Z gabinetem Albusa Dumbledore'a Harry nie miał zbyt miłych wspomnień. Trafiał tu zawsze, gdy dyrektor miał mu coś ważnego do powiedzenia, a i tak kończyło się to czymś nieprzyjemnym. Wiekowy czarodziej nigdy nie słuchał też dowodów na nielojalność Snape'a, których w trójkę dostarczali niemal na każdym kroku. Mistrz Eliksirów zawsze miał jakąś wymówkę, dotyczącą swojego udziału w takiej, czy innej sytuacji. Wyjaśnienie, dlaczego widziano go na Nokturnie, bądź tak jak w przypadku zdarzenia z ostatniego tygodnia, gdy Harry i Ron niemal przez dwie godziny uciekali przed Śmierciożercami, choć powinni być na szlabanie, właśnie ze Snape'em. Zapytany o to zasugerował, iż Draco Malfoy mógł na życzenie ojca skierować obu Gryfonów na skraj Zakazanego Lasu.
Co prawda podrobienie notatki nie było trudne. W końcu Harry podrabiał zwolnienia od Pani Pomfery odkąd skończył dwanaście lat, a Fred i George wzięli się ostro za edukowanie młodszych roczników Gryffindoru. Bądź co bądź, wrodzona podejrzliwość w stosunku do Snape'a, nie pozwoliła mu od tak uwierzyć w opowiedzianą bajeczkę. W drodze do gabinetu Dumbledore'a był przekonany, iż czeka go ciąg dalszy przekonywań – bowiem odmówił spędzania szlabanów w towarzystwie Mistrza Eliksirów, tłumacząc się kwestiami bezpieczeństwa.
– Dobry wieczór, panie dyrektorze. – Po wejściu do pomieszczenia przywitał się jak najuprzejmiej potrafił, dostrzegając stojącego w rogu Snape'a.
W świetle świec mężczyzna wyglądał gorzej niż zwykle, więc Harry wyobraził sobie nieudane eliksiry, które dzisiaj musiały wybuchać podczas zajęć Puchonów i uśmiechnął się z satysfakcją.
– Widzę, że jesteś w dobry humorze, drogi chłopcze. – Głos Dumbledore'a był jak zwykle łagodny, ale pobrzmiewało w nim ukryte pytanie.
– Profesor Trelawney po raz pierwszy nie wywróżyła mi śmierci – przyznał całkiem szczerze, a jego uśmiech poszerzył się, gdy z miejsca, w którym stał nauczyciel dobiegło prychnięcie pełne pogardy.
Szaty Snape'a zaszeleściły, gdy podszedł bliżej biurka i oparł o drewniany blat jedną ze swych kościstych dłoni.
– To dowód na to, jak bardzo się myli – mruknął.
Zmarszczki na czole Dumbledore'a pogłębiły się, gdy zdjął z nosa okulary połówki.
– Pewnie zastanawiasz się dlaczego cię tutaj wezwałem… – ciągnął, jakby komentarz Snape'a nie miał miejsca.
– Jeśli chodzi o szlabany… – zaczął Harry.
– Nie – przerwał mu szybko dyrektor. – Nie będziesz miał w tym roku zbyt wiele czasu na kary za przewinienia. – Dumbledore przez chwilę wyglądał, jakby próbował uporządkować myśli krążące po jego głowie, a gdy w końcu się odezwał jego głos nie był już tak łagodnym, jakim znał go Harry. – Dostaliśmy propozycję dwa dni temu i wiedz, że obie doby poświęciłem na dokładne przemyślenie tego wszystkiego. Ta wojna nie dąży w kierunku, którego spodziewaliśmy się początkowo. – Spojrzał na Snape'a, który oparł się o jeden z wysokich regałów z książkami tak, by widzieć ich obu i drzwi. – Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, gdzie Voldemort uderzy tym razem, a data twoich siedemnastych urodzin zbliża się.
Brew Harry'ego uniosła się nieznacznie. Dumbledore rzadko pozwalał sobie na udzielanie tak wielu informacji za jednym razem, więc młody Potter niemal wtopił się w fotel z niecierpliwości.
– Obaj z Severusem uważamy, że nie jesteś gotowy i gotowy nie będziesz do lipca…
– Gdybyśmy mieli odpowiedniego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią…
Snape chrząknął, nim Harry skończył zdanie.
– Nic by to nie dało. Od początku powinieneś być osobno szkolony do tego tylko zadania – mruknął.
Musiał niechętnie się z nim zgodzić. Właściwie już wcześniej dziwiło Harry'ego, że pozostawiono go samemu sobie na tak długo. Zamiast ćwiczyć, trenować, uczyć się nowych zaklęć – spędzał czas jak jego rówieśnicy. Co prawda cieszył się każdą chwilą, w której mógł udawać, że to się nie zmieni i żadnej nie chciałby stracić, jednak gdy dwa lata temu dowiedział się o przepowiedni, zmienił się jego punkt widzenia. Zdał sobie sprawę z tego, że od przeznaczenia nie ucieknie, a zmierzenie się z Voldemortem będzie oznaczało niemal na pewno jego śmierć lub trwałe okaleczenie, gdy i tym razem fortuna okaże się dlań łaskawa. Mimo najlepszych chęci, sam nie dał rady nadrobić kilkuletnich braków.
– Może profesor Lupin mógłby… – zawiesił znacząco głos.
Dumbledore zaprzeczył nerwowym ruchem głowy, który powiedział Harry'emu więcej niż słowa.
– Teraz, nawet gdyby profesor Snape zaczął cię uczyć… Zresztą to już i tak nieważne– westchnął, splatając przed twarzą dłonie.
– Jesteśmy w beznadziejnej sytuacji? – spytał wprost.
Cień przebiegł po twarzy dyrektora, gdy ponownie na niego spojrzał.
– I tak, i nie, Harry. – Potarł nos u nasady. – Jak wspominałem wcześniej, drogi chłopcze, dostaliśmy pewną dość nieoczekiwaną propozycję…
– … której nigdy nie powinniśmy nawet rozważać – wszedł mu w słowo Snape.
– Boję się, że nie mamy innego wyjścia – odparł Dumbledore.
– Już lepiej byłoby ładnie opakować Pottera i dostarczyć go Czarnemu Panu z odpowiednim liścikiem – zakpił.
Przez chwilę Harry przeskakiwał wzrokiem od jednego do drugiego, aż w końcu dyrektor uderzył pięścią w blat, przerywając dyskusję.
– Nie mamy innego wyjścia – powiedział z nowo odzyskaną pewnością.
Snape o dziwo zacisnął tylko wargi i rzucając Harry'emu nieokreślone spojrzenie, przytaknął. Gryfonowi ta niema zgoda skojarzyła się z zatwierdzeniem wyroku, co samo w sobie wywołało niemiły dreszcz.
– Nie mamy innego wyjścia – powtórzył już ciszej Dumbledore. – Zgodził się na przesłuchanie pod wpływem Veritaserum – dodał.
To musiało zaskoczyć Snape'a, bo nareszcie opuścił swoje miejsce pod ścianą i podszedł bliżej.
– Zastosowałem na nim legilimencję. Zrobiłem wszystko, by zapewnić Harry'emu bezpieczeństwo. Nie to jest jednak przedmiotem naszej dyskusji. – Okulary powróciły na nos Albusa Dumbledore'a, gdy podniósł z biurka list zapisany eleganckim pismem. – Drogi Dyrektorze – zaczął czytać. – Nie wiem czy słyszał Pan legendę o szermierzu natchnionym, niepokonanym mistrzu szpady, którego od setek lat poszukuje Gildia Gladio. Podobno rodzi się on w najbardziej nieprawdopodobnej rodzinie, która nigdy nie miała nic wspólnego z tradycją walki białą bronią. Plotka głosi, iż z pozoru jest najzwyczajniejszym dzieckiem, może nawet odrobinę niezbyt rozgarniętym, jednak nadrabia refleksem. Dzięki czemu dokonuje rzeczy niemożliwych, dla innych awykonalnych.
Jeśli prawdą jest to, co głoszą podania; jest świętym Graalem wszystkich szermierzy świata. Samoukiem, który jest nie do pokonania przez większość już w chwili, gdy po raz pierwszy ma styczność ze szpadą. Gdy jednak jest przyuczany o zasadach - staje się niezwyciężonym, nawet dla tych, którzy sztuce walki poświęcili całe życie…
Dumbledore odłożył pergamin i okulary z powrotem na biurko.
– I co o tym myślisz, Harry? – spytał cicho.
Gryfon popatrzył na dyrektora, nie rozumiejąc.
– Od kogo ten list? – zaryzykował pytanie.
– Od Lucjusza Malfoya.
Harry zamrugał niepewnie, dalej nie przyjmując do wiadomości tego, co zaczynało powoli wypływać z mętliku myśli.
– Dlaczego go napisał? Jest Śmierciożercą – stwierdził.
Zmarszczki na czole Dumbledore'a pogłębiły się.
– Jest też obecnie najwyższym rangą szermierzem w Gildii, co oznacza, że im przewodzi.
Harry przemilczał nową informację, wiedząc, że sam nie powie tego na głos.
– Lucjusz Malfoy sądzi, że jesteś szermierzem natchnionym i chce cię uczyć – dodał Dumbledore. – Co o tym myślisz?
To dziwne – pomyślał Harry – że gdy przez kilka lat walczysz o to, by decydować o własnym losie, a kiedy w końcu ci na to pozwolą, nie wiesz, co zrobić.
Gryfon otworzył lekko usta, ale żaden dźwięk się z nich nie wydobył. Mętlik w jego głowie powiększył się i zamiast odrobiny jasności, w jego umyśle wciąż pojawiał się ten sam obraz ciemności. Mroku Zakazanego Lasu, z którego wyłonił się Malfoy i kazał mu się ukryć, a sam odszedł z drugim Śmierciożercą. Harry nie wiedział jak to odebrać i nie powiedział o tym nigdy nikomu, a teraz powoli zaczynał tego żałować.
– Czy wie pan, co on zrobił Malfoyowi? – zapytał nagle, patrząc wprost na Snape'a.
Czarne tęczówki rozszerzyły się lekko.
– Jest pan szpiegiem, więc musi pan wiedzieć – dodał szybko, widząc, że Mistrz Eliksirów się waha.
– Kiedy? – mruknął niechętnie profesor.
– Gdy nie dostali mnie w Zakazanym Lesie – uściślił.
Wzrok Snape'a stał się nagle na powrót twardy i nieprzenikniony.
– Trzydzieści minut – rzucił sucho mężczyzna, a Harry przestał pytać.
Zaczął wiercić się w fotelu, który nagle stał się bardzo niewygodny i skrzyżował wzrok z Dumbledorem. W świetle świec dyrektor wyglądał na o wiele starszego, niż w rzeczywistości. Możliwe, że to sytuacja, w której się znaleźli, dokonała tak wielkiej zmiany.
– Zgadzam się – odpowiedział prosto.
