Od tłumaczki: Mam pytanie. Jak wam się podoba taka forma, w sensie zachowywanie notek autorskich z oryginału? Na łamach tego tłumaczenie nie będę tego zmieniać, ale zastanawiam się na przyszłość? Czy wybitnie was nie obchodzą, nie czytacie ich, czy jednak czasem jest w nich coś ciekawego i powinny pozostać tam gdzie są, bo to w końcu część produktu?
Strasznie, strasznie przepraszam za opóźnienie. Na swoją obronę mam tylko to, że kończyłam sesję i to mnie trochę pochłonęło. Ale z tym już na szczęście koniec, więc kolejnego rozdziału możecie oczekiwać na czas.
Shanica: No pewnie, że tak. Klasę maturalną przetrwałam tylko dlatego, że codziennie wydzielałam sobie pół godziny na pisanie fanfików. 😊 W takim razie cieszę się, że mogłam pomóc.
N/A: Aż tydzień! To moja najdłuższa przerwa między dodawaniem rozdziałów. Wybaczcie.
Mijają właśnie dwa miesiące, od publikacji 169. Chciałabym skończyć przed Świętami, które zbliżają się wielkimi krokami! (Szczwane okresy świątecznie wyskakujące z kalendarza bez żadnego ostrzeżenia.)
Emily, dziękuję za ciężką pracę nad tym, co dziwne, trudnym rozdziałem. Twoja cierpliwość mnie zdumiewa.
16 października
Zanim w ten piątkowy wieczór Dumbledore wreszcie dotarł do Potterów, Hermiona zdążyła zapomnieć, że na niego czekała. Po obiedzie mężczyźni otrzymali zadanie pilnowania Harry'ego, podczas gdy panie zajęły się zmywaniem. Ktoś musiał trzymać dziecko z daleka od bąbelków, które podobno wywoływały wyrazy radości, znane, jak twierdziła Lily, także jako „rozrywające uszy piski, których lepiej unikać".Hermiona właśnie się zastanawiała, jak zmieścić ogromną brytfannę w szafce, którą wskazała gospodyni bez powiększenia przestrzeni lub zmniejszenia naczynia, kiedy rozległo się pukanie do drzwi frontowych. Lily zamarła na moment i razem nasłuchiwały ciężkich kroków Jamesa, który poszedł otworzyć. Po chwili jednak zagłuszył je śmiech z salonu. „Czego oni tam używali do identyfikacji?"
Wkrótce potem do kuchni wszedł Dumbledore.
- Dobry wieczór, Lily, Hermiono. – przywitał się, uprzejmie kiwając im głową.
- Witam, profesorze. - odparła radośnie Lily, wyciągając korek ze zlewu, by woda spłynęła głośno. - Napije się pan czegoś? Właśnie tu skończyłyśmy.
- Nie, na razie dziękuję, Lily. - podziękował Dumbledore. - Ale zanim porozmawiam z tobą i Jamesem, chciałem zamienić słówko z Hermioną.
Spojrzenie Lily na chwilę powędrowało do drugiej kobiety, a potem uśmiechnęła się.
- Dobrze, proszę do nas przyjść, kiedy skończycie.
Posłała Hermionie jeszcze jedno spojrzenie, a potem dołączyła do pozostałych w salonie.
Hermiona zerknęła na trzymane naczynie, a potem na maleńką szafkę i zdecydowała, że na razie brytfanna może sobie pomieszkać na blacie.
- Jak się pan ma, profesorze? - spytała, zajmując miejsce przy kuchennym stole.
- Znakomicie, Hermiono. - odparł, siadając obok niej. - Zbliża się nasza ekscytująca przygoda. Nie mogę zaprzeczyć, że z niecierpliwością czekam na świt Dnia Wszystkich Świętych.
- Tak. - zgodziła się Hermiona. Mimo niepewności co do jej własnej przyszłości, ona także nie mogła się doczekać początku listopada. Chciała już wiedzieć, czy im się udało, czy nie.
- A teraz, Hermiono, o czym chciałaś ze mną porozmawiać? - spytał Dumbledore z zafrasowaną miną.
- Cóż, profesorze, chodzi o różdżki. - zaczęła młoda kobieta. Na jej słowa zmartwiona mina Dumbledore'a zniknęła i Hermiona zastanowiła się o poruszenie jakiej trudnej kwestii ją podejrzewał. Ale ponieważ pytanie o różdżkę wydawało jej się o wiele ważniejsze, mówiła dalej. - Widzi pan, na początku miesiąca Syriusz kupił sobie nową, ale ponieważ tego samego dnia Rabastan przyniósł mu jego własną, nie używał jej zbyt długo. Dlatego aż do dzisiejszego poranka nie zauważyłam, że to ta sama różdżka, której w moim czasie używał Harry.
Srebrne brwi Dumbledore'a uniosły się.
- Druga różdżka Fakwesa wybrała Harry'ego?
- Tak - odparła ze zdumieniem Hermiona. - Skąd pan wiedział, że to o tę różdżkę chodziło?
Dumbledore uśmiechnął się.
- Choć chciałbym powiedzieć, że wiem wszystko to musze przyznać, że powód był znacznie bardziej zwyczajny, choć tak samo znaczący. Wartość pisma. - Hermiona musiała mieć dziwną minę, bo srebrne wąsy Dumbledore'a zadrgały, a on wyjaśnił. - Pan Ollivander napisał do mnie, kiedy ją zakupiono. Garrick twierdził, że próbował poinformować młodego pana Blacka o znaczeniu różdżki, ale podczas transakcji jego klient był bardzo rozkojarzony. Biorąc pod uwagę, że pan Black właśnie uciekł z łap Śmierciożerców, chyba można mu to wybaczyć.
- Więc różdżka ma znaczenie, profesorze? - Hermiona lekko zmarszczyła brwi. - Skoro wiedział pan, że Syriusz ją miał, to czemu pan nam nie powiedział?
- Cóż, przyznam, że przez ostatnie kilka tygodni byłem zajęty. - odparł niefrasobliwie Dumbledore.
- Oczywiście, proszę pana. - odparła Hermiona, lekko zirytowana tym zblazowanym podejściem. Nawet jeśli Dumbledore nie chciał wysyłać jej sowy, to przecież widzieli się od tego czasu. Czy naprawdę nie sądził, że się o tym dowiedzieć? - Ale różdżka dzieli rdzeń z różdżką Voldemorta. Czy nie wydaje się to panu ważne?
Dumbledore potrząsnął głową.
- Nie wydawało mi się to specjalnie znaczące, biorąc pod uwagę jak mało prawdopodobne jest, by Syriusz znalazł się w obecności Voldemorta. Jak mówisz, jeszcze zanim dowiedziałem się o kupnie, Syriusz odzyskał swoją różdżkę od Rabastana Lestrange, więc różdżka Fawkesa nie była nawet używana.
- Tak, ale profesorze... - urwała, zmuszając się, by nie zagryźć zębów na dźwięk tak słabego wytłumaczenia. Śmierciożercy już raz dorwali Syriusza i zaledwie kilka tygodni temu znalazł się w obecności Voldemorta. Przecież mogli to zrobić ponownie. „Czemu Dumbledore zawsze wszystko zatrzymywał dla siebie" pomyślała z irytacją i dodała cierpko. - Cóż, okazuje się, że to może być problem. Widzi pan, teraz to Remus używa różdżki.
Przez chwilę Dumbledore wydawał się zaniepokojony, ale potem powiedział:
- I jak mu pasuje?
- To Remus będzie tutaj w Noc Duchów. Nie denerwuje to pana? - spytała z niedowierzaniem Hermiona. „Jak może się tym nie przejmować?" - Chodzi mi o to, profesorze, że on będzie właściwie pana zastępcą, a ma do dyspozycji jedynie różdżkę, która przez efekt zaklęcia odwróconego nie zadziała odpowiednio przeciwko Riddle'owi.
- Priori Incantatem. - mruknął pod nosem Dumbledore. - A skąd ty wiesz o tym zaklęciu, Hermiono? To bardzo rzadka magia.
- Bo uratowało Harry'emu życie, kiedy Voldemort odzyskał ciało. Właśnie dlatego się martwię, profesorze! Harry nigdy ze szczegółami nie opowiadał o tej nocy, ale pan wtedy powiedział mu o efekcie bliźniaczych rdzeni, więc go sprawdziłam. Jeśli Riddle pana pokona, a Remus będzie musiał się z nim zmierzyć, od samego początku będzie na przegranej pozycji.
Chciała, by dyrektor przynajmniej przyznał, że nie bezpodstawnie się martwiła.
- Tak samo jak Voldemort. - odparował Dumbledore, a potem milczał przez chwilę i wreszcie podjął decyzję. - To nie pan Lupin zmierzy się z Voldemortem. Będzie tam też pan Potter, osoba świetna w pojedynkach, która przejmie pałeczkę w mało prawdopodobnej sytuacji, gdyby mi się nie udało. A biorąc pod uwagę, że będę dobrze ukryty i gotowy do walki to nie wiem, jak mogłoby do tego dojść. - posłał jej uśmiech i dodał. - Całkiem nieźle radzę sobie z różdżką, Hermiono.
- Oczywiście, profesorze. - odparła Hermiona, znów zirytowana. - Ale czy to nie głupota, by z rozmysłem stawiać Remusa na jego drodze z wadliwą bronią w dłoni?
- Różdżkarstwo to tajemna sztuka, panno Granger. Nawet ci, którzy zgłębiają ją od lat, ledwie jej łyknęli. Różdżki wybierając swoich panów z powodów, które bardzo trudno zrozumieć i których nie da się przewidzieć, nawet jeśli ktoś pochodzi z przyszłości. - posłał jej surowe spojrzenie, które sprawiło, że przypomniała sobie, iż nie był już jej dyrektorem. W tej rozmowie stali na równym poziomie i nie mógł zakładać, że uwierzy mu na słowo. Prawie buńczucznie napotkała jego spojrzenie, a on ciągnął nieco bardziej beztroskim tonem. - Proponuję byśmy na razie o tym zapomnieli. Jeśli pan Lupin szczęśliwie używa tej różdżki, to rozsądek podpowiada, że powinien ją mieć. A to oznacza, że gdyby moje ponadprzeciętne umiejętności za dwa tygodnie mnie zawiodły, bardziej mu pomoże niż zaszkodzi.
- Ale profesorze, to samo można powiedzieć o różdżce Voldemorta! - westchnęła z rozdrażnieniem Hermiona. Kręcili się w kółko. - W moim cofaniu się w przeszłość chodziło o bycie przygotowanym, a mam wrażenie, że prosimy się o kłopoty.
Teraz ona posłała Dumbledore'owi surowe spojrzenie. Chociaż od obiadu znacznie wytrzeźwiała i znów czuła się sobą, to doszła do wniosku, że może whisky dalej działa, bo przecież trzeźwa Hermiona Granger nie strofowałaby najwspanialszego czarodzieja epoki. Bez względu na to jak ją sprowokował.
- Hermiono - odezwał się uspakajająco dyrektor, zdumiony jej tonem. - rozumiem twoje obawy, ale niewiele możemy z tym zrobić. Wiem, że chciałabyś zaplanować co tylko się da, ale czasem trzeba... płynąć z prądem, jak to mówią.
- Ale... - zaczęła, nie chcąc dać się przekonać. Ale jej rozmówca chyba nigdy nie brał niczego na odpowiednio poważnie. „Nic dziwnego, że Harry tak często się na niego złościł" pomyślała.
Dumbledore przerwał jej.
- Obecnie nic nie da się zrobić z różdżką. - oznajmił rezolutnie. - Jeśli chcesz poinformuj pana Lupina, ale nie sądzę, by było warto się tym przejmować. Moim zdaniem, plany to dobry pomysł, ale magia rządzi się swoimi prawami. Dopiero po dotarciu do celu można stwierdzić, że wybrało się dobrą drogę. - powiedział w ramach zakończenia i Hermiona poczuła jak jej postanowienie, by się z nim o to kłócić, słabnie. Czy tak czy siak, jego przeszywające spojrzenie sugerowało, że nie byłby to dobry pomysł.
- Skoro mówimy o celach - odezwał się Dumbledore, a jego spojrzenie złagodniało, a głos powrócił do wcześniejszego, przyjemnego tonu. - Jest jeszcze coś o czym chcę z tobą porozmawiać. Alastor mówił mi, że nie chcesz wracać do swojego czasu?
- Um... zgadza się, profesorze. - Hermiona była lekko zaniepokojona, że o tym wiedział i używał tego, by przypomnieć jej, że nie tylko on stąpał po rzadko wybieranej ścieżce. Wiedziała, że po prostu próbował zmienić temat. Zostanie w 1981 to prywatna decyzja, która nie miała wpłynąć na Noc Duchów i nie dotyczyła Dumbledore'a. Mimo to poczuła potrzebę wytłumaczenia się. - Profesorze, to właściwie niemożliwe bym w przyszłości znalazła życie, które poznam. Ja też będę inna niż osoba, która wyruszyła w podróż. Moi przyjaciele (jeśli w ogóle będę jakiś miała) to dla mnie obcy ludzie. – powiedziała, jakby to stanowiło zupełnie racjonalną wymówkę. - A jeśli tu zostanę to i tak poznam Harry'ego i pewnie też Rona, bo żadna zabawa z czasem nie przeszkodzi tej dwójce w zaprzyjaźnieniu się.
- Rozumiem. - przytaknął Dumbledore, a potem napotkał jej spojrzenie. Jego niebieskie oczy błyszczały z rozbawieniem. - A czy to jedyne powody, dla których chcesz zostać?
Hermiona zarumieniła się. Była zła na siebie za to, że dała się złapać na przedkładaniu miłości ponad odtworzenie linii czasu i wszystkich tego dziwacznych konsekwencji.
- Chyba zna pan ten inny, profesorze.
Dumbledore zaśmiał się, jeszcze bardziej ją denerwując.
- Tak, chyba znam. Alastor ma na twój temat bardzo wygórowaną opinię, ale denerwuje go fakt, że podejmujesz taką decyzje dla, jeśli dobrze pamiętam jego słowa, „tego niestałego palanta"
- Nic nie jest wyryte w kamieniu, profesorze. Nie jestem aż tak nieodpowiedzialna. - powiedziała spokojnie, siłą woli próbując pozbyć się rumieńców. - Zostanę tylko jeśli uda mi się znaleźć sposób na skonstruowanie sobie tożsamości. - Hermiona zdała sobie sprawę, że jeśli ktoś mógł wiedzieć jak tego dokonać to tylko Dumbledore, więc odrzuciła zażenowanie i spytała. - Czy myśli pan, że to możliwe, profesorze?
Dumbledore posłał jej badawcze spojrzenie. Ogniki, które przed chwilą zamigotały w jego spojrzeniu, znów zniknęły.
- W sytuacjach takie jak ta, które raczej się nie zdarzają, powinniśmy żyć chwilą. Wyrzuty nic nam nie dają. - pozwolił sobie na nikły uśmiech. - I tak mamy teraz dość do zrobienia. Czy przygotowałaś dla mnie jakąś rozpiskę tego co mam robić w Noc Duchów? Panowie Black i Lupin mówili mi, że to twoja specjalność.
Hermiona nie wiedziała, jak rozumieć tę tajemniczą wypowiedź i nagłą zmianę tematu. „Żyj chwilą, co za odpowiedź bez odpowiedzi!" Trochę niepokoiło ją jego zmartwienie i poważna mina. Rozumiała, dlaczego nie chciał, by się rozpraszała w obliczu znacznie ważniejszych rzeczy, którymi to powinna się zająć, zamiast skupiać się na przystojnym facecie, ale żarty, których nie powstydziłby się jej dziadek prawie temu przeczyły. Z doświadczenia wiedziała, że Dumbledore nigdy nie pokładał zbyt wiele wiary w zasadach jakiejkolwiek instytucji, ale zdawała sobie sprawę, że za nic w świecie nie zgodziłby się na tak oczywiste złamanie praw czasu, szczególnie jeśli mogłoby to czemuś zagrozić, albo miałoby szersze konsekwencje. Czy chciał jej zniechęcać ją do próbowania, czy też tylko zaznaczał, że wie, iż nie powinien jej zachęcać. Właśnie takie rady denerwowały Harry'ego na szóstym roku. Teraz brakowało już tylko zawoalowanego odniesienia do potęgi miłości.
Jeśli nie zamierzał zaofiarować jej pomocy to wolała w ogóle z nim o tym nie rozmawiać, więc tylko odpowiedziała na pytanie.
- Jeszcze nie, profesorze, ale w tym tygodniu przygotuję coś dla wszystkich. Na tę chwilę wiem tylko, że Syriusz, Remus i ja wybierzemy się do Little Hangleton koło trzeciej rano, żeby zacząć rzucać zaklęcia. Dwanaście godzin powinno wystarczyć. Remus zostawi nas koło południa, żeby resztę dnia spędzić tutaj. Pomyślałam, że by uniknąć zbyt dużej aury magicznej, powinien pan przybyć rano. Czy nie przeszkadza panu siedzenie cały dzień pod peleryną?
- Chyba dam radę. - zgodził się chętnie Dumbledore. - Trochę czasu sam na sam z moimi myślami, co za nowość. Czy to źle, że już nie mogę się doczekać?
- Nie, profesorze. - powiedziała Hermiona z niechętnym uśmiechem. Mimo swoich wad, Dumbledore zawsze dostrzegał jaśniejszą stronę sytuacji. Biorąc pod uwagę to co miało nadejść, chyba było to lepsze podejście niż irytowanie się na rzeczy poza jej kontrolą. - Też mnie to zastanawiało, kiedy się tu zjawiłam, ale muszę przyznać, że po pięciu miesiącach nie robienia właściwie niczego przez całe dnie, trochę się już znudziłam własnym umysłem.
- Co za okropna sugestia, Hermiono! - był zbulwersowany. - To nasze umysły czynią nas... – przerwał mu łomot dochodzący z salonu. Podczas chwilowego wstrząsu wtórnego, kiedy cisza odbijała się echem, Hermiona i Dumbledore patrzyli na siebie. A potem ich uszu dobiegł wybuch radosnego śmiechu. Hermiona usłyszała zirytowane burknięcie, w którym łatwo dało się rozpoznać Syriusza mówiącego „Cholerny dzieciak", a potem rozległ się jeszcze głośniejszy rechot.
- Chyba lepiej zacząć dzisiejszą rozmowę, albo pan Potter nie zapamięta nawet, że przyszedłem. - Zaśmiał się Dumbledore, wstając od stołu. - Sprawdzimy co wywołało taką reakcję, panno Granger?
Przeszli do salonu i zobaczyli chichoczącego dziko Harry'ego latającego dookoła na swojej zabawkowej miotełce. Syriusz leżał na plecach na podłodze i obserwował chłopca ze strachem. Nie wydawał się zbytnio zadowolony z tej sytuacji. Remus siedział pochylony w swoim fotelu i próbował złapać dech pomiędzy napadami śmiechu. Lily opierała się na ramieniu Jamesa i uśmiechała się na dźwięk kolejnych mamrotań Syriusza. Jej mąż z kolei obserwował latającego Harry'ego w zamyśleniu.
Syn przemknął obok niego. Zmarszczywszy czółko w koncentracji zatoczył szeroki łuk i skierował miotełkę prosto w swojego ojca chrzestnego, wydając z siebie wysoki pisk, kiedy wpadł prosto na jego brzuch. Pełna szybkość zabawkowej miotełki w żaden sposób nie dorównywała prędkości prawdziwej miotły, ale wystarczała, by Syriusz jęknął przy uderzeniu i wydusił.
- Merlinie, dzieciaku, wystarczy. Czemu teraz nie uderzysz w tatę? Albo w Lunatyka?
Ale cały czas uśmiechał się szeroko i wysunął rękę, by chwycić swojego chrześniaka zanim temu udało się umknąć.
Harry próbował mu uciec i chichotał, kiedy jego ojciec chrzestny przemawiał mu do rozsądku. Syriusz puścił chłopca, który natychmiast chwiejnie pospieszył do miotełki i triumfalnie zabełkotał „Zdezenie", a potem znów wzniósł się w powietrze.
- Wiesz co... - powiedział w zamyśleniu James, którego widok przyjaciela używanego jako lądowiska nie bawił tak jak innych. - Myślę, że nada się raczej na pałkarza niż na ścigającego. Musimy kupić mu pałkę i tłuczki i zobaczyć, jak sobie poradzi.
Lily przestała się śmiać i a na jej twarzy pojawiło się niedowierzanie.
- Czy właśnie zaproponowałeś żebyśmy nasłali tłuczki na naszego piętnastomiesięcznego syna?
- Um... takie miękkie? - James dalej obserwował tor lotu miotełki. - No przecież musi się nauczyć, prawda? Jeśli ma być pałkarzem, to trzeba wziąć pod uwagę tłuczki. - wzruszył ramionami, najwyraźniej nie zauważając coraz większej irytacji jaką emanowała jego żona.
- W wieku piętnastu miesięcy? - prawie syknęła.
- Cóż... - powiedział wolno James, a potem przytaknął. - Masz rację, może lepiej poczekać aż skończy dwa latka...
- Naprawdę nie sądzę, żeby...
Dumbledore zakasłał znacząco i pozostali po raz pierwszy zauważyli jego obecność.
- Lily, Jamesie? Chciałem zamienić z wami słówko na temat bezpieczeństwa. Możemy?
Syriusz podniósł się z dywanu i spojrzał na Hermionę.
- To chyba znaczy, że na nas już czas. Lunatyku, warta podłogowa dla ciebie. - Syriusz uśmiechnął się szeroko, bo wilkołak widocznie się zawahał. - Równie dobrze możesz tu przyjść. Jeśli wstaniesz i tak wleci ci w kolana.
Remus niechętnie wstał z fotela i przejął obowiązki lądowiska.
- No dobra, Harry. Pokaż co potrafisz. - oznajmił tonem przegranego, na wzór Syriusza kładąc się na środku dywanu.
Czy chłopczyk wiedział o co Remusowi chodziło czy też nie, chyba nie miało znaczenia, bo już leciał szerokim łukiem, który posłał go na trasę kolizyjną z wilkołakiem.
James Potter uważał ulubioną latającą zabawę Harry'ego za bardzo rozwojową. Stanowiła świetne ćwiczenie celności, a każdy kompetentny gracz Quidditcha musiał nauczyć się kontrolowania trasy lotu bez zastanowienia, więc nigdy za wcześnie, by rozpocząć naukę. Gracze musieli też pozbyć się tego cichego głosiku w głowach, który mówił „Nie rób tego, to zaboli", więc przyzwyczaję się do uderzeń też miało znaczenie. Ale James nie był pewien, czy podobał mu się pomysł, że jego syn zastanie pałkarzem. Pewnie, że to cenna pozycja i ważna dla każdego porządnego zespołu, ale pałkarze za zwyczaj nie dysponowali umiejętnościami potrzebnymi kapitanowi, a to coś na czym jego synowi z pewnością powinno zależeć. Może Harry przełamie szablon i będzie pierwszym inteligentnym pałkarzem w historii Hogwartu.
Kiedy Harry przeleciał obok ze śmiechem, James zastanowił się czy chłopiec lubił uderzanie, czy też nurkowanie. „Może chodziło o nurkowanie" pomyślał, kiedy jego syn zmrużył oczy na znak koncentracji i zaczynał schodzenie w stronę Remusa.
Pociągnięto go za ramię.
- No chodź, Dumbledore chce z nami porozmawiać. – głos Lily przebił się przez myśli na temat tego, co przywiązanie do nurkowania mogło znaczyć dla kariery jego syna.„To pewnie za wcześnie, by już decydować" stwierdził. „Zobaczymy w przyszłym roku."
- Gdzie Łapa i Hermiona? - spytał żony, bo rozejrzawszy się, zauważył, że zniknęli.
- Właśnie wyszli. Nie wierzę, że nie zauważyłeś. Pożegnali się.
- Och. - mruknął James. Zachował się niegrzecznie nie odpowiadając. Wstał z kanapy i spojrzał na leżącego na podłodze Remusa. - Poradzisz sobie z Harrym, gdy my będziemy rozmawiać z Dumbledorem?
- Pewnie. - odparł Remus. - Jak powiedział Łapa, jeśli wstanę, on tylko znów mnie przewróci, więc równie dobrze mogę sobie darować.
James zaśmiał się do siebie. Dorastając z tyloma ludźmi, którzy go kochali, jego synek będzie rozpuszczony jak dziadowski bicz. Poszedł za Lily do kuchni, a Harry pisnął, na znak, że wkrótce znów zderzy się z rozciągniętym na podłodze wilkołakiem.
Dumbledore siedział przy stole kuchennym przerzucając kartki jednej z ręcznie pisanych książek kucharskich Lily.
- Jakieś zamówienia, profesorze? - spytała kobieta, siadając obok niego.
- Jeszcze nie, Lily, chociaż ta tarta cytrynowa wygląda dość apetycznie.
- Wyślę panu jedną następnym razem, kiedy takie upiekę. - obiecała Lily, zaginając róg tej strony. - To jeden z przepisów pani Potter, miała talent do ciast.
- Ach, cóż to za umiejętność. - mruknął z uznaniem Dumbledore.
- Więc o co chodzi, Dumbledore? - spytał James, zajmując miejsce przy stole. - Czy coś się stało? Znów musimy się przenieść?
- Nie, ale otrzymałem nowe informacje. Wydaje się, że Voldemort wybrał cel.
James poczuł znajome ukłucie mrowiącego strachu. Spodziewali się tego, ale to nie czyniło tego faktu ani trochę mniej strasznym. „Dlaczego to musiał być jego syn?" Spytał sam siebie po raz milionowy od zeszłego lata. Podskoczył lekko, kiedy drobna dłoń Lily zbliżyła się pod stołem do jego ręki, a jej ciepłe palce splotły się z jego. Ścisnął lekko i spojrzał na żonę. Była blada, ale poza tym, nic nie wskazywało na to, że bała się tak samo jak on.
- Rozumiem, że to my jesteśmy tymi szczęściarzami. - powiedział tępo, napotykając spojrzenie Dumbledore'a.
Dyrektor przytaknął posępnie.
- Tak mi si wydaje, ale wymyśliłem strategię. Czy słyszeliście o Zaklęciu Fideliusa?
James potrząsnął głową, ale Lily odezwała się.
- Tak mi się wydaje... to nowa wersja zaklęcia ukrycia w duszy, prawda profesorze? - zmarszczyła brwi w zamyśleniu. Jej palce poruszyły się w dłoni Jamesa. Dumbledore znów przytaknął. - Jak działa? - James poczuł jak paraliżujący strach powoli ustępuje. Lily już się nie martwiła. Widział to na jej twarzy, była skoncentrowana, prawie pełna nadziei. To zaklęcie Fideliusa musiało stanowić nie byle jaką ochronę.
- Bazuje na przekonaniu, że żadna magia nie jest silniejsza niż ludzka wola. - wyjaśnił Dumbledore. - Musicie wybrać osobę, której ufacie bardziej niż komukolwiek innemu. Kogoś kto będzie gotów umrzeć, by chronić waszą tajemnicę.
Serce Jamesa przyspieszyło. Czemu nie zrobili tego miesiące temu? Tak się właśnie składało, że znał trzech takich ludzi.
- Ukrywa się tajemnicę korzystając z bezpieczeństwa czyjeś duszy. Ta osoba musi chcieć tego tak samo jak wy albo zaklęcie nie zadziała.
- Jak to wpływa na chronionych? - spytała Lily.
- Fizycznie wcale. - odparł dyrektor najwyraźniej, uznając pytanie Lily za dobre. - Ale jesteście ukryci przed wszystkimi. Nie da się was znaleźć, chyba że wasz Strażnik Tajemnicy wyjawi wasze położenie. - Lily przytaknęła, a Dumbledore ciągnął. - Sądzę, że tak najlepiej zapewnić Harry'emu bezpieczeństwo, ale musicie bardzo uważać przy wyborze Strażnika.
James spojrzał na Lily. Nie był pewien, Syriusz, Remus czy Peter? Każdy miał swoje silne strony. Syriusza były oczywiste, nikogo się nie bał. James słuchał jak pyskował Voldemortowi i wytrzymywał tortury, nigdy by ich nie wydał. Ale z kolei Remus był zbyt inteligentny by w ogóle dać się złapać, nie mówiąc już o doprowadzeniu do sytuacji, w której Voldemort w ogóle dowiedział się kto dysponuje informacją. A Pete może i bał się tej wojny, ale sądził, że ma u Jamesa dług za lata przyjaźni, a póki Syriusz i Remus będą go wspierać, poradzi sobie. A na dodatek dotychczas nie brał udziału w tym wszystkim, a dom jego matki był dobrze strzeżony.
- Remus czy Syriusz? - spytała łagodnie Lily. - Nie możemy zrobić tego Peterowi, umarłby ze strachu.
James wyszczerzył zęby. Miała rację, Peter może i miał dobre intencje, ale nie radził sobie ze stresem.
- Obawiam się, że pan Lupin się nie nadaje. - powiedział smutno Dumbledore.
James zmrużył oczy.
- Oczywiście, że się nadaje. Jak pan śmie...
- Zaklęcie wymaga ludzkiej duszy. - przeszkodził łagodnie dyrektor.
- Och. - westchnął James. Zawsze zapominał, że Remus był kimś więcej niż tylko człowiekiem. - Czyli… Łapa?
Przytaknęła.
- Tak myślę... Sądzisz, że się zgodzi? Znaczy, to ściągnęłoby niebezpieczeństwo na niego i Hermionę. Pamiętasz, jak zareagował, kiedy kazałeś jej pójść do Forte de Sang? Może nie chcieć znów zaryzykować jej życiem... sam powiedziałeś, że jeszcze nigdy nie reagował tak na żadną dziewczynę.
- Liluniu - James znów ścisnął jej dłoń. - Może i nie widzi świata poza tą dziewczyną, ale zrobiłby to dla nas, dla Harry'ego. - zaśmiał się cicho i dodał. - Hermiona rozumie, jaka to poważna sprawa, więc nie sądzę, by pozwoliła mu odmówić... jeśli spróbuje to zrobić pewnie po prostu dostarczy go nam oszołomionego pod same drzwi.
Lily uśmiechnęła się do niego.
- To prawda, pewnie powinnam się na nią gniewać, że cię znokautowała, ale szczerze... cóż, rozumiem, dlaczego to mogło być konieczne. - odwróciła się do Dumbledore'a. - Więc jak to działa, profesorze?
- Nauczę jedno z nas zaklęcia...
- Znaczy, nauczy pan Lily zaklęcia. - poprawił James.
Dumbledore zaśmiał się.
- Nie chciałem zakładać.
- Ta, ona podłapie je znacznie szybciej niż ja. Zawsze miała do tego smykałkę.
Dumbledore przytaknął. Lily zaczęła zadawać coraz bardziej dociekliwe pytania na temat wewnętrznego działania zaklęcia, a James uśmiechnął się szeroko. Słyszał w jej głosie znajomy ton, ten pęd by zrozumieć. To była jedna z jej licznych cudownych cech. Uwielbiała drążyć temat i kochała tajemnice, czy to związane z trudnymi zaklęciami czy czyimś zachowaniem. Kiedy tak patrzył jak jego żona pochyla się do przodu, a jej dłoń wymyka się z jego uścisku, gdy zagłębia się w rozmowę, umysł Jamesa zaczął krążyć. Ciekawość Lily była może jedynym powodem, dla którego w ogóle za niego wyszła...
James się śpieszył. Nie dlatego, że uciekał z miejsca z zbrodni jak zawsze, ale z właściwie odwrotnego powodu. Musiał zobaczyć się z profesor McGonagall przed naborami do drużyny tego ranka, a z powodu dziecinnego zachowania Syriusza, kończył mu się czas. Zaśmiał się do siebie. Może i to dziecinne, ale widok twarzy Ślizgonów, kiedy przeszli przez drzwi do Wielkiej Sali w drodze na śniadanie i zorientowali się, że ich szaty pokryły się cekinami i skróciły do kolan, był prawie wart spóźnienia. Skręcając w stronę gabinetu McGonagall, w pośpiechu (i rozbawionym rozkojarzeniu), nie zauważył nadchodzących Lily i Mary aż prawie na nie wpadł.
- Dzień dobry paniom. - powiedział, kiedy się z nimi zrównały. Mary odpowiedziała mu uśmiechem, ale Lily z uporem skoncentrowała się na twarzy Mary i ich szeptanej rozmowie. To go nie zdziwiło. Prawie stracił już nadzieję na to, że kiedykolwiek odezwie się do niego poza spotkaniami prefektów naczelnych. Te pięć pierwszych tygodni wspólnego pełnienia obowiązków przebiegło w niezręcznej atmosferze, bo dziewczyna ani razu nie spojrzała mu jeszcze w oczy, nie mówiąc już o odezwaniu się bezpośrednio do niego. Właściwie to już wolał nieskrywaną niechęć, z którą radził sobie od lat niż obecną obojętność. Ale jak to miał w zwyczaju (po tylu latach prób) słowa wymknęły mu się z ust, zanim zdążył o tym pomyśleć. - Hogsmeade w przyszły weekend, Lily?
Posłał jej uprzejmy uśmiech i pospiesznie spojrzenie, a potem minął je i kontynuował w stronę gabinetu McGonagall, spodziewając się swej sto dziewięćdziesiątej ósmej odmowy, kiedy zdarzyło się coś co sprawiło, że się zatrzymał.
- Dlaczego dalej pytasz? - spytała z tyłu Lily.
James był przekonany, że źle usłyszał. To nie było „nie", to nie było nawet prychnięcie pogardy, to było pytanie i nie miał pojęcia jak zareagować. Ale potem rozległo się stukanie obcasów na kamiennej podłodze i stanęła przed nim. Ujrzał ciekawość w jej ślicznych oczach, gdy (ledwo śmiał w to uwierzyć) rozważała jego propozycję.
- Dlaczego? - spytała po raz drugi.
Patrząc na jej zdumiewająco niegroźną twarz James nie miał pojęcia co powiedzieć, ale jego rzadki brak słów nie potrwał długo. Wyrzucił z siebie pierwszą rzecz jaka przyszła mu do głowy.
- Bo jesteś wspaniała i odrobinę straszna?
Chwilę beształ się mentalnie za to idiotyczne stwierdzenie. Dlaczego nie mógł wymyślić czegoś bardziej czarującego i imponującego? Ale w jego głowie wszystko wydawało na takie oklepane, więc zamknął usta i czekał.
Nagle dziewczyna się uśmiechnęła. Naprawdę na niego spojrzała i uśmiechnęła się.
- No dobrze. - odparła. James zdał sobie sprawę, że to świetny postęp, właśnie się co do czegoś zgodzili i to po raz pierwszy, nawet jeśli chodziło o nią i było prawdziwe (była wspaniała i odrobinę straszna), ale nie o to chodziło: Mieli coś wspólnego, jak cudownie!
Jej pytający wyraz twarzy pogłębił się do tego poziomu, że prawie marszczyła brwi.
- Wiesz co, Potter, po trzech latach zapraszania mnie na randkę można by pomyśleć, że inaczej zareagujesz na zgodę. Uśmiechniesz się chociaż?
Przez sekundę tylko się na nią gapił. Potem, kiedy znaczenie jej słów dotarło do jego oszołomionego umysłu, poczuł jak na jego usta wypływa uśmiech, o który poprosiła, tak szeroki, że aż zabolał. Musiał wyglądać odrobinę maniakalnie, bo wywróciła oczami i powiedziała.
- A myślisz, że to ja jestem straszna.
Obróciła się w fali rudych włosów i zostawiła go stojącego na środku korytarza bez pamięci co tam w ogóle robił.
Pewnie stałby tam całymi dniami, bo nie pamiętał, jak się ruszać, ale z gabinetu przed nim odezwał się zirytowany głos.
- Ruszaj się, Potter. - nakazała McGonagall, pojawiając się w drzwiach. - Zdaję sobie sprawę, że to niespodziewany obrót spraw, ale nabory zaraz się zaczną.
James znów skupił się na rozmowie przy kuchennym stole, by zobaczyć jak Lily uśmiechała się do niego krzepiąco. Jej dłoń znów tkwiła w jego i Lily ścisnęła ją.
- To dobre wyjście, James, nigdy nas nie znajdzie.
James spojrzał na Dumbledore'a.
- Jest pan pewny?
Dumbledore przytaknął.
- Tak. Jeśli tylko wasz Strażnik Tajemnicy was nie zdradzi, będziecie całkiem bezpieczni.
- Bezpieczni. - mruknął pod nosem James, a jego usta wygięły się w nikłym uśmiechem. To słowo wydawało mu się prawie obce.
Kiedy Syriusz i Hermiona wrócili do Londynu, mężczyzna nie był w najlepszym stanie. Aportacja w dodatku do zbyt dużej ilości whisky i ciągłego braku snu wystarczała by wytłumaczyć zawroty głowy. I to nawet bez dodatkowej traumy wywołanej przez ciągłe padanie na zdumiewająco bolesną podłogę z powodu zdeterminowanego pocisku dziecięcej wielkości. To wszystko znaczyło, że dla Syriusza, chęć znalezienia się w pozycji horyzontalnej okazała się ważniejsza niż oddychanie. Po wejściu do salonu jego oczy natychmiast dostrzegły kanapę i zrobił dwa kroki w jej stronę zanim zorientował się, że to mało prawdopodobne, by znów się poruszył, a jego łóżko (choć na tym etapie oddalone o całe mile) było znacznie wygodniejsze, szczególnie, jeśli dzielił je z Hermioną.
Kiedy już dotarł do sypialni po tym co uważał za maraton, (a ściany na korytarzu cały czas dziwnie się przechylały) ze stłumionym łomotem padł twarzą w przód na materac.
- Wszystko w porządku? - spytał gdzieś nad nim Hermiona.
- Teraz już tak. - odparł, nabierając w usta narzuty na łóżko, bo nie podniósł głowy przed odezwaniem się.
- Dobrze, bo muszę z tobą porozmawiać.
- Rozmawiasz. - mruknął Syriusz, przewracając się na plecy i zdając sobie sprawę, że sufit przetacza się i zmienia. Dziwne, normalnie tego nie robił, prawda? Zamknął oczy, by poradzić sobie z tym problemem.
- Tak. - potwierdziła Hermiona, która zdawała się niecierpliwie rozbawiona - Ale to ważne.
Syriusz przez chwilę zastanawiał się czy coś takiego jak niecierpliwe rozbawienie było możliwe. Otworzył oko i spojrzał na nią.
- Nie powinienem myśleć, że wszystko co mówisz jest ważne?
- Nie, jeśli nie chcesz, chociaż zwykle tak jest. - uśmiechnęła się. - Ale myślę, że w tym temacie się ze mną zgodzisz. Chodzi o różdżkę, którą dałeś Remusowi. - usiadła obok niego na łóżku, sprawiając, że materac opadł, a równowaga Syriusza zachwiała się. Dyskomfort musiał odbić się na jego twarzy, bo Hermiona położyła rękę na jego czole i spytała. - Jesteś pewien, że dobrze się czujesz?
- W porządku. - mruknął, znów zamykając oczy. Jej palce ułożyły się na jego włosach, a jego głowie bardzo to pomogło. Jeśli Hermiona ją trzymała to nie spadnie mu z karku i nie potoczy się po podłodze. - No to o co chodzi z tą różdżką?
- Cóż, widzisz... - powiedziała, a jej palce poruszały się na jego głowie. - Za pierwszym razem należała do... Harry'ego.
- Naprawdę? – zdziwił się, powstrzymując ochotę, by polizać jej rękę jakby to zrobił Łapa w podzięce za drapanie po głowie. To naprawdę pomagało się odprężyć. - Więc martwisz się, że tym razem Harry nie będzie miał różdżki?
- Nie, oczywiście, że będzie miał. - jej palce przerwały leniwe przeczesywanie. - co mnie niepokoi to fakt, że różdżki wybierają sobie właścicieli z jakiegoś powodu. Jestem prawie pewna, że ta wybrała Harry'ego, bo kiedyś miała uratować mu życie. Dać dzieciakowi szansę w walce z Voldemortem.
Syriusz nie rozumiał. Bez względu na to jak marudził, kiedy myślał, że stracił swoją, to różdżka była tylko różdżką. To czarodziej czarował.
- Um... dlaczego?
- No tak, racja. - powiedziała Hermiona, a jej dłoń ponownie ruszyła w trasę przez jego włosy. - Bo dzieli rdzeń z różdżką Riddle'a. Pióra feniksa w różdżce Remusa, bo chyba tak trzeba ją nazywać, i Riddle'a, oba pochodzą od feniksa Dumbledore'a.
- Och... To dlaczego się martwisz? - Syriusz nie rozumiał na czym polegał problem. - To chyba dobrze, że Lunatyk ma tę różdżkę, co nie? Jeśli wężowaty pokona Dumbledore'a, Remus może... Nie wiem... zafeniksować go na śmierć?
- Nie... Syriuszu. Ponieważ dzielą rdzeń, nie działają dobrze przeciwko sobie, więc Remus nie będzie dobrym zastępcą.
- Dlaczego? - spytał, czując się zagubiony. Z każdym słowem to wszystko wydawało mu się coraz mniej straszne. - Czy to znaczy, że Riddle też nie może dopaść Lunatyka? Da Rogaczowi czas, by go załatwić? - urwał i pomyślał przez chwilę. - Czy też... chcesz żebyśmy się zamienili? Sądzisz, że to ja powinienem ich odwiedzić, a Remus zostanie z tobą?
Nie podobał mu się ten pomysł, ale to ona dysponowała mózgiem pełnym wiedzy z przyszłości i to w końcu jej misja.
Jej ręka znów przerwała przeczesywanie jego włosów i Hermiona odetchnęła głęboko przed odpowiedzią. Syriusz miał pewność, że zaraz wyśle go na spotkanie z Voldemortem w miejsce Remusa, ale go zaskoczyła.
- Nie, chyba najlepiej trzymać się planu. - oświadczyła stanowczo. - A Dumbledore zapewnił mnie, że i tak nie spudłuje. Nie sądzi, by było się czym przejmować. Mimo to ostrzegę Remusa, powinien wiedzieć.
- To prawda. – zgodził się z westchnieniem Syriusz, kiedy jej palce powróciły do przerwanej czynności. Z ulgą powitał wiadomość, że nie będzie musiał zmierzyć się z Voldemortem, jeśli Dumbledore akurat gorzej się poczuje. Zawroty głowy prawie ustąpiły, ale nie dał tego po sobie poznać, bojąc się, że Hermiona zaniecha swojego leczniczego dotyku, skoro okaże się on zbędny. A nie zamierzał się z nim na razie rozstawać. - Więc jak myślisz, kiedy Rogacz poprosi mnie o zostanie Strażnikiem Tajemnicy? Dlatego Dumbledore dzisiaj przyszedł, prawda?
- Tak. Chociaż nie jestem pewna, kiedy dokładnie. Wiem, że zaklęcie rzucono zaledwie tydzień przed Nocą Duchów, ale najpierw muszą się go nauczyć, a ty musisz go przekonać żeby wybrał Petera, a potem muszą w ogóle rzucić zaklęcie, więc mogą się spytać każdego dnia.
Syriusz bardzo martwił się tą częścią planu. Zdobycie pamiętnika i czary nie było w żaden sposób tak przerażające jak świadome przekonanie swojego najlepszego przyjaciela, by zaufał komuś, kto zdradzi go w najgorszy możliwy sposób. Naprawdę nie chciał przyznać się do tego wahania. Powiedzenie Hermionie, że się boi wydawało mu się przejawem złych manier, biorąc pod uwagę przez co przeszła, by się tu znaleźć. Założył jednak, że lepiej, by wiedziała, by mogła się przygotować na wypadek, gdyby zawiódł.
- Co jeśli mi się nie uda?
- Co masz na myśli?
- Co jeśli… nie dam rady? - odetchnął ciężko. – Jeśli nie uda mi się ich przekonać. Znaczy, co jeśli stwierdzą, że to zły pomysł i tego nie zrobią?
- Dasz sobie radę. - zapewniła cicho Hermiona. Prawie słyszał jak się uśmiechnęła. Jej palce dalej uspakajająco masowały jego głowę. - Przekonałeś swoją matkę, by znów zaczęła z tobą rozmawiać. Podołałeś temu, podołasz wszystkiemu.
- No może... - pomyślał, że częścią tak depresyjnej rozmowy nie powinno być drapanie po głowie, choć znacznie ją ułatwiało. - ale pomogłaś. Nie z Rogaczem... cholerne linie czasu.
- Będzie dobrze, Syriuszu. To jedyna rzecz, na którą nie wpłynęliśmy.
„To prawda" stwierdził. Tylko że ostatnim razem był przekonany, że ich chroni, a nie wysyła im Voldemorta na herbatkę.
- ... i tylko pomyśl, - ciągnęła Hermiona, chyba czytając mu w myślach. - ostatnio po prostu myślałeś, że zapewnisz im bezpieczeństwo, tym razem wiesz, że doprowadzisz do końca wojny. To całkiem niezła zachęta, co?
- Jest. - zgodził się, zauważając, że znów udało jej się przekształcić powód jego niepewności w coś mniej strasznego i to bez brzmienia przy tym z wyższością czy też sugerowania, że strach był choćby odrobinę nienaturalny. Kiedy o tym myślał jej dłoń dalej głaskała go po włosach, a paznokcie lekko przeciągały po skórze. Zanim się zorientował, przekręcił głowę tak, żeby miała lepszy dostęp do miejsca za uchem. - Czuję się jak pies. - powiedział, kiedy przesunęła dłoń na bok jego głowy.
Zachichotała z rozbawieniem.
- Cóż, jesteś nim... czy też chodzi ci o to, że zrobiłeś coś złego?
- Nie, nic złego... po prostu czuję się jak pies. - wymamrotał, całkiem zadowolony z tymczasowego zostanie psowatym. Pies nigdy nie władowałby się w tak skomplikowaną sytuację czy próbował przekonać swojego najlepszego przyjaciela, że szczurowi warto ufać. Pies po prostu zjadłby tego małego gryzonia.
