Od autorki: Miłego czytania!


Rozdział 1

Chwyciłem kolejną książkę i przerzuciłem za siebie. Nie, nadal nie ta. Szybko podniosłem kolejną, nie mogąc znaleźć właściwiej. Jeszcze jedna… Oczywiście też nie ta! Rozzłoszczony warknąłem.

Trudno, dzisiaj będę musiał się obejść bez głupiej i bezużytecznej książki do zielarstwa. Nic nie szkodzi, że mój profesor był innego zdania. Przecież jakby mnie nie ochrzanił za brak podręcznika, to znalazłby inny pretekst.

Od śmierci matki wiele zmieniło się w moim życiu. Kiedy ona nie mogła mnie już nauczać i chronić, musiałem radzić sobie sam. Na początku kazali mi zamieszkać z Malfoyami, a mój brat wyjechał do stolicy razem z ojcem. W dworze prawie zawsze panowała cisza, porządek i ład. Wszystko miało swoje miejsce. Oprócz mnie.

Nie pasowałem do tego idealnego obrazka. W końcu mój ojciec przysłał wiadomość, że mam przenieść się do bocznej posiadłości, żeby móc wznowić pobieranie nauk. Jednak tym razem matka nie mogła się za mną wstawić i skończyło się na tym, że zacząłem przerabiać materiał ten sam co mój brat.

Niestety nigdy nie potrafiłem być jak on. Zawsze mnie przeganiał. Moi nauczyciele powtarzali, że gdybym się starał jak on… gdybym był nim… jakbym miał tę samą moc… Jednak ja zawsze byłem we wszystkim gorszy. Nie miałem dyscypliny. Nie miałem mocy. Nie miałem tego sprytu. Nie miałem jego umiejętności.

Nie byłem Nathanielem Morfinem Riddlem.

Wszystko to zaczęło mieć nagle znaczenie. Wszyscy wmawiali mi, że muszę się uczyć i nadal to robią. Wszystko, co słyszę od jej śmierci to to, że mam się uczyć!

Mój ojciec nie odzywał się do mnie od ponad roku. Wyjechał bez słowa wraz z moim bratem, który pożegnał ze mną wieczorem. Następnego dnia już go nie było. Nie było nikogo, zostawili mnie samego.

Rodzina Malfoyów z początku nie wiedziała jak się ze mną obchodzić. Byłem w końcu synem ich władcy, młodym księciem. Szybko jednak się przekonani, że jestem obojętny naszemu królowi. Zrobili to, co było najłatwiejsze, schodzili mi z drogi, unikali i pozostawili samemu. To właśnie to było najgorsze w tamtym czasie.

Ciągła samotność.

Potem przeprowadzka i nauka… nauka i nauka. Moje całe życie zaczęło się opierać na podręcznikach, teorii i praktyce.

W posiadłości mojej matki, dworu, do którego zostałem przeniesiony, było takie specjalne, tajemnicze miejsce, o którym nikt nie wiedział. To tam matka zawsze dawała mi lekcje. Dostać się do niego można było jedynie dwoma wejściami, ja znalem tylko jedno i prowadziło ono bezpośrednio z jej gabinetu.

Gabinet matki wyglądał jak sprzed laty. Nikt nie ośmieli się tu wejść. Nawet ojciec.

Delikatnie pchnąłem drzwi, które ustąpiły pod naporem siły. Rozejrzałem się. Wszystko było na swoim miejscu jak zawsze.

Szybko przerzedłem za jej biurko, kierując się w okolice regału. Spojrzałem na czwartą półkę od góry, a moje oczy bezwładnie wylądowały na cieniutkiej, niebieskiej książce. ,,Czarodziejskie Bajki" – bez wahania pociągnąłem za książeczkę. Regał zaskrzypiał i obsunął się, ukazując schody.

Bez oporu wskoczyłem w tajemniczy korytarz i pognałem schodkami do góry. Nieoświetlone, ciemne i brudne miejsce. To właśnie tam chodziłem każdego dnia, odkąd wysłał mnie tu ojciec.

Do tajemniczego schowka Mamy.

Problem polegał na tym, ze wczoraj zostawiłem tu mój podręcznik do zielarstwa i teraz, na Merlina, nie mogłem go nigdzie znaleźć.

Zrezygnowany pobiegłem już i tak spóźniony na lekcje.

Zdyszany zatrzymałem się przed drzwiami do Sali od zielarstwa. Spojrzałem krytycznie na swoje poniszczone ubranie. Jednym ruchem różdżki spróbowałem doprowadzić się do porządku, co wyszło nawet zadowalająco. Jak na mnie.

Wziąłem głęboki wdech, zamknąłem oczy i spokojnie otworzyłem drzwi.

- Przepraszam za spóźnienie, niestety zatrzymały mnie bardzo ważne… - zacząłem i urwałem, kiedy zdałem sobie sprawę, że w klasie nie ma uczniów.

Zdezorientowany popatrzyłem na biurko nauczyciela, nie było nikogo. Już miałem wyjść, pewny, że moje spóźnienie było większe, niż przewidywałem, kiedy dostrzegłem jedną różnice. Krzesło.

Miejsce, na którym zazwyczaj zasiadał Pan Black, nauczyciel zielarstwa było odwrócone tyłem. Cóż, może była to mało znacząca różnica jednak zwróciła moją uwagę.

To odwrócone krzesło w jakiś sposób przypominało mi mojego ojca. Zawsze, kiedy matka prowadziła mnie do jego biura, widziałem dwie niezmienne rzeczy. Zdjęcie na jego biurku i fotel, który ojciec odwracał w stronę kominka, ilekroć ona pojawiała się w jego pobliżu.

Myślałem wtedy, że była dla niego wyjątkowa, jednak teraz wiem, jak bardzo się pomyliłem. Była jedynie jego marionetką, a kiedy stała się niepotrzebna…

Nie potrafiłem dokończyć myśli. Wydawało mi się, że po prostu nie do końca w nią wierze, bo przecież ojciec musiał żywić jakieś uczucia do matki? Prawda?

Byłem pewien, że moja twarz trochę zbladł, kiedy zdałem sobie sprawę z sytuacji. Ominąłem kolejną lekcje. Czwartą w tym tygodniu, a jest dopiero środa! Jeśli tak dalej pójdzie, to mogę być pewien, że ojciec zdecyduje się tu przysłać jakiś nadzór. Albo – co gorsza – przeniesie mnie do innego dworu, co byłoby najgorszą możliwością.

Mam nadzieje, że jednak się o tym nie dowie albo zignoruje to. Właściwie to nie miałem się, o co martwić. Przecież tylko Nathaniel się liczył.

Odwróciłem się w kierunku drzwi i już miałem wychodzić, kiedy zdałem sobie sprawę, że są zamknięte. Szybko chwaciłem klamkę, spróbowałem nią poruszyć. Jednak ta jak zaklęta nie chciała nawet drgnąć. Może rzeczywiście ktoś ją przeklął.

Rozejrzałem się po klasie, po raz kolejny szukając czegokolwiek. Sam chyba nie wiedziałem czego. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że po sali zaczyna unosić się dziwna aura.

Może to jakaś klątwą? Zasadzka na księcia, próba zabójstwa, porwania? Sam roześmiałem się ze swoich absurdalnych pomysłów. Kto niby chciałby mnie porywać! Zdegradowanego księcia! To było już śmieszne same w sobie.

Podszedłem do biurka, które zdawało się centrum tego zjawiska.

Ku mojemu zdziwieniu krzesło obróciło się w moją stronę, a mi zaparło dech w piersi, że zdziwienia. To było niemożliwe.

Spojrzałem na osobę, siedzącą na krześle i stwierdziłem, że chyba ktoś znalazł mój podręcznik przed mą, choć w tej chwili wolałbym, żeby zniknął na wieki.

- Szukasz tego? – Zapytał kpiący głos.

Stałem w miejscu, nie mogąc wydusić nawet słowa. Cholera, zdałem sobie sprawę, że ON właśnie przyszedł, wykończyć mnie osobiście.

Wielki zaszczyt dla mnie.

Przestraszony zacząłem się cofać, aż uderzyłem o ciężkie drzwi. Nie było drogi ucieczki.

Voldemort miał w rekach moją książkę do zielarstwa, co znaczyło, że z całą pewnością był w pokoju matki i wiedział o moich codziennych eskapadach tam. Cofnij, nie on wiedział tylko, że byłem tam, co najmniej raz.

Chodziłem tam przez ponad rok i to wszystko wydało się przez moją zwykła nieuwagę. Mogę się tylko założyć, że Nathanielowi nigdy by się to nie zdarzyło. Z pewnością.

Ojciec patrzy prosto w moje oczy, wiedziałem to. Jednak ja nie byłem w stanie unieść wzroku, błądziłem po podłodze.

Tak wygląda nasze spotkanie. Niedługo miną dwa lata, odkąd mnie zostawił bez słowa, a jedyne co potrafię zrobić w jego obecności to czekanie na Avade. Ta jednak szybko widać nie nadejdzie.

- Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy dostałem wiadomość od Pana Lestrange. Nie codziennie dostaje listy, w których opiekun mojego syna informuje mnie, że moje dziecko znika na całe dnie i nikt nie jest w stanie go znaleźć — powiedział spokojnie.

Wydawało mi się, że zaczynam słyszeć bicie mojego serca. Pędzi jak oszalałe, a ja nie wiem, co odpowiedzieć. Cholera.

- To jednak nie koniec! – Syknął nisko, co przeraziło mnie bardziej niż jego słowa. — Okazuje się, ze mój syn, Moja krew! Wykazuje się niesamowitą niekompetencja w nauce. Twoje ostatnie wyniki… nie były zadowalające.

Jestem najgorszy w klasie.

Ostatnio nawet przez nieuwagę wysadziłem klasę do eliksirów, ale o tym na pewno się nie dowiedział.

- Mam nadzieje, że rozumiesz, że będziesz musiał ponieść tego konsekwencje? – Pyta mnie bezpośrednio, a ja wiem, że oczekuje klarownej odpowiedzi.

- Tak – mówię cicho. Całe szczęście mój głos się nie jąka ani nie drży. Jest całkiem normalny, tylko strasznie cichy i wymuszony.

W końcu zbieram się na odwagę spojrzeć w twarz ojca. Jednak nie dostrzegam tam żadnego grymasu ani złości. Nie ma też żadnej żądzy mordu, tylko drobne niewinne zdziwienie, które z kolei zaskakuje mnie jak nic innego.

Co mogła tak bardzo zadziwić mojego ojca? Odpowiedzieć była przecież taka prosta.

- Tak, co? – Jego twarz na nowo odzyskuje spokój.

Zapomniałem.

Szacunek, szacunek, szacunek, to właśnie tego ojciec wymagał bezwzględnie.

Jego wzrok o ile byłoby to możliwe, mógłby wywiercić we mnie dziurę na wylot. Jest tak natarczywy i władczy, że nogi same się pode mną uginają.

- Tak, Panie – odpowiadam zdecydowanie. W moim głosie nie ma wahania. Jest w nim nawet doza pewności, którą trudno wyczuć.

Ojciec znowu spogląda na mnie zdawkowo, a ja zastanawiam się, o co może mu chodzić. Mam wrażenie jakby nagle, coś się w nim zmieniło. Nie jestem jednak pewien, czy na lepsze, czy na gorsze.

- Po kolacji masz zaraz zjawić się w biurze Isli, poczekasz tam na mnie – nakazuje.

Mam ochotę pokiwać głową, jednak się powstrzymuje. Wiem, że każdy jego sługa przed odejściem musi się ukłonić i oficjalnie pożegnać i tak też robię, kiedy tylko ojciec pozwala mi odejść.

Nie spoglądając w jego oczy, schylam się niezbyt nisko. Wszystko wygląda dość niezdarnie.

- Do kolacji, Panie – mówię i odwracam się w stronę drzwi.

Kiedy przekraczałem próg, wydawało mi się, że z ust mojego ojca wyszło bardzo ciche, przypominające syk ,,przepraszam Isla". Jednak mam pewność, iż było to tylko i wyłącznie głupie przesłyszenie.

Mój ojciec nigdy nie przeprasza, nikogo. Zwłaszcza przegranych.