[…] niech nie ślubuje przebrnąć przez ciemności nocy, kto nie widział jeszcze zmroku.

John Ronald Reuel Tolkien
Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia

Harry obracał medalion w dłoniach. Misternie wykonany klejnot musiał kosztować o wiele więcej niż przypuszczał początkowo, bo wtarte w stare złoto zaklęcia migotały jeszcze jaśniej niż rubin. Może zabezpieczały medalion przed kradzieżą. Jeśli jednak jakkolwiek miały chronić posiadacza – Lucjusz nie poinformował go o tym.

Nadchodził czas, gdy powinien użyć świstoklika, ale wątpliwość rosła w nim raz z malejącym czasem. Nie chciał myśleć o tym, co stałoby się gdyby Malfoy jednak wymyślił ten misterny plan, aby wykraść go z Hogwartu. Nic na to nie wskazywało, a i Snape potwierdzał przynajmniej tyle, że Wewnętrzny Krąg nie wiedział nic o podobnych działaniach.

Malfoy był jednak ambitny. I nie można było mu ufać.

Westchnął palcem polerując czerwony rubin, który zdawał się z niego kpić. Musiał schować medalion głęboko w swoim kufrze, inaczej wzbudziłby niezdrowe zainteresowanie postronnych. Harry nie posiadał tak drogich rzeczy i nie mógł sobie pozwolić, aby nagle nosić coś podobnego. Zresztą – to było zbyt ekstrawaganckie jak na niego.

- Zanieś mnie tam – powiedział, trochę zirytowany, że Lucjusz wybrał tak łatwe hasło, zapewne uważając go za idiotę.

Poczuł jak coś ciągnie go pępek i po chwili leżał na trawie. Linia lasu uniemożliwiała mu dostrzeżenie czegokolwiek i niemal natychmiast poczuł znajome igiełki paniki na wspomienie tego, kiedy ostatnim razem znalazł się w podobnej scenerii. To mogła być zasadzka i dlatego przenosił się z różdżką w dłoni, ale nikt nie zaatakował. Przed nim nie było żywej duszy.

Odwrócił się ostrożnie i zamarł, nie spodziewając się tak niewielkiego dworku. Sądził, że wszystkie posiadłości Malfoyów były ogromne i bogato zdobione już od fasady ociekając bogactwem, a przynajmniej tak odpisywał je Draco. Nigdy nie słuchał chłopaka i jego przechwałek zbyt długo, ale jednak co nieco zapamiętał i na pewno nie było tam wzmianki o zwykłej czerwonej dachówce i winorośli porastającej ściany.

Harry czasami widywał na pocztówkach podobnie sielskie scenerie. Nigdy jednak przed drzwiami nie stał zirytowany czarodziej.

- Zamierzasz spędzić tak dzień? – spytał Lucjusz i zniknął w środku.

Harry zacisnął dłoń na niewielkim pakunku. Nie kupił szpady. Oczywiście Malfoy miał rację i każda porządna sztuka broni kosztowała. Prawie dostał zawrotów głowy, dy ekspedient oznajmił mu, że patrzył na nic innego, ale broń dla amatorów, a mistrzowie korzystali ze specjalnie dla siebie wyważonych sztuk, które oczywiście wyrabiano ręcznie. Słowa Lucjusza potwierdziły się co do joty i to go trochę irytowało.

Wolałby złapać Malfoya na kłamstwie, ponieważ to bardziej pasowało mu do image'u arystokraty, z którym mierzył się od lat.

Draco w końcu musiał czerpać skądś wzorce, a bywał nieudolnym mitomanem.

Harry wszedł do środka z różdżką w dłoni, trochę zaskoczony, że wnętrze wcale nie wygląda na większe. Nawet w Norze stosowano zaklęcia, które wpływały na przestrzeń. Weasleyowie nigdy nie pomieściliby się w tak mały budynku, gdyby nie magia, która pomagała im od lat. Malfoyowie oczywiście nie mieli tego problemu. Wątpił, aby Draco zajmował wiele miejsca. Może jego cholerrna szafa i owszem, ale chłopak był szczupły.

Lucjusz odchrząknął w progu jednego z pomieszczeń i spojrzał pytająco na różdżkę, którą Harry trzymał w dłoni.

- Twój pokój jest na piętrze. Jedyny z otwartymi drzwiami. Zostaw tam swoje rzeczy i natychmiast zejdź na dół. Zaczniemy ćwiczenia niezwłocznie. Nie mamy zbyt wiele czasu – wyjaśnił mężczyzna sucho.

- Skąd wiesz, że nie mamy czasu? Voldemort coś planuje? – spytał Harry pospiesznie.

Jeśli Lucjusz coś wiedział, musieli powiadomić Zakon i Dumbledore'a.

Mężczyzna wzdrygnął się, gdy tylko Harry użył imienia Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, szybko się jednak opanował.

- Nigdy nie mamy dość czasu. Nawet jeśli dojdzie do starcia za rok, to nadal będzie za mało. To, że nie wiemy kiedy się z nim zmierzysz, nie oznacza, że kupuje nam to jakoś czas, nie sądzisz? – zakpił Lucjusz.

Harry za wszelką cenę walczył z rumieńcem, który wdzierał się na jego twarz. Nie bylł idiotą, ale Malfoy po raz kolejny traktował go z wyższością. Miał ochotę przypomnieć mężczyźnie, że nie będzie go szanował, jeśli nie nastąpi jakaś wzajemność z jego strony, ale stare powiedzenie, że na szacunek należy załużyć natychmiast zadźwięczało mu w uszach.

Może nawet Hermiona wspominała o tym niedawno.

Zagryzł zęby i spojrzał na mężczyznę, starając się chociaż udawać opanowanie. Lucjusz zbyt łatwo wyprowadzał go z równowagi, ale może miało to coś wspólnego z faktem, że Draco doprowadzał go niemal codziennie do szewskiej pasji. Gdyby nie wypowiadał się o Malfoyach jak o nadludziach, może Harry nienawidziłby ich mniej.

Chociaż mocno w to wątpił.

Było coś irytującego w tym jak Lucjusz się nosił. Zawsze wyprostowany do granic możliwości. Z chłodną, trudną do odczytania emocji miną, która musiała zastraszać niejednego. Harry jednak wiedział, że to gra. Miał przed oczami dostatecznie dużo wizji od Voldemorta, aby wiedzieć, że i Lucjusz odczuwał strach. Może ten właśnie doprowadził ich tutaj.

Mężczyzna jednak był zbyt dumny, aby przyznać się do tego albo po prostu błędu, który popełnił lata wcześniej. Snape zrobił to, ale nadal nie lubił o tym wspominać. Musiała być to zatem wspólna cecha Ślizgonów, która przez lata nie ewoluowała w nic bardziej przydatnego.

- Ma pan rację – odparł Harry spokojnie. – Jednak niewiedza o tym, ile czasu nam pozostało, nie oznacza, że mamy coś robić na szybko i pochopnie – dodał, starając się brzmieć mądrze.

Lucjusz uśmiechnął się krzywo.

- Niczego nie robię pochopnie – poinformował go sucho mężczyzna. – I wątpię, abyś nauczył się czegokolwiek szybko – dodał, obracając się na pięcie.

ooo

W dworze nie było skrzatów co początkowo go zaskoczyło. Sądził, że tak wielka rodzina jak Malfoyowie miała dziesiątki małych niewolników, ale nie spotkał żadnego w drodze powrotnej. Lekko straszne portrety spoglądały na niego z wyraźną naganą, gdy schodził na dół, jakby doskonale wiedzieli, że nie jest za bardzo godny, aby tutaj przebywać. Może i oni popierali kiedyś Voldemorta, chociaż po dłuższej chwili doszedł do wniosku, że to niemożliwe. Większość z tych ludzi musiała umrzeć nim Tom Riddle się narodził.

Lucjusz czekał na niego w niewielkiej bibliotece, machając w powietrzu szpadą. Musiała należeć do jednej z droższych, bo jej rękojeść była inkrustowana. Przez tydzień bez pomocy Hermiony zdołał przyswoić tyko tyle, że miał nadzieję, iż Zakon ma spore fundusze, ponieważ wątpił, aby kogokolwiek z jego znajomych stać było na porządną broń. W odróżnieniu od różdżek, Ministerstwo nie dopłacało do szpad.

- Jak radzisz sobie z rzucaniem zaklęć lewą ręką? - zainteresował się Lucjusz, nie patrząc nawet w jego stronę.

Harry sądził, że zachowywał się cicho, ale najwyraźniej się mylił.

- Nigdy tego nie robiłem – przyznał, nie wiedząc, czy powinien się tego wstydzić.

- Och. Zaczniemy zatem od tego – rzucił Malfoy, przecinając powietrze ze świstem ostatni raz.

ooo

Zbrojownia wyglądała całkiem jak przedsionek sali pojedynkowej, z tym, że bez plansz na których czarodzieje pokazywali pozycje, które należało przyjmować podczas walki. Zamiast tego różnego rodzaju broń wisiała na ścianach, zapewne pod działaniem jakichś zaklęć, ponieważ Harry nie widział żadnych uchwytów. Lucjusz bez wahania wybrał dwie szpady, które różniły się nieznacznie długością i nie wyglądały na drogie.

Podał mu broń bez komentarza i spoglądał na niego, jakby oczekiwał od Harry'ego jakiegoś komentarza.

- Ładna – rzucił niezobowiązująco, nie wiedząc za bardzo co powinien powiedzieć.

Lucjusz westchnął cierpiętniczo.

- Nie jest za ciężka? – spytał mężczyzna. – Opuść dłoń. Czy zawadza o podłogę? – zainteresował się. – Lucjusz jednak nie czekał na jego odpowiedź. – Jest idealna, dokładnie tak jak się spodziewałem. Przełóż różdżkę do lewej ręki.

- Nie może zostać w ten sposób? – spytał Harry.

- Rozumiem, że polegasz bardziej na różdżce niż na szpadie, ale to szybko ulegnie zmianie. Masz wrodzone predyspozycje i uczenie się lewą ręką walki byłoby idiotyzmem. Niedługo zapomnisz o różdżce. Zresztą bywają szpady tak zaprojektowane, aby korzystać z nich tak jak z różdżek – poinformował go Lucjusz. – Przejdziemy do drugiej sali i rozgrzejemy się…

- Rozgrzejemy się – podchwycił Harry, nie wiedząc czy dobrze słyszy.

Lucjusz spojrzał na niego, unosząc brwi do góry.

- Grasz w quidditch – stwierdził Malfoy. – Szermierka tak jak każdy inny sport wymaga skupienia i rozgrzewki. Ćwiczenia pomogą stać ci się lepszym, ale to wiara uczyni z ciebie mistrza. Musisz być pewien, że jesteś najlepszy. Jeśli masz wątpliwość, nie ma sensu stawać w szranki – dodał mężczyzna.

- Czasami nie powinno się poddawać nawet, jeśli nie jest się najlepszym – rzucił Harry. – W quidditchu nie ma kalkulacji…

- To nie kalkulacja – wszedł mu w słowo Malfoy. – Jeśli nie zamierzasz zrobić czegoś dobrze, nie rób tego wcale.

- Och, więc tak podjąłeś decyzję o zostaniu Śmierciożercą? – zakpił Harry i serce podeszło mu do gardła, gdy mężczyzna pchnął go na ścianę, rpzyciskając boleśnie do twardej powierzchni.

Malfoy mógł wyglądać na szczupłego, ale posiadał siłę dorosłego mężczyzny. Lucjusz zresztą pochylił się, aby spojrzeć mu prosto w oczy.

- Ale jestem najelpszym z nich, nieprawdaż, panie Potter? – spytał Malfoy głosem niczym jedwab. – W życiu nie do końca chodzi o to czy twoje wybory są odpowiednie, ale jak sobie z nimi radzisz. A ja radzę sobie doskonale. W odróżnieniu od moich współpracowników, nie znalazłem się w Azkabanie i nie musiałem iść do Albusa Dumbledore'a na kolanach. Nadal mam zaufanie Czarnego Pana. Pełne zaufanie – poinformował go Lucjusz. – Nie kuś mnie chłopcze, abym zakończył tę wojnę tak jak się spodziewałem od dawna, że się skończy.

Harry oddychał z trudem przez usta, nie bardzo mogąc złapać dech, gdy Lucjusz nacisnął mocniej na jego klatkę piersiową. Mężczyzna odsunął się jednak już w chwilę później, uwalniając jego obie dłonie.

- Jeśli sądzisz, że nie wygram… - zaczął Harry i zamilkł.

- To dlaczego cię uczę? – dokończył za niego Lucjusz i ponownie wyglądał na całkiem opanowanego. – Mam pewne wątpliwości – rzucił mężczyzna. – Poza tym… Niezależnie od tego jak ta wojna się skończy, będę korzystał z przysług, które zostaną po obu stronach barykady – poinformował go Malfoy, uśmiechając się krzywo.