Woda w naczyniu lśni, woda w morzu jest ciemna. Małe prawdy wyrażają się jasnymi słowy.

Wielkim prawdom towarzyszy wielka cisza.

Rabindran ath Ta gore

Nie był pewien jak długo spędził w wannie, ale jego mięśnie wydawały się jak z waty. Nadgarstek nadal bolał, ale to było nic z porównaniu z plecami, które poczuł dopiero, kiedy rozłożył się w ciepłej wodzie. Miał wrażenie, jakby z każdą najmniejszą falą, tworzoną przypadkowo jego skóra przyjmowała kolejne uderzenia. I to była tylko halucynacja – wiedział to, a jednak nie mógł się oprzeć temu wrażeniu. Co gorsze, nie potrafił zmusić się również do tego, żeby wyjść z wanny, bo jednocześnie ból wydawał się odpływać w tym cieple. Jakby nie był do końca częścią jego samego.

Hermiona zapewne znalazłaby na to jakieś logiczne wytłumaczenie. Jemu wystarczyło jedno słowo, którym do tej pory wyjaśniał tak wiele. Ta woda była magiczna i nie miał ochoty opuszczać wanny. Gdyby tylko głód nie zaczynał mu doskwierać na pewno poczułby się niemal niebiańsko.

Nie wiedział skąd Lucjusz wziął jedzenie. Jeśli w dworku nie było skrzatów, a Malfoy z pewnością nie gotował, musiało zostać przygotowane wcześniej. Lub dostarczone na zamówienie. Czarodzieje nie mieli restauracji ani pizzerii, które świadczyły takie usługi. Ron był zafascynowany, kiedy słuchał o tym jak jego wujostwo w każdy piątek zamawiało z dostawą. Harry również lubił te dni, bo to oznaczało o wiele mniej mycia.

Nie był pewien skąd Malfoy wyczarował jedzenie. Ono nie pojawiało się magicznie. Pani Weasley to akurat wyjaśniła mu już pierwszego dnia, gdy spędzał wakacje u Rona. Był zawiedziony, bo to rozwiązałoby naprawdę wiele jego problemów.

Niespecjalnie umawiali się z Lucjuszem, kiedy ponownie się zobaczą. Malfoy odwołał ich ćwiczenia popołudniowe i wspomniał jedynie przelotnie o wizycie Snape'a, której Harry teraz wyczekiwał tym bardziej. Nadgarstek nie nabrał niezdrowej barwy, ale coraz trudniej było nim ruszać, jakby ta stagnacja sprowadzała na niego tym większe kłopoty. A może chodziło o zbyt wysoką temperaturę wody.

W Hogwarcie mieli łazienki Prefektów, ale tylko nieliczni mieli do nich hasło. Jego własne, które dostał od Cedrika zostało zmienione. I bardzo tego żałował, bo potrafili z Ronem wymykać się w środku nocy, żeby tylko pomoczyć się w wodzie. Hermiona nie pochwalała tego, ale nie mieszkała w ich dormitorium i nie wiedziała wszystkiego. I jeśli czasem przysypiali na pierwszych lekcjach, przecież to nie było ,aż tak różne od tego co robili każdego innego dnia.

Wyszedł z wanny, czując się trochę dziwnie, stojąc nago w obcej łazience. Nie wyjeżdżał zbyt często. Znał jedynie Norę, która stanowiła dla niego dom bardziej niż pokój u ciotki i wuja. Hogwart podobnie jak Weasleyowie nie gwarantował prywatności i miał cały czas wrażenie, że wokół jest po prostu za cicho. Gdyby mógł, zabrałby z sobą Rona i spaliby w jednym łóżku, opowiadając sobie do późna o planach na zbliżające się ferie.

Nie zabrał zbyt wielu ubrań, ale Malfoy nie powiedział ani słowa na temat swetra pani Weasley, więc zaryzykował kolejny, wciskając koszulkę w spodnie. Zaczynał tęsknić za szkolnymi szatami, które ukrywały jego chudość. Malfoy nazwał go szczupłym, ale wiedział, że to tylko eufemizm.

Jego pokój wydawał się o wiele za duży dla jednej osoby i może dlatego w tym ogromnym lustrze wydawał się tym mniejszym. Ciężkie kotary w tle na pewno nie pomagały. Nie miał pojęcia kto urządzał to wnętrze, ale było nieprzyjemnie bezosobowe. Najchętniej powiesiłby tutaj jakieś plakaty, ale to nie był jego dom, więc to mijało się z celem. Może za tydzień mieli zmienić miejsce spotkań. Malfoy zapewne miał więcej niż jedną rezydencję.

Nie minęło sporo czasu zanim znudził się do reszty. Nie wziął książek, nie wiedząc na co ma się tak naprawdę przygotować. Nadgarstek uniemożliwiał mu trenowanie czarów, a mrowienie w całym ciele nie sprzyjało leżeniu i zasypianiu. Nie wiedział kiedy powinien spodziewać się Snape'a, ale Lucjusz nie mówił nic o tym, że nie wolno było mu się kręcić po dworku, więc wychynął z pokoju starając się jednocześnie nie wyglądać na kogoś, kto się wyślizguje –a nie robić przy tym zbytniego hałasu, żeby nie zwabić Malfoya.

Nie wiedział, który z pokoi należał do Lucjusza, ale podejrzewał, że zapewne ten z największymi drzwiami. I nie byłby zdziwiony, gdyby okazały się one zabezpieczone jakimiś wrednymi czarami, więc skierował się w stronę schodów, starając się nasłuchiwać w ciszy. Lucjusz mógł nadal ćwiczyć w zbrojowni. Czyścił broń, a raczej odnawiał zaklęcia konserwacyjne, kiedy Harry wychodził. Sala okazała się jednak pusta. Cała kolekcja ostrzy magicznie zawieszona w powietrzu połyskiwała w nikłym świetle, które wpadało przez pojedyncze okno. Szpada, której używał sam, leżała po prostu na jednej z szafek w niewielkiej skrzynce. Lucjusz miał jej odpowiednik we własnym rozmiarze zaraz obok. Brak zdobień zapewne świadczył o tym, że to były jedynie treningowe egzemplarze. Prawdziwe dzieła sztuki wisiały ponad jego głową, kusząc go odrobię.

I skłamałby, gdyby powiedział, że nie wyobrażał sobie, że trzyma jedną z tych szpad w dłoni, poruszając się z płynnością i łatwością, która na razie była poza jego zasięgiem. Miał jednak pewne wyobrażanie o tym, co powinien umieć, bo chód Lucjusza zmieniał się, kiedy tylko mężczyzna podnosił broń.

Zacisnął dłoń kilka razy w pięść, żeby zwiększyć przepływ krwi, ale niewiele to dało.

ooo

Lucjusza odnalazł dopiero w bibliotece. Mężczyzna nie zauważył go początkowo zbyt pochłonięty lekturą. Jego koszula była rozpięta, a włosy związane do tyłu. Poły płaszcza nie mieściły się w fotelu i pewnie wygodniej byłoby mu po prostu zdjąć, chociaż tę warstwę, ale Harry wiedział już, że Ślizgoni w przynajmniej połowie składają się z czystych pozorów. Uwielbiał jednoznaczne odpowiedzi i szybkie oceny sytuacji, ale przy Malfoyu nic nie było proste.

Dłoń mężczyzny sięgnęła po kieliszek z winem i Harry obserwował jak Lucjusz upija zaledwie łyk, zanim odkłada szkło na niewielki stoliczek. Wydawał się tak niegroźny i Harry pewnie dałby się zwieść, gdyby nie widział Malfoya z różdżką w dłoni jeszcze tak niedawno.

Podskoczył przerażony, kiedy poczuł jak czyjaś dłoń zaciska się boleśnie na jego ramieniu. Nie próbował się nawet bronić, gdy został wepchnięty do biblioteki. Zapach ziół uderzył w jego nozdrza i to było nieprzyjemnie znajome. Już po chwili wgapiał się w twarz Severusa Snape'a z odległości, o której nie marzył nawet w najgorszych snach.

- Powinieneś porzucić zwyczaj podsłuchiwania i szpiegowania – poinformował go Snape.

Lucjusz wydawał się rozbawiony. Nie podniósł się nawet z fotela na ich widok.

- Jesteś odrobinę wcześniej, Severusie – rzucił Malfoy.

Snape rzucił mu jedno z tych ostrych spojrzeń, którymi terroryzował klasę, ale Lucjusz wydawał się tego nie zauważać. Ramię Harry'ego piekło tam, gdzie mistrz eliksirów go chwycił. I to na pewno oznaczało porcję kolejnych siniaków. Miał już całą kolekcję i nie mógł nie zastanawiać się jak wyjaśni ich obecność Ronowi.

- Nie mam takiego zwyczaju – powiedział uparcie rozmasowując ramię.

Oczy Snape'a zmrużyły się lekko.

- Mam nadzieję, bo jesteś w tym fatalny, jak obaj wiemy – odparł mężczyzna. – Pokaż nadgarstek – polecił mu.

- Nie zostaje pan? – zdziwił się Harry.

Coś przebiegło po twarzy Snape'a i profesor zerknął przelotnie na Malfoya nadal siedzącego w fotelu. Cokolwiek dostrzegł, nie zaniepokoiło go.

- Muszę poprawić eseje – odparł Snape. – Ale wrócę jutro, żeby cię odebrać - dodał, chociaż Harry miał już swój świstoklik do Hogwartu.

Nie potrzebował eskorty, ale skoro Snape proponował, nie zamierzał odmawiać. Nadal miał pewne wątpliwości odnośnie Lucjusza. Nie wiedział w co Malfoy grał, a na pewno coś takiego się działo, ponieważ nie był idiotą. Widział ukradkowe spojrzenia, badawczy wzrok Lucjusza podczas ćwiczeń oceniający jego możliwości. Jeśli Malfoy chciał przejść na ich stronę, za informacje na pewno Albus zgodziłby się go chronić, pomimo sprzeciwu wielu ludzi. W końcu Snape był pod ochroną dyrektora od lat.

- Stosuj tę maść po kąpieli i nie przesilaj ręki – polecił mu Snape.

Harry zacisnął dłoń na niewielkim puzderku. Nadal miał wrażenie, jakby z jego krążeniem było coś nie tak. Zapewne utrudniała to opuchlizna.

- Będziemy ćwiczyć rzucanie zaklęć lewą ręką – zdecydował Lucjusz.

- Mam nadzieję, że zainwestowałeś w dobre zaklęcia ochronne – rzucił Snape.

- Jestem świetny w zaklęciach – wtrącił Harry, ponieważ faktycznie tego nie można było mu odmówić.

Profesor Flitwick był z niego dumny. Wychodziło mu o wiele lepiej niż Hermionie, której inkantacje były co prawda perfekcyjne, ale brakowało jej płynności w ruchach.

- Prawą ręką zaklęcia potrafi rzucać każde dziecko, panie Potter – poinformował go Snape.

Zacisnął usta w wąską kreskę, zastanawiając się dlaczego jeszcze kilka minut temu wyczekiwał ,aż profesor pojawi się w dworze. Najwyraźniej zwariował od przebywania z Lucjuszem. Albo miał swój prywatny ranking śmierciożerców.

Snape odwrócił się na pięcie, chyba planując wyjść bez pożegnania i Harry poczuł jak wszystko w nim się spina. Oczywiście mógł zapytać dyrektora, ale rozmowa z Lucjuszem nadal krążyła mu po głowie i nie sądził, że łatwo zaśnie dzisiejszej nocy.

- Czy dyrektor wiedział, że Glizdogon jest zdrajcą od samego początku? – spytał, zanim zdążył się rozmyślić.

Snape zamarł i powoli odwrócił się, spoglądając to na niego to na Lucjusza, który wydawał się zaciekawiony, jakby oglądał z pierwszego rzędu jakieś fascynujące przedstawienie i nie wiedział jak ta sztuka się kończy. Harry też nie był pewien dlatego zapytał.

Snape zmrużył oczy i między jego brwiami pojawiła się zmarszczka.

- Czy planuje mnie pan okłamać? – spytał wprost, kiedy cisza się przedłużała.

Snape nie miał powodów, aby mu odpowiadać, ale może to tylko utwierdzało Harry'ego w przekonaniu, że to co powie profesor będzie miało faktycznie znaczenie. Dostatecznie często Snape nie zgadzał się z Dumbledore'em, żeby istniała szansa na poznanie odpowiedzi na jedno lub dwa pytania zanim ten weekend dobiegnie końca.

- Nie mam powodu kłamać – odparł Snape spokojnie. – Dyrektor o tym wiedział od samego początku – przyznał, obserwując wyraźnie jego reakcje, jakby czekał, że Harry zdradzi się chociaż drgnięciem mięśni.

Nie bardzo wiedział jednak co dawała mu ta odpowiedź.

- Jeśli chcesz odpowiedzi, pytania powinieneś zadawać dyrektorowi – rzucił jeszcze Snape zanim wyszedł.

Lucjusz poruszył się na fotelu, odkładając książkę. W jego dłoni znowu pojawił się kieliszek wina. Harry nie był pewien czy powinien wyjść. W końcu Malfoy zapewne chciał spędzić kilka godzin w samotności. I miał dziwną pewność, że nie uda mu się ponownie zakraść pod bibliotekę. Snape nakrył go w końcu i nie zdążył nawet poczuć wstydu związanego z tym, że został przyłapany na gorącym uczynku.

- Wierzysz mu? – spytał Lucjusz ciekawie.

Harry nie mógł nie potrząsnąć głową, zastanawiając się skąd w ogóle to pytanie.

- Powinieneś sprawdzić i to – odparł Malfoy.

- Chcesz, żebym przestał ufać komukolwiek? – prychnął.

- Nie. Chcę, żebyś zrozumiał, że liczą się tylko sprawdzone informacje. Sprawdzenie ich nie kosztuje cię… Przeważnie – rzucił Malfoy, wzruszając ramionami. – Niesprawdzenie czegoś, może kosztować cię słono.

Harry miał ochotę się roześmiać.

- Miałeś mnie uczyć szermierki – przypomniał mu.

- Albus Dumbledore uważa, że uczę cię zabijać – odparł Lucjusz. – Ja chcę cię nauczyć jak być znakomitym szermierzem. Nie wiem czego chcesz nauczyć się ty, a co sądzisz, że wyciągniesz z tych lekcji, ale na to mamy jeszcze czas. Problem w tym, że szermierka to nie tylko wymachiwanie szpadą. To podejmowanie decyzji opartych na sprawdzonych informacjach, obserwacji i twojej świadomości samego siebie. Jeśli chcesz być dobry, musisz myśleć –poinformował go Lucjusz.

Harry zacisnął dłonie na niewielkim puzderku z maścią. Malfoy spojrzał na niego, pochylając się lekko w jego stronę, jakby chciał go zobaczyć lepiej, więc Harry mimowolnie drgnął, chociaż nie miał gdzie się ukryć.

- Sądzisz, że uczę cię jak nikomu nie ufać. Ja uczę cię jak zaufać samemu sobie – ciągnął dalej Lucjusz. – Tylko musisz stać się kimś, komu możesz zaufać, a to nie będzie łatwe – ostrzegł go.

- I mam zaufać tobie? – spytał, patrząc na niego wprost.

Lucjusz uśmiechnął się samymi kącikami ust.

- Nie, bynajmniej – powiedział Malfoy. – Masz wyjątkową potrzebę ufania ludziom. To jest zgubne. Jest niewielu ludzi godnych zaufania. Bywają sytuacje, w których można ufać ludziom, ale nikt w pełni na dłuższą metę nie jest nieomylny. Ja chcę, żebyś zaufał moim umiejętnościom, ponieważ to jest jedyna stała. Jedyny fundament, na którym opieramy te zajęcia.

- A moje naturalne predyspozycje? – spytał, niemal cytując tamten list.

- Nie będą niczego warte, jeśli pozwolisz sobie być ślepym narzędziem. Twój talent zostanie związany granicami umysłu, który nie wie kim jesteś i nie widział tego nigdy – wyjaśnił Lucjusz. – Będziesz jak szpada, którą trzymałeś dzisiaj w dłoni. I Dumbledore będzie nią poruszał z równą precyzją i zwinnością, z którą ty dzisiaj ćwiczyłeś. Ty możesz być lepszym, możesz się poprawić. Możesz stać się Mistrzem. Dumbledore nie ma predyspozycji i to nie jego szkolę, ale ciebie. Więc chcę rozmawiać z tobą, a nie z nim – dodał Lucjusz.

Harry wziął głębszy wdech i poprawił nerwowo opadający rękaw swetra. Lucjusz wpatrywał się w niego, jakby oczekiwał kolejnej cholernej odpowiedzi, ale w jego głowie szalały myśli, których nie chciał. I może był nawet trochę wściekły, ale nie wiedział nawet na kogo. Snape wyszedł, zostawiając go tutaj i trochę odbierał to jak zdradę, bo jeśli ktokolwiek wiedział jak trudne są rozmowy z Lucjuszem to na pewno mistrz eliksirów.

Malfoy wciąż na niego patrzył, więc odwrócił się w stronę drzwi i wyszedł, nie wiedząc nawet dlaczego czuje się jak tchórz.