Ko mu ty siące lat nie mówią nic, niech w ciem ności niewie dzy żyje z dnia na dzień.
Johann Wolfgang Goethe
Maść od Snape'a śmierdziała niemiłosiernie i powinien był przypuszczać, że skoro nie dostanie do wypicia jakiegoś okropnego eliksiru i tak odcierpi tę dobroć mistrza eliksirów. Wycofania się do swojego pokoju nie chciał traktować jako ucieczki, ale nie potrafił tego inaczej nazwać. Lucjusz mówił niewiele, zachowując przeważnie ciszę podczas ich spotkań, ale każde jego słowo wyznaczało się nieść ze sobą treść. Harry nie przepadał za jej wagą.
Gdyby miał lepsze odpowiedzi, gdyby Lucjusz nie wzbudzał takiego zamętu, zapewne o wiele lepiej by im się rozmawiało. Chociaż pewnie nie powinien starać się nawet nawiązywać dialogu ze śmierciożercą. Początkowo miał nadzieję, że Malfoy przez przypadek coś ujawni, ale mężczyzna był zbyt na to sprytny. Wydawał się też całkiem zorientowany co do tego co robiły obie strony i jak do tej pory nie próbował go wmanewrować w żadne zdradzanie tajemnic zakonu. Harry nie wiedział zresztą wiele, bo Dumbledore nie zdradzał mu swoich planów.
Ciche pukanie do drzwi go zaskoczyło. Sięgnął po różdżkę niemal od razu, sycząc tylko z bólu. Zacisnął jednak na niej palce, kiedy podniósł się z łóżka.
Lucjusz stał tyłem do drzwi, jakby bardziej był zainteresowany obrazem jednego ze swoich przodków.
- Tak? – spytał niepewnie Harry.
- Zastanawiałem się czy zamierzasz zagłodzić się dla przykładu czy jednak wolisz wcześniejszą kolację – rzucił Malfoy, odwracając się w końcu w jego stronę.
Wiedział więc, że Harry nie tknął obiadu i pewnie podesłałby też skrzata po niego, ale w dworze nie było tych stworzeń.
- A kiedy moglibyśmy zjeść kolację? – spytał niepewnie.
- Za dziesięć minut – rzucił Lucjusz, kierując się z powrotem na parter.
Harry zamknął za sobą i podążył za nim, zainteresowany tym jak jedzenie pojawiało się we dworze. Malfoy nie gotował – tego był pewien. Mężczyzna nie miałby na to czasu przed południem, kiedy ćwiczyli. Ogień w kominku zapłonął jasno zielonkawo i zapach potraw wypełnił jadalnię, gdy stanęli w drzwiach. Malfoy podniósł tace, kładąc je na stole i usiadł u szczytu, sugestywnie patrząc na krzesło, które Harry zajmował kilka godzin wcześniej.
- Jeśli prawa ręka boli cię ,aż tak bardzo, sugeruję użycie lewej. Jutro zaczniemy zaklęcia – rzucił Lucjusz, niepotrzebnie przypominając mu, że dzisiejszy dzień był dopiero początkiem.
Maść Snape'a ogrzewała jego skórę przyjemnie i uśmierzała trochę ból, ale i tak jego staw nie był w pełni ruchomy. Hermiona znała zaklęcia, które mogłaby rzucić na jego pióro, aby robiło same notatki. Chociaż z drugiej strony może notowałaby za niego, skoro sytuacja była kryzysowa i nie doprowadził się do tego stanu z własnej głupoty.
Lucjusz jadł w milczeniu, przecinając co większe kawałki mięsa z taką łatwością z jaką ostrze jego szpady świstało w powietrzu. Kiedy Harry na niego patrzył, dostrzegał, że to opanowanie, którego tak nienawidził u Malfoya seniora musiało przyjść z treningiem. Draco miał nadal problem z ukrywaniem swoich emocji, chociaż z łatwością manipulował jego własnymi, kiedy chciał spowodować bójkę.
Malfoy spojrzał na niego znad talerza, przyłapując go na gapieniu się. I pewnie powinien być ostrożniejszy, bo to nie był pierwszy raz.
- Nie uczysz Draco – rzucił tylko, bo jedynie to miał nadal w pamięci.
- Nie ma talentu – stwierdził Lucjusz, jakby to nie miało dla niego znaczenia.
- Nie chcesz, żeby był Mistrzem Gildii po tobie? – zdziwił się Harry.
- Jedyny dziedziczny tytuł, który noszę to Lord Malfoy i mój syn go odziedziczy – odparł Lucjusz, prostując się na swoim krześle. – Tytuł Mistrza należy zdobyć, pokazując jak świetnym jest się szermierzem. Nie ma to nic do czynienia z pieniędzmi czy pochodzeniem – wyjaśnił, chociaż Harry podejrzewał już wcześniej, że to była nieliczna z rzeczy, za które Malfoy nie zapłacił. – Draco potrafi fechtować. To sport arystokracji, oczywiście, że ma podstawy, ale jest przyzwoity. I zanim przyjdzie ci coś idiotycznego do głowy… Te lekcje pozostają tajne. Nikt nie może się o nich dowiedzieć. Nie tylko dla mojego dobra, ale również dla twojego. To jedyna przewaga jaką będziesz miał nad Czarnym Panem, kiedy wybije godzina – przypomniał mu całkiem niepotrzebnie.
Harry tracił apetyt na samo wspomnienie o Voldemorcie.
- Nie jestem idiotą – odparł. – Nie wyzwałbym twojego syna, skoro to miałoby nas zdradzić – dodał, chociaż z pewnością miałby pewną satysfakcję, gdyby udało mu się pokonać Draco na polu, w którym chłopak zapewne sądził, że był świetny.
Lucjusz zbił usta w wąską kreskę, jakby nie do końca wierzył w jego rozsądek.
- Po prostu byłem zaskoczony, że nie trenujesz z nim – rzucił jeszcze, bo ta cisza potrzebowała słów.
- Stajemy w szranki jako przeciwnicy, ale wolę być jego sojusznikiem – przyznał Lucjusz.
- Nie przepadam za twoimi sojusznikami – rzucił Harry i kąciki ust Malfoya drgnęły lekko, jakby walczył z uśmiechem.
- Mówisz o Draco czy chodzi ci o tych drugich sojuszników? – spytał Lucjusz, nie brzmiąc na urażonego, jakby ten konflikt, który trwał pomiędzy nim, a jego synem nie istniał.
Jakby Malfoy nie był śmierciożercą.
Dzieliło ich dosłownie wszystko.
- Czy to ważne? Masz wśród przyjaciół Glizdogona, to chyba wiele o tobie mówi – odparł Harry, obserwując uważnie jak mięśnie twarzy Malfoya spięły się.
- Glizdogon nigdy nie był moim przyjacielem – oznajmił mu szorstko Malfoy. – Za to twoi rodzice nie mogą pochwalić się tym samym – dodał, ale Harry był już na to przygotowany i nawet nie drgnął. – Mam tylko jednego przyjaciela, bo wybieram ich ostrożnie. I jest nim Severus Snape – poinformował go Malfoy.
- Snape szpieguje dla naszej strony od dawna – oznajmił mu z satysfakcją.
- Wiem – odparł Lucjusz spokojnie. – Przyjaźń nie polega na popieraniu wszystkich decyzji ani nawet zgadzaniu się z cudzym światopoglądem – wyjaśnił mu.
- Nie możesz być poważny – prychnął Harry.
- Przyjaźń to szacunek – poinformował go Lucjusz. – Decyzje i poglądy ulegają zmianom, pozostaje tylko szacunek.
- Snape nie chciał, żebym z tobą ćwiczył – przypomniał mu.
- Ponieważ mnie zna i zna swoje obowiązki względem tej wojny - odparł Malfoy. – Uważa, że to strata czasu, ponieważ talent to dopiero początek. Do tego, aby być w czymś dobrym, potrzeba ciężkiej pracy. Z tego co pamiętam, uważa cię za leniwego, za niezbyt rozgarniętego i przyznałbym mu rację, gdyby nie to, że widzę tutaj wpływ Dumbledore'a. Gryfoni nie rodzą się idiotami, wbrew obiegowej opinii. Szybko jednak się nimi stają.
- Musisz mnie obrażać za każdym razem? – spytał.
- Pozwalasz się obrażać – odparł Lucjusz, jakby to było całkiem oczywiste.
- A co mam zrobić? Rzucić w ciebie jedzeniem? – prychnął. – Nie pozwalam się obrażać – dodał, chociaż brzmiało to trochę dziecinnie.
- A potrafisz zarzucić kłamstwo moim słowom? – zainteresował się Lucjusz.
- Uważasz lojalność za głupotę – warknął.
- Ślepą lojalność – poprawił go Lucjusz.
Zacisnął dłonie w pięści, nie wiedząc nawet co powinien odpowiedzieć. Malfoy jednak nie liczył najwyraźniej na nic, bo wrócił do swojego posiłku, jakby przed minutą wcale nie rozmawiali.
- Dlaczego nie powiedziałeś Voldemortowi, że Snape jest szpiegiem? – spytał w końcu.
- Odpowiedzią jest lojalność, Harry Potterze – odparł Lucjusz.
ooo
Nie próbował nawet zaczynać rozmowy podczas śniadania. Malfoy nieprowokowany nie kąsał, więc porównywanie go wcześniej do węża zaczynało mieć sens. Jego dłoń nie bolała już tak bardzo i kolejna porcja maści sprawiła, że niemal mógł ruszać normalnie nadgarstkiem. Opuchlizna zeszła odrobinę, ale nie miał pełnej sprawności. Lucjusz zresztą nie sięgnął po szpady, kiedy weszli ponownie do zbrojowni. Malfoy przełożył jedynie różdżkę do lewej dłoni, podwijając rękawy swojej koszuli. Najwyraźniej miał pewne zasady co do stroju, w którym czarował i walczył, bo wczorajsza czarodziejska szata została odłożona na jedną z szaf.
Różdżka w lewej dłoni była po prostu nienaturalna. Jego palce ślizgały się na drewnie, nieprzystosowane do chwytania tak niewielkich przedmiotów. Nie potrafił ustawić odpowiednio ręki nawet do najprostszej tarczy. Nie wątpił, że machnięcie w bardziej skomplikowanym układzie dłonią okaże się katastrofą. Nagle miał wrażenie, jakby cofnęli się do pierwszego roku, kiedy nie wiedział niczego o magii. Może gdyby ćwiczył wtedy na dwie ręce, teraz opanowałby to bez problemu, ale stał się praworęczny i trudno było mu nie czuć tego mrowienia w nieużywanej obecnie dłoni. Jego palce pamiętały kształt różdżki i pragnęły poczuć ją w dłoni.
- Skup się – polecił mu Malfoy z łatwością rzucając kolejne Protego w powietrze.
Harry początkowo obawiał się, że będzie musiał odpierać faktyczne klątwy, ale na razie trenowali sam ruch. Jego ramię wydawało się nienaturalnie ciężkie. Nie wiedział gdzie podziewała się krew z jego lewej ręki, ale na pewno nie znajdowała się na swoim miejscu. Grawitacja pokonywała go i tym razem. Po jego plecach spływała cienka stróżka potu, bo chociaż machanie różdżką nie było ciężkie, jednak samo skupienie wymagało od niego pokładów energii, których nie posiadał. Miał ochotę wrzeszczeć i może schować się na piętrze. Najchętniej powiedziałby Dumbledore'owi, że nie da rady i muszą znaleźć coś innego, bo jego ciało wydawało się tak obolałe jak jeszcze nigdy. A spadł kilkukrotnie z miotły i Dudley w każde wakacje nadrabiał to, że nie widzieli się w ciągu roku.
Przetarł prawą dłonią pot z czoła i zacisnął zęby, spoglądając z lekką nienawiścią na niewzruszonego Lucjusza, dla którego zapewne była to nie pierwszyzna. Malfoy twierdził, że powinien wyzbyć się złości, skoro nie potrafił jej ukierunkować, ale Harry od lat przecież to robił, mając za cel Voldemorta. Na niego był głównie wściekły, ponieważ gdyby ten szaleniec nie zabił jego rodziców, może teraz nie byłby w tej sytuacji. Nie miał pojęcia co robiłby Lucjusz Malfoy, ale pewnie nie ryzykowałby wstąpienia w szeregi śmierciożerców dla układów, które mogły nigdy nie nadejść.
Nie wiedział na co mężczyzna liczył po zakończeniu wojny. Snape był w niezbyt dobrej sytuacji. Aurorzy, którzy byli członkami Zakonu szczerze go nie znosili i pewnie tylko Dumbledore chronił mistrza eliksirów przed Azkabanem, z którego zresztą już raz go wydostał. Harry nie znał szczegółów, ale bardzo chciałby się dowiedzieć jak Lucjusz ominął więzienie, na które z pewnością zasłużył.
Wziął głębszy wdech, wyciągając lewą rękę z rękawa wraz z różdżką. Ściągnął sweter przez głowę, ustawiając się raz jeszcze bokiem w pozycji pojedynkowej. Gdyby miał szpadę, celowałby nią do przodu prawą ręką, ale ta na razie bezwładnie wisiała wzdłuż jego ciała. Lucjusz obserwował go kątem oka nie zdradzając żadnych emocji i Harry skupił się na swojej dłoni, która nie chciała się poddać jego woli. Widział ruch, który powinna wykonać i używał ten inkantacji setki razy, a jednak tarcza nie chciała się utrzymać. Miał wrażenie, jakby jego magia łączyła się jedynie z prawą ręką, co było idiotyzmem, bo nigdy nie słyszał o czymś takim. I może ograniczał go tylko jego umysł i przyzwyczajenia, których pewnie powinien był się wystrzegać.
Dumbledore używał magii bezróżdżkowej i zmieniał dłonie. Pamiętał wyraźnie jego starcie z Voldemortem w Ministerstwie. Gdyby podczas pojedynku czy walki jego prawa ręka oberwała zaklęciem, a różdżka ocalała i tak byłby bezbronny. Nie miał pojęcia dlaczego nie uczono ich tego w Hogwarcie. Nawet mugolscy policjanci strzelali używając obu rąk. Pamiętał protezy, które widział w telewizji. Nie przeszkadzały w codziennym życiu, zastępując utracone kończyny. Nie wiedział jak leczono takie przypadki w świecie czarodziejskim, ale przecież praca aurora była niebezpieczna. Wypadki musiały się zdarzać, szczególnie kiedy teraz polowano na czarnomagiczne artefakty.
Wpatrywał się w swoją lewą dłoń, zaklinając ją, żeby w końcu się poruszyła tak jak powinna, ale jego mięśnie nie chciały się odpowiednio napiąć.
- Rozluźnij się – polecił mu Lucjusz, nawet nie spoglądając na niego w tej chwili.
Harry miał ochotę się sprzeczać, ale jego ramię paliło żywym ogniem, więc opuścił je w dół, czekając aż krew napłynie do zmęczonej kończyny. Mrowienie na pewno nie było dobrą oznaką, ale mógł zaryzykować opuchliznę na lewej ręce. To prawa była mu konieczna na zajęciach następnego dnia.
Wziął kolejny głębszy wdech i uniósł dłoń, która wydawała się nieludzko mokra od potu. Nie miał pojęcia czy tutaj było tak gorąco czy po prostu denerwował się tak bardzo. Malfoy wyglądał tak świeżo, jakby dopiero co założył tę koszulę na siebie. Pewnie wiele pomagał fakt, że związał swoje włosy w luźny kucyk i nie przylepiały mu się do twarzy.
Widział jak mięśnie jego dłoni napięły się, różdżka pewnie spoczywała w jego dłoni, więc przekręcił nadgarstek by ustawił się odpowiednio w stosunku do swojego rzekomego celu. Jego palce nawet bardzo się nie ślizgały, kiedy zwinął je pod siebie. Gdyby miał to ocenić, uznałby, że jego chwyt nareszcie stał się pewny. I co z tego, skoro zaklęcie nadal nie zmaterializowało się w postaci niebieskiej nitki. Jego magia nawet nie protestowała, po prostu nie pojawiła się, kiedy jej potrzebował.
- Rozluźnij się – polecił mu Lucjusz i Harry zacisnął zęby, żeby czegoś nie odszczeknąć.
Opuścił dłoń, czekając ,aż krew znowu napłynie mu do ręki. Nigdy nie miał takich problemów, kiedy korzystał z prawej i nagle uderzyło go, że powinien porównać obie ręce, bo przecież wystarczyło jak w lustrze odwzorować wszystko lewą.
