18 października
Budzenie się nago w ramionach mężczyzny było zupełnie nie tak romantyczne jakby się mogło wydawać, uznała Hermiona, otwierając oczy w niedzielny poranek. Pomiędzy nią, a Syriuszem zwinęły się prześcieradła, jej ramię bolało tam, gdzie wbijał się w nie łokieć mężczyzny, a włosy utknęły pod jego głową na poduszce. „Czemu nie mogło być tak jak w romansach?" marudziła w myślach, próbując wyplątać włosy bez nadwyrężania szyi. Budząc się w ramionach kochanka po pełnej pasji nocy, bohaterki książek miłosnych zawsze czuły się błogo, bezpiecznie i wspaniale. Hermiona, jednakże była nieprzyjemnie lepka i dość głodna, nie mówiąc o tym, że chciało jej się siku. Ale przynajmniej Syriusz nie chrapał jej do ucha.
- Głupi Mills i Boon - mruknęła pod nosem, kiedy wreszcie udało jej się wyplątać włosy. – sprawiają, że dziewczyna oczekuje czegoś nierealnego.
Nagle ramię Syriusza zacisnęło się dookoła niej.
- Próbujesz uciec? – mruknął i przycisnął usta do jej ramienia. - Bo to byłoby bardzo nieuprzejme.
- Idę do łazienki. - oznajmiła, walcząc z krępującym ją ramieniem i zwalczając narastający w niej chichot. - Chyba mam do tego prawo.
- Chyba tak. - zgodził się łaskawie Syriusz, puszczając ją. - Ale wróć... to znaczy, chyba, że zamierzasz zrobić śniadanie.
Hermiona wyplątała się z kłębowiska kończyn i pościeli i zaczęła szukać piżamy. Dół znalazła na podłodze i wstała, by go założyć. Zerkając na Syriusza podczas poszukiwania góry, rzuciła z roztargnieniem.
- Śniadanie to świetny pomysł. Acha! - dodała, wyciągając flanelową koszulkę spod poduszki. Syriusz uśmiechał się, obserwując, jak mocowała się z fragmentem garderoby. Jeden rękaw był wywrócony na lewą stronę i Hermiona zauważyła dumna minę Syriusza, kiedy przerwała, próbując wywrócić piżamę na drugą stronę. - Dobrze się bawisz?
- Tak. - odparł, przytakując lekko. - Piersi i śniadanie, jak na mnie to to jest najlepszy poranek pod słońcem.
Hermiona wywróciła oczami i opuściła sypialnię, ale nim dotarła do łazienki już uśmiechała się dość głupkowato. Zajmując się porannymi czynnościami z ulgą uświadomiła sobie, że nic się między nią, a Syriuszem nie zmieniło. W tyle jej umysłu kwitł dokuczliwy niepokój, z którego sama nie zdawała sobie sprawy. Niepokój, że kiedy ludzie wreszcie przestaną im przeszkadzać, a Syriusz już nie będzie zasypiał na tej cholernej kanapie i uda im się doprowadzić sprawę do końca, ich związek się zmieni. A Hermiona świetnie czuła się w obecnym stanie rzeczy. Najwyraźniej jednak nie miała się czym martwić. Na razie nie było dziwnie, a Syriusz dalej radośnie sugerował przynoszenie jedzenia i jej dogryzał, więc wszystko pozostało w normie.
Lekko zmarszczyła brwi, zdając sobie sprawę, że przez chwilą stała przed nim topless bez mrugnięcia okiem. Najwyraźniej coś się jednak zmieniło, bo wczorajszego poranka z pewnością by tego nie zrobiła.
Wróciła do pokoju z czystymi zębami i czując się o wiele bardziej jak człowiek. Znów się położyła, a Syriusz posłał jej dziwne spojrzenie.
- Myślałem, że poszłaś po śniadanie?
- Powiedziałeś powrót albo śniadanie, więc wróciłem. - wzruszyła ramionami i ułożyła się na poduszkach.
Syriusz przez chwilę nic nie mówił, ale potem uśmiechnął się.
- Więc Mills i Boon, tak? Nawet ja wiem kto to. Myślałem, że jesteś ponad taki tandetny nonsens.
Hermiona zakonotowała sobie, że u Syriusza brak chrapania oznaczał przytomność i słuchanie.
- Nawet mój mózg czasem potrzebuje wakacji. - odparła z godnością. Rozbawiło go jej widoczne zażenowanie, więc dodała. - Jeśli czyta je dziewczyna to jedno, ale facet? Powinieneś się wstydzić.
- Nie mówiłem, że je czytam. - zaśmiał się. - Ale dobrze jest znać konkurencję. Niesamowicie wysoko ustawiają poprzeczkę.
- Ciekawe. - mruknęła Hermiona. - Czyli zwalczasz badania z zasady tylko wtedy, kiedy dotyczą czegoś pożytecznego. - Syriusz tylko uniósł brew, a ona zaśmiała się mimowolnie. - Dobrze, odrobine pożytecznego.
Uśmiechnął się do niej szeroko, a potem spytał jakby niechętnie.
- Więc... między nami w porządku... um, prawda?
- Prawda. - potwierdziła Hermiona, ciesząc się, że jego trawił ten sam bezsensowny niepokój co ją.
- Świetnie. - odparł, a potem zmienił ton. - Wiesz... jest niedziela, nie muszę iść do pracy.
- Naprawdę? - powiedziała niewinnie Hermiona. - Cóż, jestem pewna, że istnieje wiele rzeczy, którymi mógłbyś się zająć. Chyba pamiętam, jak sugerowałeś lekturę odpowiedniej... - ale jej porada na temat czasu wolnego została przerwana, kiedy Syriusz rzucił się na nią ze swoim własnym pomysłem na spędzenie wolnego dnia.
Pół godziny później, znajdując się w bardzo kompromitującej pozycji, Hermiona usłyszała stłumiony głos wołający Łapę.
- Naprawdę nie powinnaś mnie teraz tak nazywać. - warknął Syriusz prosto w jej ucho. - To nieco odpychające. Brzmisz jak Rogacz.
- Ja... ja nie. - wymamrotała Hermiona, która nie była w stanie zrozumieć skąd dobiegał głos i dlaczego to było ważne. Nic się nie liczyło, z wyjątkiem może tego, że powinni byli robić o co teraz od pięciu miesięcy.
Dopiero jakiś czas później, kiedy leżeli obok siebie, a Hermiona skupiała się całkowicie na odzyskaniu tchu, a senne otępienie powoli znikało, Syriusz nagle się odezwał.
- Ty nie?
- Ja nieco? - spytała, myśląc, że ona definitywnie „tak" i była pewna, że w odpowiednim momencie Syriusz świetnie zdawał sobie z tego sprawę.
- Nazwałaś mnie Łapą. - wyjaśnił Syriusz.
- Och, racja. - odparła, kiedy jej się przypomniało. - Nie, nie robiłam tego.
- Huh. - mruknął beznamiętnie Syriusz, a potem pochylił się nad krawędzią łóżka i chwycił z podłogi kurtkę. Hermiona ze zdumieniem patrzyła, jak przeszukuje kieszenie, ale kiedy wyciągnął niewielkie kwadratowe lusterko, zrozumiała.
Syriusz podniósł je do twarzy i powiedział:
- James Potter.
- Łapa! - natychmiast dało się słyszeć głos Jamesa. Ze swojej pozycji Hermiona nie widziała odbicia, ale i tak pospiesznie podciągnęła kołdrę. W obecnej sytuacji rozmowa z tatą Harry'ego wydawała jej się po prostu zbyt dziwna.
Syriusza natomiast zupełnie to nie obeszło, bo spytał:
- Wybacz, bracie, chciałeś czegoś? - całkiem jakby spokojnie można było rozmawiać ze swoim przyjacielem (przez urządzenie wizualne) zupełnie nago.
- Muszę sobie wyczyścić uszy. - poskarżył się James.
Syriusz zaśmiał się.
- Sprośny palant, podsłuchiwanie nie jest w twoim stylu.
- Przestałem, kiedy tylko zorientowałem się co się tam dzieje! Tak w ogóle to gratulacje... ale na początku nie wiedziałem.
Kiedy Syriusz na nią spojrzał z tym głupim pewnym siebie uśmiechem na twarzy, Hermiona poczuła, jak płoną jej policzki.
- Chcesz się przywitać? - zaproponował żartobliwie, lekko poruszając lusterkiem w jej stronę.
- Nie! - pisnęła, chowając się pod kołdrą, by ukryć zakłopotanie.
Słyszała jak James się śmiał.
- Merlinie, Łapo! Bądź choć raz w życiu dżentelmenem!
- Byłem, uprzejmie jest się witać. - odparł anielskim tonem Syriusz, a potem jęknął, bo Hermiona kopnęła go w goleń. James zachichotał na dźwięk Syriuszowego wymamrotanego „auć!", ale młody Black głośno poklepał ją po tyłku i powiedział. - No dobrze, masz rację.
Hermiona wyjrzała zza bezpiecznej kołdry, by zobaczyć, jak uśmiecha się o wiele mniej irytująco.
- Wybacz. - powiedział i chyba mówił szczerze, więc zdecydowała się nie kopać go ponownie. A potem odwrócił się z powrotem do lusterka. - No to czego chciałeś, zanim bezczeszczono ci uszy?
- Właściwie to dość poważna sprawa. Mógłbyś do nas wpaść? - poprosił James. - Chcemy cię o coś spytać.
Hermiona obserwowała jak rozbawienie natychmiast znika z twarzy Syriusza. Odrobinę zaróżowione po seksie policzki zbladły, a potem poszarzały chorobliwie. Przełknął nerwowo.
- Jasne, Rogaczu. Mam się martwić?
- Nie, to dobra rzecz, ale to Lily powinna ci to wytłumaczyć. Znacznie lepiej wszystko rozumie.
- W porządku, niedługo wpadnę. - zapewnił Syriusz, przytakując sztywno.
- Dzięki, Łapo! - twarz Jamesa zniknęła, kiedy wyłączył urządzenie. Lusterko wysunęło się z palców Syriusza, a on pozwolił swojej głowie opaść na poduszki.
- Syriuszu? – zawołała Hermiona, przesuwając się do niego. - To to, prawda? Wcześniej niż myślałam.
Przytaknął.
- Ja tak samo, ale myślałem o mojej wymówce. Nie sądzę, bym był dość przekonywujący...
- Przed chwilą radziłeś sobie całkiem nieźle. - odparła Hermiona, kładąc głowę na jego ramieniu, podczas gdy on ją objął.
- Wiem. - odparł. - Ale nie mówiłem o seksie, widzisz James po prostu...
- Wiem co masz na myśli. - parsknęła, przerywając mu.
- Ta, wybacz, trochę się tylko denerwuję. - odparł Syriusz, pochylając głowę, by na nią spojrzeć. - Pójdziesz ze mną?
- Nie sądzę, by to był dobry pomysły.
Odetchnął ciężko.
- Wiedziałem, że to powiesz. No to chyba trzeba to po prostu załatwić, co?
- Tak, poradzisz sobie. Pamiętaj, wysyłasz Riddle'a na śmierć - wyciągnęła się, by pocałować go w policzek - tym samym ratując świat.
Uniósł brew.
- Nie wiem czy to w Millsie czy Boonie, czy też w czymś znacznie gorszym, ale mam wrażenie, że słyszałem to już z milion razy. Powinnaś być bardziej oryginalna.
- Bardziej oryginalna. - prychnęła Hermiona. - Nigdy nie słyszałam, by ktoś przekonał swojego przyjaciela do zaufania zdrajcy, by starzec ukrywający się w składziku na narzędzia mógł zabić tego złego za pomocą szpiczastego kijka.
Syriusz zaśmiał się.
- Też prawda. A ponieważ, cytując twoje własne oklepane słowa, ruszam ratować świat, to czy dostanę śniadanie?
Szykując na to co czekało go po drugiej stronie drzwi, Syriusz był bliski zwymiotowania na urocze doniczki Lily. Czuł się gorzej niż wtedy, kiedy zdał sobie sprawę, że zaraz wejdzie do skarbca Lestrange'ów. Nadszedł czas, oto ostatni krok... jeśli Peter nie zostanie Strażnikiem wszystko się zmieni.
Po drugiej stronie drzwi rozległy się pospieszne kroki i cichy głos Jamesa zapytał:
- Kto tam?
- Łapa. - odparł szybko Syriusz, nie chcąc by jego usta pozostały otwarte na więcej niż to konieczne, w razie, gdyby śniadanie postanowiło wrócić.
- Pomijając dzisiejszy poranek - odezwał się James. - kiedy ostatnio byłem zmuszony do słuchania twoich amorów?
- Pytanie w kiepskim guście. - mruknął marudnie Syriusz, czując ogromną ulgę, że Hermiona jednak nie uległa jego prośbie i nie przyszła z nim. - Mówisz jakby to zdarzało się nam często. Przestań, bo wychodzimy na szemranych typków. - zdając sobie sprawę, że i tak będzie musiał odpowiedzieć na to głupie pytanie, pomyślał chwilę. - Ostatni raz, który pamiętam to lato po skończeniu szkoły, tuż po tym jak kupiłem mieszkanie. Wybraliśmy się do pubu, by zobaczyć ten mugolski zespół i potem się u mnie przekimałeś. Szczerze powiedziawszy chyba ja żałowałem tego bardziej niż ty i twoje uszy, ta kobieta była przerażająca. - dreszcz przebiegł mu po plecach na wspomnienie tamtej strasznej nocy, które zastąpiło to przyjemne z poranka Hermioną. Cholerny Rogacz! – No dobra. - odparł złowieszczo Syriusz, zdeterminowany, by jego przyjaciel poczuł się tak samo źle jak on. - Dlaczego przedostatniej zimy zastałem cię siedzącego na progu w samych gaciach?
James jęknął, a potem wymamrotał cicho.
- Bo Lily nie chciała mi oddać różdżki po tym jak mnie wykopała.
- Znaczy, dlaczego cię wykopała? – poprawił się Syriusz, któremu ogromnie podobało się to jak James zareagował na to pytanie.
- Bo powiedziałem jej komplement.
- To ty tak myślałeś. Odpowiedz na pytanie. - zażądał Syriusz, rad, że męczenie Jamesa uspokoiło jego żołądek.
- Łapo, ona mnie słyszy. Jeszcze o tym nie zapomniała, przecież wiesz. - syknął James przez drzwi. Nagle drzwi stanęły otworem i oczom Syriusza ukazał się zirytowany przyjaciel. - Masz dość, ty dupku.
- No tak. - Syriusz wzruszył ramionami. - A teraz moja głowa jest pełna piersi wściekłej punkówy, zamiast Hermiony. Zasłużyłeś. - a potem na drugim końcu przedpokoju mignęła mu Lily i na widok jej słynnego spojrzenia śmierci, przełknął ślinę. - Chociaż może masz rację, wybacz brachu.
James uśmiechnął się nerwowo do swojej żony.
- No to zaczynamy?
Na te słowa jej wzrok złagodniał i idąc za Jamesem do salonu Syriusz poczuł, jak mdłości powracają. Chwilę później dołączyła do nich Lily z tacą do herbaty i ogromnym makaronikiem na talerzu, który wręczyła Syriuszowi.
- Zaczynam się niepokoić. - powiedział ten, że strachem przyglądając się makaronikowi. - Rogaczu, mówiłeś, że stało się coś dobrego. Makaronik takiego rozmiaru sugeruje coś zupełnie innego.
- To bardziej łapówka. - wyjaśniła Lily.
- Nie musicie mnie przekupywać... - spojrzał na Jamesa ze swoją najlepszą ostrożną miną na twarzy i spytał. - O co chodzi?
James spojrzał na Lily, a ona się nie odezwała. Syriusz poczuł się trochę obrażony, że tak się denerwowali przed spytaniem go. Przeszukał mózg w poszukiwaniu normalnej reakcji na ich tajemnicze zachowanie.
- Rogaczu - odezwał się. - nie poprosisz mnie żebym ściął włosy, prawda? Znaczy zrobię wszystko, ale... proszę, tylko nie to.
- Merlinie, to by wymagało rocznego zapasu tego okropieństwa! - Zaśmiał się James, wskazując ręką na makaronik. - Nie, aż tak źle nie jest.
Lily w końcu odzyskała głos.
- Chodzi o to Syriuszu... że Voldemort zdecydował, że przepowiednia mówi o Harrym.
- Kurwa. - mruknął Syriusz, zdając sobie sprawę, że na dźwięk tych okropnych słów wcale nie musi udawać.
- Cóż, tak. - zgodziła się Lily. - Ale jest w porządku, bo Dumbledore znalazł sposób, by zapewnić nam bezpieczeństwo.
- Naprawdę? - spytał ze zdumieniem Syriusz. - To cudownie... więc do czego mnie potrzebujecie?
Lily i James znów na siebie spojrzeli i Syriusz poczuł to samo ukłucie gniewu, na widok ich niepewności.
- Zaklęcie wymaga ukrycia swojego położenia w duszy żywego człowieka. - powiedziała wolno kobieta. – Także można nas znaleźć tylko jeśli Strażnik zdradzi.
Syriusz wyszczerzył zęby.
- Rozumiem, że chcecie wynająć moją duszę?
Oboje przytaknęli, a James powiedział.
- Wiem, że prosimy o wiele. Kiedy Voldemort dowie się, że ukrywamy się pod tym zaklęciem, a ostatnimi czasy dowiaduje się o wszystkim, zacznie dociekać kto jest naszym Strażnikiem Tajemnicy. Ale tobie ufamy najbardziej.
Te słowa wydały się Syriuszowi dziwne. „Tobie ufamy najbardziej". Wiedział, że poprzednim razem ani on ani James nie ufali Remusowi, ale teraz... był prawdopodobnie znacznie lepszym wyborem niż Syriusz, przynajmniej na papierze. Mieszka w dobrze ukrytym domu, nikomu nieznany, inteligentny i odważny, nie mówiąc już o umiejętnościach bojowych. Dlaczego nie poprosili jego?
- Co z Lunatykiem? - spytał, a potem przypomniał sobie, że znalazł się tu, by ich przekonać do wybrania Petera. - Albo Glizdogonem? Obaj są lepiej ukryci niż ja.
James wyglądał na odrobinę urażonego, a Lily wyjaśniła.
- Nie możemy poprosić Remusa, bo to musi być ludzka dusza. - Syriusz skrzywił się, zastanawiając się, czy byłby pierwszym wyborem, gdyby Remus nie miał futerkowego problemu. - A Petera znasz, chyba dostałby zawału. - zakończyła z pół uśmiechem.
- Proszę, Łapo. Dla Harry'ego? - poprosił James.
Ton, którego użył sprawił, że Syriusz poczuł się winny i mentalnie sobą potrząsnął.
- Oczywiście. - zapewnił pospiesznie. - Wybacz, nie chodziło mi to to, że tego nie zrobię. Zastanawiałem się tylko... nie, to nic... tak, oczywiście, że się zgadzam. Naprawdę myślałeś, że odmówię?
- No nie. - odparł z uśmiechem James. - I widzisz? To coś dobrego.
Syriusz przytaknął.
- Ta, czyli co, to znaczy, że będziecie całkowicie bezpieczni? Voldemort nie ma najmniejszych szans na znalezienie was?
- Dokładnie. - potwierdziła Lily. - Czy to nie wspaniałe? Tak strasznie ci dziękuję, że to robisz. Nawet nie wiesz, ile to dla nas znaczy, szczególnie, że będziesz w niebezpieczeństwie, jeśli Voldemort dowie się, że to ty nas chronisz.
Syriusz wzruszył ramionami.
- Wężowaty i tak jest na tropie Hermiony, a mnie już raz w tym miesiącu pojmał, więc gorzej nie będzie. Chyba będę musiał rzucić robotę... właściwie jak się zastanowić - uśmiechnął się do Jamesa. – to nie wiem czy wasze życia są warte lania laską jakie dostanę, kiedy powiem Moody'emu, że odchodzę.
James zachichotał.
- Też fakt. Nie wziąłbym tego na siebie.
- A powinieneś, cholera. - mruknął Syriusz. - Przynajmniej tyle mógłbyś zrobić. Nie ma cię, odkąd sprawił sobie to okropieństwo, więc przez ostatnie sześć miesięcy dostawałem też za ciebie!
Lily uśmiechnęła się do nich z niedowierzaniem.
- Wy dwaj zdajecie sobie sprawę, że to dość poważna sprawa? Bo masz rację Syriuszu, będziesz musiał rzucić pracę. I będziesz w niebezpieczeństwie, ale jeśli Hermiona z tobą pomieszkuje to zgaduję, że twoje mieszkanie jest dobrze chronione?
- Ta, jest. - odparł i do głowy przyszła mu cudowna myśl. Bez względu na to czy będzie prawdziwym strażnikiem czy udawanym, będzie musiał po rzuceniu zaklęcia (co jak mówiła Hermiona miało mieć miejsce w tym tygodniu, najpóźniej w niedzielę) ukrywać się aż do Nocy Duchów. A było mu bardzo na rękę, biorąc pod uwagę koleżankę z celi. Uśmiechnął się szeroko. - Wiesz, nagle utkwienie w domu nie wydaje mi się takim złym pomysłem.
- Tak, James wspomniał, że rano usłyszał więcej niżby chciał. - Lily zachichotała. - Cieszę się, że nie będziesz się nudzić w ukryciu. Muszę jeszcze poćwiczyć zaklęcie zanim je rzucę, ale jeśli nie przeszkadzają wam kanapki na obiad i umycie Harry'ego, żebym mogła się douczyć, to możemy załatwić sprawę dziś wieczorem. Naprawdę wolałabym nie czekać.
„Co?!" Syriusz zaczął panikować, jak w zaledwie kilka godzin przekonać ich do wybrania Petera? Głęboko zaczerpnął tchu. Nie mogli z Hermioną i ich zabawą z czasem wpłynąć na umiejętności Lily. Przez chwilę zastanawiał się, gdzie Hermiona zdobyła informację o tym, kiedy rzucono zaklęcie. Jej wiedza musiała być co najwyżej fragmentaryczna, biorąc pod uwagę, że wszyscy zamieszani już nie żyli, więc bardzo możliwe, że dokładnie tak to przebiegało poprzednim razem, a on dał radę coś wymyślić i przekonać ich do swojego planu w jedno popołudnie. Ale na razie nie chciał wspominać o Peterze. Dopiero go spytali i musiał wyglądać jakby porządnie się nad tym zastanawiał, zanim wpadnie na swój genialny blef. Po chwili myślenia zadał następne ważne pytanie.
- Lily, masz kiełbaski?
Lily była widocznie zbita z tropu jego absurdalnie niezwiązanym z tematem pytaniem.
- Tak myślę, dlaczego?
- Bo jeśli tak to nie musimy jeść kanapek na obiad. - odparł dumnie Syriusz. - Umiem zrobić kiełbaski.
Zdumienie Lily tylko się nasiliło, a James parsknął śmiechem.
- Tak jak powiedziałeś, że umiesz przygotować gorącą czekoladę tak jak to robią mugole i poparzyłeś sobie połowę ręki?
Syriusz z żalem spojrzał na starą bliznę i oznajmił.
- Nie, Hermiona pokazała mi jak przygotować kiełbaski. W Suffolk zrobiłem je dla Longbottoma. Był pod wrażeniem.
- Jeśli tylko obiecasz, że nie spalisz mi kuchni to możesz zrobić kiełbaski. – zgodziła się Lily, dalej zszokowana, że Syriusz mógłby pojąć tak skomplikowany proces jak pieczenie kiełbasek. - W takim razie was zostawię. Harry jest na górze. Zajmijcie się nim jak się obudzi.
- Cofam to. - oznajmił James kończąc drugą kiełbaskę tego wieczora. - Są cudowne.
- O tak. - zgodził się Syriusz. - Chociaż szkoda, że ziemniaki tak skończyły.
James, który zaczął szykować sobie coś na kształt hot doga, przerwał uważne nakładanie ketchupu, by powiedzieć.
- Powiedziałem, że przesadzasz.
- Skąd miałem wiedzieć, że gniecie się je po ugotowaniu? - odparł z irytacją Syriusz, kradnąc ketchup na swój talerz. - Ty nie wiedziałeś.
- Prawda. - zgodził się James, żując w zamyśleniu. Przełknął i dodał. - Chociaż musi być do tego lepsze zaklęcie niż Reducto.
- Tak myślisz? - Syriusz zerknął przez ramię na szafki kuchenne, dalej pokryte kawałkami surowych ziemniaków. - Poza tym Harry'emu się podobało.
- Cholerny dzieciak uwielbia wszystko co dotyczy latającego jedzenia. - zaśmiał się James.
- Moim zdaniem nie ma sensu go kąpać, jeśli nie ma nic do zmywania. - odparł z uśmiechem Syriusz.
Mężczyźni umilkli, skupiając się na obiedzie. Syriusz skupiał się na strategii bycia jak najbardziej przekonywającym, kiedy wspomni o Pettigrewie. Zdecydował, że najlepiej będzie mentalnie się przekonać, że szczurowi można zaufać. James zawsze wiedział, kiedy Syriusz kłamał i jeśli zauważy u niego jakąkolwiek wątpliwość to cała sytuacja zacznie przypominać zwęgloną część węglowodanów z ich posiłku.
Syriusz pozwolił sobie na chwilę radości czerpanej z myśli o planie poradzenia sobie z Pettigrewem po Nocy Duchów. Hermiona powiedziała, że po aresztowaniu Syriusza szczur ukrył się z rodziną Weasleyów. Artur Weasley pracował w Ministerstwie, więc jego adres znajdował się w aktach. Aktach, do których aurorzy mieli dostęp. Więc bez względu na to czy Hermiona zostanie czy nie, Syriusz odwiedzi wioskę Ottery St. Catchpole jakoś w listopadzie i tam z przyjemnością pobije zdrajcę do nieprzytomności. Może powinien zaprosić Lunatyka i Rogacza. Mogliby spędzić razem trochę czasu, może zjeść potem obiad w lokalnym pubie, czegoś się napić. Jedzenie i piwo świetnie pasowały do prania gęby. Uroczo.
Oczywiście potem aresztuje Pettigrewa. Albo lepiej poprosi Franka, by to zrobił, żeby to nie było takie oczywiste, że auror sprał aresztanta. A to niezbyt dobry pomysł, bo i tak po upadku Voldemorta zostanie im pogrążone w chaosie i niezorganizowane Ministerstwo Magii. „Lepiej być odpowiedzialnym", pomyślał Syriusz.
Uspokoiwszy się w ten sposób, Syriusz odłożył te myśli na bok i strategicznie przekierował uwagę na przyjaźń, którą darzył Petera przez ostatnią dekadę. Pamiętał wszystkie momenty zdumionej dumy, którą odczuwał, kiedy Peter wymyślił najlepszą trasę ucieczki, czy najśmieszniejszy żart, czy (jego ulubione) cztery razy podczas dziesięciu lat znajomości, kiedy Peter powiedział Syriuszowi, żeby się ogarnął albo zamknął. Szczerze się dziwił, że Pettigrew nie robił tego częściej, bo za każdym razem, Syriusz był tak zszokowany tą srogą minę (przejętą od Remusa) na zwykle potulnej twarzy, że naprawdę się ogarniał albo zamykał.
- Jak tam rodzina? - spytał James, wstając od stołu, by nałożyć sobie kolejne kiełbaski z patelni. - Chyba już kończysz zbieranie informacji, prawda? Wydaje się, że zajmujesz się tym całe wieki.
„Ma rację" pomyślał Syriusz, dalej wspominając karcącą minę Petera.
- Ta, całkiem blisko. - odparł. - W tym miesiącu Hermiona nie poszła na podwieczorek. Nie chciałem ryzykować, przecież Voldemort chce, żeby pomogła mu w Europie. Znaczy, Cyzia i ciotka Lukrecja są żonami Śmierciożerców. Tak samo starsza pani Burke. Jej syn i wnuk poszli w ślady ojca, więc ona też jest niebezpieczna.
James znów dołączył do niego przy stole i przerzucił na jego talerz kolejne cztery kiełbaski.
- Ciotka Lukrecja, skąd ja znam to imię?
- Jest twoją kuzynką drugiego stopnia. - wyjaśnił Syriusz. „James to naprawdę beznadziejnym czystokrwisty", pomyślał, a potem trochę go zemdliło, bo zdał sobie sprawę, że tym samym sugerował, że on był w tym lepszy. Mimo to ciągnął, bo wiedział, że tak zirytuje swojego przyjaciela. - Dziadek i Syriusz, najstarszy brat ojca twojej matki są jej dziadkami. Jest siostrą mojego ojca i żoną wuja bliźniaków Prewett. – tłumaczył w tak skomplikowany sposób jak to było możliwe i ciesząc się oszołomionym wyrazem na twarzy Jamesa.
James mrugnął kilkakrotnie, a potem mruknął.
- Merlinie, nienawidzę drzewa genealogicznego Mamy.
- Ta, przynajmniej nie masz tego po obu stronach. Cieszę się tylko, że dziadek Arcturus nie lubi angielskiej pogody. Jest największym dupkiem na ziemi, ale woli mieszkać w Château Noir i zapraszać Bellatrix do siebie, więc dla nas to lepiej. Niestety jego żona-wiedźma nie zrobiła nam tej przyjemności i nie wyniosła się na kontynent, bo nie cierpi francuskiej kuchni tak samo jak on nienawidzi deszczu. Więc dalej tu tkwi i zwykle przychodzi na herbatki. Jest okropną babą i nie dziwię się, że nie widzieli się z Arcturusem od lat. Są do siebie zbyt podobni.
- Twoja rodzina jest porąbana. - zaśmiał się James.
- Jest też twoja, kuzynie. - powiedział Syriusz przeciągając samogłoski, jeszcze bardziej rozśmieszając Jamesa. Potem wyszczerzył zęby, gotów spróbować. - Czyli ten Strażnik Tajemnicy, naprawdę myślisz, że Voldek się o nim dowie?
- Ta, Dumbledore myśli, że mamy w Zakonie szpiega. - James nagle spoważniał. - Właściwie to trochę się martwię. Znaczy, jeśli Voldemort się dowie... cóż, to dość oczywiste, że wybiorę ciebie. - przez chwilę się zastanawiał, a potem powiedział. - Może ty też powinieneś rzucić Fideliusa? Jesteś dobry w zaklęciach, a Lily na pewno chętnie cię nauczy. Wtedy ja mógłbym zostać twoim Strażnikiem i obaj bylibyśmy bezpieczni.
- Nie sądzisz, że to też rozgryzie? - odparł Syriusz, czując jak nerwowa niepewność powraca z pełną siłą. Ćwiczył to w umyśle w kółko i w kółko, ale to wcale nie znaczyło, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Zmarszczył brwi i zabębnił palcami w stół, udając, że nad tym rozmyśla, a potem odezwał się. - Masz rację, to oczywiste, że poprosisz mnie. Co, gdyby... ta, co gdybyście wybrali kogoś innego? Wiesz, kogoś kogo nigdy by nie podejrzewał. Wtedy mógłby spróbować mnie dorwać, ale to nic nie zmieni, bo i tak nie będę w stanie nic mu powiedzieć. Dzięki temu będziecie jeszcze bardziej bezpieczni.
Czekał, próbując wydać się zrelaksowany.
- Masz na myśli blef? - powiedział niepewnie James.
- Tak - przytaknął Syriusz. - i tak się schowam, więc będzie wyglądało, że to ja. Poślemy Starego Wężowatego w pościg za marą. Jestem prawie pewien, że i tak szuka Hermiony i to, odkąd Lestrange'owie mnie dorwali. Jeszcze jej nie znalazł, więc w mieszkaniu będziemy bezpieczni. Jej zaklęcia są takie mocne, że nawet Moody nie mógł ich złamać.
James siedział w ciszy, a jego palec wskazujący stukał mimowolnie o blat stołu.
- To niezły pomysł, Łapo. Ale kiedy zda sobie sprawę, że to nie ty, znaczy, jeśli cię złapie... zabije cię w sekundę.
- Ta, ale... - Syriusz się zawahał. - Dalej bylibyście bezpieczni, a przecież o to chodzi. A on szybciej zrobi ze mnie Śmierciożercę, a niż mnie zabije. Rodzina i w ogóle. No to będę szpiegował dla Dumbledore'a.
Planując Syriusz niepokoił się jak przekona ich do poproszenia Petera, a nie Remusa. Ostatnim razem nie ufali Remusowi (James nawet wspomniał o tym kilka miesięcy wcześniej), ale to coś co obecność Hermiony z całą pewnością zmieniła. Na szczęście wilkołactwo go wykluczało, więc Glizdogon stawał się jedyną opcją.
- Potem pewnie będzie szukał Lunatyka, a to kolejny ślepy zaułek. Dalej raczej nie wie o wilkołactwie. - powiedział Syriusz. - Albo może wie, ale wątpię by zajmował się badaniem zaklęć bazujących na zaufaniu. A przynajmniej nie dość dogłębnie, by wiedzieć, że chodzi o ludzką duszę. A nawet ja czasem się gubię w drodze do domu Lunatyka, więc to zajmie go na całe wieki.
- To prawda. - zgodził się James, któremu pomysł coraz bardziej się podobał, a potem się uśmiechnął. Był to uśmiech, którego Syriusz dawno nie widział. Psotny uśmiech, który zapowiadał planowanie i zawsze wiódł do zabawy, po której zwykle następował szlaban, albo ostatnimi czasy poważna i przerażająca bura w biurze Moody'ego. - Ha! - zaśmiał się. - Wiesz o kim nigdy nie pomyśli?
Napotkał jego spojrzenie i Syriusz wiedział już, że przyjaciel zaraz ułatwi mu sprawę.
- Glizdogon. - powiedzieli razem.
- Glizdogon co? - spytała Lily, wchodząc do kuchni z zawiązanym fioletową wstążką pergaminem w dłoni. James podskoczył i pospiesznie machnął różdżką w stronę upstrzonych ziemniakami szafek, ale Lily już je zauważyła. - Co wy dwaj robiliście?
- Gotowaliśmy. - oznajmił radośnie James. - Wybacz Liluniu, już czysto, Proszę, weź sobie kiełbaskę.
Wyciągnął w jej stronę talerz, uśmiechając się niewinnie.
- Więc dlaczego mówimy o Peterze? - spytała Lily. Wzięła jedną z podanych kiełbasek, przyjrzała jej się z uwagą, a potem ugryzła jeden z końców. Po pełnym zamysłu przeżuciu skinęła Syriuszowi głową z aprobatą, a James zaczął wyjaśniać.
- Łapa wymyślił genialny plan. Pamiętasz jak rano mówiłaś, że to oczywiste, że go poprosimy? - Lily przytaknęła. - No to co, jeśli będzie wyglądało, że to zrobiliśmy, a tak naprawdę poprosimy Petera?
Lily uśmiechnęła się i umoczyła kiełbaskę w ketchupie i chlebowym cmentarzu na talerzu Jamesa.
- Peter dostanie ataku serca na samą myśl. Myślałam, że się zgadzamy.
- Ta, ale jeśli będzie wiedział, że Voldemort nigdy nie będzie go szukał, bo uzna, że wybraliśmy Łapę, to sobie poradzi. - wyjaśnił James, a potem posłał żonie nieco ostre spojrzenie. - Nie jest aż takim tchórzem jak myślisz, Lily. Woli tylko jeśli może unikać kłopotów. Ale kiedy przyjdzie co do czego to zawsze znajduje w sobie odwagę.
- To prawda. – poparł go Syriusz, rad, że się przygotował. Jeśli Lily się nie zgodzi, James nigdy tego nie zrobi. A ponieważ to ona będzie rzucać zaklęcie to i tak ostatecznie decyzja należy do niej. Spojrzał na Jamesa. - Pamiętasz, jak przeklął przy McGonagall, by odciągnąć jej uwagę od nas trzech jak chowaliśmy się w choinkach? To było ekstra.
Było to jedno z dwóch wspomnień, których zdaniem Syriusza nie mogła zniszczyć świadomość dwulicowości Petera. Drugim była przerażona twarz jedenastoletniego Petera, kiedy pokazywał nauczycielowi Astronomii poczerniałe ręce.
Świąteczny przypadek stanowił podobny przykład poświęcenia i tym samym świetne przypomnienie, że Peter gotów był zrobić szalone rzeczy dla swoich przyjaciół. Tydzień przed Świętami na piątym roku czterej chłopcy zdecydowali, że ogromne, udekorowane drzewka w Wielkiej Sali można byłyby jeszcze fajniejsze, gdyby wyciągały gałęzie w stronę uczniów zdążających na posiłek i brały ich w niewolę pośród świątecznych dekoracji. Oczywiście wszystko to w imię świątecznej atmosfery.
Na tym etapie Mapa Huncwotów była tylko planem zamku, więc rutynowo zmieniali się na pozycji czujki. Podczas wachty Petera znikąd pojawiła się profesor McGonagall. By ją spowolnić Peter wyrzucił z siebie opowieść o tym jak zgubił swoich przyjaciół, ale i tak weszła do Sali, a on w desperacji, by utrzymać ją z daleka od tajemniczo poruszających się choinek zakrzyknął:
- Kurwa! - a jego głos poniósł się echem po pomieszczeniu. - Gdzie do diabła poleźli? Cholerne dupki! - i pognał do drzwi. To skutecznie wkurzyło McGonagall, która obróciła się na pięcie i pognała za nim. Niestety nawet po przerwie świątecznej Peter dalej twierdził, że jego lewe ucho odstawało bardziej niż prawe, bo wściekła nauczycielka ciągnęła go za nie dwa piętra w górę.
James zaśmiał się.
- To prawda, wpadlibyśmy, gdyby nie on i jego przekleństwa. - potrząsnął głową i mruknął z rozrzewnieniem. - Z tych drzew były niezłe zboki. Co nie było zamierzone - dodał pospiesznie, widząc oskarżycielskie spojrzenie Lily.
- Może ty tego nie zamierzałeś. - zachichotał Syriusz. - Ale ja owszem. Oglądanie jak drzewko przystrojone w światełka maca Smarkerusa? Cholernie genialne.
- Nie pomagasz, Łapo. - mruknął James.
- Wybacz Lily, zapomniałem, że ciebie lubiły bardziej niż pozostałych. - zapewnił Syriusz i przekrzywił głową patrząc na Jamesa. Lily była rozbawiona. - Ale nie widzisz? Peter jest w porządku, ale łatwo o tym zapomnieć. Ty to zrobiłaś, a go znasz. Reputacja tchórza sprawia, że nikt nie będzie go podejrzewał.
- A co z tobą? - spytała cicho Lily. - Będziesz w niebezpieczeństwie bez powodu.
- Um, Lily, będę w niebezpieczeństwie z tego samego powodu. - powiedział Syriusz z niewielkim uśmiechem. - By utrzymać was przy życiu. Dlatego to robimy, prawda?
- Tak, ale...
Syriusz spojrzał na jej zmartwioną twarz i zapomniał, że ich okłamuje. Wszystkie przygotowane słowa wyleciały mu z głowy i zamiast tego powiedział szczerze.
- Nie boję się umrzeć Lily, boję się przegrać, a śmierć małej rodziny Potterów to największa strata jaką mogę sobie wyobrazić. - James patrzył na niego tak, że Syriusz zaczynał czuć się dziwnie, więc odchrząknął i ciągnął. - Więc jeśli Voldemort mnie znajdzie, czego nie zrobi, ale gdyby mu się jednak udało, to powiem, że jesteście w Chinach, czy coś i może spędzić parę tygodni szukając was pośród milionów tamtejszych mieszkańców, a wy upewnicie się, że Pete jest bezpieczny.
- A co z Hermioną? - spytała Lily. - Będzie wściekła, że się poświęcasz. Um... jeśli będziesz musiał.
„Co Hermiona miała wspólnego z jego decyzją?" zastanowił się Syriusz.
- Nie, nie będzie. - powiedział. - Gdybyście byli na moim miejscu, a ja miałbym wybrane dziecko i poprosiłbym Jamesa o zrobienie czegoś takiego, co byś powiedziała?
Lily zastanowiła się nad tym.
- Mamy Harry'ego?
- Nie, jesteś Hermioną.
Westchnęła.
- Dobrze, rozumiem. Powiedziałabym, zrób to.
- Widzisz - odparł triumfalnie Syriusz. - a poza tym, od tej sprawy w Forte de Sang Hermiona nie może się doczekać pokazania Wężowatemu, gdzie raki zimują, więc pewnie będzie chciała, żebym to zrobił. - wzruszył ramionami. - Inna sprawa, że spotykamy się dopiero od miesiąca, więc dlaczego sądzisz, że będzie się tym martwiła? To nie tak jak między wami. Znaczy, my tylko sprawdzamy, jak nam to pójdzie. - skończył nieprzekonywująco, czując jak znów dokucza mu wkurzająca niepewność. Stali w miejscu.
Lily prychnęła lekko.
- Myślę, że pójdzie świetnie, Syriuszu. W twoim świecie miesiąc to prawie małżeństwo.
- A poza tym - odezwał się nagle Syriusz. - trochę mnie wkurza, że sądzicie, że zdanie dziewczyny jest dla mnie ważniejsze od życia chrześniaka. - ku jego zdumieniu Lily wyglądała na trochę zawstydzoną. - Jeśli naprawdę miałaby z tym jakiś problem to... cóż, nie jest dziewczyną dla mnie. Czy to nie dlatego mnie poprosiliście? Bo moja odwaga graniczy z szaleństwem?
Lily uśmiechnęła się.
- Tak, to dlatego. - oczy miała odrobine zamglone, kiedy dodawała. - Boże, mam nadzieję, że Harry będzie miał takich przyjaciół jak wy. Ja nigdy nie miałam, to trochę przerażające jak... - przełknęła głośno ślinę i potrząsnęła głową. James wyciągnął rękę i ujął jej dłoń, ale nic nie powiedział, a Lily tylko posłała mu uśmiech podziękowania.
Syriusz chciał powiedzieć Lily, że tak, Harry będzie miał przyjaciół takich jak oni, a nawet lepszych, takich którzy zmienią przeszłość, by zapewnić mu bezpieczeństwo i szczęście. Ale oczywiście nie mógł, a przynajmniej jeszcze nie.
- Lily, za ciebie też bym umarł. - zapewnił, próbując na powrót sprowadzić uśmiech na jej usta. - Bo gdybyś zginęła, a Rogacz nie... Merlinie, wiem, że nie dałbym rady zająć się biedakiem o złamanym sercu. Widziałaś ziemniaki?
Uśmiechnęła się lekko. A potem James dodał.
- Ta, Lunatyk tak samo. Bałby się pójścia do Azkabanu za zabicie mnie i Łapy, bo ciebie nie było, by utrzymać go przy zdrowiu psychicznym.
- To prawda. - odparła kobieta, która w międzyczasie odzyskała poczucie humoru. - Czasami myślę, że zbliża się do końca wytrzymałości. No to co nam pozostaje?
James przez chwilę patrzył w oczy Syriusza, a potem przytaknął.
- Myślę, że Łapa ma rację. Voldemort nigdy nie zorientuje się, że chodzi o Petera. Syriusz narobi hałasu w Ministerstwie...
- Nie będę musiał się starać. - wtrącił Syriusz. - Cały budynek usłyszy jak Moody na mnie wrzeszczy.
- Właśnie. - przytaknął James. - Więc Voldek będzie szukał jego, a Peter będzie cały i zdrowy nalewał herbatkę i poprawiał poduszki swojej mamie. Nikt się nie zorientuje.
- To takie wielkie ryzyko. - powiedziała Lily, patrząc to na jednego to na drugiego. - Ale z drugiej strony to wy tu jesteście aurorami, więc pewnie powinnam zaufać waszej ocenie sytuacji czy coś.
- Mogę to na piśmie? - spytał James, a potem skrzywił się, kiedy Lily uszczypnęła go w ramię.
- Nie. - zaśmiała się. - Tylko ustnie.
- No to jak, gotowy, Łapo? - James wstał od stołu. - Masz ochotę na małą wycieczkę do Kesteven? Mają tam najlepszą trawę.
- Co, teraz? – zdziwił się Syriusz. Nie był gotowy na odwiedziny u Petera. Ledwo znosił jego widok. - Chcesz iść dzisiaj?
- Ta. - James wzruszył ramionami. - Musimy rzucić to zaklęcie najszybciej jak to możliwe. No chodź, będziemy mogli pobiegać.
Syriusz wewnętrznie sobą potrząsnął, a potem wypełnił swoją głowę dobrymi wspomnieniami o Peterze i uśmiechnął się.
- Oczywiście, no to chodźmy.
James i Syriusz aportowali się pięć mil na południe od domu Petera w Północnym Kesteven. James natychmiast wyszczerzył zęby jak uczniak z odrobiną swobody, a potem zamienił się w majestatycznego jelenia. Syriusz zaśmiał się mimo nerwów, kiedy jeleń przystanął by skubnąć trawy (z jakiegoś powodu tutejszą lubił bardziej niż jakąkolwiek inną w Anglii), a potem pomknął naprzód. Wyciągnął z siebie uczucie transformacji, znów wypchnął je na zewnątrz i nagle ciemny wieczór stał się znacznie jaśniejszy. „Ładnie tu pachnie", pomyślał. Jednakże niuchnąwszy raz trawy, zdecydował, że to nie dla niego. Rozejrzał się po cichej wsi dookoła i dostrzegł ogromne zwierzę dość daleko od siebie. Jego przyjaciel jeleń! Szczeknął i pomknął za nim.
Bieg przez pola i prostota umysłu Łapy uczyniły cuda dla zestresowanego Syriusza. Czuł, jak napięcie odpływa z niego z każdym dźwięczącym krokiem. Czarno-białe wspomnienia przebiegały mu przez głowę: szczur przebiegający pomiędzy gałęziami bardzo agresywnego drzewa, ten sam szczur zatapiający zęby w uchu wilkołaka, kiedy czarny pies potknął się na schodach w środku chaty i padł na ziemię z wściekłym wilkołakiem rzucającym mu się do gardła, szczur ganiający swój własny ogon, by ranny Remus miał się czymś zająć, kiedy czekali na wschód słońca po zachodzie księżyca. Wszystko wydawało się takie proste, czym się w ogóle denerwował? Peter był ich przyjacielem, oczywiście, że Lily i James bez wahania powierzą mu swoje życie. Teraz tylko on i James pogadają z Peterem i wszystko będzie gotowe, a za dwa tygodnie Voldemort umrze.
Nie minęło wiele czasu nim jeleń i pies dotarli do domu. Syriusz z ogromną radością kłapał pyskiem na przerażone kurczaki, które swobodnie biegały dookoła, a James rozpoczął bitwę na spojrzenia ze starą znękaną kozą, która spędziła życie pracując jako kosiarka przy domu Pettigrewów. Opuszczenie imponujących rogów jelenia sprawiło, że pospiesznie zajęła się jedzeniem trawy i udawaniem, że nigdy nie wyzwała znacznie większego stworzenia na pojedynek. Potem znów stali się ludźmi (a koza obserwowała ich ze zdumieniem z drugiej strony podwórka) podeszli do drzwi frontowych i James zapukał.
Podczas oczekiwania na otwarcie drzwi powrócił niepokój Syriusza. Jak dobrze zagra Peter? Co, jeśli Syriusz zrobi coś nie tak i Peter się nie zgodzi? Albo gorzej, co, jeśli James stwierdzi, że to jednak zły pomysł?
- Kto tam? - rozległ się głos Petera z drugiej strony drzwi.
- Rogacz i Łapa, Glizdogonie. Musimy cię poprosić o przysługę. - odparł James.
- Naprawdę? - spytał radośnie Peter.
„Powinien być radosny" pomyślał Syriusz „zaraz dostanie szansę życia". Potem wewnętrznie się zbeształ za odejście od pochlebnych myśli na temat Petera i zmusił do skupienia się na pytaniu.
- Um, w porządku, na czwartym roku uciekaliśmy przed Filchem po tej sprawie z walczącymi ananasami. Co sprawiło, że było warto chociaż Filch i tak następnego dnia dał nam szlaban?
James uśmiechnął się do Syriusza, a potem pochylił się w stronę drzwi.
- To był wielki wieczór, szukając miejsca do ukrycia się przed Filchem i jego napuchniętą z powodu alergii na ananasy twarzą, znaleźliśmy tajne przejście za lustrem na czwartym piętrze. Dobra Pete, co jest nie tak z twoim prawym uchem?
Peter zachichotał.
- Próbujesz mnie podpuścić, Rogaczu? Z prawym wszystko w porządku, to lewe odstaje. Serio myślałem, że McGonagall mi je urwie. Znaczy, ciągnięcie mojego pulchnego zadka w górę tych wszystkich schodów za wyłącznie to biedne ucho, co za okrutna kobieta. - drzwi otworzyły się i stanął przed nimi Peter, trący lewe ucho. - Wiecie, czasami jestem pewien, że dalej boli.
- Widmowe palce, co nie, Glizdogonie? - Syriusz uśmiechnął się cierpko, lekko klepiąc mniejszego mężczyznę w ramię.
- Coś w tym stylu. - odparł Peter, a James poszedł w ślady Syriusza. - Musimy być cicho, mama śpi. - ostrzegł gospodarz, prowadząc ich do salonu. - Miała długi dzień. Ale poszła do sklepu. Nie robiła tego od tygodni, więc to chyba dobry znak. - odwrócił się do nich. - Trochę późno na wizytę, czy coś się stało?
Syriusz nie mógł powstrzymać podziwu słysząc spokojny ton Petera. Najwyraźniej ten nie sądził, że Syriusz i James go podejrzewają. Na jego miejscu Syriusz brałby to pod uwagę, gdyby był szpiegiem, a dwóch ludzi z przeciwnej strony późnym wieczorem pojawiło się na jego progu bez zapowiedzi.
- Coś dobrego, Pete. - oznajmił entuzjastycznie James, zajmując miejsce na pokrytej koronkową narzutą kanapie. - Wiesz, że Voldemort poluje na Harry'ego albo na dziecko Franka i Alicji? Cóż, zdecydował, że to jednak Harry.
W małych oczkach Petera malował się szok i całkowite zdumienie. Zachwiał się i przez to opadł na fotel za sobą ze znacznie większą siłą niż kiedykolwiek.
- A to coś dobrego...?
- Nie, to jest makabryczne. - odparł James. - Ale Dumbledore nauczył Lily zaklęcia, które ukryje nas przed Voldemortem i jest bardziej niż potężne. Właśnie dlatego Łapa i ja tu przyszliśmy. Potrzebujemy twojej pomocy.
Zdumienie na twarzy Petera wzrosło.
- Ale przecież wy jesteście znacznie lepsi ode mnie w skomplikowanych zaklęciach. Wiem, że się podciągnąłem, ale to brzmi dość poważnie. Dlaczego chcecie żebym pomógł?
- Bracie - powiedział Syriusz. - Zaklęcie jest zbyt skomplikowane nawet dla Rogacza. Lily będzie je rzucać. Chodzi o to, że by zapewnić im bezpieczeństwo trzeba ukryć ich położenie w czyjeś duszy. Wtedy tylko ta osoba będzie mogła zdradzić komukolwiek, gdzie Rogacz i Lily się znajdują.
Brwi Petera uniosły się raptownie.
- I... i powiedziałeś, że musisz poprosić mnie o przysługę?
James przytaknął.
- Właśnie tak, Pete. Chodzi o to, że jeśli Voldemort dowie się co zrobiliśmy, zacznie szukać naszego Strażnika Tajemnicy. A jak myślisz kogo będzie myślał, że wybraliśmy?
- Łapę. - odparł natychmiast Peter.
- Właśnie tak i to zrobiłem. Ale potem o tym rozmawialiśmy i Łapa powiedział to samo, że jest oczywistym wyborem. Voldemort natychmiast zacznie go szukać. Więc pomyśleliśmy sobie, że wykorzystamy to na naszą korzyść i porozmawiamy z tobą. I tak nie mieszałeś się w to wojenne gówno i się chowałeś, więc teraz tylko zrobisz to na poważnie. Jeśli i ciebie ukryjemy pod zaklęciem, Voldemort i tak nie zauważy różnicy, więc będziesz całkowicie bezpieczny. Ja będę twoim Strażnikiem. Łapa, z kolei, będzie przynętą.
- Wy... wy zaufalibyście mi na tyle? -spytał Peter cicho i z nabożną czcią.
- Oczywiście. - odparł James. - Ty byś mi zaufał, prawda?
- Oczywiście... ale wiesz... jesteś aurorem, walczysz znacznie lepiej ode mnie. - wymamrotał z wahaniem Peter. - Ja obecnie jestem tylko pielęgniarzem.
- Tak, a ja w tym momencie jestem nianią, a nie aurorem. - odparł z rozbawieniem James.
Syriusz wtrącił się.
- Nie chodzi o walkę, Pete. - oznajmił, by go uspokoić. - Chodzi właśnie o to, by nikt nie wiedział, że to ty jesteś Strażnikiem.
Peter uśmiechnął się do Syriusza i powiedział.
- Wydajesz się dziś szczęśliwy Łapo, jakbyś na powrót stał się sobą.
Syriusz wyszczerzył zęby, by ukryć złość na Petera za przypomnienie mu, dlaczego od kilku miesięcy zachowywał się wobec niego inaczej. Nie miał pojęcia, że Peter w ogóle to zauważył.
James zaśmiał się i gospodarz spojrzał ze zdumieniem najpierw na jednego, a potem drugiego.
- Co?
- Bo tak właśnie jest. - wyjaśnił James. - Łapa i Hermiona byli nieco zajęci, kiedy dziś rano próbowałem się z nim skontaktować.
Peter zachichotał, natychmiast pojmując o co chodziło Jamesowi, a potem spojrzał na Syriusza z ciekawością.
- Nie spodziewałem się, że dziewczyna z takiej rodziny ci na to pozwoli przed ślubem.
- Pozwoli mi? - powtórzył z oburzeniem Syriusz. - Merlinie, to zabrzmiało jakby uważała to za jakiś obowiązek! - uśmiechnął się szelmowsko do Petera i odparł pewnie. - Uwierz mi, nic nie jest dalsze od prawdy.
- A poza tym - wtrącił się James. - „dziewczyna z takiej rodziny"? Wiesz, że ona tak naprawdę wcale nie jest Fehrówną, prawda Glizdku? Razem z Łapą zbierają dla Dumbledore'a informacje dotyczące rodziny Blacków. - spojrzał na Syriusza. - Nie powiedziałeś mu? Tak się nie robi, Łapo.
Syriusz zbladł, a jego ostrożna fasada osłabła nieco, kiedy James się odezwał. „O co do cholery chodziło z tym paplaniem na wszystkie strony?" Lily też powiedziała Alicji. Ale potem zdał sobie sprawę, że dla kogoś z zewnątrz to co robili z Hermioną to tylko rekonesans, nic co trzeba utrzymywać w tajemnicy przed zaufanymi ludźmi. Frank i Alicja byli w Zakonie, tak samo Glizdogon, a James z pewnością myślał, że Syriusz znów ma sekrety przed swoimi przyjaciółmi. Pospiesznie wywołał na twarz przepraszającą minę.
- Um... wybacz, Pete. Nie chciałem żebyś musiał kłamać, gdyby ktoś cię spytał, lub gdyby cię złapali czy coś. Wiem, że wolisz trzymać się od tego tak daleko jak się tylko da.
Peter uśmiechnął się odrobinę z żalem.
- Jest w porządku, czasami wolałbym nic więcej nie wiedzieć. Czy to nie tak jak mówi Lunatyk, wiedział to władza? Cóż, ja nigdy nie chciałem władzy.
James w oczywisty sposób porzucił irytację na tajemnic Syriusza i teraz posyłał Peterowy dziwne spojrzenie.
- Wszystko w porządku, Pete? Nie musisz zostawać naszym Strażnikiem, jeśli nie chcesz, pomyślałem po prostu...
Peter uniósł pulchną rękę, by uciszyć Jamesa.
- Nie. - odparł. Przez jakiś czas patrzył na Syriusza, a potem na Jamesa i przytaknął. - Zrobię to.
W małych niebieskich oczkach błysnęła stal, której Syriusz nigdy wcześniej nie widział i zaniepokoiło go to. Nie sądził, by Peter był tak dobrym aktorem, ale wyglądał jakby naprawdę chciał zapewnić Jamesowi bezpieczeństwo. Był dumny, że otrzymał honor wykonania tego zadania i gotów zrobić to dobrze.
- I dla mnie też możecie rzucić to zaklęcie? Żeby V-Voldemort nie mógł mnie znaleźć?
Uśmiech Jamesa był szeroki i pełen wdzięczność.
- Ta Pete, Lily zrobi to bez problemu. Och, to może znaczyć, że to ona będzie twoim Strażnikiem, może być?
- Oczywiście! - Peter zaśmiał się. - Jest taka odważa, pewnie Voldemort pobiegłby z płaczem do mamusi, gdyby zaczęła go besztać.
- Tu masz rację. - zachichotał James. - Będziesz całkiem bezpieczny, twoja mama też.
Peter uśmiechnął się.
- Dzięki, że mnie poprosiliście to... um... wiele znaczy.
Słuchając, jak James żartuje z Petera i jego dziewczyńskich słów, Syriusz poczuł pustkę. Peter chował się pod zaklęciem Fideliusa? Czy to tylko sposób, by przekonać Jamesa, że można mu zaufać? Nie wydawało mu się. Jąkanie się czy nie, nigdy nie słyszał, by Peter wypowiedział imię Voldemorta, a tego wyrazu determinacji nie widział na jego twarzy od szkoły. Jakiś fragment mózgu Syriusza chciał wstać i zacząć skakać z radości, ale to nie była prawda. Nie mogła być. Czy Syriusz zrobił coś nie tak? Czy coś sprawiło, że Peter zamierzał przeciwstawić się Voldemortowi? Czy to znaczyło, że Voldemort nie znajdzie Potterów? Co do cholerny miał zrobić?
- Czy twoja mama poradzi sobie sama przez jakiś czas? - spytał James Petera. - Lily chce dzisiaj rzucić zaklęcie, więc będziesz musiał wpaść do nas.
- Ta. - powiedział Peter, z szerokim uśmiechem na twarzy. - Ta, nic jej nie będzie. To takie ekscytujące, Rogaczu! Będziemy bezpieczni!
- Wiem. - odparł z szerokim uśmiechem James. - Dumbledore to geniusz.
Obserwując, jak Peter szuka płaszcza, Syriusz nie mógł zmusić się do mówienia. Co się działo? Cały plan się spieprzył. Wszystko rozwalił. Miesiące pracy na nic i to tylko dlatego, że Peter miał większe jaja niż Syriusz się spodziewał.
- Idziesz z nami, Łapo czy wracasz prosto do domu? - spytał James. - Nie musisz iść, potrzebujemy tylko Lily i Pete'a... a jestem pewien, że wolałbyś spędzić wieczór inaczej.
Nawet gdyby myślał, że da radę coś naprawić, jeśli z nimi zostanie, to nie sądził, by dał radę patrzeć jak Lily rzuca zaklęcie. Szczególnie jeśli oczekiwali, że będzie się zachowywał normalnie.
- Ta, dom... - zmusił się do uśmiechu. - ta, na pewno, Hermiona spodziewa się mnie z powrotem. Okej, cóż, powodzenia.
James spojrzał na niego chytrze.
- Nawzajem. Nie to żebyś tego dziś wieczorem potrzebował. Ale jutro musisz powiedzieć Moody'emu, że odchodzisz z pracy.
Ale Syriusz ledwo go usłyszał. Jedyne co przychodziło mu do głowy to „nie tak miało być."
N/A: Zaczynam się czuć jak zdarta płyta, ale moje słowa są tak samo szczere jak za pierwszym razem: Dziękuję Wam wspaniali czytelnicy za zainteresowanie i czas poświęcony na komentowanie i dodawanie do ulubionych. Bardzo mi pochlebia, że wkładacie w to tyle wysiłku xx
I Emily, dziękuję Ci za brnięcie przez moje przydługie emaile! Och i za poprawki też, oczywiście. Świetna robota, tym razem przebiłaś sama siebie, strasznie mi się podoba :)
