Idziemy przez życie jak pociąg, pędzący w ciemności do nieznanego celu.
Agatha Christie
Snape nie posiadał w swoich komnatach zbrojowni, ale to byłoby w zasadzie dziwne. Harry spodziewał się, że przeniosą się do sali pojedynków pod osłoną nocy i jego peleryny niewidki, ale profesor zaprosił go do środka i rozsiadł się w ogromnym fotelu, co nie było jednoznacznym zaproszeniem do walki. Nie wiedział jak wielkie umiejętności przedstawiał sobą Snape, ale Lucjusz nie nazwał go nigdy dotąd szermierzem, więc zapewne w tej szalonej hierarchii profesor był zaledwie przyzwoity. Zgodził się jednak z nim trenować, a to już wiele dla niego znaczyło.
- Radzisz sobie ze szkołą? – spytał Snape wprost.
Harry usiadł na kanapie i położył w zasięgu swojej dłoni szpadę. Nie widział nigdzie broni Snape'a, ale mężczyzna mógł ukrywać ostrze gdziekolwiek. Lucjusz wspominał mu, że sam nosił szpadę w lasce wraz z różdżką. Starym zwyczajem było nie trzymać broni na widoku. Szermierze poznawali się po chodzie i specyficznych ruchach, a nie jakości broni. Czystokrwiści posiadali środki na zakup nawet najlepszych szpad, ale to nie oznaczało, że mogli kupić również talent i umiejętności.
- Staram się odrabiać zadania w piątki – przyznał ostrożnie.
Snape skinął głową, jakby przyjmował to do wiadomości.
- Dlaczego uważasz, że potrzebujesz więcej treningów? – zainteresował się mężczyzna.
- Chyba to zawsze jest lepiej, jeśli ćwiczy się więcej? – rzucił niepewnie.
- Pytasz mnie czy to wynika z twojego myślenia? – prychnął Snape. – Lucjusz z tobą nie ćwiczy?
- Lucjusz ze mną cały czas wygrywa – odparł.
Brwi Snape'a powędrowały naprawdę wysoko.
- Chcesz się zatem zmierzyć ze mną, bo uważasz, że jestem słabszy i chcesz się odkuć za weekendy zbierania ciągów? – spytał profesor.
- Nie, ależ oczywiście, że nie – zaprzeczył pospiesznie. – Chcę wiedzieć jaka jest różnica. Chcę potrafić walczyć nie tylko z Lucjuszem, a nie będę miał szansy zmierzyć się z kimkolwiek innym przed bitwą, prawda?
- To dlaczego nie poszedłeś do Dumbledore'a? - zainteresował się Snape.
I Harry nie był pewien czy nagle bawili się w dwadzieścia pytań, czy znajduje się w alternatywnej rzeczywistości, w której profesora ciekawiło co faktycznie sądził o tym wszystkim.
- Nie chcę, żeby wiedział. Nie chcę, żeby wiedział ktokolwiek. Nie chcę, żeby wiedział Dumbledore i Lucjusz, ani Voldemort, jeśli już przy tym jesteśmy – przyznał.
Snape drgnął, kiedy tylko usłyszał imię Czarnego Pana i była to reakcja, do której zdążył się już przyzwyczaić.
- Nie wiedzą o dodatkowych zajęciach z obrony i nie dowiedzą się o tym – podjął Harry po chwili. – Chcesz wiedzieć dlaczego tutaj jestem, ale to byłoby głupie mówić, że ci ufam, kiedy się nie znamy. Po prostu ufam twoim umiejętnościom – przyznał.
Snape skinął powoli głową, nie spuszczając z niego wzroku nawet na ułamek sekundy.
- Poza tym znasz ich wszystkich i tak jak ja utknąłeś – dodał Harry, starając się czymś pokryć gorycz w głosie, ale to nie było łatwe.
Dzisiejszego ranka dostał kolejny podarek od Lucjusza. Koszula była na tyle długa, że sięgała kolan, a wiązanie na samym przodzie bez guzików nie pozostawiało wątpliwości do czego służyła. Nigdy nie spał w czymś podobnym, ale samo wspomnienie tego jak materiał jeszcze tak niedawno zsunął się z Lucjusza bez najmniejszych trudności pozostawiając go nagim, było całkiem przyjemne. I Malfoy wyglądał wtedy cholernie seksownie. Sypiali razem i Lucjusz bawił się z jego głową, co w pewnym sensie stało się hobby dla nich obu. Pozwalał na nagadanie sobie w niektórych kwestiach, ale jednak pozostawał sobą. I mogli sypiać ze sobą, ale Lucjusz nie był ckliwy w ciągu dnia. Kiedy miał go pokonać, robił to. A porażki nie należały do najprzyjemniejszych części ich treningu.
- Niepotrzebnie próbujesz znaleźć nici powiązania pomiędzy nami. Jesteśmy różnymi ludźmi. Jeśli jednak sprawia ci to przyjemność, możesz próbować dalej – odparł Snape spokojnie, chociaż Harry miał wrażenie, że uraził go swoją uwagą. – Nie jestem szermierzem – poinformował go mężczyzna całkiem poważnie. – Nauczysz się łatwych zwycięstw – dodał.
Harry otworzył usta, aby zaprzeczyć, ale Snape nigdy nie rozdawał pustych komplementów. Naprawdę tak myślał. I to dziwnie sprawiło, że poczuł się pewniej.
- Zrobimy coś innego. Zaczniesz naśladować technikę Lucjusza – poinformował go profesor. – Nie wiem na ile będę w stanie się bronić, więc pokryjesz swoją szpadę zaklęciami ochronnymi. Nie możesz być na tyle dobry, żeby kontrolować swoje ruchy. Poza tym gryfoński zapał jest niemal legendarny. Nie chciałbym stracić głowy przez twoją głupotę – powiedział całkiem szczerze.
- Tak, oczywiście, ale… - zaczął i urwał.
- Lucjusz ma specyficzną technikę. Obaj o tym wiemy. Nie masz jeszcze swojego stylu. Na wyrobienie go będziesz potrzebował lat, których nie mamy – rzucił Snape. – Jesteś gotowy zacząć już dzisiaj? – spytał wprost.
Harry objął tylko rękojeść swojej szpady.
ooo
Szermierka nie wychodziła Snape'owi zbyt fatalnie. Mężczyzna nie miał do tego drygu, to Harry dostrzegł już w pierwszej chwili. Nadal świetnie posługiwał się różdżką, nawet w lewej ręce, ale szpada była jedynie dodatkiem, a nie narzędziem, które miało pomóc mu zwyciężyć. Harry wybijał mu broń z dłoni nie raz i nie dwa, a potem skupił się głównie na tym, co zaobserwował u Lucjusza. Starał się odtworzyć kroki Malfoya i kiedy ostrze jego własnej szpady znalazło się na szyi Snape'a, zamarł. Uderzył o wiele za mocno i niezgrabnie, ale przebił się przez słabą obronę mężczyzny. Na szczęście zaklęcie powstrzymywało ostrze przed zagłębieniem się w skórę, ale Snape i tak miał następnego dnia posiadać dość wielkiego siniaka na szyi.
- Przepraszam – wyjąkał, trochę przerażony faktem, że mógł skrzywdzić profesora.
- Swojego oponenta też poprosisz o wybaczenie? – zakpił Snape, a potem naparł na niego, wytrącając go z równowagi.
Harry upadł na dywan i spojrzał na mężczyznę zaskoczony.
- Jesteś jak przerażony szczeniak. Masz mnie zabić. Albo kogokolwiek, kto stoi naprzeciwko ciebie. Nie skrzywdzisz mnie tą szpadą – poinformował go poważnie Snape. – Musisz do tego użyć całego ciała. Lucjusz ma technikę, ale ma również pewność, której ty nie posiadasz. Nie wierzę, że to mówię, ale myśl o sobie jak o najlepszym, pamiętając jednocześnie, że to niekoniecznie może trwać wiecznie – rzucił.
Harry zamrugał, nie do końca nadążając.
- Jak długo ćwiczyłeś z Lucjuszem? – spytał, ponieważ to brzmiało całkiem znajomo.
Ku swojemu zdziwieniu również, kiedy powtarzał ruchy Malfoya zdał sobie sprawę, że jest luka, którą mógłby wykorzystać w następnym tygodniu. Był w stanie rozpracować technikę mężczyzny, ale nie był na tyle naiwnym, aby sądzić, że jednorazowa wygrana przerodzi się w jego pełne zwycięstwo. Lucjusz potrafił więcej niż ominąć jego obronę. To był dopiero wstęp do prawdziwej walki. Po prostu nie potrafił jeszcze przebić się nawet przez to.
- Slytherin ma własny tajny klub – poinformował go Snape co było żadną odpowiedzią, a jednak idealnie genialną, ponieważ to oznaczało, że obecnie w lochach zapewne odbywały się pojedynki za cichą aprobatą głowy Domu.
Draco nie trenował z Lucjuszem, ale wiedział dostatecznie wiele o szermierce, że zapewne stanie na placu boju.
Harry'ego uderzyło jednak jeszcze coś. Snape i Lucjusz znali się od lat. Ich wzajemny stosunek do siebie początkowo go przerażał, ale potem to przeszło w czystą fascynację. Wydawali się idealnie rozumieć nie tylko dlatego, że ich umysły pracowały podobnie. Snape rozumiał Malfoya co było zaskakujące i nie całkiem normalne. To musiał być jakiś stopień szaleństwa, rozgryzienie kogoś takiego jak Lucjusz. Może jednak fundament tego wszystkiego był o wiele mniej skomplikowany niż mu się wydawało. Lucjusz miewał kochanków i zapewne to działo się od czasów Hogwartu. A Snape potrafił być dyskretny.
- Co chodzi po twojej głowie? – spytał profesor wprost, marszcząc brwi.
- Sypiałeś z Lucjuszem? – rzucił, zanim zdążył się zastanowić nad tym co robi.
Pewne rzeczy pozostawały jednak niezmienne.
Snape nawet nie drgnął.
- Twoja fascynacja jego życiem seksualnym zdumiewa mnie i martwi – powiedział ostrożnie mężczyzna. – Jeśli zaprosił kogokolwiek do tego dworu, masz zachować dyskrecję, Potter. To nie jest twoja sprawa z kim on sypia. Cokolwiek tam się dzieje, nie jest przeznaczone dla twoich oczu – dodał Snape.
Harry wziął głębszy wdech, ale przygryzł wnętrze policzka.
- Nie odpowiedziałeś – zauważył tylko i to akurat zyskało reakcję Snape'a.
Mężczyzna zmarszczył brwi tylko bardziej, nie spuszczając z niego wzroku.
- Nigdy nie byłem zainteresowany mężczyznami. Lucjusz może mieć długie włosy, ale ten kształt mi nie odpowiada – rzucił Snape i to brzmiało prawie jak żart.
*ooo
Hermiona starała się odciągać od niego Rona jak tylko mogła, ale to nie było łatwe. Weasley starał się jak mógł, żeby spędzali czas tylko we dwóch, twierdząc, że ich przyjaciółka nie zrozumie prawdziwie przyjacielskich więzi. Harry nie był do końca pewien czy on je rozumie. Przyjaźń, miłość, uczucia – one wszystkie wydawały się mieć całkiem różne kształty. Nie potrafił ocenić czy relacja jego i Rona była lepsza od tego, co mieli Snape z Lucjuszem. Chciałby jednak, aby ich przyjaźń trwała tak długo. Żeby po latach siadali wieczorami w domu jednego z nich pijąc alkohol i rozmawiając o sprawach wielkiej wagi – normalnych dla dorosłych czarodziejów. A potem wracali do tematu quidditcha strofowani przez Hermionę za nieogarnięcie. Nie wyobrażał sobie dotąd przyszłości tak dokładnie, ale chciał, aby wszystko było zwykłe. Aby spotykali się od czasu do czasu we trójkę, wspominając lata w szkole, które sprawiły, że stali się przyjaciółmi.
Każdy miał kogoś specjalnego i chociaż pewnie jeszcze niedawno nie uwierzyłby, Snape faktycznie posiadał przyjaciela. Lucjusz bywał wredny i zawsze wiedział, gdzie uderzał. Nie można było mówić o przypadku w kwestii tego mężczyzny, ale może to po prostu było coś charakterystycznego dla nich samych. Snape też nie zawsze grał według zasad. W końcu uczył Harry'ego całkiem świadomie tego jak pokonać swojego mistrza. Jeśli Lucjusz liczył, że tytuł na zawsze pozostanie w jego rękach, mógł mieć pewien problem w przyszłości. Pomysł Snape'a był strzałem w dziesiątkę. I może trochę przerażało go, że kiedy naprawdę staną naprzeciwko siebie to pomimo faktu, że sypiali razem i jadali wspólnie posiłki przez ten cały czas – będą musieli walczyć bez taryfy ulgowej. Lucjusz zapewne nie poddałby się po pierwszej utoczonej kropli krwi. Może mieli wyjść z tego dyszący i poranieni, ledwo żywi. Może miał próbować nie jeden raz. Wiedział już jednak teraz, że kiedyś sięgnie po ten tytuł, ponieważ coś w nim mówiło mu, że należał mu się.
Snape nie komentował jego umiejętności w kwestii szermierki. Może nie potrafił tego obiektywnie ocenić. Harry nie był pewien. Jednak podczas pojedynków na klątwy, robił powolne, mozolne postępy. Tutaj mógł unikać zaklęć, rzucając się po prostu w bok. Klątwy przelatywały nad jego głową, kiedy wiedział, że nie będzie w stanie jakiejś odbić. Snape był cholernie silnym czarodziejem, co niczego nie ułatwiało. Harry czuł pot spływający po jego twarzy z wysiłku, a nadal musiał się bronić, bo mężczyzna miał tendencję do doprowadzania go do ostateczności, a potem o jeden krok dalej, zanim robili sobie kilkuminutową przerwę.
Obiecał mu jednak, że nauczy Harry'ego jak przeżyć i faktycznie przestawał się bać zaklęć, których inkantacji i skutków nie znał. Nie miały znaczenia. Nie mógł po prostu dopuścić do chwili, w której w niego uderzą. Odbijał je zatem lub nurkował pod nimi, wyprowadzając własne zaklęcia czasami z okolicy podłogi. Snape wydawał się usatysfakcjonowany, chociaż znakomitą większość z jego prób ataku odbijał bez żadnego problemu.
- Czy oni wszyscy będą tak silni? – spytał wprost.
- Większość z nich nie potrafi walczyć, ale nazwiska niczego ci nie powiedzą. Nie przygotowujesz się do walki z amatorami. Zawsze musisz myśleć o stawaniu w szranki z najlepszymi – poinformował go sucho Snape.
- Nie skarżę się – powiedział pospiesznie, łapiąc w lot, że został źle zrozumiany.
- Wiem, ale jesteś zmęczony – rzucił Snape. – Wiem, że ćwiczysz z Lucjuszem, to się poprawi. Większość czarodziejów nie rusza się tak wiele. Polegają na swojej magii – poinformował go spokojnie.
- Gdybym był na tyle silny, żeby przebić ich bariery ochronne, nie uciekliby mi – stwierdził Harry, ponieważ pamiętał doskonale te nieliczne pojedynki, które stoczyli, kiedy oficjalnie klub działał w Hogwarcie.
Lockhart nie był znakomitym przeciwnikiem dla Snape'a, ale był na tyle słaby, że wystarczyło, aby mistrz eliksirów machnął jedynie różdżką i mężczyzna wyleciał w powietrze. W prawdziwym świecie jednak, gdzie nikt nie podszywał się pod nikogo, pojedynki trwały o wiele dłużej, a ludzie wiedzieli jak walczyć. Śmierciożercy mogli nie znać zbyt wielu zaklęć, ale większość klątw stanowiły zaklęcia tnące. Gdyby nawet jedno słabe dotarło do niego, skutki byłyby opłakane.
- Jeśli w myślach zamierzasz odnaleźć kolejny magiczny artefakt, który zaginął przed stuleciami, aby posiąść magię Merlina, muszę cię poinformować, że chyba przekroczyłeś granice swojego szczęścia – rzucił Snape kwaśno.
- Zawsze mam jeszcze miecz Godryka Gryffindora – prychnął, przypominając sobie, kiedy ostatni raz miał go w dłoniach.
Ostrze nie przypominało w niczym szpady i musiał trzymać je oburącz.
Snape spoglądał na niego przez chwilę, jakby zastanawiał się na ile jest to żart.
- Potter, jesteś idiotą – poinformował go mistrz eliksirów, ale brakowało tam dawnej zawziętości.
