagrida, jakiś dziwaczny test planu, który stworzył Remus i co dziwne, jeże. James i Lily wywracali oczami, a Hermiona nie mogła powstrzymać myśli, że rzadko czuła się tak dobrze w większej grupie ludzi. To pewnie dlatego, że nie widzieli w niej rządzącej się panny przemądrzałej, albo dlatego, że Remus czytał tyle samo co ona i byli do tego przyzwyczajeni. Ale powód chyba nie miał znaczenia. Najważniejsze, że lubili ją za to jaka była.
Hermiona obawiała się nieco, że kiedy powiedzą Lily i Jamesowi co zrobili z horkruksami i Voldemortem, a może (nie była pewna, nie rozmawiali o tym na poważnie) też o tym, że przybyła z przyszłości i dorastała z ich synem, zaczną na nią patrzeć inaczej. Nie mówiąc o tym jak źli będą za ryzyko na jakie ich naraża w Noc Duchów. Ale do tego zostało jeszcze czternaście dni, a ona musiała najpierw znaleźć sposób by zostać, więc odegnała te myśli i skupiła się na lekko zaróżowionych przez whisky twarzach swoich towarzyszy. I uśmiechnęła się.
Kiedy Lily wstała, by przynieść deser, Hermiona zaczęła się zastanawiać, kiedy pojawi się Dumbledore. Wszyscy trzej mężczyźni pochłonęli już znaczne ilości trunku. Wyobraziła sobie twarz swojego Harry'ego, gdyby kiedyś dowiedział się, że jego tata dwa razy na przestrzeni czterech tygodni upił się w obecności Dumbledore'a. A potem rozważyła, że Harry, którego teraz spotka, dorośnie znając Jamesa i będzie znacznie mniej zszokowany. Później jednak zdała sobie sprawę, że biorąc pod uwagę jej własny, lekko przymglony umysł, to nie jej oceniać. Więc zajęła się szarlotką i słuchaniem jak James (który był świetny w snuciu historii) zaczyna imponującą i historyczną opowieść o pierwszym razie, kiedy profesor McGonagall zaśmiała się z ich dowcipu. Lily pochyliła się w stronę Hermiony i odezwała się teatralnym szeptem.
- Myślałam, że zaraz niebo spadnie nam na głowy, serio.
Dziękuję wam wspaniali czytelnicy za wasze komentarze, polubienia i obserwowanie. To takie miłe z waszej strony, że poświęcacie mi czas xx
