Od tłumaczki: O nie, to jest ten rozdział. Nienawidzę go. Szczerą, nieokiełznaną nienawiścią. I nie mam bladego pojęcia jak po tym rozdziale rating nie został zmieniony. Jak?
No nic, z góry przepraszam za wszystkie możliwe błędy. Pierwszy raz tłumaczę taką scenę. Ma nadzieję, że z czytania jej będziecie mieli większą radość niż ja z tłumaczenia.
N/A: Dziękuję Wam, wspaniali czytelnicy, za komentarze, dodawanie mnie do ulubionych i obserwowanych, choć zwykłe podziękowania nie wystarczą za takie wspaniałe wsparcie!
I jak zawsze, mojej poprawiającej gramatykę wybawicielce, Emily (znanej też jako Szybki Bill) DZIĘKUJĘ!
17 października
Sobotniego poranka, po nocy, która sprawiła jej zawód i nie zapewniła odpoczynku Hermiona obudziła się dość wcześnie. Dzieliła bowiem łóżko z chrapiącym mężczyzną. Ku niezadowoleniu Hermiony, poprzedniego wieczora Syriusz zasnął dość szybko, pod wpływem whisky połączonej z drapaniem po głowie. Przyszło jej do głowy, że mogliby znaleźć lepszy sposób na spędzenie wieczoru zamiast prowadzenia ponurych rozmów o różdżkach i zdradach, lecz niestety tak się nie stało. Dalej nieco smucił ją fakt, że odzwyczaiła się od obecności Syriusza w swoim łóżku. Z wyjątkiem dwóch tygodni niezręczności poprzedzające to jak pojmali go Śmierciożercy i ostatnich jedenastu dni (odkąd uciekła mugolom) spali w tym samym łóżku od sierpnia. To, że teraz akt ten wydawał jej się obcy nieco wytrącało ją z równowagi, gdyż wcześniej nigdy tak tego nie odbierała. Ale nie dało się zaprzeczyć, że o siódmej rano była frustrująco przytomna bez względu na to jak bardzo starała się zasnąć.
Zdecydowała, że Syriusz nie będzie specjalnie zadowolony, jeśli obudzi go ciągłym przewracaniem się z boku na bok. Zamarła, myśląc o sposobach w jakie mógłby jej za to podziękować, ale zdając sobie sprawę, że głównie to marzy o szturchnięciu go w tę chrapiącą twarz, by się obudził i zapewnił jej partnera do konwersacji, postanowiła jednak wstać. Przeciągnęła się i ruszyła do kuchni, by spędzić poranek z notatkami.
Za trzynaście kolejnych snów nadejdzie Noc Duchów. Hermiona nie chciała jeszcze skupiać się na poranku czternastego dnia (brak odpowiedzi od Frederiki i jedyny plan B na „potem" zakładający powiedzenie prawdy sprawiały, że wszystko wyglądało dość ponuro) więc zamiast tego usiadła przy wyspie kuchennej i zabrała się za ułożenie planu na wielki dzień, rozpisanie list wszystkiego co musieli ze sobą zabrać, wymyślania wszystkiego co mogło pójść nie tak i zastanawiania się jak do tego nie dopuścić.
Różdżka Remusa cały czas stanowiła powód frustracji, ale Syriusz i Dumbledore mieli rację, Riddle'owi miała przeszkadzać tak samo, albo nawet bardziej. Remus bowiem będzie wiedział czego oczekiwać. Hermiona zdała sobie sprawę, że dostarczając mu dość informacji może nawet zapewnić mu przewagę i odłożyła pozostałe papiery na bok by zacząć spisywać wszystko co pamiętała na temat Priori Incantatem. Dumbledore miał rację, to wszystko pewnie nie miało znaczenia, bo Remus nigdy nawet nie zobaczy Riddle'a. Mimo to przygotowanie wilkołaka wydawało się dobrym pomysłem.
Hermiona ledwo zauważyła nadejście pory lunchu. Syriusz dalej spał, a ona wciąż siedziała przy wyspie kuchennej. Czuła się całkiem zadowolona z tego jak przygotowała się do nadchodzących wydarzeń (chociaż nie do obecnego dnia, bo jeszcze się nie umyła ani nie ubrała) kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
Przerwała pracę, chwilowo zdumiona, aż usłyszała głos Remusa.
- Łapo? - zawołał, znów pukając.
Hermiona zerknęła na piżamę, którą wciąż na sobie miała i przeklęła pod nosem, ale i tak wstała, by otworzyć drzwi. Może i wyglądała jak gnuśny leń, ale przynajmniej wszystkie guziki były zapięte.
- To ty Lunatyku? - spytała, dotarłszy do drzwi.
- Nie mów mi, że ciebie też przekonał! - zaśmiał się Remus. - A odkąd to mówisz do mnie Lunatyku?
- Założyłam, że taką macie etykietę przy wejściu. Ale brzmi to dość dziwnie, a pytanie jest głupie. Znaczy, gdybyś był Śmierciożercą to oczywiście, że byś potwierdził.
Remus znów się zaśmiał.
- Wiesz co? Czasem myślę, że Łapa ma rację co do tego pokrewieństwa między nami.
Po tej wymianie zdań Hermiona sądziła, że zadawanie pytania jest bezcelowe. To oczywiste, że po drugiej stronie stał Remus Lupin. Ale taki mieli protokół. Poza tym chodziło o Remusa. Byłby przerażony, nie mówiąc już o tym, że z pewnością by ją przeklął jako możliwego Śmierciożercę, gdyby go po prostu wpuściła, więc spytała:
- Gdzie znalazłeś artykuł zatytułowany „Nawiedzony samochód z Glasgow"?
- W Bibliotece Haxby w Yorku. - odparł natychmiast Remus, chichocząc cicho. - Tak się składa, że tamtejsza bibliotekarka uważa, że mam niezdrową obsesję na punkcie starych wiadomości, bo nie mogę przestać czytać artykułów o starych mugolskich wydarzeniach. Ciągle przychodzi i beszta mnie, bo się śmieję. Dobra, ostatnim razem, kiedy tu byłem powiedziałaś, że kiedyś musisz mi coś opowiedzieć. Rozmawialiśmy o odziedziczonych różdżkach. O kim to było?
Hermiona uśmiechnęła się smutno. Od tygodni nie myślała o Ronie.
- O moich przyjaciołach, Ronie i Harrym i o tym jak Ronowi złamała się różdżka. - otworzyła drzwi, a jej uśmiech stał się wesoły na widok radosnej twarzy Remusa, która przypomniała jej, że tu też ma przyjaciół. - W pewien sposób dotyczy też ciebie. A przynajmniej pewnego drzewa na błoniach Hogwartu, które posadzono dla twojej wygody.
Remus szerzej otworzył oczy.
- Tę wierzbę? Zrobiła im krzywdę?
Hermiona zachichotała na wspomnienie czerwonych twarzy Harry'ego i Rona, kiedy wyjec pani Weasley krzyczał na nich przed całą szkołą.
- Nie bardzo. Ale biorąc pod uwagę, że ci kretyni walnęli w nią kradzionym latającym samochodem, wydaje mi się, że miała pełne prawo ich palnąć.
- Kradziony latający samochód. - powtórzył bezgłośnie Remus z przerażeniem. - Chryste! To gorsze niż wszystko na co my wpadliśmy w szkole.
- To był wypadek. - zapewniła Hermiona, nie chcąc, by Remus uznał Harry'ego za szalonego przestępcę.
- Mam taką nadzieję! - przez chwilę potrząsał głową z niedowierzaniem, a potem uśmiechnął się. - James byłby taki dumny. - spojrzał na nią dziwnie i dodał. - Obudziłem cię?
- Nie, nie śpię od wieków, po prostu nie zabrałam się jeszcze za ubieranie. - odparła, zamykając za nim drzwi. - Tkwienie w zamknięciu przez znacznie ograniczyło moje standardy.
Remus zaśmiał się.
- Nic złego w dobrej piżamie. A poza tym i tak wyglądasz lepiej niż większość mugoli mieszkających w tej okolicy. Nie wiem, jak się ubierają nie kłując się przy tym tymi wszystkimi agrafkami. - skrzywił się, pewnie na myśl o ukłuciu przez ostre spodnie, a potem spytał: - Więc gdzie Łapa? Myślałem, że nie idzie dziś do pracy?
- Dalej śpi. Ostatnio nie nie ma czasu się porządnie wyspać, więc cały poranek pracowałam nad planami na Noc Duchów, zamiast go denerwować. Ale cieszę się, że przyszedłeś. Muszę z tobą o czymś porozmawiać.
- W związku z Nocą Duchów?
- Mniej więcej. Chodź do kuchni, to rozmowa wymagająca herbaty.
- Nie wiedziałem, że są jakieś inne. - odparł radośnie Remus.
Hermiona poprowadziła go do kuchni i nalała wody z kranu do dzbanka. Naczynie to było dla Hermiony ogromnym źródłem radości. Wydawało jej się, że bardzo dobrze zna Syriusza, a jego mieszkanie wyglądało tak jak się spodziewała: wyposażone odpowiednio, ale niekoniecznie do życia. Ogólny stan ruiny i narastająca wilgoć nieprzyjemnie ją zaskoczyło, ale i tak panowały tu lepsze warunki niż wystawiony na przeciągi namiot, w którym mieszkała podczas poprzedniego polowania na horkruksy, więc nie zamierzała się skarżyć. Pomimo ogromnej ilości śmieci i rzeczy rozrzuconych po całym mieszkaniu, kuchnia była opustoszała, ale to jej nie dziwiło, bo Syriusz używał jej wyłącznie jako sowiarni i miejsca do trzymania rzeczy do robienia kawy.
Nie zdziwiło jej, że dzbanek do herbaty zaliczał się do nielicznych niezbędnych przedmiotów, które można było znaleźć w kawo-sowiarni. Co ją zszokowało to fakt, że jedynym jaki posiadał Syriusz był taki staroświecki porcelanowy, który lepiej pasowałby do saloniku kapryśnej starszej pani, gdzie otaczałyby go pasujące filiżanki i rogaliki z dżemem i śmietaną, niż do spartańskiej i lekko depresyjnej kuchni w zapuszczonym mieszkaniu kawalera. Dzbanek ozdabiał wzorek z wymalowanych błękitnych i złotych fleur de lis. W odróżnieniu od hotelowego, ten nie był niski i okrągły, ale wysoki, o lekko spłaszczonych bokach. Wyglądał niezwykle, trochę jak u jakieś matrony i brakowało mu pasującej zastawy. Słowem był to całkiem uroczy.
Śmiała się używając go po raz pierwszy i wspomniała Syriuszowi, że nie pasował do jego pozostałych naczyń, które była co najwyżej używalne. Mężczyzna z irytacją wyjaśnił, że dostał go w prezencie od matki Jamesa. Kiedy po Hogwarcie przeprowadził się do mieszkania, pani Potter popadła w matczyny atak organizacji i sprezentowała mu prawie wszystko czego potrzebował do przeżycia. W tym bardzo damski dzbanek. Hermionę i tak to bawiło.
Kiedy herbata była gotowa, Hermiona usiadła obok Remusa przy wyspie, a na blacie położyła kawałek pergaminu, nad którym wcześniej pracowała.
- To wszystko co pamiętam na temat Priori Incantatem. Chodzi o twoją różdżkę. - oznajmiła. Nie oderwał wzroku od pergaminu przed sobą, ale wiedziała, że słuchał nawet wtedy, gdy jego oczy mknęły po tekście. - Dzieli ten sam rdzeń z różdżką Riddle'a, więc to - wskazała na pergamin. - może się stać, jeśli zmusi się je do walki ze sobą.
Ze zdumieniem podniósł wzrok znad zapisków.
- Skąd wiesz skąd pochodzi pióro z mojej różdżki? - potem jeszcze bardziej zmarszczył brwi. - I skąd wiesz skąd pochodzi to z różdżki Voldemorta?
Uśmiechnęła się do niego.
- A ty mówisz, że to Syriusz zadaje głupie pytania. - Remus uśmiechnął się szeroko, a ona szepnęła konspiracyjnie. - Jestem z przyszłości!
Remus zachichotał.
- Jesteś dziś w dobrym humorze.
- To dlatego, że znów coś robimy. - odparła, po raz pierwszy zdając sobie z tego sprawę. Świadomość, że wiedza o bliźniaczych różdżkach pewnie bardziej pomoże niż przeszkodzi znacznie poprawiła jej kiepski ostatnio humor. Cały ten czas spędzony na myśleniu o zostaniu lub odejściu odebrał jej radość z osiągnięcia głównego celu, dla którego tu przybyła. Chociaż w zeszłym tygodniu czuła ciepło i mrowienie na myśl o pozostaniu w 1981 z Syriuszem, to uczucia te temperowała odrobinę niepewność. I to tak ogromna, że przyjemne myśli znikały, odganiane przez złowieszczą wątpliwość i jej okropną broń zwaną „realność". Spędzenie całego poranka pośród notatek, planując, organizując i myśląc o tym co powiedział Dumbledore (nawet jeśli zachowywał się z irytującą wyższością) znów dało jej nadzieję. Dlatego tu przybyła, a śmierć Voldemorta była już tak blisko. - Wiem o bliźniaczych rdzeniach, bo za pierwszym razem ta różdżka wybrała Harry'ego.
Remus przez chwilę patrzył na nią z niemożliwym do odczytania wyrazem twarzy, a potem odezwał się wolno.
- I... jak myślisz, dlaczego tym razem wybrała Łapę?
Widziała, że już zaczynał rozumieć, dlaczego to takie ważne. Znał jej notatki tak samo dobrze jak ona, czytał o wszystkim co zrobił Harry, ile razy ta różdżka napotkała Voldemorta.
- Nie wiem, ale zastanawiałam się nad tym tego ranka. Nie znam się na różdżkarstwie, jest strasznie dziwne. Znaczy, różdżka wybiera czarodzieja, ale jeśli pokona go inny to przechodzi na niego. Niesamowicie płytkie z jej strony.
Remus zmarszczył brwi.
- A niby skąd to wzięłaś? - spytał z niedowierzaniem. - Jeśli pokonasz kogoś w pojedynku to wygrywasz jego różdżkę? W takim razie Rogacz i Łapa powinni być dumnymi właścicielami każdej różdżki w Slytherinie.
- Co nie? Ale wiem też, że tak jest w przypadku niektórych różdżek. Rozumiesz o co mi chodzi? Można się pogubić, całkiem jakby zasady po prostu się zmieniały. - przerwała, by znów napełnić filiżanki z dziewczyńskiego dzbanka. - Ale to popiera moją teorię dotyczącą twojej różdżki. Zastanawiałam się, czy różdżka wybiera czarodzieja przez wzgląd na jego przeznaczenie, bo w moim czasie Harry potrzebował ochrony przez Riddlem. Więc jeśli różdżka to wie, to czy zdawała sobie sprawę, że Syriusz jest zagrożeniem dla Riddle'a? Największym jakie się pojawi w tym czasie? Cóż, największym jakie się pojawi i przyjdzie kupić sobie nową różdżkę. Więc wybrała jego, ale ponieważ dalej miał swoją starą różdżkę, i naprawdę nie chciał dać szansy tej nowej... - przerwała, próbując znaleźć słowa, które oddałyby to co czuła. Nie udało jej się jednak i tylko prychnęła z irytacją. - Boże, nie wiem, tu nie ma żadnego sensu!
- Mi to mówisz. - wymamrotał Remus, który wyglądał na lekko przytłoczonego. Potem odchrząknął. - Mniejsza, te bliźniacze rdzenie, musi być jakiś sposób, by tego użyć... znaczy, cholernie się boję walki z Voldemortem, ale jeśli pokona Dumbledore'a... no ale po to tam będę, więc spróbuję... ale ja - przełknął nerwowo. - nie zrozum mnie źle, jeśli tak będzie trzeba, to to zrobię i chyba dam radę zająć go choć na minutę, by James mógł go dopaść, a martwy Voldemort to nasz cel, więc nawet jeśli zginę...
- Remusie - Hermiona ostro przerwała jego mamrotanie. - w wieku czternastu lat Harry używając twojej różdżki uciekł Voldemortowi i jakimś dwudziestu Śmierciożercom, a nie miał żadnego przeszkolenia, nic. Jeśli on dał radę, to ty też. Będziesz tylko musiał napotkać rzucone przez niego zaklęcie swoim. To właśnie zrobił Harry. - uśmiechnęła się do niego, próbując dodać mu otuchy. Był blady, ale przytaknął. - Różdżki nie będą z sobą walczyć, połączą się tylko, tak ja to zrobiła ta Harry'ego... a Voldemort nie ma o tym wszystkim pojęcia. - wyciągnęła rękę i poklepała go po dłoni. - Harry powiedział, że kiedy to się stało, Riddle był tak samo przerażony jak on.
Remus chyba to przemyślał.
- Nigdy wcześniej nie używałem Śmiertelnej Klątwy. - powiedział w końcu, wyglądając na znacznie mniej przerażonego. - Chyba powinienem poćwiczyć tak na wszelki wypadek. - a potem uderzyła go myśl. - Skąd Harry wiedział, jak to zrobić? Uczniowie Hogwartu nie dowiadują się o niewybaczalnych aż do szóstego roku. Czy też może zmienili program?
- Nie musisz używać tego samego zaklęcia, różdżki się połączyły. - uspokoiła Hermiona. - Harry tego nie zrobił, próbował go rozbroić.
Zastanowiła się czy nie powiedzieć mu, że program rzeczywiście się zmienił tamtego roku, ale nie chciała rozpraszać Remusa czczą gadaniną o Bartym Crouchu Jr-udającym-Moody'ego-i-uczącym-ich-bez-patrzenia-na-program, a Remus już o tym wiedział ze streszczenia historii wojennej, którą mu dała, więc opowieść tylko odciągnęła by ich od tematu.
- Co? Rozbroić? Tylko tyle? - Remus był przerażony. - Jak do diabła udało mu się przeżyć, skoro podejmował takie idiotyczne decyzje?
Hermiona pamiętała, jak starszy Remus w taki sam sposób reagował na przywiązanie Harry'ego do Expelliarmusa i uśmiechnęła się lekko.
- Różdżka... nie rozumiesz? Mogłaby naprawdę pomóc.
- Więc czy myślisz... czy to dlatego do mnie pasuje? - spytał Remus cicho. - Bo tak jest, tak samo dobrze jak moja stara. Czy myślisz, że ona umm... wie, że może być potrzebna?
Napotykała błagalne i zdumione spojrzenie Remusa.
- Jak już mówiłam, według mnie to nie ma sensu. - powiedziała, potrząsając głową.
- Dla mnie też. - zgodził się gorączkowo.
Zza jej pleców rozległo się dramatyczne sapnięcie i kiedy odwróciła się przestraszona, zobaczyła Syriusza stojącego w drzwiach do salonu, z ręką na sercu, jakby przechodził zawał. Choć z drugiej strony nikt w trakcie tak poważnego ataku nie uśmiechałby się z taka pewnością siebie.
- Wybaczcie. - powiedział. - Ale wyglądacie całkiem jak para moich przyjaciół... choć oczywiście nie możecie nimi być, bo oni nigdy by się nie przyznali, że czegoś nie rozumieją. Podejrzliwie mrużąc oczy w kierunku Remusa. - Jak dostałeś się do środka?
Remus i Hermiona zaśmiali się, a wilkołak powiedział.
- Właśnie rozmawialiśmy o mojej różdżce. - spojrzał na Hermionę. - Powiedziałaś mu?
- Powiedziała. - odparł Syriusz, obchodząc wyspę kuchenną, by dostać się do czajnika. - Wszystko o tym jak dostałeś moc, by załatwić Starego Wężowatego pstryknięciem palców.
- Syriuszu, - prychnęła Hermiona. - to naprawdę nie takie proste.
Syriusz podstawił czajnik pod kran, ale obrócił się, by na nią spojrzeć i wywrócić oczami.
- Wiem, że nie, ale niewiele możemy z tym zrobić, prawda?
- Zdaję sobie z tego sprawę. - odparła Hermiona. - Ale lepiej się przygotować. Inna sprawa, że Dumbledore jest przekonany, że w pojedynku jeden na jeden da sobie radę z Riddlem, więc to chyba nie powinno mieć znaczenia.
- Mamy teraz większy problem. - mruknął złowieszczo Syriusz, marszcząc brwi na widok ubranej w piżamę Hermiony. - Wieczne siedzenie w domu źle na ciebie wpływa. Piżama o pierwszej po południu i to przy gościach! Rany.
Remus nie był w stanie do końca stłumić śmiechu, więc zajął się dzbankiem. Hermiona uniosła brwi.
- Naprawdę? - odezwała się ironicznie posyłając znaczące spojrzenie jego brudnym dżinsom, które nie trafiły do prania od smoczego rajdu i pogniecionej koszulce, którą miał na sobie, a która tydzień temu leżała zmięta w kulę w rogu sypialni. Ba, Hermiona była pewna, że znajdowała się tam jeszcze dzisiaj rano. Przynajmniej jej piżama była czysta! - I mówi to facet, który obudził się dopiero na lunch i przespał przybycie gościa? Rany. - papugowała, z udawaną wyższością.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się szeroko.
- Jestem po prostu zazdrosny. Nigdy nie miałem flanelowej piżamy. Wyglądają na niesamowicie wygodne. Martwiłbym się, że nigdy już nie założę innych ubrań.
- Można się od nich uzależnić. - oznajmiła ponuro Hermiona, a potem uśmiechnęła się. - Ale będę musiała znieść odstawienie, bo pomyślałam sobie, że dzisiejszego wieczora moglibyśmy wybrać się na małą przygodę.
Remus i Syriusz spojrzeli na siebie ze zdumieniem.
- Gdzie idziemy? - spytał Remus.
- Na dwór. - odparła triumfalnie. - To żadna przygoda, jeśli wam powiem, prawda?
Podekscytowanie lekko ją przytłoczyło, całkiem jakby zapomniała jakie to uczucie być zmotywowanym, znów mieć coś do zrobienia.
- Co jest - burknął Syriusz, po raz drugi tego wieczora wstając z ziemi - z zajęciami związanymi z Szatańską Pożogą, cholernymi stromymi wzgórzami i cholerną ciemnością?
Może i jęczał, ale tak naprawdę nie mógł się doczekać. Szli po raz pierwszy zobaczyć Chatę Gauntów. Hermiona miała rację, to była przygoda. Zmierzali w stronę miejsca, gdzie dusza Voldemorta spłonie na ich oczach. To z pewnością coś ekscytującego.
- No to przestań jęczeć i patrz pod nogi. - rzucił przez ramię Remus, który znajdował się nieco z przodu.
- Już prawie jesteśmy na miejscu. - dodała Hermiona. - To pomiędzy tamtymi drzewami.
Syriusz podążył wzrokiem za jej wskazującą dłonią, by zobaczyć ciemny zagajnik na dole doliny, gdzie pomiędzy powykręcanymi pniami ledwo dostrzegał nieco prostsze linie siedliska. Posłuchał rady Remusa i udało im się dotrzeć na miejsce bez żadnych większych wypadków. W pewnym momencie Hermiona straciła grunt pod nogami i Syriusz (bo taki był z niego pomocny gość) złapał ją w odrobinę niepoprawny sposób, by utrzymać ją w pozycji stojącej. Myślał, że nie zauważyła, aż pacnęła go po łapach i powiedziała:
- Skup się, mamy złego czarnego pana do pokonania. - śmiała się, ale Syriusz i tak był zawiedziony.
To co ukryto w zagajniku sprawiło, że całkiem (no może jednak nie) zapomniał o macaniu. Dom był stanowczo niepokojący, uznał, kiedy we troje stanęli przed walącym się budynkiem. Porośnięte mchem ściany rozpadały się, a z jednej strony bardziej przypominał drzewo niż budynek. W pewien sposób przywodził na myśl chatkę Remusa pod wpływem zaklęć ochronnych. Hermiona mruknęła coś pod nosem i machnęła różdżką w stronę Chaty. Syriusz poczuł, jak omywa go zaklęcie, kiedy dziewczyna sprawdzała, czy w okolicy nikogo nie ma.
- No dobra. - odezwała się. - Ostatnim razem, kiedy tu przyszłam, nie weszłam do środka. Miałam wrócić tego samego wieczora, ale w hotelu czekał na mnie list od ciebie. - spojrzała na Syriusza. - I stwierdziłam, że skoro obiecałeś pomóc, to lepiej zostawić pierścień w spokoju.
- Więc jak chcesz to zrobić? - spytał Remus. - Zamierzasz wejść do środka?
- Nie sądzę byśmy musieli. - odparła. - Wiem, że pierścień jest w środku. Wiem też, że istnieje system obronny i moglibyśmy go uruchomić gdybyśmy weszli. System, tak potężny, że samemu Dumbledore'owi ledwo udało się zabrać horkruksa, a rana, którą wtedy otrzymał później go zabiła.
- W porządku. - oznajmił Remus. Obaj z Syriuszem już to wiedzieli. - Więc jak rozumiem masz jakiś plan jak do tego podejść?
Uśmiechnęła się do niego.
- O tak.
Syriusz mimowolnie zauważył jak inna wydawała się tego dnia. Myślał, że podczas wizyty w Chacie Gauntów będzie poważna, skupiona na planowaniu, ale nie. Odnosił wrażenie, że bawi się jak nigdy. Śmiała się wesoło i uśmiechała głupkowato. Może wynikało to z faktu, że to pierwsza misja na jaką poszła od wyprawy na polanę w górach, a nawet tamto tak naprawdę się nie liczyło... może Forte de Sang, ale wtedy nikomu nie było specjalnie wesoło, no i tego nie planowali. Więc ostatnim ściśle związanym z horkruksami działaniem, w którym brała udział było zdobycie dziennika u Malfoyów. „Merlinie", pomyślał Syriusz, „nic dziwnego, że była taka zdenerwowana i znudzona."
Poczuł się głupio, przypomniawszy sobie, ile razy skarżył się na pracę i to, że ma za dużo do zrobienia. I jeszcze głupiej, kiedy zorientował się, że dalej mówiła, a on jej nie słuchał.
- Nie sądzę, by dotykanie domu było dobrym pomysłem, bo moglibyśmy naruszyć zaklęcia. Pomyślałam więc, że najlepiej będzie pracować sekcjami, od ziemi w górę, a potem użyć zaklęcia kolorującego, by znaleźć dziury. Będziemy musieli wspiąć się na drzewa nad chatą, by sięgnąć dachu. - powiedziała, wskazując na krzyżujące się gałęzie. - Ale jestem pewna, że jeśli zachowamy ostrożność, poradzimy sobie z tym. Uznałam, że powinniśmy dziś zrobić próbę zaklęć, żeby sprawdzić, ile nam to zajmie. Ponieważ ściany są spróchniałe, będziemy musieli dodatkowo się upewnić, czy zaklęcia wytrzymają. Ze wszystkimi horkruksami w środku ogień będzie z pewnością o wiele gwałtowniejszy niż na tamtej kłodzie na polanie.
Remus przytaknął.
- Brzmi dobrze, zaczynamy?
- Tak, zaczynamy. - zgodziła się Hermiona, prowadząc ich dookoła domu.
Syriusz patrzył na ogromne drzewo, które zrosło się z południową ścianą siedliska. Jego gałęzie prześlizgnęły się przez ścianę i wychodziły przez dach.
- Um... Hermiono? - zawołał za nią i wskazał na drzewo. - Jak poradzimy sobie z tym? - zmarszczyła czoło, a potem ruszyła w jego stronę, przełażąc przez pokrzywy, które prawie zasłaniały pobite okna. - A z dziurami w dachu?
Remus wyglądał na bardzo zaniepokojonego.
- Dobre pytanie, Łapo.
- O pieprzyć to! - do ich uszu dotarł zirytowany głos Hermiony dochodzący z miejsca, gdzie zniknęła pośród pokrzyw. - Wiedziałam, że o czymś zapomnę. Chyba będziemy musieli je naprawić.
- Jak je naprawimy, jeśli nie możemy dotknąć budynku? - spytał Syriusz, bardziej kontemplując niż się martwiąc. To właśnie w takich projektach specjalizowali się Huncwoci, nawet jeśli zaczarowanym budynkiem nie była przebieralnie ślizgońskiej drużyny quidditcha.
Twarz Hermiony wyłoniła się spośród pokrzyw. Jej wesołość wyparowała.
- Nie wiem... chyba...
- Ja wiem. - odezwał się po chwili Remus, a jej pozbawiona ciała głowa spojrzała na niego z nadzieją. - Możemy użyć desek... lewitować je, a potem użyć zaklęcia trwałego przylepca?
- Genialne, Remusie! - zawołała Hermiona, z trudnością wyłaniając się z krzaków. Jej kucyk zaczepił się o jedną z roślin i Syriusz musiał zwalczyć uśmiech, obserwując jak ukrytymi pod rękawiczką palcami walczy, by go uwolnić. - Ale gdzie znajdziemy odpowiednie drewno? - odezwała się z roztargnieniem, poddając się. Ujęła kucyk w dłoń i drugą szarpnęła potężnie drapiącą gałąź, krzywiąc się, kiedy jej włosy straciły z nią kontakt. - Chyba moglibyśmy pójść do tartaku... ale musielibyśmy je nieść... choć moglibyśmy je zmniejszyć.
Hermiona ściągnęła rękawiczki za pomocą zębów, rozwiązała włosy i zaczęła splatać loki w warkocz, by zapobiec kolejnym problemom związanym z krzakami. Syriusz spojrzał na nią z rozbawieniem.
- Gdzie znajdziemy odpowiednie drewno? - spytał, wskazując na las dookoła. U jego stóp leżała złamana gałąź. Syriusz wycelował w nią różdżkę i transmutował ją w szeroką, płaską deskę, a potem znów spojrzał na Hermionę. - Ale z ciebie czarownica.
- Zamknij się. - mruknęła, jej głos był stłumiony przez trzymany w ustach materiał. Skończyła wiązać warkocz i znów założyła rękawiczki, a potem prychnęła z irytacją. - No to do roboty mądrale. Ale zajmijcie się też oknami, je też musimy zakryć.
Kiedy Syriusz magicznie uniósł świeżo utworzoną deskę w niebo, kierując ją w stronę najbliższego okna, Remus ruszył w stronę drzew. „Pewnie szuka kolejnych spadniętych gałęzi" pomyślał Syriusz. Skończywszy transmutować deskę, zmienił jej kształt w szeroki kwadrat, a potem przyczepił go do ramy okiennej. Obrócił się znów do Hermiony i uśmiechnął szeroko.
- Bułka z masłem.
- Hmm. - mruknęła Hermiona, a jej usta zadrgały w nadchodzącym uśmiechu. - Dobra, pozbądź się tego. Będziemy musieli załatwić to wszystko wtedy w nocy, w razie, gdyby z jakiegoś powodu Riddle chciał sprawdzić co z pierścieniem. Nie chcemy, by coś wydało mu się podejrzane.
Syriusz zniszczył przykrycie na okno i odezwał się.
- Więc co zrobimy z drzewem?
Hermiona zirytowała się.
- Co jest dzisiaj z tobą i tym zauważaniem problemów?
Syriusz wzruszył ramionami.
- To ty kazałaś mi się skoncentrować. Oto jestem. Myślałem, że będziesz zadowolona, ale zawsze mogę dołączyć do Lunatyka na drzewie, jeśli tak wolisz.
Zdumiona Hermiona rozejrzała się, a Syriusz wskazał w górę najbliższego drzewa, na którym Remus zamiast szukać opadniętych gałęzi, przyglądał się dachowi.
- Cześć! - zawołał ze swojej grzędy, uśmiechając się do zszokowanej Hermiony. - Wydaje mi się, że łaty zadziałają.
- W porządku. Dobrze. - odparła słabo Hermiona. - A teraz złaź, bo skręcisz sobie kark. - zwróciła uwagę z powrotem na problem drzewa wystającego z chaty. - Będziemy musieli objąć je zaklęciami razem z budynkiem. - skupiła wzrok na górnych, najbardziej poskręcanych gałęziach. - A to może się okazać naprawdę bolesne.
- Moim zdaniem trzeba je ściąć. - przerwał jej Remus, zmieniając kierunek schodzenia, by znaleźć się bliżej przeszkadzającego im drzewa. Korony były dość gęste, by bezpiecznie przemieszczać się z jednej na drugą. - Albo przynajmniej wszystkie gałęzie, które nie są wewnątrz domu. - wyciągnął rękę, by oczyścić sobie widok i tym samym zawisł na jednej ręce i zgiętych kolanach, zerkając na splot domu i drzewa. - Albo dlaczego po prostu go nie transmutować? Właściwie, to to właśnie powinniśmy zrobić. Po prostu je zmniejszyć i zmienić w deski.
- Świetny pomysł. - zgodziła się Hermiona. - A teraz złaź!
- Żaden z tobą zabawy. - jęknął Remus, ale i tak zaczął schodzić.
Hermiona obróciła się w stronę Syriusza i zmarszczyła brwi.
- Od kiedy wilki wspinają się na drzewa?
- Nie sądzę, by wilk miał z tym coś wspólnego. - zaśmiał się Syriusz. - To po prostu Lunatyk. Może to dlatego, że mieszka w lesie... zmienia się w wiewiórkołaka.
Mimo, że niepokoiła się o Remusa, Hermiona parsknęła śmiechem, a potem szeroko otworzyła oczy, wpatrując się w coś nad głową Syriusza. Spojrzał w górę na czas by dojrzeć mgnienie wilkołaczego buta, kiedy Remus zawisł na rękach na najniższej gałęzi, a potem puścił się i wylądował na Syriuszu posyłając ich obu na miękką ziemię.
- Wiewiórkołaka. - prychnął z irytacją Remus, wstając i otrzepując się, nim bez sympatii spojrzał w dół na stertę śmierdzących, gnijących liści, którymi stał się Syriusz. - To ci pokaże.
Nim Hermiona i Syriusz wrócili tego wieczora do mieszkania, jej optymistyczny humor przygasł i mężczyzna nie miał pojęcia, dlaczego. Kiedy ćwiczyli zaklęcia na szczególnie słabym rogu chaty wszystko było z nią w porządku, chociaż zadanie okazało się trudniejsze niż im się wydawało. Musieli rzucić więcej warstw niż na pień na polanie, by dobrze pokryć cel, ale w końcu im się udało. Rozwiązali też problem okien i dziurawego dachu, więc naprawdę nie rozumiał co spowodowało tę ciszę.
Wytrzymał jakąś godzinę Hermiony siedzącej na kanapie z jedną z teczek, piszącej w niej coś pospiesznie i całkowicie go ignorującej. Wreszcie zdecydował, że ma dość. Chciał wiedzieć, dlaczego wcześniejszą radość zastąpiła powaga, ale gdyby spytał co robiła, pewnie otrzymałby nudną odpowiedź, a może nawet pogadankę (na temat ważności nadchodzącego zadania i o tym, ile rzeczy może pójść nie tak, et cetera, et cetera) albo gorzej, burę (bo nie skupiał się, albo nie martwił tak bardzo jak powinien) albo... mógłby utknąć pośrodku szczegółowego wykładu na temat plusów kultury powstałej na czubkach drzew, bo Remus i jego wspinaczka tak mocno na nią wpłynęła. Stwierdził, że lepiej po prostu iść spać niż czekać aż mózg mu się wyłączy w trakcie udawania zainteresowania albo dostawania bury, więc zdecydował się samotnie położyć w łóżku i się nad sobą użalać.
Chata Gauntów się paliła. Otaczały ją rozwścieczone płomienne stwory, które pazurami sięgały nieba, pożerając budynek. Hermiona patrzyła z oddali jak blask płomieniu oświetlał całą dolinę. Ogień pełzający po zboczach wzgórz odbijał się na zachmurzonym nocnym niebie, sprawiając, że wszystko dookoła stawało się swoim własnym, dziwnie radosnym wypaczeniem. Zagajnik otaczający siedlisko był oświetlony niczym w dzień, ukazując sylwetki gałęzi nierozróżnialnych w plątaninie poczerniałych konarów... czarne gałęzie trzeszczące i padające na ziemię... coś było nie tak. Drzewa... nie powinny też się palić. Zaklęcia miały już się zamykać, ale płomienne bestie wyły głośniej niż kiedykolwiek. Spojrzała na zegarek. Pewnie, że wszystko powinno już się kończyć.
- Syriuszu? - zawołała, rozglądając się w poszukiwaniu mężczyzny. Była pewna, że jeszcze przed chwilą stał tuż obok. - Syriuszu?
- Nie martw się Hermiono. – odezwał się spokojnie stojący obok niej Dumbledore. Hermiona spojrzała na niego. Skaczące płomienie odbijały się w jego okularach połówkach, sprawiając, że wyglądał demonicznie. - On i Remus skoczyli tylko z powrotem, by naprawić dziurę. Kilka drzew się zapaliło. Zaraz wrócą.
- Oni co?! - wrzasnęła Hermiona. - NIE MOGĄ!
Rzuciła się biegiem w dół zbocza, w jasnym świetle płomieni biegnąć pewniej niż zwykle. Kiedy dotarła na skraj linii drzew, płomienie wymykały się spod kontroli. Pomarańczowe stwory uciekły z klatki, nie rozprzestrzeniając się jak szalejący pożar lasu, ale mknąc przez dolinę niczym wataha śmiertelnie niebezpiecznych wilczurów, które za cel wybrały sobie wioskę Little Hangleton, przyciągniętą obietnicą paliwa i dusz do pochłonięcia.
Hermiona ruszyła w pościg, biegnąc szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. „Teraz już nie da się tego powstrzymać" pomyślała, a potem rozległo się złowieszczo radosne wycie, kiedy płomienne bestie dopadły swoją zdobycz. Dziewczyna pomknęła główną ulicą. Z każdej strony krzyczeli mieszkańcy, dzieci wiły się na ziemi, wołając swoje matki, kiedy dopadał je ogień, dusił i palił żywcem. Zamknęła oczy, by tego nie widzieć. Łzy strachu i hańby spływały jej po policzkach, kiedy skuliła się w spanikowaną kulę, trzęsąc się i marząc, by to się skończyło. A potem krzywki stały się mniej wyraźne i zapadła cisza.
Otworzyła oczy. Dookoła nie zostało nic w wyjątkiem czarnego, kruszącego się węgla. W oddali zachmurzone niebo dalej odbijało pożogę, malując horyzont na obrzydliwy pomarańcz. Okrutne potwory ruszyły dalej w poszukiwaniu kolejnych ofiar. Znów rzuciła się biegiem, goniąc bitwę. Słyszała krzyki i trzask ludzi palonych żywcem. Uciekła. „Musi być jakiś sposób, by to powstrzymać" pomyślała. To wszystko jej wina.
Dogoniła bestie na granicy kolejnej wioski. Bieg przełajowy nie uspokoił płomieni. Stanowiły wibrującą kulę smoków, potężnych i wyjących z głodu kolejnych ciał, kolejnych domów.
- Bierz Harry'ego! - słyszała przerażony głos. - Lily, bierz Harry'ego i uciekaj, ja to zatrzymam!
Rzuciła się przez płomienie. Jej ubrania płonęły, ale ona nie czuła bólu.
- James! - wrzasnęła. - James, uciekaj! Nie walcz!
Dotarła do niego, ale na jego miejscu zastała Harry'ego, jej dorosłego Harry'ego z różdżką wyciągniętą w stronę ognia.
- Hermiono, - syknął. - to wszystko twoja wina. - wyglądał złowieszczo, jak potwór. - Zostaw mnie. - warknął. - Jesteś morderczynią!
Wycelował w nią różdżkę z rdzeniem z pióra feniksa i klątwa uderzyła ją w pierś niczym taran, unosząc ją w powietrze i rzucając w płomienie.
- Hermiono! - Hermiono!
To był Syriusz... wrócił... więc ogień go nie dopadł.
- Hermiono, obudź się!
Raptownie otworzyła oczy. Było ciemno, otaczały ją czyjeś ramiona. Syriusz, zorientowała się, kiedy do jej uszu dotarł jego senny głos.
- To tylko koszmar. - jego dłoń, malowała szerokie, uspakajające koła na jej plecach.
„Oczywiście, że to sen" pomyślała z ulgą. Zostało im jeszcze trzynaście dni do Nocy Duchów. Tylko głupi sen. Oddychała płytko i chociaż wiedziała, że nic z tego co widziała nie było prawdziwe, jej umysł nie mógł pozbyć się obrazów płonących dzieci i Harry'ego, który posyłał ją w płomienie.
- W porządku? - spytał cicho Syriusz.
- Tak. - odparła. – To tylko sen, nie martw się.
- Ty wydajesz się mocno martwić. - odparł, brzmiąc na wpół śpiącego. - Wołałaś najpierw mnie i Remusa, potem Jamesa. Co się stało?
- Ogień. - powiedziała, pozwalając powiekom znów opaść. - Rozprzestrzenił się i pochłonął wszystko. Doszedł aż do Doliny Godryka. - mruknęła. Powiedzenie tego na głos sprawiło, że pojęła co to za szaleństwo. Dziwiła się, że jej mózg wymyślił coś równie przerażającego. Może i po powrocie z Little Hangleton się martwiła, ale to minęło. Wszystkie niespodziewane problemy narosły tak szybko, że wstrząsnęły jej pewnością siebie. Ale przecież się ich pozbyli. Poprawiła rozpiskę, a jeśli we troje wezmą się za zaklęcia i transmutację to w dodatkowym czasie jaki przewidziała ze wszystkim się wyrobią i nie ma szans by płomienie wymknęły im się spod kontroli.
- Jak powiedziałam - prychnęła cicho, wspominając nadmierną reakcję. - głupi sen.
Rozluźniła się w jego objęciach, a rytm jej serca powrócił do normy.
- W porządku.
Po głosie Syriusza można było poznać, że balansował na krawędzi snu, ale dłoń, która odpełzła niżej z miejsca na plecach, gdzie ją uspakajała i teraz sugestywnie przesuwała się wzdłuż paska skóry odsłoniętego przez odrobinę podwiniętą koszulę od piżamy, na znak, że ani trochę nie interesował go sen.
Hermiona odchrząknęła i spojrzała na niego. Miał zamknięte oczy, a w pomarańczowym półświetle sączącym się przez zamknięte zasłony widziała błysk jego białych zębów. Uśmiechał się szeroko.
- Wszystko będzie dobrze. Lunatyk i ja sobie poradzimy. - pochylił się, by pocałować ją krótko i odsunął się tylko na tyle, by powiedzieć: - Nie martw się.
- Wiem. - odparła. - Chyba widok tego wszystkiego mnie przytłoczył. Zdałam sobie sprawę, ile to będzie pracy i naprawdę nie powinnam po nocach myśleć o okropnych rzeczach, ale nie mogę nic z tym zrobić. Jestem po prostu taka zdenerwowana.
- No to powinnaś czymś się zająć. – oznajmił Syriusz, a chociaż jego ton pozostał zwyczajny, to jego ręce opowiadały zupełnie inną historię. - Wiesz... poczytać czy coś - na chwilę jego usta odnalazły jej. - albo napisać list. - poruszył się, a jego ciepły oddech owionął jej szyję. - Mogłabyś pooglądać telewizję, mają naprawdę inspirujące dokumenty medyczne. - zaśmiał się cicho prosto w jej ucho, a potem jego usta przyssały się do skóry tu pod małżowiną.
Na to serce Hermiony znów przyspieszyło, choć tym razem nie wywołała tego panika czy strach.
- Ale ty nie masz telewizora. - odparła głupio, a jej głos podskoczył o oktawę, kiedy Syriusz przemknął językiem po wrażliwej skórze.
- Szkoda... - mruknął, kontynuując pracę nad jej szyją. Jego dłonie wsunęły się pod jej piżamę, palce czegoś szukały. Wykazywał ogromną determinację, by zapomniała o swoim śnie, albo może tak jak ona zdał sobie sprawę, że o tej porze istniała niewielka szansa, że ktoś im przeszkodzi i chciał to w pełni wykorzystać. Tak czy siak, Hermiona była wdzięczna swojemu zestresowanemu umysłowi za obudzenie ich obojga, bo radosne, rozpraszające ciepło budujące się w jej brzuchu stanowiło o wiele lepszą nagrodę niż sen.
Powolne pocałunki i pieszczoty powoli stawały się coraz bardziej gorączkowe, bardziej natarczywe. Nagromadzona frustracja, złe wyczucie czasu, ważniejsze rzeczy, którymi trzeba było się zająć, wyczerpanie i ogólny brak szczęścia w miłości wreszcie znalazły ujście. Hermiona poddała się przytłaczającemu pulsowaniu gorąca podążającym za utalentowanymi palcami, ustami i językiem. Wkrótce stały się silniejsze i przekształciły się w pulsującą falę, która radośnie wymiotła z jej umysłu tak niepotrzebne rzeczy jak myślenie czy umiejętność tworzenia inteligentnych wypowiedzi.
Pustka w głowie Hermiony sama w sobie stanowiła coś wspaniałego, czasami usuwając się na tyle, by pozwolić na niewielkie wyjątki takie jak myślenie „Boże, zrób tak jeszcze raz", a potem pozwalała jej użyć zawodnych umiejętności mowy, by upewniła się, że zrozumiał. Syriusz nie miał najmniejszego problemu z przetłumaczeniem wydyszanych, pozbawionych sensu słów zachęty w satysfakcjonująco odpowiednie czyny, chociaż nieprzytomne spojrzenie i pełne aprobaty urwane mamrotania, które wyrywały mu się z ust sugerowały, że ma podobne problemy co ona.
Hermionie wydawało się, że minęła ledwie chwila (ale naprawdę ciężko było kontrolować coś tak zwyczajnego jak bieg mijającego równie przyjemnie czasu) kiedy bezładne słowa zachęty stały się wstydliwie pożądliwą zgodą, kiedy pochłonęło ją cudowne dygotanie o sile mogącej upłynnić jej kości i sprawiło, że zakręciło jej się w głowie posyłając ciekawie niewielkie wybuchy światła pod jej powieki. Potem, przez błogie otumanienie niewyraźnie usłyszała drżący jęk i w chwilę później Syriusz padł na nią, dysząc ciężko prosto w jej ucho. Bicie jego serca niosło się echem przez jej klatkę piersiową.
Na początku ochoczo pozwoliła mu tam leżeć (mimo, że wyciskał z niej większość powietrza tą swoją zwodniczo zwartą budową ciała) bo naprawdę miło było znaleźć się tak blisko niego. Nie mówiąc o tym, że wydawał się zamienić w kuriozalnie ciężką meduzę ludzkiej wielkości, więc nie sądziła by był w stanie się poruszyć, nawet gdyby go o to poprosiła.
Właśnie w momencie, kiedy zaczęła czuć efekty braku tlenu i zdecydowała, że komfortowa bliskość nie była warta uduszenia, Syriusz się poruszył. Odepchnął się od niej i obdarzył niezdarnym i odrobinę przepoconym pocałunkiem to co chyba miało być jej czołem, ale tak naprawdę okazało się jej lewą brwią, a potem przetoczył się na materac. Padając na niego westchnął z zadowoleniem, a w chwilę później wydał z siebie przesadny okrzyk ulgi.
- Nareszcie!
Hermiona zaśmiała się cicho i odwróciła głowę na poduszce, by na niego spojrzeć.
- To niezbyt romantyczne. - powiedziała, ale nie mogła się z nim nie zgodzić. „Wreszcie" dobrze podsumowywało to co czuła.
Miał zamknięte oczy, ale kiedy zwrócił się w jej stronę, radosny uśmiech wypłynął na jego usta.
- Hmm... ale z drugiej strony... ja też nie jestem.
- Prawda. - powiedziała. Przyjemne, łagodne ciepło wewnątrz niej wywołało na jej usta leniwy uśmiech. Też zamknęła oczy. O tak, wreszcie.
