Patrząc na ciemność lub śmierć boimy się nieznanego - niczego więcej.

Joanne Kathleen Rowling

Chciał po prostu podziękować, ale Lucjusz nie był łatwym człowiekiem, co powinien powtarzać sobie każdego wieczora przed snem. Ron zapewne ucieszyłby się z nowej mantry. Wcześniej przeklinali Ślizgonów, Snape'a oraz człowieka, który stworzył fasolki o smaku wymiocin. Harry sądził, że mógł żyć bez każdej z tych rzeczy, ale docierało do niego jak mocno się pomylił. Z Lucjuszem było podobnie.

Malfoy stanął w rozkroku ze szpadą w dłoni i zaczął kolejną z porannych rutyn, do których Harry się już przyzwyczaił. Sam miał powtórzyć wszystko, czego nauczył się do tej pory. Jego nadgarstek był w doskonałej kondycji, a lewa ręka zaciskała się pewnie na różdżce. Czuł na sobie wzrok Lucjusza, co nie powinno być czymś nowym, ale ta koszula wydawała się go informować o tym, kiedy na niego patrzono. Może po prostu czuł się cały czas zagrożony, kiedy gruba tkanina swetra nie zasłaniała go kompletnie.

- Ćwiczyłeś – rzucił Malfoy niby niezobowiązującym tonem.

- W Hogwarcie przez cały tydzień. Uważałem, żeby mnie nikt nie zobaczył – uprzedził pospiesznie.

Nie był idiotą. Częściowo ukrywał się również przed Ronem. Był pewien, że gdyby powtórzył chociaż słowo z tego, co Lucjusz do niego mówił, Weasley dostałby apopleksji. To nie było moralne. Nie zmieniało jednak faktu, że stanowiło coś poprawnego. Świat się zmienił, kiedy nie patrzyli. Chociaż może zawsze taki był, ale ludzie wokół nie pozwolili im go takim dostrzec. Rodzice, Dumbledore, nauczyciele – oni wszyscy mogli sądzić, że chronili ich przed złem, ale lepiej było znać wroga, zanim stanie się z nim twarzą w twarz. Udawanie, że szarość nie istnieje też nie była najlepszym wyjściem, bo jak teraz rozpoznają wszystkie odcienie tego świata?

- Masz w zamku szpadę? – spytał Lucjusz wprost.

- Nie – odparł. – Wiesz jak drogie są – prychnął.

Kącik ust Lucjusza drgnął lekko.

- A chciałbyś mieć w zamku szpadę? Miałbyś ją gdzie ukryć? – zainteresował się Malfoy.

Harry zamarł i zerknął niepewnie na mężczyznę.

- Ron dostanie kolejnym prezentem w głowę? - spytał, nie mogąc się powstrzymać. – Jestem ci bardzo wdzięczny za koszule, ale…

- Nonsens – prychnął Lucjusz, wchodząc mu w słowo. – Zamierzasz podziękować? – zakpił. – Nie wiem czy równowaga świata nie zostanie zachwiana. W końcu masz być bohaterem, a nie niszczącym światy. Nie byłoby cię stać na ubrania, podobnie jak na szpadę, ale to ja cię uczę i ja odpowiadam za to, żebyś miał wszystko, czego ci potrzeba – wyjaśnił spokojnie.

Harry odchrząknął niepewnie, nie wiedząc nawet za bardzo co to oznacza, ale oczami wyobraźni widział już szpadę spadającą na nich podczas śniadania. Nie dostawał prezentów prawie nigdy. Gryfoni zdawali sobie sprawę w jak ciężkiej sytuacji jest, gdy zostaje podczas wakacji z Dursleyami. Nikogo nie dziwiło, że nie dostawał nawet listów, więc ta nagła zmiana na pewno zrodzi kolejne pytania. Ron przełknął jakoś koszule, uznając, że zapewne to prezent od McGonagall albo Dumbledore'a. Kogo innego byłoby stać na takie rzeczy? Gdyby dowiedział się, że Malfoy wybrał je specjalnie dla niego, zapewne spłonęłyby szybciej niż Harry zdążyłby zareagować.

- Naprawdę ci dziękuję i świat się nie zawali, kiedy wykażę się kulturą, dziękuję bardzo – prychnął. – Chodzi o to, że ludzie zaczną pytać. Nikt niczego mi nie przysyła. Jestem Harry, nie mam rodziny – przypomniał Lucjuszowi.

Malfoy przewrócił oczami, jakby w ogóle nie widział problemu.

- Masz szesnaście lat – westchnął mężczyzna. – Większość pomyśli, że masz kochanka. Szczególnie, że te prezenty akurat wyglądałyby na coś, co mógłbyś dostać od kogoś zainteresowanego tobą – rzucił Lucjusz.

Harry nie znał czarodziejskich zwyczajów, ale to nawet nie było ważne. Różdżka na szczęście nie wypadła mu z rąk, ale starał się gdzieś uciec wzrokiem, ponieważ cisza pomiędzy nimi przedłużała się. Najwyraźniej Lucjusz czekał na jego reakcję, a Harry'emu po głowie chodziło tylko to jedno słowo 'kochanek' i nie chciało stamtąd wyjść. To miał być spokojny weekend bez rumienienia się. Trzymał się na taką odległość od Malfoya, żeby się nawet przypadkowo o niego nie otrzeć. I wszystko szło świetnie. Nie gapił się tak dużo, zastanawiał się zanim coś powiedział, ale Lucjusz oczywiście musiał wszystko zepsuć.

- Kochanka – powtórzył w końcu słabo.

Lucjusz zmarszczył brwi. Może tylko mu się wydawało, ale mężczyzna przestawał się przy nim tak pilnować. Spędzali z sobą każdy weekend.

- A myślisz, że co myśli moja żona? – spytał Malfoy wprost.

- Narcyza sądzi, że masz kochanka? – rzucił przerażony.

- Ten dwór służy przeważnie tylko do schadzek – odparł Lucjusz.

Harry nie sądził, że może rumienić się mocniej, ale powoli nawet ta cienka koszula tamowała za bardzo ciepło bijące z jego ciała.

- To musi być smutne być tobą – podjął Lucjusz, przyglądając mu się z błyskiem w oku. – Fatalne…

- Dlaczego? – spytał Harry ostrożnie.

- Odskoczyłeś jak oparzony ostatnim razem, kiedy cię dotknąłem i trzymasz ręce przy sobie jak dziewica, która nie ma pojęcia co powinna zrobić – ciągnął Malfoy. – To musi być okropne wiedzieć czego się chce i nie móc po to sięgnąć. Osobiście sądzę, że powstrzymująca cię wiara w to, że jestem złem na tym świecie jest prawie urocza. Moralność, którą narzucasz sobie sam, a która cię zniszczy – prychnął i potrząsnął głową z niedowierzaniem. – Jak mówiłem, to musi być okropne być tobą.

Harry przełknął ciężko i cofnął się o krok.

- Sądzisz, że naskoczę na ciebie? – spytał Lucjusz z niedowierzaniem. – Mam kochanków chętnych, gotowych i całkiem utalentowanych – rzucił i wzruszył ramionami. – Nie wziąłem do łóżka nikogo, kto nie chciałby tego. Nie zamierzam tego zmieniać tylko dla Harry'ego Pottera.

- Ja nie – zaczął słabo, ale słowa zamarły mu w ustach.

- Masz swoje atuty. Z pewnością twoja jasna skóra, mięśnie wyrobione od gry w quidditch i te nieco za długie włosy mają swój urok. Nie twierdzę, że nie – ciągnął dalej Lucjusz, przewiercając go wzrokiem. – Teraz widzę też, kim staniesz się w przyszłości i to będzie cudowne, Harry. Nie wrócę też do tej rozmowy, ponieważ utknęliśmy w punkcie, gdzie piłka jest po twojej stronie. Nie jesteś zniczem, którego będę próbował złapać – wyjaśnił Malfoy. – Wiesz gdzie jest mój pokój, jeśli chciałbyś sprawdzić o co tyle krzyku, ale teraz proponowałbym, żebyśmy się skupili na treningu, bo po to tutaj jesteś – przypomniał mu, a potem jakby nic się nie stało, uniósł szpadę do góry i zaczął ciąć powietrze.

Harry wpatrywał się w niego z niedowierzaniem, zastanawiając się czy to jest ten moment, w którym powinien użyć awaryjnego świstoklika. Nie wyobrażał sobie jednak Dumbledore'owi wytłumaczenia dlaczego przerwał trening i uciekł jak ostatni tchórz z dworku Malfoya. Lucjusz w końcu go nie dotknął i nie zagroził. To wyglądało prawie jak zaproszenie w tym malfoyowskim języku, który ku swemu przerażeniu zaczynał rozgryzać.

Lucjusz nie przestawał, milcząc uparcie i wydawało się, że nic pomiędzy nimi się nie zmieniło. Harry podniósł zatem ostrożnie różdżkę i szpadę, a potem wykonał niepewnie obrót, który wychodził mu w Hogwarcie cudownie, ale zdenerwowanie nie pozwalało mu skupić się na treningu. Starał się oddychać przez nos, powoli wypuszczać powietrze, żeby uspokoić nerwy, ale jego skóra mrowiła.

Jeśli miał podsumować ostatnie tygodnie, to jedyny postęp uczynił w zrozumieniu tego, że najwyraźniej odczuwa niepohamowany pociąg do starszych od siebie blondynów z tendencjami do niemoralnych zachowań i propozycji. Może oszalał i to były tego skutki. Nie spodziewał się, że był aż tak oczywisty, ale Lucjuszowi niewiele umykało. Potrafił go urazić, obrazić i rozzłościć z taką łatwością, że Harry'ego przerażało to początkowo. Malfoy wiedział jakie guziki u niego nacisnąć. Nie roześmiał mu się jednak w twarz, kiedy teraz rozmawiali, a tego Harry bał się od samego początku. Że stanie się obiektem kpin, gdy Lucjusz tylko zda sobie sprawę, że go podniecał. Trochę przedmiotowo traktował Malfoya – jako coś pięknego, ale niekoniecznie kogoś, ponieważ osobowość Lucjusza przerażała go po trochu, co wcale nie zmniejszało jego pociągu.

A mężczyzna wiedział o tym i obserwował jego walkę z samym sobą. Nazwał ją smutną. Sądził, że Harry sam siebie krzywdzi swoim idiotyzmem. Zapewne w słowniku Malfoya nie było 'nie' ani słowa 'moralność', ale on nie wyobrażał sobie tak po prostu iść z kimś do łóżka. Miłość była ważna. Seks powinien z niej płynąć, a przynajmniej tak słyszał. Zdawał sobie sprawę, że ludzie nie zawsze byli z sobą, ale to nie zmieniało faktu, że marzył o czymś więcej. I na pewno nie chciał być jednym z wielu kochanków Malfoya. Imieniem, którego Lucjusz nawet nie zapamiętałby.

- Ramiona wyżej – rzucił mężczyzna, prawie przyprawiając go o zawał.

W jego oczach jednak Harry nie zobaczył rozbawienia ani żadnej emocji, którą mógłby uznać za efekt uboczny odkryć Lucjusza. Malfoy wydawał się jak zawsze nieporuszony, ale nie dotknął go, chociaż wskazał na niego szpadą, jakby chciał podkreślić jak ważne było przyjęcie nowej pozycji. Instruował go spokojnym tonem, wydając się w pełni profesjonalnym i Harry zaczął oddychać normalnie.

Nie wiedział co sobie wyobrażał. Lucjusz na pewno nie popchnąłby go w stronę ściany, korzystając z różnicy sił. Harry mógłby się próbować bronić lub nie. Usta Lucjusza były wąskie, ale pewnie nie zauważyłby tego, kiedy zniknęłyby z pola jego widzenia.

Potrząsnął głową, chcąc się otrząsnąć z niepotrzebnych myśli. Lucjusz nie zaatakowałby go. Zdążył już poznać Malfoya i wiedział, że to nie był do końca styl tego mężczyzny. Lucjusz lubił wygrywać, a to w pewnym sensie byłaby przegrana.

Nie sądził jednak, że poczuje ulgę, kiedy Malfoy odkryje prawdę. Spodziewał się manipulacji rodem z podręcznika. Może nawet szantażu, ale Lucjusz złożył mu otwartą propozycję i bez słowa, bez kpin i żartów wrócił do ćwiczeń. Wydawał się również zirytowany tym, że Harry'emu ewidentnie teraz szło gorzej. On jednak nie był przyzwyczajony do tego, aby ktoś mówił mu wprost – wiem, że ci się podobam – i nie robił z tym nic. Gdyby to była jakaś dziewczyna z Ravenclawu albo chłopak z Hufflepuffu, umówiliby się w Hogsmeade. Lucjusz miał jednak żonę. I syna w jego wieku.

Harry nie miał pojęcia ,dlaczego w ogóle jeszcze nie otrząsnął się i nie zaczął ćwiczyć.

- Naprawdę fatalne i przykre – powiedział Lucjusz.

Harry spojrzał na niego zaskoczony.

- Zawsze żyjecie w konflikcie z sobą? – spytał mężczyzna. – Obserwowałem kiedyś wspaniały dramat miłosny. Najcudowniejszy jaki wydał Hogwart. Widziałem podobną walkę na twarzy twojej matki. Okropny widok. Widzę, że to rodzinne – rzucił. – I jestem bardzo mało zainteresowany tym, co dzieje się w twojej głowie. Nawet jeśli to dotyczy mnie. Powtórzę to jeszcze raz. Wiesz, gdzie są drzwi do mojej sypialni. Nie musisz pukać. Nie musisz się nawet tłumaczyć w progu, ale w tej chwili masz się skupić w pełni na treningu, ponieważ Czarny Pan nie będzie czekał ,aż przestaniesz marzyć na jawie.

- Nie marzę na jawie tylko myślę – odparł Harry pospiesznie, czując kolejny cholerny rumieniec.

- Nie obchodzi mnie co robisz. Nie trenujesz i nie myślisz o tym jak szpada powinna przecinać powietrze, a tylko to powinno cię interesować w tej chwili – rzucił ostrzej Malfoy, zaskakując go po raz kolejny.

Harry wyprostował się i spojrzał mężczyźnie w oczy, po raz pierwszy bez wstydu i wahania. A potem uniósł szpadę wyżej, starając się napiąć ramię i przeciął przestrzeń przed sobą z cudownym świstem, który nie mógł się udać w Hogwarcie, kiedy korzystał ze szczotki do zamiatania. Jego ciało ożywało, kiedy miał w dłoni ostrze, a znajomy ciężar różdżki znajdował się w lewej dłoni. Zaczynał się już przyzwyczajać do nowego trybu walki, gdzie musiał uważać na obie strony, myśląc trochę dwutorowo. Nie chodziło tylko o to, aby zranić przeciwnika, ale magia dawała mu szerokie pole do popisu. Ataki powinny iść jednocześnie z obu jego rąk. Szpada mogła bowiem przebić się przez Protego i zranić go w każdej chwili. Musiał zatem również bronić się, posługując się całym sobą.

Jego stopy same oderwały się od podłogi, kiedy instynktownie zrobił krok w przód i ustawił się wygodniej w stronę wyimaginowanego przeciwnika. Lucjusz milczał, ale obserwował go uważnie, więc Harry wziął głęboki zamach i ciął ponownie, pozwalając magii uwalniać się. Na razie bez wyraźnego kształtu klątwy, ale już powodowaną jego wolą walki. Zrobił obrót, ponieważ było coś niesamowitego w tym jak szpada zachowywała się podczas tych manewrów i miał wrażenie, że cięcie w ten sposób jest nie do powstrzymania.

Pamiętał wyraźnie ich walkę sprzed tygodnia, gdy zrujnowali korytarz. Obracali się w przeciwne strony, ale zawsze zgodnie ze wskazówkami zegara, aby spotkać się w połowie ruchu i z siłą, która przerażała go, zderzyć się. Szczęk żelaza o żelazo, jęk, który wypełniał korytarz wtedy wydawał się dla niego melodią i nie mógł doczekać się kolejnego razu, kiedy będzie miał okazję ponownie to poczuć.

Kiedy zatrzymał się i odwrócił, Lucjusz obserwował go nadal, wydając się nareszcie odprężonym. A może to Harry odniósł takie wrażenie, kiedy napięcie zniknęło z jego ciała.

- Bardzo dobrze – pochwalił go Malfoy. – W następnym tygodniu przejdziemy do pojedynków. Dzisiaj i jutro skupimy się na magii, ponieważ musisz zacząć czarować jak najwcześniej. Przejrzałeś księgę, którą ci dałem? – spytał Lucjusz.

- Mam ją tutaj – odparł.

- Opanuj jeden czar dziennie – rzucił Lucjusz. – A teraz wracaj do ćwiczeń.