N/A: Witajcie w ostatnim rozdziale. A właściwie to nie, został jeszcze epilog.

Dziękuję, za wszystkie informacje zwrotne, to miło, że poświęciliście na to czas xx

Podziękowania te dla Emily za niekończącą się cierpliwość dla mojego frapującego toku myślowego, och i za uczynienie mojej opowieści milion razy lepszą. Xx


31 października 2001

Alastor Moody nie był człowiekiem, który żałowałby swoich poczynań, ale kiedy tego wieczora oddalał się między drzewa zostawiając za sobą Hermionę, pomyślał, że tym razem chyba zacznie. Powiedzenie jej prawdy w liście wydawało mu się tchórzostwem, ale Albus nalegał, że to dobry pomysł. To był od początku plan Albusa. Wysłać dziewczynę z powrotem do przyszłości, tam się z nią spotkać i dać jej list, który wszystko wyjaśni. Alastorowi nigdy się to nie podobało. Wolał walić wszystko prosto w oczy, ale w tej całej sprawie z Granger były takie momenty, kiedy tak się po prostu nie dało.

Starał się jak mógł, a większość tego naginania prawdy działała na jej korzyść, ale Alastor dalej miał wrażenie, że zawiódł dziewczynę. Okłamywanie jej, wymyślanie powodów, dla których musiała odejść wydawało mu się okrutne, szczególnie, że wiedział, że i tak zrobiłaby to o co by poprosił. Jednakże śmierć Albusa była wtedy tak świeża (nie to żeby Alastor nie przyzwyczaił się do tracenia towarzyszy, ale odejście Albusa dziwnie na niego wpłynęło) a kilka godzin to zbyt wcześnie, by zacząć wątpić w jego osąd. Nigdy nie wyobrażał sobie, że dyrektora zabije coś innego niż starość i nawet po dwudziestu latach próbowania tego zapomnieć, obraz zakrwawionego ciała jego wieloletniego przyjaciela pozostawał w jego świadomości, całkiem jakby widział to wczoraj.

Przystanął na skraju zagajnika i wziął głęboki oddech. Jego część zadania dobiegła już końca, miał nadzieję, na pozostawienie przynajmniej tego za sobą. To nie tak, że scena śmierci przychodziła mu na myśl i szokowała go za każdym razem, kiedy przestał się pilnować, ale inne wspomnienia o Dumbledorze na swój sposób także go trapiły. Dyskutowali o szczegółach i kłócili się czy ten plan był w ogóle potrzebny, ale wszystko sprowadzało się do jednego wieczora dwie dekady wcześniej.

Dzień 16 października 1981 był pracowity dla wszystkich. Najpierw spotkanie Zakonu, potem misja do lasów Suffolk, a wraz z nią śmierć Edgara Bonesa i strata Alastorowego oka, a także pojmanie kilku paskudnych Śmierciożerców, w tym jednej czarownicy, za której śmierć dalej czuł się częściowo winny. Mimo to jednym z najbardziej pamiętnych momentów był taki kilka godzin wcześniej, kiedy Alastor siedział na swoim zwyczajowym miejscu w piwnicy Świńskiego Łba i czekał na przybycie reszty zakonnego zespołu. Jednakże w tym szczególnym momencie jego umysł zaprzątało coś zupełnie innego. Albus Dumbledore właśnie powiedział Alastorowi coś czego ten nie mógł zrozumieć. Rozważał wpadnięcie w gniew, ale Albus tylko dalej przechadzał się po pokoju, wyglądając przy tym na zaniepokojonego.

- Co wiesz o alchemii, Alastorze? - spytał tonem konwersacyjnym, całkiem jakby właśnie nie przyznał się, że okradł miłą młodą damę.

- To samo co inni. - burknął Alastor opryskliwie. Tego wieczoru nie był w nastroju na Dumbledore'a i jego zagadki. - To badania nad przekształceniem metalu w złoto i stworzenia eliksiru życia, ale co to ma wspólnego z tą sprawą? Nie wierzę, że okradłeś dziewczynę, Albusie. To nie w twoim stylu.

Broda Dumbledore'a zadrżała, kiedy zwiesił głowę.

- Obawiam się, że to bardzo w moim stylu, Alastorze. Zrobię wszystko co konieczne, by wygrać tę wojnę. A zdobycie urządzenia panny Granger bez jej zgody to jedna z mniej odrażających rzeczy jakie zrobiłem w życiu. - stary czarodziej urwał i wyciągnął spod szaty zmieniacz czasu. Brązowa klepsydra bujała się prawie hipnotycznie na palcu dyrektora, a jej metaliczny piasek lśnił czerwonawym światłem w blasku lamp gazowych na ścianach. - To coś cudownego Alastorze. - powiedział, a zmieniacz czasu bujał się wte i we wte. - Urządzenie stworzone do podróży w czasie, które chroni użytkownika, kiedy przenosi się nie tylko wstecz ale też poprzez czas. To, mój przyjacielu, jest dzieło geniusza.

Alastor wbił w Dumbledore'a wściekłe spojrzenie.

- Wystarczy zagadek. Co masz na myśli mówiąc poprzez czas?

- Od wielu lat współpracuję z moim przyjacielem Nicolasem Flamelem. Wiesz, że to jedyny człowiek w historii, któremu udało się osiągnąć podstawowe cele alchemii? Te dwa najsławniejsze, o których wspomniałeś, zmiana metalu w złoto i stworzenie eliksiru życia.

- Nie rozumiem co to ma z tym wspólnego. - odparł Alastor, zaczynając bębnić palcami o blat stołu. Może i szanował Albusa, ale dyrektor miał poważne problemy z trzymaniem się jednego tematu czy, Boże dopomóż, tłumaczeniem czegoś w pełni.

- Hmm, nie dziwi mnie to. - dyrektor uśmiechnął się irytująco. - Jestem pewien, że rozumiesz podstawowe zasady tworzenia kamienia. Na początku tego milenium pierwsze próby alchemiczne doprowadziły badaczy do wniosku, że każdy metal to kombinacja czterech żywiołów. Ognia, który był gorący i suchy, ziemi, zimnej i suchej, wody, zimnej i wilgotnej i powietrza, gorącego i mokrego. Różnice pomiędzy metalami biorą się z różnic w ułożeniu czterech żywiołów, z których dwa tworzą wnętrze, a dwa zewnętrze metalu. Z tego ci rozsądni panowie wysnuli teorię, że na transmutację jednego metalu w drugi może wpłynąć ułożenie tych podstawowych cech. Zmianę tę można by teoretycznie zminimalizować inną substancją. Stąd próby stworzenia substancji, która mogłaby to osiągnąć.

- Tak, Dumbledore - odezwał się Alastor niecierpliwie i odrobinę sarkastycznie. - Rozumiem urok takiej ilości złota i życia na jaką ma się ochotę, chyba każdy na Ziemi rozumie, ale jaki to ma związek? To zmieniacz czasu, a nie kamień.

- Cóż, jak pewnie zdajesz sobie sprawę, myślenie zakładające, że cztery żywioły tworzą wszystkie metale jest piękne, lecz niestety błędne. To jednak dobry początek. Mugolska alchemia odeszła od magicznej, kiedy odkryto, że wszystkie metale tak naprawdę składają się z pierwiastków i minerałów. I to znacznie większej ich ilości niż cztery. I wraz z przyrostem wiedzy, odpowiednimi składnikami, okolicznościami i magicznymi zastosowaniami kamień filozoficzny nagle stał się rzeczywistością Nicolas nie podzielić się ze mną ostatecznym sekretem, bo obaj wierzymy, że jeden kamień na świecie z pewnością wystarczy, ale kiedy pokazałem mu to - tu potrząsnął wiszącą klepsydrą. - Był zszokowany i zaniepokojony, że ktoś jeszcze jest na drodze do stworzenia własnego kamienia.

- Racja, ale powtarzam, że to zmieniacz czasu, a nie kamień. - Alastor zastanowił się jak dyrektor zareagowałby na szybki cios laską w kolano. Był przekonany, że Albus specjalnie go irytował.

- Ach, widzisz to co chcesz zobaczyć. - oznajmił Albus, ruszając wąsem i odsuwając się jakby czytał Alastorowi w myślach. - Kamień filozoficzny jest ostatnim stadium tworzenia alchemicznego. Zanim przybiera twardą, czerwoną formę, od której bierze swoją nazwę, ma konsystencję proszku o czerwonym kolorze i teksturze podobnej do piasku.

- Chcesz mi powiedzieć, że Granger wypełniła swój zmieniacz czasu... czym właściwie? Pyłem filozoficznym? - spytał ze zdumieniem auror.

- Tak, można by to tak nazwać, dokładnie tak, nim i jeszcze innymi składnikami. - odparł Dumbledore, unosząc klepsydrę do światła. - Piasek w zmieniaczu z Ministerstwa jest już dość potężny, a panna Granger wiele zaryzykowała, by to urządzenie zadziałało.

- Rozumiem, że to niebezpieczne, ale to dalej nie ma sensu, Albusie. Ta mała klepsydra zawiera piasek do podróży w czasie i sproszkowany kamień filozoficzny... Co próbujesz mi powiedzieć?

- Pamiętasz jak w lecie wyjaśniałem ci, dlaczego podróż całe dekady wstecz, której dokonała panna Granger jest niemożliwa?

„Jeśli podejdzie jeszcze o krok bliżej znajdzie się w zasięgu laski." pomyślał Alastor, którego irytował ten pełen wyższości ton.

- Tak. - burknął. - Ponieważ czas nie jest linią, tylko zbiorem równoległych linii stworzonych przez nasze decyzje, cofnięcie się o więcej niż dwanaście godzin, w porywach dwadzieścia cztery, jest niemożliwe. Zmieniacz czasu nie potrafi wybrać jednej ścieżki, ponieważ istnieje zbyt wiele podobnych do siebie scenariuszy.

- Dokładnie. - Dumbledore przytaknął. - Czas o wiele bardziej przypomina drzewo. Każde nasze posunięcie, każda podjęta decyzja tworzy nową gałąź, a my radośnie podążamy naszą wybraną ścieżką, zwykle nie zdając sobie sprawy z pozostałych gałęzi rosnących obok nas. To stąd, jak sądzę, bierze się poczucie deja vu, wrażenie, że już to wcześniej widzieliśmy na innej gałęzi, ale nasze umysły nie nadążają. To co zaintrygowało mnie najbardziej, kiedy po raz pierwszy spotkałem pannę Granger to nie tylko fakt, że jej zmieniacz czasu nie miał problemu z wyborem spomiędzy wielu wersji przeszłości, ale fakt, że wszyscy czarodzieje w historii, którzy spróbowali takiej podróży zginęli. Ludzkie ciało nie daje sobie rady z byciem przetransportowanym do innej gałęzi przeszłości. Jak wiesz z początku zastanawiałem się, czy jest w pełni człowiekiem.

Moody prychnął sam do siebie. Za pierwszym razem, kiedy razem poruszyli ten temat, tamtego wieczora, kiedy poznał Granger i zobaczył jej wspomnienia, pomyślał, że Dumbledore stracił piątą klepkę. Dalej denerwowało go to, że Albus nie ostrzegł go co zobaczy, ale dyrektora zawsze fascynowała bardziej dramatyczna strona życia.

Dumbledore uśmiechnął się.

- Wiesz, że musiałem sprawdzić każdą opcję, Alastorze. To jedyny sposób na radzenie sobie z nieznanym.

- Oczywiście. - burknął Alastor.

- Zdobycie zmieniacza do testów okazało się konieczne, choć może naganne. Te testy to jedyny sposób na odkrycie jak pannie Granger udało się go stworzyć. To naprawdę fascynująca rzecz, ale naszym prawdziwym celem było dowiedzieć się czy możne bezpiecznie jej użyć, czy też panna Granger trafi do losowej wersji przyszłości, która w żaden sposób nie łączy się z przeszłością, którą zna czy też tą, którą tu tworzy. Przez ostatni dwa tygodnie ja i Nicolas bez końca nad tym pracowaliśmy i wysnuliśmy wiele wniosków. Wiesz, Nicolas przeprowadził wnikliwe badania nie tylko nad alchemią, ale też nad podróżą w czasie. Na początku sądził, że jeśli da radę przenosić się od gałęzi do gałęzi w końcu znajdzie taką, w której wynalazł kamień, ale przedsięwzięcie okazało się bezcelowe. Co bym mu powiedział gdybym był już wtedy na świecie... właściwie to na tym etapie chyba nawet moja matka się jeszcze nie narodziła, więc Nicolas...

- Albusie - wtrącił Moody. - znowu zbaczasz z tematu.

- Rzeczywiście, proszę o wybaczenie? - odparł tamten z lekkim ukłonem. - Dysponujemy takimi faktami: to niemożliwe, by ludzkie ciało przeniosło się poprzez czas, podróż tak daleko wstecz jest zabójcza, a zwyczajny zmieniacz czasu nie jest w stanie wybrać na którą linię przeszłości się zdecydować. Ale jak sam wiesz nie można wątpić w sukces panny Granger, kiedy już widziało się jej wspomnienia. Więc Nicolas i ja zaczęliśmy spotykać się regularnie i mój przyjaciel wpadł na pomysł wykorzystujący jego dwie najpotężniejsze obsesje. Przedłużającą życie moc kamienia filozoficznego i podróż w czasie. Udało nam się znaleźć wytłumaczenie, dlaczego jej zmieniacz czasu dał rade wybrać cel podróży: kombinacja użycia brązu zamiast złota jako przewodnika i użycie podwójnej wymaganej ilości piasku dunitowego. Z jakiegoś powodu te dwa czynniki znacznie poprawiły stabilność zmieniacza, chociaż nawet sama panna Granger powiedziała mi, że jej obliczenia wskazują, że nie mógłby zabrać jej dalej niż dwadzieścia lat wstecz. Nicolasowi udało się dokończyć jej pracę, nie żeby wiedziała, że jej nie dokończyła. Dodał sproszkowanego srebra do mieszanki piaskowej. Jest pewien, że dzięki temu, kiedy panna Granger użyje zmieniacza, by przenieść się do przodu, urządzenie pozostanie zakotwiczone na tej gałęzi.

- Jednakże nie doszliśmy jeszcze do ostatecznych wniosków co do tego jak udało jej się przetrwać podróż. Czy poprzedni sukces to gwarancja, że bezpiecznie dotrze do przyszłości? Gdyby nie mogła opuścić tego czasu mielibyśmy poważny problem. Nicolas i ja wierzymy, że sproszkowana, wcześniejsza forma kamienia filozoficznego utrzymała ją przy życiu, chociaż czy umierała i była przywracana do życia podczas podróży czy też kamień ją chronił, tego nie wiemy.

- Ale myślałem, że trzeba wypić eliksir by stać się nieśmiertelnym lub zachować życie?

- Świetnie Alastorze. - pochwalił Dumbledore, tonem, który Alastor uznał za raczej protekcjonalny i obraźliwy. Przynajmniej nawyk nie kazał mu przyznać punktów. - Tak, tak jest zazwyczaj. Jednakże, Nicolas dowiedział się, że magia, która przebiega przez łańcuszek zmieniacza czasu, który jak zawsze musi otaczać podróżnika, wystarcza by przenieść chroniącą życie moc kamienia na podróżnika. Eliksir, tak samo jak łańcuszek to tylko łącznik pomiędzy kamieniem, a użytkownikiem. Można sobie wyobrazić testy... - urwał, może dlatego, że Alastor bawił się swoją laską. - Mówiąc prosto, nie przetestowałem tej teorii tak bardzo jak bym chciał. Widzisz, mieliśmy limit czasu, ponieważ chcę dziś zwrócić urządzenie panu Lupinowi. Kończy mu się już do mnie cierpliwość. Jeśli eksperymenty Nicolasa wykażą śmiertelne niebezpieczeństwo, będę musiał po prostu odebrać pannie Granger zmieniacz.

- Bardzo mi się to nie podoba, Albusie. Oni ci ufają.

- Pan Lupin już chyba nie. Chyba ma mi za złe, że go o to poprosiłem.

Przez chwilę Alastor nie odpowiadał. Nie mógł winić chłopaka. Sam byłby nieźle wkurzony, gdyby Albus poprosił go o zrobienie czegoś takiego. Choć on pewnie kazałby Albusowi się odwalić.

- Więc co teraz zamierzasz? Nie może opuścić tej gałęzi czasu. Chcesz jej powiedzieć, że już nigdy nie wróci do domu? Wszyscy przyjaciele, którzy ją tu zaprowadzili dalej tam są i nie da się im pomóc.

- Nie możesz tak o tym myśleć, Alastorze. - odparł Dumbledore, a w jego głosie zabrzmiał cień zniecierpliwienia. - Myślenie o tym co by mogło być gdybyś podjął inną decyzję doprowadziłoby cię do szaleństwa. - Alastor przytaknął, ale pomyślał, że Granger raczej nie podzieli jego poglądów. - To ma też dobrą stronę, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

- A niby jaką?

- Taką, że nie będziemy musieli martwić się o trenowanie tej panny Granger, która urodziła się w tej ścieżce czasu, bo ta, która przybyła tu z planem pochodzi z zupełnie innej.

- To prawda. - powiedział wolno Alastor. Tego się właśnie obawiał. Nie było wątpliwości, że ta Granger, która walczyła ze Śmierciożercami i poradziła sobie z MI5 była potężnym sprzymierzeńcem, ale ta, która miała teraz dwa latka i przy odrobinie szczęścia będzie wiodła spokojne życie i wyrośnie na zwyczajną dwudziestolatkę, nie będzie gotowa do zadania, jakie przed nią postawią. Ale to, choć mogły zasmucić Granger, która znała osieroconego Harry'ego, były najlepsze wieści jakie Alastor mógł usłyszeć. - Chyba masz rację. Więc jak chcesz to rozegrać?

- Myślę, że skoro jej zmieniacz jest zakotwiczony w na tej gałęzi, najlepiej będzie wysłać ją do dwa tysiące pierwszego, żeby upewniła się czy wojna skończyła się tak samo jak liczyliśmy i czy udało nam się stworzyć dla niej wiarygodną tożsamość, a potem może wrócić.

- Jesteś pewien, Albusie? - spytał Alastor, z niejakim przerażeniem zauważając, że Dumbledore mówił o tym z całkowitym spokojem.

Dumbledore westchnął i potrząsnął głową.

- Nie, ale Nicolas dalej pracuje nad hipotezą i jest przekonany, że wkrótce wyciągnie wnioski.

- To ogromne ryzyko. - zaznaczył z rezerwą Moody. Nie mieli żadnej gwarancji, że panna Granger po prostu nie zniknie. Prawda, zależało im na tym by wróciła i upewniła się, czy wszystko poszło zgodnie z planem, wszystkich Śmierciożerców złapano i nikt więcej nie ucierpiał, ale czy warto było po to ryzykować jej życie?

- Zdaję sobie z tego sprawę. - odparł spokojnie Dumbledore.

Myśląc nad tym Alastor zaczął wybijać cichy rytm uderzając laską o nogę od stołu. Warto ryzykować, by zdobyć więcej informacji, a Granger była oddana swojej misji i z pewnością zgodzi się bez problemów. Większe ryzyko podjęła podróżując tutaj zanim Nicolas zmodyfikował urządzenie. Choć Alastora to denerwowało, Dumbledore jak zawsze doszedł do dobrych wniosków.

- Masz jednak rację, tak będzie najlepiej. - przyznał.

- To prawda. – zgodził się ponuro Dumbledore, niechętnie przytakując.

Rozważając minusy planu Albusa, Alastor dalej wybijał rytm. Dziewczyna przybyła tu by naprawić swój świat, ale pozostawiła go na zawsze za sobą, kiedy się „cofnęła", więc cała jej praca w żaden sposób nie odbije się na jej świecie. Kiedy zda sobie sprawę, że nie tylko nie pomogła swoim przyjaciołom, ale też ich porzuciła, będzie zdewastowana. No i jeszcze Black. Wkurzy się, kiedy powiedzą mu, że wysyłają Granger z powrotem i nie mają stuprocentowej pewności, czy wróci bezpiecznie.

- Black nie będzie zadowolony. - mruknął do siebie Alastor.

- Zrozumie. Lepiej zachować ostrożność. - powiedział z wahaniem Dumbledore i Alastor zrozumiał, że wierzył w to tak samo mocno jak on sam.

- A co z dziewczyną? Bedzie zdruzgotana. - naciskał Alastor, którego trochę złościł fakt, że Dumbledore najwyraźniej nie pojmował jak to się odbije na dwojgu młodych ludzi. - Ty im powiesz, nie ja.

Dumbledore przytaknął.

- Poczekamy na ten dzień. Dajmy im cieszyć się sobą.

- Jesteś zbyt miękki, Albusie. Powinni się dowiedzieć. - powiedział Alastor, myśląc, że to idiotyczne chronić kogoś przed czymś czego nie da się zmienić.

- To mogłoby wpłynąć na ich determinację. Wszystko musi pójść według planu.

Alastor zdał sobie sprawę, że tym razem to on przedłożył uczucia ponad ważniejszy cel, ale wciąż nie był przekonany. Po prostu wydawało mu się głupotą zrzucenie tego na dzieciaki pod sam koniec. Nie dało się przewidzieć, jak zareagują, a w nieprzyjemnych sytuacjach Black nie należał do najbardziej racjonalnych osób na ziemi. Odrobina przygotowania może im się przydać, ale zostały jeszcze dwa tygodnie, później Alastor jeszcze raz spróbuje przekonać Albusa. W międzyczasie mieli bardziej niecierpiące zwłoki problemy, jak na przykład dziecko imieniem Hermiona Granger.

- No tak. - odezwał się Alastor. - A co z tą drugą?

- Zajmę się tym w tym tygodniu. - odparł Dumbledore.

Na tym etapie Alastor nie miał pojęcia co zamierzał zrobić z dzieckiem Grangerów, ale potem okazało się, że po prostu odesłał gdzieś całą rodzinę. Poszedł do ich domu w Kensington, rzucił bardzo silne zaklęcie zmieniające pamięć i dał im fałszywe mugolskie dokumenty. Wysłał ich do Australii, by zamieszkali tam pod imieniem Wilkins, co jak mu powiedział Dumbledore, zrobiła Hermiona w 1917 roku, by ochronić swoich rodziców. Zaklęcia Dumbledore'a umożliwią im dobre i bezpieczne życie w małym miasteczku Murwillumbah w Nowej Południowej Walii, a nikt nie rozpozna w ich dorastającej córce Hermiony Fehr i nie zniszczy całego przedsięwzięcia.

- Kiedy pojawią się pozostali? - spytał Alastor, wstając. Chciał zabrać się za następny punkt programu. Cały ten podwójny blef wcale mu się nie podobał i stary auror był przekonany, że to wszystko jeszcze wybuchnie im w twarz.

- Niedługo. - odparł Dumbledore, zerkając na zegarek kieszonkowy.

Alastor ruszył w stronę drzwi, ale zanim do nich dotarł rozległo się szybkie pukanie. Kiedy odryglował zamek ciężkich drzwi i otworzył je, jego oczom ukazał się blady i zmartwiony Remus Lupin.

- Lupin. - powiedział Moody, zauważając jego pełne podejrzliwości zachowanie. - Świetnie. Przyprowadziłeś Blacka?

Wychylił się na korytarzy, by zobaczyć czy ktoś się tam nie czai, ale Lupin był sam.

Dopiero kilka lat później Lupin przyznał się, że podsłuchał ich rozmowę i że bardzo żałował, że nie powiedział o niej przyjaciołom.

Alastor potrząsnął głową, by pozbyć się wspomnień. Przystanął niezły kawałek od Hermiony, ale jego magiczne oko dalej dostrzegało ją stojącą pomiędzy drzewami najbliżej domu. Po chwili przemieściła się głębiej w lasek, znalazła odpowiednie miejsce i przysiadła na ziemi. Chwyciła zębami zapaloną różdżkę i zabrała się za otwieranie paczki, którą doręczył jej Alastor.


Czytając list Dumbledore'a, napisany zdawać by się mogło wczoraj, w październiku 1981 roku, Hermiona ledwo mogła się skupić. Usilnie próbowała zrozumieć co to wszystko znaczyło. Że prawie stworzyła kamień filozoficzny, choć wcale nie próbowała, co pozwoliło jej zmieniaczowi cofnąć się znacznie dalej niż jakikolwiek z tych, które badała. Dumbledore dawał jej do zrozumienia, że cofnęła się w czasie we wcześniej niespotykany sposób, co wprawiło ją w zdumienie. Te wszystkie metafory z drzewem czasu i jego licznymi gałęziami wydawały się strasznymi bzdurami, ale z drugiej strony tłumaczyły minimalne różnice, które zauważyła. Jak na przykład to, że peleryna Jamesa nie trafiła do Dumbledore'a wtedy, kiedy powinna, choć ona i Syriusz nie zrobili nic, by to zmienić. Ale nawet te ledwo widoczne sygnały nie pomagały jej tego pojąć.

Jednakże najbardziej dezorientowało ją coś co nie miało nic wspólnego z tym jak działała czy nie działała podróż w czasie. Nieobecność Syriusza i Remusa. Bez względu na to co wydarzyło się przez ostatnie dwadzieścia lat, po prostu nie mogła uwierzyć, że zapomnieli o jej przybyciu. Więc coś albo ktoś utrzymywał ich z daleka. Znów podniosła kopertę i obróciła ją do góry nogami nad swoimi kolanami, szukając wytłumaczenia. W środku znalazła schludnie złożony list pisany na białym pergaminie (zgadła, że pochodził od Frederiki) i plik papierów zapisanych wąskim, pełnym pętli pismem, takim samym jak w liście Dumbledore'a. Kartki były włożone w kolejną notkę. Najpierw sięgnęła po list od Frederiki, pragnąc odrobiny pocieszenia, zanim zajmie się kolejnymi problemami Dumbledore'a. Był z zeszłego tygodnia, to znaczy z października 2001 roku. Stworzenie własnej chronologii mogło się okazać kłopotliwe..

Droga Hermiono,

Przepraszam za oszustwo, Schatz, ale Dumbledore nalegał bym powiedziała, że moje próby stworzenia Ci tożsamości spełzły na niczym. Aż do samego końca nie wiedział o naszym planie i chociaż prawie osiągnęliśmy sukces, uparł się, że musisz uwierzyć, że odchodzisz na zawsze. Wielokrotnie od jego śmierci dyskutowaliśmy na ten temat z Alastorem Moodym, ale nie udało nam się jeszcze rozumieć, dlaczego tak musiało być. Przyszło nam tylko do głowy, że nie chciał dawać Ci nadziei na powrót.

Z radością informuję Cię, że możesz mieć nadzieję. Znalazłam sposób na przekonanie mojego brata do udzielenia nam pomocy, choć będziesz musiała się postarać. Alastor uznał, że dla twojego bezpieczeństwa lepiej będzie, jeśli na czas reorganizacji brytyjskiego Ministerstwa dołączysz do mnie w Zurychu. Da ci to szansę na poznanie mojego brata i przekonanie go, że nie popełnia błędu użyczając Ci rodowego nazwiska. Przybierzesz tożsamość, której używałaś podczas swojego pierwszego pobytu w 1981 roku: mojej córki. Mam nadzieję, że Cię to satysfakcjonuje. Remus zapewnia mnie, że zapewni Ci ona wszystko czego potrzebujesz. Możliwość pracy w Ministerstwie i niezależność, jeśli to konieczne.

Alastor kazał mi obiecać, że w tym liście nie powiem Ci zbyt wiele o przyszłości, ale przychodzi mi to z trudem, bo tyle chciałabym Ci przekazać. Na razie zatrzymam dla siebie Twoją ścieżkę, ale wydaje mi się, że masz prawo wiedzieć co stało się z Twoimi starymi przyjaciółmi, dla spokoju ducha. Harry i Ron otrzymali to na co liczyłaś. Wiodą bardzo normalne życia bez gróźb śmierci (z wyjątkiem tych wypowiadanych przez ich matki, kiedy źle się zachowują) czy utraconych przyjaciół. Ale nawet prowadząc to spokojne życie Harry postanowił zostać aurorem i właśnie zaczyna trzeci rok ćwiczeń, chociaż biorąc pod uwagę fakt, że jego tata i ojciec chrzestny pracują w zawodzie, chyba nie powinno nas to dziwić. Ron także trafił do Ministerstwa, pracuje w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. To chyba Cię uszczęśliwiło, choć rozumiesz młodą Florę, kiedy skarży się na to, że praca zachęca jej chłopaka do mówienia o Quidditchu. Wydaje mi się, że Harry trochę zazdrości przyjacielowi pracy... co bardzo Cię bawi.

Nie powiem nic więcej, bo inaczej Alastor się na mnie obrazi i nie pozwoli mi włożyć tego do paczki. Twoja własna przyszłość czeka tu na Twój powrót i jest dobra. Ty i ja widujemy się regularnie. Wydaje mi się, że przez ostatnie dwadzieścia lat spędziłam więcej czasu w Anglii niż w domu. Twoi przyjaciele są naprawdę cudowni, to prawdziwa rodzina.

Z miłością,

Frederika.

Hermiona znów przeczytała list, rozkoszując się słowami. Ron miał pracę w Ministerstwie? I to taką, którą uwielbiał, idealną dla siebie. Mimowolnie zaczęła sympatyzować z „młodą Florą" jak ją nazwała Frederika. Ron już zanim zaczął się tym zajmować profesjonalnie miał obsesję na punkcie Quidditcha i wolała sobie nie wyobrażać jak bardzo mu się pogorszyło, kiedy ktoś zaczął mu za to płacić. Myśląc o tym jak świetnie mu to poszło, jak bardzo zawód ten różnił się od tego co robili jego bracia i jak wszyscy Weasleyowie i Harry z pewnością zazdroszczą mu tego dojścia i możliwości zdobycia darmowych biletów, Hermiona poczuła jak na usta wypływa jej uśmiech. Ron musiał być przeszczęśliwy. Bez względu na to co Dumbledore powiedział o różnych gałęziach czasu, świadomość, że ten Harry i Ron dostali od życia to czego pragnęli pomagało znieść oszołomienie.

Znów złożyła list Frederiki. Dalej nie mogła uwierzyć, że dostanie szansę cieszyć się życiem, którego przedsmaku zakosztowała przez ostatni miesiąc. Będzie mogła poszukać pracy w Ministerstwie, spróbować polepszyć los magicznych istot dwadzieścia lat wcześniej... nawet jeśli bez udziału w wojnie miała mniejsze wpływy to przynajmniej zacznie, a to już wystarczający powód do radości. Na powrót przeniosła uwagę na kolekcję kartek pokrytą pismem Dumbledore'a. Było ich całkiem sporo, złożono je na stertę i obwiązano sznurkiem. Do góry sterty przyczepiono notatkę napisaną znacznie bardziej kwadratowym i ostrzejszym pismem.

Granger,

Oto notatki Albusa na temat twojego wichajstra, zrób z nimi co chcesz. Stwierdziłem, że to powinnaś je mieć, biorąc pod uwagę, że to Ty go wynalazłaś. Znajdziesz też załączoną listę imion i lokacji, gdzie znaleźliśmy pozostałych Śmierciożerców.

Chcę przeprosić za przysłanie Cię tu bez wyjaśnień. Albus uznał, że lepiej byś uwierzyła, że odchodzisz na zawsze. Powinnaś wiedzieć, że nie zgadzałem się z nim i zamierzałem forsować swoje zdanie. Ale tamtej nocy nagle odszedł i nie chciałem podejmować ryzyka i mówić Ci o tym wszystkim, w razie, gdyby istniał inny powód, którym się ze mną nie podzielił. Chcieliśmy byś wróciła do przyszłości, żebyśmy mogli potwierdzić czy wszystko i wszyscy są bezpieczni, a są i czy Twoja tożsamość okazała się sukcesem. Frederika wykonała świetną robotę.

Ja z kolei oczyściłem Twoje imię u MI5. Nie szukają już agentki Hermiony Granger, ponieważ znaleziono ją na brzegu Tamizy w październiku 1981 roku. Wiesz pewnie, że człowiek pod wpływem eliksiru wielosokowego nie powraca po śmierci do prawdziwej formy. Mieliśmy w Ministerstwie ranną Śmierciożerczynię pojmaną w trakcie tego samego rajdu, w którym straciłem oko. Okropna baba, odmówiła leczenia w świętym Mungu, bo zatrudniają mugolaków, a miała poważnie zakażoną ramę po klątwie. I tak miała umrzeć, więc wykorzystałem okazję i podawałem jej eliksir wielosokowy aż do samego końca. Muszę być szczęściarzem, bo albo Black nie zmienia ubrań albo Ty masz po prostu więcej włosów niż normalna dziewczyna.

Możesz bezpiecznie wrócić, choć dla swojego dobra powinnaś zostać w Zurychu do Świąt. Tak będzie bezpieczniej. Mam nadzieję, że rozumiesz moją niechęć do sprzeciwienia się Albusowi. Z tym człowiekiem nigdy nie było wiadomo... lepiej było zawsze go słuchać, tak na wszelki wypadek.

A. Moody

Hermiona nie była pewna co bardziej zaskoczyło ją w liście Moody'ego. To że tak ją przeprosił czy też to, że w ogóle przyznał się do błędu. Pochlebiało jej, że zrobił coś tak ryzykownego jak przemycenie umierającej Śmierciożerczynię pod nosem Ministerstwa tylko po to by oczyścić jej imię w oczach mugoli. Choć z drugiej strony, Syriusz wielokrotnie powtarzał, że Moody lubił ją bardziej niż kogokolwiek innego, więc może szczerze pragnął by została. Wyglądało na to, że jakiś czas spędzi w Szwajcarii, co dość ją cieszyło. Będzie mogła wyjść z domu bez strachu przed reporterami i ich pytaniami, nie mówiąc już o pozostałych Śmierciożercach, których Ministerstwo jeszcze nie wyłapało.

Na jej kolanach leżała już tylko jedna rzecz, kawałek pergaminu złożony na pół. Pismo pokrywające zewnętrzną stronę uderzająco przypominało jej własne, choć słowa były ucięte tam, gdzie oderwano go od większego dokumentu. Rozwinąwszy go on razu rozpoznała te porządne i wyuczone litery.

Przestań czytać i wracaj, kobieto. Wszystko Ci opowiem. Albo to ty mi wszystko opowiesz, już nie pamiętam, to było wieki temu. Ale nie o to chodzi. Pospiesz się!

Pan Ogden x

Hermiona zaśmiała się na głos. Cokolwiek wydarzyło się pomiędzy nią i Syriuszem przez „kolejne" dwadzieścia lat, najwyraźniej dalej się przyjaźnili. Ta wiedza sprawiła, że poczuła się nieco lepiej. Zaczęła gmerać przy łańcuszku dookoła swojej szyi, a jej uśmiech rósł i rósł. Wracała, znaleźli sposób by mogła zostać, mogła być Syriuszem i nawet jeśli im się nie uda, to zostaną przyjaciółmi. To wystarczyło, by podnieść ją na duchu po niezmiernie konfundującym liście Dumbledore'a.

Otoczyło ją znane już kłębowisko kolorów i wycie, ale tym razem ledwo to zauważyła. Potrafiła myśleć tylko o tym, że im się udało i że skończyła. Niepokojące pomysły Dumbledore'a dalej obijały jej się po głowie, ale nie pozwalała im się zakorzenić. Nie teraz, nie dopóki była sama. Potrzebowała czasu by zrozumieć co to wszystko znaczyło i choć Dumbledore naciskał, by nie zastanawiała się nad decyzjami, które mogła podjąć czy faktem, że porzuciła swoją pierwotną ścieżkę na rzecz tej, wiedziała, że to zrobi. Ale wracała i przyjaciele pomogą jej zrozumieć, kiedy już wyciągnie te fakty, by im się przyjrzeć.


31 października 1981

Pierwszą rzeczą jaką Hermiona zauważyła, kiedy świat na nowo uformował się przed jej oczami była siedząca na ziemi postać, której lśniąca różdżka malowała w powietrzu znaki jak zimne ognie w rękach dzieci podczas nocy piątego listopada. Syriusz. Wydawał się tak skupiony na świetle, że nie zauważył jej przybycia. Hermiona podeszła kilka kroków do przodu i odezwała się cicho.

- Mmm, więc okazało się, że... - ale reszta jej zdania utonęła w okrzyku Syriusza, który podskoczył do góry i rzucił się na równe nogi.

- Ty... ty... - zająknął się, przyciągając ją do siebie, by przytulić mocno. - Nie zadziałało? - nie poczekał na odpowiedź tylko spytał tym samym oszołomionym tonem. - Dlaczego tu jesteś? Voldemort wrócił?

Hermiona bardzo chciała odpowiedzieć słowami: „Nie, wszystko jest w porządku i przybyłam by zostać", ale tak przyciskał twarz do jej twarzy, że ledwo mogła oddychać, a co dopiero mówić. Ostatecznie zdecydowała się na uszczypnięcie go w bok, bo nie zapowiadało się, by ją puścił.

- Auć. - jęknął, rozluźniając chwyt. - Za co to?

- Za duszenie. - odparła łagodnie Hermiona, uśmiechając się do niego. - Wszystko w porządku. - ciągnęła. - Riddle odszedł, dostałam od Moody'ego instrukcje, gdzie złapano Śmierciożerców i - spojrzała na niego. Pomiędzy drzewami było tak ciemno, że tak naprawdę widziała tylko błysk jego zębów lub oczu, kiedy się poruszał. - Jest dobrze. Mogę zostać. - nie musiała widzieć jego twarzy, by wiedzieć jaka miał minę. Prawie słyszała to oszołomienie. - Nie przeszkadza ci to? - spytała, po raz pierwszy niepewna.

- Ta - wydyszał. - Ta, oczywiście, ale jak? Frederika i Moody, oni...

- Skłamali! - zawołała zdenerwowana, a potem wyjaśniła. - Skłamali żebym się przeniosła i sprawdziła. Dumbledore chyba sądził, że tak trzeba, choć odnoszę wrażenie, że nikt poza nim nie pochwalał tego pomysłu. Ale nieważne, dlaczego. Wróciłam i po spotkaniu z Moodym będziemy mogli zostawić to za sobą.

Hermiona nie mogła się zmusić do przytoczenia pozostałych części opowieści, bo w tym momencie, trzymana w jego tytanowym uścisku i słuchając pełnego ulgi, radosnego śmiechu Syriusza, czuła się znacznie mniej skonfundowana całą tą sytuacją. Pomoże jej, a poza tym w obraz Harry'ego i Rona otoczonych ich wesołymi rodzinami, który miała dalej pod powiekami niezmiernie utrudniał dojście do przekonania, że nie udało im się tak bardzo jak miała nadzieję.

Jej tok myślowy został przerwany, kiedy nagle usta Syriusza mocno przycisnęły się do jej własnych i reszta dręczący niepokój zniknął na jakiś czas.

Pocałunek przypominał jej ten na Gali dwa miesiące temu, ten który sprawił, że zdała sobie sprawę ze swoich uczuć. Ledwo zauważyła korę wbijającą się jej boleśnie w plecy i musiała walczyć, by zachować świadomość, że znajdują się na widoku za domem Potterów. Cały czas miała Syriuszowi wiele do powiedzenia. O jej tożsamości i że Moody pozwolił Śmierciożerczyni umrzeć, by oczyścić jej imię w aktach MI5. Ale kiedy jej dłoń wsunęła się pod jego koszulkę, poczuła ciepłą skórę na plecach i pociągnęła go bliżej, stwierdziła, że to wszystko zupełnie nie ważne. Chociaż niecałą godzinę wcześniej pocałowała Syriusza na do widzenia, tym razem pocałunek wydawał jej się o wiele bardziej gorączkowy. Syriusz trzymał ją kurczowo, jakby bał się, że jeśli ją puści, ona znów zniknie. Wplotła palce drugiej ręki w jego włosy i nie puszczała... aż odezwał się zdumiony głos.

- Normalnie bym nie przeszkadzał... nie celowo... ale tak jakby muszę wiedzieć czy sobie tego nie wyobraziłem.

Syriusz odsunął się i obrócił się do Remusa, który stał niedaleko, wyglądając na odrobinę zdumionego i mrugał jakby za każdym razem, kiedy zamykał oczy, sceneria przed nim mogła się zmienić.

- Jestem tu, Remusie. - zapewniła Hermiona. - Na miejscu spotkał się ze mną Moody i okazało się, że chcieli po prostu sprawdzić czy wszystko poszło zgodnie z panem. List od Frederiki miał tylko zmusić mnie do odejścia.

- Zastanawiałem się. - mruknął Remus ze zdumieniem, brzmiąc przy tym niejasno. - Kiedy rozmawiałem z nią w poniedziałek była prawie pewna, że Faustus się zgodzi. Wydawało się, że jest tak blisko, ale nie chciałem wam nic mówić, póki nie wiedziałem nic na pewno. - zamrugał pospiesznie i spytał lekko złowieszczym tonem. - Zgaduję, że Dumbledore ją do tego zmusił?

- Dokładnie. - zgodziła się Hermiona, wychodząc spomiędzy Syriusza i drzewa. Uśmiechnęła się na widok nieszczęśliwej miny Syriusza i zanim kontynuowała konwersację, wzięła go za rękę. - Dumbledore dopiero kilka dni temu dowiedział się o naszych planach z Frederiką. Podobno on i Moody pracowali nas własnym wyjściem z tej sytuacji. Ale to chyba teraz nie ma znaczenia. Lepiej zostać Hermioną Fehr niż uczyć się życiorysu zupełnie nowej osoby.

- To prawda. - odparł Remus, a na jego twarzy wykwitł kuriozalnie ogromny uśmiech. Nagle rzucił się do przodu i Hermionę otoczyły wilkołacze ramiona. - Dzięki Merlinie, dwadzieścia lat? - odezwał się cicho. - Chyba bym tyle z nim nie wytrzymał. Minęła ledwo godzina, a już kończyły mi się pomysły.

Zaśmiał się z ulgą i okręcił ją dookoła. Ręka Hermiony została wyrwana z uchwytu Syriusza, a jej stopy oderwały się od ziemi. Zachichotała na widok jego szczęścia. I swojego. Radosny oszałamiający napływ możliwości przejmował kontrolę nad jej umysłem i przyćmiewał wszystko inne. Jeśli ci dwaj jej pomogą, wszystko będzie w porządku.

- No dobrze. - odezwał się odrobinę niecierpliwie Syriusz, bo Hermiona i Remus dalej się przytulali, chichocząc pod nosami. Remus uśmiechnął się do przyjaciela i cofnął ręce, dalej szczerząc się szeroko. Hermiona chyba jeszcze nigdy nie widziała go tak szczęśliwego. Syriusz chyba zauważył, bo powiedział. - Wiem, dlaczego ja szczerzę się jak idiota, ale co ciebie tak uszczęśliwiło, Lunatyku? To jak twoja herbaciana twarz.

- Herbaciana twarz? - spytała Hermiona, ale mężczyźni ja zignorowali.

- Chodzi tylko o to, że jeśli Hermiona będzie panną Fehr o bez problemu dostanie pracę w Ministerstwie i wszyscy wygrają. Tym razem ja też. - zakończył łagodnie Remus.

Hermiona nie była w stanie odczytać wyrazu twarzy Syriusza, ale w świetle zapalonych różdżek wyglądał na targanego poczuciem winy, choć nie rozumiała, dlaczego. Walnął przyjaciela w ramię i powiedział cicho:

- Najwyższy czas, bracie, choć wydaje mi się, że ludzie będą cię teraz lepiej traktować bez względu na wszystko. W końcu ty i twoje fenomenalne zdolności pojedynkowania uratowaliście świat. - Remus odrobinę nieśmiało potrząsnął głową, a Syriusz ciągnął. - Czekaj aż Skeeter dostanie to w swoje łapy. „Wzgardzony Przez Ministerstwo Wilkołak Uratował Wszystkich Czarodziei w Brytanii". Będzie opowiadać wszystkim jak wytropiłeś Wężowatego, zabiłeś go w pojedynku, przywróciłeś swojego przywalonego dachem przyjaciela do życia i uratowałeś mugoli w Dolinie Godryka przed strasznym losem. I to wszystko z małym Harrym na rękach.

Remus prychnął.

- Tak, i właśnie dlatego wracam do domu najszybciej jak to możliwe.

- Mógłbyś pojechać ze mną do Zurychu. - olśniło Hermionę. - Jestem pewna, że Frederika bardzo się ucieszy na twój widok, a dzięki temu byłbyś z dala od prasy.

- Umm... Zurych? - spytał ostro Syriusz.

Hermiona skrzywiła się. Chyba powinna była o tym wspomnieć Syriuszowi zanim zaczęła zapraszać ludzi do wspólnej podróży.

- Zanim Faustus podpisze papiery muszę spotkać się z Fehrami. - odparła przepraszająco. - I dzięki temu będę bezpieczna, kiedy wy będziecie tu sprzątać.

- Ale... od razu znów znikasz? - spytał gorzko Syriusz.

- Nie na długo. - zapewniła pospiesznie Hermiona. - Kilka miesięcy, a jestem pewna, że będziesz mógł mnie odwiedzić.

- No chyba. - mruknął Syriusz, najwyraźniej nieprzekonany i zirytowany, że tak szybko wyjedzie. - I chodzi tylko o to, żeby zgodzili się potwierdzić twoją historię i zapewnić ci bezpieczeństwo. Nie zdecydujesz, że wolisz tam zostać?

Hermiona cieszyła się, że ciemność ukryła pełen satysfakcji uśmieszek na jej twarzy, kiedy zdała sobie sprawę, że Syriusz czuł się tak samo niepewnie jak ona.

- Nie. - odparła. - Nie mogłabym tam mieszkać, mój niemiecki jest straszny. No i wiesz... tęskniłabym za tobą, więc wrócę.

- Świetnie. - przytaknął Syriusz.

- Świetnie. - zgodziła się. - Więc co powiesz, Remusie? Masz ochotę na szwajcarskie wakacje? - spytała Hermiona, odwracając się do niego, ale Remus zniknął.

- Chyba pomyślał, że będziemy się kłócić. Szybko uciekł.- Syriusz wyszczerzył zęby i znów przyciągnął ją do siebie. - Więc skoro znów zostaliśmy sami...

Ale Hermiona szybko się odsunęła.

- Chodźmy zobaczyć się z pozostałymi, a potem do domu. - uśmiechnęła się i dodała sugestywnie. - Wyjechać musze dopiero jutro po południu.

- Dobrze. - odparł Syriusz, a jego uśmiech trochę zbladł. - To fajnie, bo musisz pójść ze mną wyjaśnić to wszystko Dziadkowi.

- Umm... dlaczego? - spytała Hermiona. Wiedziała, że Syriusz chciał powiedzieć Polluxowi co robili przez te ostatnie miesiące, ale zdumiewało ją to, że Syriusz uważał to za ważniejsze od innych, nieco bardziej przyjemnych czynności.

- Cóż - powiedział wolno. - tak jakby kazał mi obiecać, że to zrobię i musiałem podpisać tę umowę, w której zobowiązałem się oddać mu wszystko co posiadam, naprawdę wszystko, jeśli kłamię. - zakończył nieco przerażonym tonem.

- Co? – Hermiona wiedziała, że Pollux był sprytny gościem, ale by zasłanie na własnego wnuka (nie mówiąc już o tym, że dziedzica) ubóstwa to nieco ekstremalne posunięcie. - Dlaczego mi nie powiedziałeś?

- Bo pomyślałem, że przez to będziesz miała kolejny powód do odejścia. - przyznał cicho Syriusz, a humor sprzed chwili całkiem zniknął.

- Ale jak moje odejście ci pomoże? Przecież będzie chyba lepiej, jeśli pomogę ci mu powiedzieć.

- Ta, ale nasz związek to część tego wszystkiego i zostałaś wymieniona jako Hermiona Fehr, więc... - wzruszył ramionami. - w końcu wszystko wyszłoby na jaw.

- Dalej nie rozumiem jak moje odejście mogłoby pomóc... chyba żebyś powiedział mu, że zerwaliśmy, więc wróciłam do domu.

Trochę wyżej uniosła zapaloną różdżkę, by móc zobaczyć jego twarz. Wydawało jej się to trochę dziwne, że przejmował się czymś tak frywolnym jak pieniądze, bo przecież miał dobrą pracę, a dziadek nie mógł zabrać mu też pensji.

Syriusz wzruszył ramionami i unikał jej spojrzenia.

- Pomyślałem tylko, że możesz nie chcieć zostać, jeśli się dowiesz, że będę ledwo wiązał koniec z końcem.

- Jesteś idiotą. - oznajmiła z czułością Hermiona. Wiedziała, że nie powinna cieszyć się z kolejnego dowodu na niepewność Syriusza, ale dzięki temu tylko poczuł się lepiej, bo oboje martwili się tymi samymi rzeczami i żadne nie podejmowało decyzji na ślepo. Chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę furtki ogrodowej Potterów, dodając. - Mamy siebie, a przecież nie musimy wyżywić bandy dzieciaków. Pieniądze czy nie, poradzimy sobie.

Syriusz podążył za nią do tylnego ogródka, a Hermiona zaczęła się zastanawiać, czy przyjęcia z okazji Dnia DTV organizowane w tym miejscu staną cię w przyszłym roku coroczną tradycją. Miała nadzieję, że tak. Pomysł, że będą się tu spotykać, a ona będzie na to patrzyła ze świadomością, że zebrali się tu dzięki niej, Syriuszowi i Remusowi wywoływał uśmiech na jej usta i sprawił, że poczuła się nieco cieplej w ten zimny październikowy wieczór. Kiedy dotarli do kręgu światła na tylnym ganku, Hermiona obróciła się do Syriusza.

- Nie chcę tak po prostu wejść do środka, to trochę dziwne po tych całych pożegnaniach... urwała nagle, bo po raz pierwszy od powrotu dobrze mu się przyjrzała. - Dlaczego masz trawę we włosach? - spytała z rozbawieniem. Bawił ją widok zwykle nieporządnych (ale zazwyczaj pozbawionych trawek) włosów obsypanych czymś co wyglądało jak wąskie, zielone konfetti.

Syriusz potrząsnął głową i maleńkie kawałki zieleni pofrunęły w dół.

- Zapomniałem. - odparł z pół uśmiechem i potarmosił ciemne pukle, by wytrzepać ostatnie trawki. - Rogacz chyba myślał, że to poprawi mi humor. - przez chwilę marszczył brwi, a potem dodaje zdumionym tonem. - Choć nie wiem, jak to miało zadziałać, a potem i tak zostawili mnie tam samego. Potem znów wzruszył ramionami i powiedział z prawdziwym uśmiechem. - Teraz to już chyba nie ma znaczenia.

- Dlaczego? - spytała Hermiona. - Dlaczego tu zostałeś?

- Bo w środku był Prorok. - odparł, a na jego twarzy odbił się dyskomfort. - Nie chcę na razie z nikim rozmawiać. Lunatyk zbiera wszystkie laury za to co się tu stało. Lily nie chce, by Harry dorastał jako syn sławnej matki, mówi, że boi się, że pójdzie mu to do głowy.

Hermiona prychnęła cicho.

- Boże, był tylko najsławniejszym dzieckiem w Wielkiej Brytanii i dalej miał kompleksy, ale jeśli Lily i Remus są z tego zadowoleni, to czemu nie? - urwała na chwilę, zastanawiając się czy powinna wspomnieć o tym co widziała. - Um... widziałam ich... - zaczęła z wahaniem.

- Co! Rozmawiałaś z nimi? - Syriusz prawie spanikował. - Nie sądzę, by to było...

- Nie nie. - uspokoiła go. - Nie mieli pojęcia, że tak jestem. - odrobinę zmrużyła oczy i powiedziała sprytnie. - A tak w ogóle, nie czekałeś na mnie jak obiecałeś.

- Co? - powtórzył Syriusz zupełnie innym tonem, jego brwi zmarszczyły się na znak zmartwienia. - Um... przepraszam? - Wydukał niepewnie.

- Myślę, że Moody kazał wam trzymać się z daleka, bo wiedział, że i tak nie zostanę na długo. - odparła ze śmiechem i pocałowała go w policzek, by uspokoić jego nerwy. - Ale nie o to chodzi. Było tu przyjęcie i widziałam Jamesa, Harry'ego i wielu Weasleyów. Było tak wspaniale, wszyscy wyglądali na tak szczęśliwych. Nie mogła zmusić się do wspomnienia o pozostałych dezorientujących informacjach o drzewie czasu i jego możliwych gałęziach, które dostarczył jej Dumbledore. Przyprawiały ją o ból głowy, a nie mogła zrobić nic by to mienić. Teraz chciała tylko zobaczyć śmiejącego się berbecia i jego rodziców, a kiedy Noc Duchów stanie się Dniem Wszystkich Świętych wiedzieć, że Voldemort na zawsze pożegnał się z tym światem.