Sto sy nie rozświet lają ciemności.
Stanisław Jerzy Lec
Snape szedł zaskakująco głośno jak na niego. Harry miał wrażenie, że ich kroki roznosiły się echem w zamku. Faktycznie zabawili o wiele za długo u Lucjusza, ale nadal miał dobre trzydzieści minut zanim Gryffindor mógł stracić jakiekolwiek punkty. Tym bardziej nie spodziewał się, że Snape podąży za nim, strasząc nielicznych uczniów, którzy nie zdecydowali się nadrabiać prac domowych w niedzielny wieczór. To w ich Domu był niemal zwyczaj. Jedynie Hermiona nie zostawiała niczego na ostatnią chwilę.
- Potter – rzucił krótko Snape.
To było dość wymowne.
- Naprawdę wszystko w porządku – powiedział pospiesznie.
- Potter, zrób mi tę przyjemność i postaraj się ograniczyć igranie z naszym wspólnym przyjacielem do koniecznego minimum. Zdaję sobie sprawę, że masz życzenie śmierci wypisane na czole, ale nie potrzebujesz chyba więcej wrogów niż już masz – zasugerował Snape.
- Nie wiem co byłoby gorsze. Taki wróg czy przyjaciel – rzucił Harry.
Snape spojrzał na niego lekko zirytowany. Może nie powinien żartować w ten sposób. Z drugiej jednak strony naprawdę nie miał życzenia śmierci. Snape przesadzał. To nie była jego wina, że wszyscy śmierciożercy na niego polowali. Zanim zdobył jako taką świadomość jako człowiek, już był na straconej pozycji. Ostatnio zastanawiał się nawet czy Voldemort nie chce dostać go w swoje ręce, ponieważ to na pewno byłby sygnał dla wszystkich, że naprawdę był lepszy. Nie był pewien czy ktokolwiek faktycznie wierzył w przepowiednię. Lucjusz nie wspomniał o niej ani słowem – podobnie jak Snape, a oni dwaj powinni orientować się chyba w tym najlepiej.
- Potter – westchnął mistrz eliksirów i to dziwne jak wiele w jego nazwisku można było zawrzeć.
Nie chciał, aby stało się synonimem głupoty, ale nie miał na to ,aż takiego wpływu.
- Będę ostrożny – obiecał. – Ostrożniejszy – dodał, chociaż nie wiedział co to oznaczało tak naprawdę.
Snape wydawał się wcale niepocieszony.
ooo
Dziwnie było mu wrócić do Hogwartu. Przede wszystkim to przebywanie w dworze Lucjusza powinno wyrywać go z tygodniowej rutyny. Spędzał tam tylko jedną noc i dwa dni, ale to szkoła sprawiała, że trudno było mu się dostosować. Zbyt wiele myślał o szermierce i księdze zaklęć, która leżała ukryta w jego kufrze. Przeglądał czary przed snem i doszedł do wniosku, że wybiórczość nie przyniesie nic dobrego. Zamierzał próbować każdego zaklęcia po kolei, aby nie przegapić czegoś ważnego tylko dlatego, że jego nazwa nie odpowiadałaby mu. Nie lubił łaciny. Nic nie brzmiało w niej sensownie, chociaż z pewnością bardziej górnolotnie.
Niełatwo było mu rozmawiać z Ronem czy Neville'em przed snem, kiedy jego myśli zaprzątało o wiele więcej. Chciał się wykraść ponownie do Pokoju Życzeń, ale już w podziałek mieli do napisania ogromny esej. Jego dłoń mrowiła, aby użył magii i miał nadzieję, że to nie jakieś czarodziejskie uzależnienie. Chciał spytać Snape'a czy coś podobnego w ogóle istniało, nawet jeśli mistrz eliksirów miał go wyśmiać. Nie chciał, aby okazało się, że przez ten cały czas Lucjusz uczył go czarnej magii albo pracował nad skomplikowanym planem jego upadku. Hermiona twierdziła, że chociaż w księdze nie było opisu efektu zaklęć, wyglądały normalnie. Nadal nie miała jednak pojęcia jak działały, bo ilekroć próbowała jakieś rzucić, nic się nie działo, co pogłębiało jej frustrację. Nie chciał jej mówić, że od dobrych dwóch tygodni używał lewej ręki. Zaklęcia zapewne skonstruowano pod szermierzy.
Trelawney nie wywróżyła mu śmierci w tym tygodniu, co powinno go zaskoczyć, ale jakoś nie potrafił nie odczuć ulgi. Jej przepowiednie nie miały znaczenia ani często sensu, ale ileż można było słuchać o tym jak schodziło się z tego świata. Ron uważał, że to zabawne, bo Harry nadal żył, ale to nie jego mordowano na dziesiątki sposobów tylko dla własnej satysfakcji. Trelawney zapewne kiedyś powie, że przewidziała jego śmierć. W końcu pokryła już prawie wszystkie opcje, łącznie z zadławieniem się fasolkami. Ron dla żartu zabrał je tego dnia i nie chciał go poczęstować.
Wszedł do Pokoju Życzeń jeszcze tego samego wieczora. Przełożył różdżkę do lewej dłoni i zerknął na księgę zaklęć. Nie był pewien czy powinien zacząć od samego początku, ale powtarzanie czarów, od których zaczął wydawało mu się najbardziej sensowne. Magia nareszcie się nie buntowała, więc pozwolił jej przepływać przez siebie, kiedy w wyobraźni powtarzał każdy ruch, który opanował w dworze Lucjusza. Rzucał zaklęcia raz po raz, obserwując się w lustrze uważnie. Jego ręka nie zawsze wykonywała ruch odpowiednio, ale powtarzał aż do skutku, zaskoczony, że krew normalnie krążyła w tej kończynie. Wcześniej jego lewa dłoń cierpła bardzo szybko, nieprzyzwyczajona do tak częstego używania. Nigdy nie spodziewał się, że może być oburęczny, ale to jednocześnie podsunęło mu pewien pomysł. Lucjusz nigdy nie wspominał o zmianie dłoni, a raczej różdżki z szpadą podczas walki. Jeśli jednak Harry miał nauczyć się jedynie tego, co Malfoy mu podał na tacy to było zbyt mało. Może nie na Voldemorta, ale na polu walki Lucjusz nie miał być jego przyjacielem, ale prawdziwym wrogiem. Kimś, kto wyszkolił jego samego, więc znałby na wylot jego mocne strony i te słabe również. Harry nie mógł pozwolić na to, aby ktokolwiek miał nad nim taką przewagę.
Przełożył różdżkę z powrotem do prawej dłoni i ustawił się tak, jakby miał walczyć również ze szpadą w drugiej ręce. To nie było wygodne. Jego mięśnie protestowały, ale to nie oznaczało, że to nie było niemożliwe. Na pewno pozwoliłoby mu to na szerszą kontrolę tego co działo się wokół, a tylko tego pragnął. I może elementu zaskoczenia podczas walki, który był równie ważny co wytrenowanie. Jeśli szermierze zaczynali od tego samego, na pewno nie kończyli swoich treningów na podstawowych pchnięciach i ciosach. Jak wszystko – ich styl musiał się zmieniać z biegiem czasu, kiedy odchodzili od swoich mistrzów. Harry podejrzewał jednak, że jego szkolenie mogło nie zostać nigdy tak dokładnie zakończone. Pewnego dnia mógł po prostu stanąć twarzą w twarz z Lucjuszem i Malfoy na pewno nie wahałby się atakując go.
Harry nie miał w tym względzie złudzeń.
Zaklęcia z księgi nadawały się tylko na lewą dłoń, więc spojrzał na nie przelotnie, a potem zamknął tomiszcze i wyszedł z pomieszczenia, trafiając wprost na Snape'a.
- Śledzi mnie pan? – spytał wprost.
Mistrz eliksirów spojrzał na niego jak na idiotę. Harry nie był pewien czy to oznaczało, że Snape po prostu przypadkowo patrolował ten korytarz. Czy faktycznie to było oczywiste tak bardzo, że plątał się w ślad za Harrym. W Hogwarcie przecież nie potrzebował ochrony. Chociaż zapewne całe lochy wypełnione Ślizgonami nie były dowodem jego nietykalności w zamku.
- Jest po ciszy nocnej – rzucił Snape.
- Wiem, ale ćwiczyłem. Kiedy mam trenować, jeśli cały czas się uczę albo…
- Nie mówię, że masz nie trenować. Po prostu nie dawaj się złapać – westchnął Snape.
Nie tego spodziewał się Harry.
- Jakim cudem myślisz o użyciu swojego małego artefaktu, kiedy przekradasz się do moich komnat, a zapominasz o nim włócząc się po zamku? – spytał Snape retorycznie.
Harry miał ochotę uderzyć się w czoło, bo to faktycznie było takie proste. Peleryna mogłaby załatwić wiele, ale za każdym razem, kiedy wychodził z Wieży sądził, że wróci na czas. To w Pokoju Życzeń tracił poczucie rzeczywistości, kiedy mógł się zagłębić w zaklęciach i treningu.
Snape odwrócił się na pięcie i najwyraźniej zamierzał odejść, ten jeden raz nie zabierając mu punktów. Może nie chciał, aby wędrówki nocne Harry'ego przyciągnęły cudzą uwagę. Gdyby punkty jego Domu znikały systematycznie o tej porze, pewnie to zainteresowałoby tych, którzy poszukiwali wzorców, jak Draco, który pewnie miał to po Lucjuszu.
- Panie profesorze – szepnął w ciemność.
Snape przystanął i spojrzał na niego bez cienia zainteresowania.
- Chciał pan uczyć Ochrony Przed Czarną Magią – podjął Harry niepewnie.
- Potter, do rzeczy – westchnął Snape.
- Wiem, że pewnie jest pan zajęty, ale czy nie mógłby pan uczyć mnie? Albo gdyby miał pan jakieś księgi… - zaczął Harry.
- W czwartki – rzucił krótko Snape.
Harry zamrugał.
- Co? – spytał niepewnie.
- W czwartki w moich komnatach i ani słowa nikomu. Nawet dyrektorowi – rzucił mistrz eliksirów, a potem odszedł korytarzem w lewo.
ooo
Z każdym dniem stawał się coraz bardziej nerwowy. Przede wszystkim nie miał pojęcia jak Lucjusz zamierzał podesłać mu szpadę i nie zwrócić na niego powszechnej uwagi. Już szeptano o koszulach, które dostał. I nawet zastanawiał się nad tym czy nie przestać ich nosić, wracając do zwykłych mugolskich ciuchów, ale one były takie wygodne, że trudno było mu się z nimi rozstać. Zgredek wydawał się zaniepokojony nimi, jakby doskonale znał te materiały, ale w końcu kiedyś był skrzatem Malfoyów. To oznaczało jednak również, że potrafił się nimi odpowiednio zająć, więc Harry nie miał problemów z praniem, chociaż nie zamierzał puścić pary z gęby Hermionie.
Jego plan tygodniowy stał się tak napięty, że coraz trudniej było mu poskładać wszystko w całość. Paradoksalnie szkolne zajęcia dawały mu wytchnienie. Czas wtedy płynął wolniej, a odkąd jego całe ciało żyło magią, Transmutacja i Zaklęcia stały się bezproblemowymi lekcjami, co McGonagall nawet nagrodziła pięcioma punktami ku szokowi Hermiony.
Kiedy nadszedł czwartek, nie potrafił usiedzieć spokojnie przy śniadaniu. Żadna przesyłka dla niego się nie pojawiła. A niemal podskakiwał na widok każdej sowy wlatującej do Hogwartu. Nie chciał, aby Ron dostał w głowę czymkolwiek ostrym. Cudem tylko oberwał ostatnio koszulami. To mogła być druga paczka z książkami. Harry nie był pewien, ale sowa Lucjusza mogła to zrobić specjalnie.
Hermiona przyglądała mu się niepewnie, kiedy się wiercił obok, więc wziął głębszy wdech i pochylił się niżej nad stołem.
- Mam dodatkowe zajęcia z obrony – wyszeptał.
Jej oczy zrobiły się odrobinę większe z zaskoczenia.
- Z kim? – spytała.
- Tajne – odparł i zrobił najlepszą przepraszającą minę, na którą było go stać.
- Jasne, jeśli potrzebujesz czegoś… - zaczęła pospiesznie.
- Nie wiem – przyznał. – Ale dobrze byłoby gdyby nikt nie wiedział, że znikam wieczorami. Prawie mnie nie ma w Pokoju Wspólnym. Seamus pytał już czy w ogóle z nimi mieszkam – jęknął.
Hermiona pokiwała głową, jakby w lot chwytała w czym problem.
- Jakoś to załatwię – odparła.
Ron usiadł po drugiej stronie stołu i spojrzał na nich podejrzliwie.
- Napisałeś esej na Numerologię? – spytała Hermiona.
- Mieliśmy esej na Numerologię? – jęknął Ron. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Bo nie jestem twoją matką ani sekretarką – odparła spokojnie.
Ron spojrzał na nią błagalnie.
- Ale jestem twoją przyjaciółką. Mam pierwszą wersję mojej pracy – rzuciła niechętnie.
- Kocham cię – powiedział Ron i brzmiał cholernie szczerze.
Hermiona machnęła na niego tylko dłonią.
- Naprawdę piszesz więcej niż jeden esej? – spytał Harry z niedowierzaniem.
- Mam cztery kopie. Nie wszystkie tezy wydawały mi się odpowiednio sformułowane – odparła Hermiona i wzruszyła ramionami.
Neville niemal natychmiast przysunął się do niej bliżej, co nie pozostawiało żadnych wątpliwości.
ooo
Na jego łóżku w dormitorium leżała sporej wielkości przesyłka. Harry szybko zasłonił kotary i zaczął ściągać szary papier, a potem zamarł, kiedy pomimo braku promieniu słonecznych, szpada zabłyszczała w jego dłoniach. Czuł magię, która brała udział w wykuwaniu jej. Odnosił wrażenie, że właśnie się sobie przedstawili – poznali się. Przeciął nią kilka razy powietrze, zaskoczony, że jest tak różna od szpady, której używał u Lucjusza. Spodziewał się, że Malfoy podeśle mu jakiś tani egzemplarz ze swojej sporej kolekcji, ale to ostrze wyglądało na nieużywane. I mógł założyć się, że gobliny w Gringotcie dostałyby zawału, gdyby próbował wyciągnąć z krypty taką gotówkę.
Lucjusz mógł tego nie uważać za prezent, ale Harry dawno nie czuł takiej radości wypełniającej jego ciało. Miał wrażenie, że jego ciało było lżejsze o kilka kilogramów. Potrafiłby latać i to nie tylko z miotłą. Ta szpada należała do niego. Nie była bronią zastępczą, którą miał oddać. Tamta szpada nie błyszczała i nie wołała go. Nie szeptała do niego, kiedy Harry znajdował się z powrotem w Hogwarcie.
Czuł, że coś się zmieniło. To nie przypominało niczym tego, kiedy pierwszy raz wsiadł na miotłę. Miał wiele innych po tym Nimbusie, który sprezentowała mu McGonagall. Wspomnienie nadal w nim było, ale odchodziło powoli. Zacierało się przez czas oraz inne ważne wydarzenia w jego życiu. Nie sądził, aby miało stać się tak samo z tą szpadą. To kiedy wybrał różdżkę pamiętał tak, jakby zdarzyło się zaledwie przed chwilą. I teraz mrowiły obie jego dłonie równie mocno i równie irytująco. Chciał, aby szpada i różdżka towarzyszyły mu. Przynajmniej rozumiał już dlaczego Lucjusz miał przy sobie cały czas tą swoją laskę,w której ukrywał zarówno jedną broń jak i drugą.
Nie wyobrażał sobie siebie z taką ozdobą, ale musiał coś wymyślić.
Snape czekał na niego w swoich komnatach i drzwi otworzyły się przed nim, zanim zapukał. Nie miał pojęcia czy powinien był przynieść jakieś księgi. Wszystkie podręczniki, których używali do tej pory, nie były odpowiednio napisane. Miały braki, które dostrzegał nawet on.
- Panie profesorze – powiedział niepewnie.
- Nie wiem czego chcesz się nauczyć, Potter – rzucił Snape, zaplatając dłonie na piersi.
- A czego powinienem najpierw? – spytał wprost.
Między brwiami mężczyzny pojawiła się głęboka zmarszczka.
- Najpierw nauczymy cię jak przeżyć – stwierdził Snape.
