To co jest w świetle, oglądamy z ciemności.
Tytus Carus Lukrecjusz
Nie chciał myśleć o profesorze, ale to nie było łatwe, kiedy Lucjusz zachowywał taką ciszę. Malfoy przeważnie niewiele mówił, chyba, że miał akurat coś do powiedzenia. Jednak obecne milczenie miało w sobie jakieś napięcie, które sprawiało, że Harry'emu trudno było wysiedzieć na swoim krześle. Pospiesznie skończył kolację i wstał, ponieważ nie miał pojęcia, co miałby zrobić innego. Nie do końca czuł się dobrze z tym, że uciekał jak tchórz przed ciszą, a może przed świadomością, że człowiek, o którym powiedzieli tak wiele złych rzeczy w przeszłości mógł stracić dziecko. Nie był pewien czy chciał znać prawdę, ponieważ na razie domysły oznaczały prostą drogę, ale miał wrażenie, że historia Snape'a mogłaby nim wstrząsnąć. W końcu po dwudziestu latach nadal był sam.
Lucjusz obserwował go uważnie, kiedy po kilku wykrztuszonych słowach opuszczał jadalnię. Nie zatrzymywał go jednak. Może również chciał zostać sam. Nie wątpił, że Snape nie doczeka się przeprosin. Lucjusz zapewne się ku takim nie skłaniał. A jednak był pewien, że profesor pojawi się jutro o umówionej godzinie. Podpowiadało mu to przeczucie, a ono rzadko się myliło.
Zamknął drzwi do pokoju szczelnie i rzucił się na łóżko, zmęczony jak nigdy. Adrenalina podczas treningu utrzymywała go w ruchu i napędzała do dalszego działania. Nie spodziewał się jednak, że zmęczenie psychiczne jest czymś, co faktycznie tak mocno oddziałuje na ludzi. Hermiona opowiadała im o czymś podobnym, ale wrzucali to pomiędzy bajki. Mecze quidditcha nie zależały od tego kto i kiedy pokłócił się z dziewczyną. A przynajmniej odmawiał przyjęcia czegoś tak śmiesznego do wiadomości.
Teraz jednak kiedy w jego ciele nie pozostało ani krzty siły, aby choćby się podnieść i przebrać w piżamę, miał wrażenie, że to wszystko wina niezbyt przyjemnej kolacji. Pomimo tego, że nie miał przy sobie przyjaciół, nie nudził się ani przez chwilę. Lucjusz zachowywał ciszę, ale odzywał się również podnosząc ciekawe tematy. Coraz częściej wtrącał uwagi o innych szermierzach i Harry miał wrażenie, że faktycznie stawał się członkiem wspólnoty.
Nie miało to jednak znaczenia w tej chwili, kiedy Snape wyszedł tak nagle. Może był tak zszokowany, ponieważ po raz pierwszy widział profesora faktycznie poruszonego. A był świadkiem, kiedy Syriusz nazywał Snape'a śmierciożercą i mordercą przy wszystkich. To jednak bolało najwyraźniej mniej niż strata bliskich i Harry po części rozumiał jego cierpienie. Jeśli Snape nie poznał nigdy swojego dziecka – byli w podobnej sytuacji, bo on nie miał okazji zamienić nawet zdania z rodzicami.
ooo
Ranek nadszedł o wiele zbyt wcześnie, ale tym razem był lepiej przygotowany do biegu. Lucjusz stał przed dworkiem rozciągając się odrobinę. Mężczyzna wydawał się o wiele spokojniejszy niż poprzedniego wieczora, chociaż Harry nie miał pojęcia skąd w ogóle wyciągnął taki wniosek. Lucjusz milczał w ciszy rozgrzewając swoje mięśnie.
- Powiedz, jeśli przestaniesz nadążać – rzucił Malfoy i to było jedyne ostrzeżenie, które dostał.
Pewnie sądziłby, że Lucjusz się popisuje, ale to były ćwiczenia fizyczne. Umiejętności tak sprawnego poruszania się musiał nabyć treningiem, więc Harry nie miał prawa odbierać mu tego. Lucjusz zresztą zapewne nie przejmował się tym, co o nim myślał, dopóki szanował jego wiedzę. A tej również nie mógł zaprzeczyć.
Lucjusz szybko zdobył nad nim przewagę. Rosa jeszcze nie opadła i ich spodnie były mokre do kolan, ale mężczyzna nie wydawał się tym kłopotać. Na pewno nie krępowało to jego ruchów, Harry jednak nie mógł powiedzieć tego samego o sobie. Dresowe spodnie stały się cięższe od wilgoci, którą wchłonęły. Coraz trudniej było mu brodzić w wysokiej trawie. Było sporo niższy od Malfoya.
Oddychanie nie przychodziło mu z łatwością, ale starał się trzymać ręce przy sobie, żeby nie dostać kolki. Wiedział, że diabeł tkwił w trzymaniu stałego rytmu, ale to nie było takie łatwe, szczególnie że najchętniej po prostu wycisnąłby z siebie ostatki sił, aby tylko dogonić Malfoya. Zapewne upadłby zaraz później.
Był tak spocony, że okulary ślizgały się po jego nosie, a mokre włosy przylepiały do czoła. Dopiero, kiedy zaczęło mu ciemnieć przed oczami, zaczął zwalniać.
- Lucjusz! – krzyknął, trochę zaskoczony, że to imię w ogóle przeszło mu przez usta.
Nie tytułował Malfoya. Przeważnie unikał zwracania się bezpośrednio do niego. Jeśli jednak ta bezpośredniość miała się mężczyźnie nie spodobać, wolał wiedzieć o tym już teraz, bo z dwoma Malfoyami, którzy ostatnio zaprzątali jego myśli był za wielki bałagan, skutkiem czego stali się gdzieś w tym czasie Draco i Lucjuszem.
Malfoy nie zwolnił. Zamiast tego po prostu zawrócił i zrównał się z nim bez najmniejszego problemu. Rumieniec na jego policzkach dokładnie tak jak wczoraj wyglądał bardziej na czerwonawą plamę krwi, która rozłożyła się nierównomiernie pod skórą. Ta skaza nie pasowała do obrazu, który sobą przedstawiał Lucjusz. Mężczyzna nawet nie dyszał.
- Drogę powrotną przebędziemy truchtem – zdecydował Malfoy.
- Nie wiem czy to dobry pomysł – przyznał, kiedy złapał w końcu oddech.
- W twoim ciele pozostało sporo siły – rzucił mężczyzna i spojrzał na niego z wyczekiwaniem.
Harry trochę z powątpiewaniem ruszył omdlałymi kończynami, ale wolniejszy rytm prawie przynosił ukojenie. Krew zaczynała dopływać do zmęczonych nóg, chociaż nie dał im tak naprawdę wytchnienia. Więc może wystarczyła po prostu zmiana tempa, aby oszukać organizm. Rozumiał przynajmniej dlaczego Lucjusz ćwiczył z różną dynamiką zmieniając rytm swoich pchnięć. Harry spodziewał się, że były to zagrywki, które miały rozproszyć przeciwnika, ale machanie szpadą przez cały czas na pewno przeciążało dłonie.
Przedramiona Lucjusza wyglądały na silne, ale przecież każdy miał swoje ograniczenia. Ruch dla Malfoya na pewno nie był jednym z nich. Harry musiał jednak trenować, aby uzyskać szybkość, z której był tak znany.
Dotarli do dworku dość wcześnie i wsunął się do środka, trochę zaskoczony, kiedy Malfoy puścił go przodem. Najchętniej upadłby na dywan i pozostał na korytarzu leżąc przez kilka długich minut, ale Lucjusz poprowadził go w stronę zbrojowni i podał mu szpadę.
- Ćwicz kiedy będziesz zmęczony. A kiedy padniesz na twarz, ćwicz dalej – powiedział Malfoy.
Jeśli to miała być kolejna cenna rada, Harry miał ochotę za nią cholernie serdecznie podziękować. Nie miał jednak okazji nawet sarknąć, bo Lucjusz poruszył się z szybkością atakującej kobry, unosząc własną szpadę do góry. Odbił atak w ostatniej chwili, uchylając się przed kolejnym ciosem w kolejnej. Bardziej skupił się na ucieczce niż ukrywaniu i jego serce ponownie zaczęło pompować do żył krew pod ciśnieniem. Jego umysł ospały po wysiłku budził się na nowo do życia.
Sądził, że Lucjusz oszalał, ale szybko zdał sobie sprawę, że każdy atak był wyważony w ten sposób, aby wybić go z równowagi, a nie zranić. Malfoy zmuszał go do ruchu i obrony, nie dając mu chwili wytchnienia czy sekundy na zastanowienie. Harry zawsze był ten delikatny moment w tyle, ale trudno było przewidzieć, co Lucjusz planował, kiedy nie znało się jego techniki.
Szpady nie jeden raz obijały się o siebie, wydając ten przeraźliwy dźwięk. Metal jednak wydawał się niezniszczalny. Na broni Harry'ego nie było najmniejszego śladu, chociaż siła uderzeń zaskakiwała go. Prawie nie czuł, kiedy przyjmował je na dłoń, która przecież jeszcze nie tak dawno była kontuzjowana. Jego mięśnie napinały się, ale to nogi brały na siebie całą siłę Lucjusza i stawiały opór w jego imieniu. Jego ruch zaczynał się już u fundamentu i im bardziej zdawał sobie z tego sprawę, tym łatwiej było mu się osłaniać.
Uchwycił lekki uśmieszek Malfoya, który najwyraźniej świetnie bawił się, atakując go raz po raz. A może satysfakcja mężczyzny wywodziła się z tego, że do Harry'ego coś nareszcie docierało. W końcu szło mu coraz łatwiej i Lucjusz musiał to dostrzegać, skoro zmienił taktykę i zmuszał go do cofania się.
- Zamierzasz mnie wywrócić? – wykrztusił w końcu.
Mówienie podczas pojedynku kosztowało go trochę wysiłku, ale nie potrafił w milczeniu robić czegokolwiek. Słyszał świst szpady Lucjusza, ale jego własne ostrze nie przecinało przestrzeni w odpowiedni sposób i trochę irytował go ten fakt. Wydawało mu się, że nadal ma zbyt mało energii, aby w poprawny sposób używać szpady.
- Zamierzam cię zmęczyć – rzucił Lucjusz.
- Już jestem zmęczony – przyznał bez wahania.
- Ale jeszcze stoisz – odparł Malfoy.
I faktycznie Harry nadal się bronił. Nie potrafił jednak nie reagować, kiedy Lucjusz atakował. To było wpisane w jego instynkt, aby zasłaniać się i uskakiwać.
- A jak się wywrócę? – spytał.
- Śmierć – odparł Lucjusz spokojnie.
- To jak jej uniknąć? Mam się nie wywracać? – zakpił.
- Samo niewywracanie nie pomoże – stwierdził Lucjusz, tym razem starając się dostać jego lewą stronę. – Żadna walka nie może trwać w nieskończoność.
Harry otworzył usta, żeby spytać, ale dostał płasko ostrzem w prawą rękę. I chociaż bolało jak diabli, nie wypuścił swojej szpady.
- Musisz atakować – poinformował go Lucjusz. – Wygrywają tylko ci, którzy sięgają po zwycięstwo – rzucił, a potem zatrzymał się, jakby właśnie od dobrych dziesięciu minut nie rzucał mu się do gardła.
Harry wziął kilka głębszych wdechów, zaskoczony, że z takim trudem oddycha. Nie zauważył tego wcześniej, ale teraz kiedy pierś pracowała pełną parą. I był trochę zaskoczony, kiedy zauważył, że Lucjusz też potrzebował chwili, aby się opanować.
- Nie można się cały czas bronić – podjął Malfoy, jakby tak naprawdę nigdy nie przerwał. – Nie wygrasz, broniąc się. A przegrana oznacza tylko jedno – dodał.
Harry skinął głową i zaczął rozcierać bolącą rękę. Ślad zaczerwienił się i miał tam pojawić się siniak jeszcze tego samego dnia. Jego kości wydawały się jednak całe, więc Lucjusz wiedział co robi, kiedy uderzył go płazem szpady. Przerażało go jedynie z jaką precyzją mężczyzna to zrobił. Gdyby mierzył się z prawdziwym przeciwnikiem zapewne straciłby pół ręki.
Zagrożenie stało się nagle całkiem realne i namacalne.
- Kompres powinien pomóc – rzucił Malfoy.
ooo
Wrócili do różdżek, kiedy tylko zmyli z siebie pot. Mężczyzna stał za jego plecami w bezpiecznym oddaleniu od magii, która uwalniała się z pewnymi przerwami. Ściany sali wyglądały fatalnie, ale żadna z gablot nie ucierpiała. Były zabezpieczone jakimiś naprawdę mocnymi zaklęciami, bo Harry zdążył podpalić już zasłony, a droga broń pozostała nietknięta, chociaż przecież lakierowane drewno pudeł powinno również się podpalić.
Demolowanie przynosiło mu pewną radość. Miał w sobie coś, co roznosiło go od dłuższego czasu i nie mógł się tego pozbyć. Tymczasem z każdą chwilą, kiedy jego magia wydostawała się z jego ciała, czuł się odrobinę lepiej. Jakby nareszcie znajdował spokój, którego od dawna szukał. Przestał zauważać nawet, że różdżka znajduje się w jego lewej ręce, chociaż prawa dłoń czasem sama wykonywała zamach, jakby półkule jego mózgu nadal kłóciły się o przewodnictwo.
- Spróbuj z tarczą – podpowiedział mu Lucjusz, ale trudno było mu wykonać odpowiedni ruch nadgarstkiem.
Porcja magii ukruszyła tynk niedaleko drzwi. Kolejne próby nie przyniosły rezultatu i Malfoy stanął w jednej linii z nim bardzo powoli wykonując pełen obrót swojego nadgarstka. Mężczyzna nie musiał mu nawet mówić, żeby Harry obserwował jego ruch. Było coś magicznego w tym jak dłonie Lucjusza układały się na różdżce. Jego palce były długie i szczupłe, a jednocześnie wydawały się posiadać jakąś dziwną siłę. Cienkie linie żył przeświecały przez jasną skórę, tworząc błękitną sieć i to nie powinno go tak bardzo fascynować, ale nie potrafił oderwać wzroku.
Może Malfoy źle zrozumiał jego wahanie, bo w chwilę później te same palce obejmowały jego nadgarstek, prowadzając jego różdżkę w powietrzu. Nic się nie stało. Ruch nie został wykonany z odpowiednią prędkością, ale jego skóra mrowiła, jakby został porażony prądem. Czuł zapach skóry Malfoya. Mężczyzna musiał używać jakiegoś perfumowanego mydła, bo coś męskiego dotarło do jego nozdrzy. Wziął głębszy wdech niemal półświadomie i zamarł, bo palce Lucjusza sunęły po jego dłoni w zwolnionym tempie. Był pewien, że coś dziwnego działo się z czasem. Lucjusz dotykał go zaledwie przez kilka sekund, a przecież nadal czuł jego dłonie. Krew w jego żyłach zaczęła szybciej krążyć i zrobiło mu się trochę cieplej, więc może temperatura w pomieszczeniu po prostu wzrosła. Nie tłumaczyło to jednak dlaczego mrowienie z jego dłoni przeniosło się o wiele niżej w rejony, które z Lucjuszem nigdy nie powinny mieć nic wspólnego.
- Już wiesz? – spytał mężczyzna.
Nie miał ataku paniki, ale był tego bliski. Lucjusz przyglądał mu ze swoją zwykłą obojętnością, a jednak miał wrażenie, że coś się zmieniło. Przełknął ciężej, bo w wokół jego krtani zaciskała się metalowa obręcz i miał nadzieję, że to jakaś klątwa, którą oberwał wcześniej.
Czuł, że się czerwieni i Malfoy zmarszczył brwi, kiedy tylko to dostrzegł. Ten cholerny męski zapach jednak nadal tkwił w jego płucach i pewnie miał się go szybko nie pozbyć. Najgorsze mogło być zresztą wspomnienie.
- Chyba źle się czuję – stwierdził i nawet nie kłamał.
Nie miał pojęcia co się dzieje, ale musiał wyjść. Nie czekał nawet na odpowiedź Lucjusza, kiedy ruszył w kierunku drzwi.
