Kiedy zaglądasz do jas ki ni, z początku widzisz bar dzo niewiele. Ale kiedy przyz wycza jasz się do ciem ności, widzisz co raz więcej. A jeśli od ważysz się zos tać tam wys tar czająco długo, w końcu zo baczysz wszystko.
Nicola Morgan
Powrót do Hogwartu upłynął w ciszy. Harry po raz pierwszy cieszył się, że podróżowanie świstoklikiem było tak błyskawiczne. Snape wydawał się skupiony na czymś tak mocno, że roztaczał wokół siebie dawną aurę nieprzystępności. Harry sądził, że przestał się obawiać mężczyzny, kiedy się lepiej poznali, ale może też w tym spora była rola profesora. Chyba faktycznie zaczął zachowywać się przy nim odrobinę inaczej, chociaż starał się z tym walczyć.
Spodziewał się, że rozstaną się jak zawsze na parterze, ale Snape zatrzymał się gwałtownie i wbił w niego swoje oczy. Zmarszczka na jego czole pogłębiła się, kiedy oceniał go wzrokiem. I Harry nie był pewien czy powinien przybrać jakąś bardziej pewną pozę. W końcu Snape nigdy nie powiedział, że przyjmuje jego propozycję. Dumbledore będzie chciał wyjaśnień, dlaczego Harry nie spotkał się w kolejny wieczór z Lucjuszem. To było wiele kłamstw do opowiedzenia, a nie radził sobie z nimi zbyt dobrze.
- Dzisiaj wieczorem u mnie w gabinecie – rzucił Snape chłodno. – Porozmawiamy – dodał i to nie wyjaśniało nic, ale po plecach Harry'ego przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
Gdyby się pospieszył, zdążyłby jeszcze na kolację. Słyszał śmiechy w Wielkiej Sali, więc wszyscy musieli nadal przebywać poza dormitoriami. I nie chciał przegapić takiej okazji. Kiedy tylko dostał się do swojego łóżka, sprawdził zawartość paczki od Lucjusza i pogrupował eliksiry, zastanawiając się czy powinien powiedzieć o nich Snape'owi. Profesor na pewno o wiele lepiej znał się na miksturach od niego, ale z drugiej strony zapewne nie pochwaliłby przetrzymywania tak groźnych substancji w dormitorium. Gryfoni nie byli znani z rozsądku czy znajomości eliksirów.
Snape pewnie próbowałby mu również wyperswadować pomysł z pokryciem szpady truciznami, ale Harry czuł, że musi to zrobić. Nie tylko dlatego, ponieważ taki był zwyczaj. Ta myśl była po prostu odpowiednia. Jeśli po ukończeniu treningu jego własna szpada miała go zranić, nie był godzien. To nie było aż tak skomplikowane jak sądził. I stanowiło czystą próbę charakteru. A miał nadzieję, że tego mu nie brakowało. Już teraz Lucjuszowi przychodziło z trudem wytrącenie go z równowagi. Chłonął wiedzę jak gąbka, co nie zdarzało mu się za często. I faktycznie czuł się tak, jakby coś przez niego przemawiało, kiedy zaczynali walczyć. To może nie było natchnienie, ale stawał się o wiele lżejszy, bardziej świadom ruchu, swojej siły i przeciwnika, którego widział w zupełnie innym świetle. Lucjusz wydawał mu się jednocześnie piękny i niebezpieczny. I przyjmował to do wiadomości, bez kwestionowania. Nic się nie wykluczało.
Zarzucił na siebie pelerynę niewidkę, kiedy tylko usłyszał głosy w Pokoju Wspólnym. Prześlizgnął się koło Rona w ostatniej chwili, odczuwając nikłe wyrzuty sumienia, że nie może zabrać przyjaciela z sobą. Musieli porozmawiać ze Snape'em zanim wtajemniczy kogokolwiek. Lucjusz nie obiecał, że nie użyje informacji przeciwko nim, ale Harry odnosił wrażenie, że mężczyzna wolał to zachować jako swoją kartę, a nie ogólnodostępny fakt. Nie chciał zresztą śmierci Snape'a. O tym Harry był dziwnie przekonany. I mógł ufać zarówno temu jak i niechęci Malfoya do dzielenia się czymkolwiek.
Drzwi do komnat Snape'a uchyliły się, kiedy tylko próbował zapukać. Profesor siedział z szklanką Ognistej w dłoni na fotelu naprzeciwko wejścia i spoglądał na niego chmurnie, chociaż Harry nadal nie zdjął peleryny. Mężczyzna jednak nawet nie drgnął, kiedy drzwi bezdźwięcznie zamknęły się za nim.
Harry przysiadł na kanapie, przewieszając pelerynę przez poręcz i zaczął nerwowo stukać palcem w udo. Snape nadal milczał i nie po raz pierwszy Lucjusz miał rację. Słowa dawały komfort, ponieważ wiedział czego się spodziewać. Jedyna metoda na nieujawnienie niczego to bezwzględne milczenie, a w tym Snape był mistrzem.
- Wywindujesz Lucjusza na wyżyny – poinformował go nagle mężczyzna.
- Co? – zdziwił się.
- Lucjusz będzie nie tylko najbardziej zaufanym członkiem Wewnętrznego Kręgu. Stanie się dla Czarnego Pana wszystkim – wyjaśnił Snape. – Jeśli będę chciał, aby Pan mi uwierzył, ktoś będzie musiał mnie poprzeć. Lucjusz wykorzysta tę sytuację bez skrupułów – rzucił i wziął kolejny łyk.
Harry nie bardzo wiedział co powiedzieć, ale Snape spojrzał na niego mrużąc oczy, jakby jego cisza nie była tym, czego się spodziewał.
- Co dokładnie robicie w czasie, w którym was nie mam na oku? Nie protestujesz? Czekałem na krzyki o śmierciożercach, których powinien pokonać cudowny Dyrektor. Albo dzielni aurorzy – podjął Snape, przyglądając mu się podejrzliwie.
Harry zdrętwiał początkowo, ale profesor o nic go nie oskarżał. Faktycznie jeszcze niedawno wściekłby się, że Lucjusz wykorzysta nawet jego dobrą wolę, ale teraz to wydawało się to i tak całkiem oczywiste. Ktokolwiek znał Malfoya, zdawał sobie sprawę, że mężczyzna odnajdywał się w każdej sytuacji.
- Nie obchodzi mnie co z tego będzie miał – odparł całkiem szczerze. – To i tak nie ma wpływu na nas, prawda? – spytał wprost.
Snape zbił usta w wąską kreskę, ale potrząsnął przecząco głową.
- Jeśli osiągniemy cel, tyle nam wystarczy – dodał.
Snape prychnął.
- Harry Potter mówi mi o osiąganiu celów – powiedział mężczyzna, jakby to zdanie obrażało go personalnie.
Jakby sama myśl była kuriozalna.
Harry nie dał się jednak złapać tym razem na przynętę. Spojrzał na mężczyznę spokojnie, czekając na jego kolejne słowa.
- Spytałbym od kiedy masz mózg, ale to obraża nas obu. Spytałbym od kiedy go używasz, ale tym razem obrażałbym swoje zdolności obserwatorskie – podjął Snape. – Jak chcesz to rozegrać? – zainteresował się.
- Powiem dyrektorowi, że muszę zostać w ten weekend, bo chcę dokonać koniecznych zakupów. Powiem, że wybieranie szpady jest jak wybieranie różdżki. Muszę być przy tym obecny – odparł Harry.
- Chcesz uprzedzić ich obu – podsumował Snape.
- I będę udawał, że moja rozmowa z Prorokiem Codziennym to czysty przypadek – dodał.
Snape nie wydawał się pod wrażeniem, ale rzadko bywał. Harry jego milczenie i tak zaczynał uznawać za dobrą monetę dla siebie.
- Dumbledore uzna, że coś się dzieje podejrzanego – poinformował go profesor. – Będzie zapraszał cię na herbatki i rozmawiał z tobą o Lucjusz. Nie powie tego wprost, ale będzie miał na ciebie oko. Jeśli dojdzie do wniosku, że dzieje się coś niepokojącego, nie wyrwiesz się już ze szkoły. Wiesz czym ryzykujesz? – spytał wprost.
- A woli pan spotkanie z Veritaserum? – odbił piłeczkę.
- To co wolę, a czego nie, to moja sprawa. Zdajesz sobie jednak sprawę z konsekwencji? – rzucił Snape, marszcząc brwi. – Zdajesz sobie sprawę jak bardzo będziesz obserwowany? Jeden zły ruch i sam zostaniesz napojony eliksirem, aby mogli przekonać się na ile jeszcze jesteś Harrym Potterem.
- Lucjusz nie użył na mnie Niewybaczalnego – prychnął Harry.
- Ale nauczył cię myśleć, a to jeszcze gorzej. W pewnym kręgach lepiej, żebyś był martwy – powiedział Snape sucho. – I jeśli sądzisz, że chroniąc mnie przed Ministerstwem, rozwiążesz wszystkie moje problemy, grubo się mylisz. W przyrodzie panuje równowaga. Wraz z pozycją wśród zwolenników Czarnego Pana, zacznę tracić w oczach Dumbledore'a. Obaj będziemy pod obserwacją i te wieczorne treningi zakończą się – rzucił Snape.
Harry wziął głębszy wdech, ponieważ nie tego się akurat spodziewał. Snape miał rację, ale to wydawało się eskalowaniem problemu, który tak naprawdę jeszcze nawet nie istniał. Wyglądało jednak na to, że profesor naprawdę rozważał przyjęcie jego propozycji. Harry zresztą nie wyobrażał sobie innego rozwiązania sytuacji. Snape zawsze mógł uciec albo pozwolić Lucjuszowi siebie ukryć, ale to wydawało mu się jakoś nieprawdopodobne. Chociaż z drugiej strony, jeśli miałby myśleć jak Ślizgon, to było najlepsze wyjście. Gdyby Snape wycofał się z tej wojny, nie ucierpiałby. Nie byłby obserwowany przez nikogo. Voldemort nie zagrażałby mu.
- Dlaczego pan nie wyjedzie? – spytał wprost, czysto dla własnej ciekawości.
Snape wziął kolejny łyk Ognistej i podniósł się z fotela, robiąc kilka nerwowych krótkich kroków po pomieszczeniu, dopóki się nie zatrzymał przy jednej z półek. Harry nie bardzo wiedział co ma myśleć o tym jak oczy mężczyzny zaczęły błyszczeć w półmroku. Była tam siła i zdecydowanie, którego nie dostrzegał znowuż, aż tak często. Snape przeważnie wydawał się bardziej bierny. Poza tym chwilami, kiedy rozmawiał z dyrektorem.
- Kto cię wtedy będzie uczył? – spytał mężczyzna, zaskakując go.
Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. I doskonale zdawał sobie sprawę jak wiele dawały mu treningi z profesorem. Snape zawsze sporo ryzykował dla Jasnej Strony, ale nie traktował tego personalnie. Starał się odsuwać tę myśl od siebie, że wszystkie te razy, kiedy Voldemort szalał, Snape obrywał dla niego i przez niego. Teraz jednak jakoś nie mógł już z tym walczyć. I chociaż trochę się do siebie wcześniej zbliżyli – nadal to trochę go zszokowało.
- Nie rozumiem – przyznał.
- Nie musisz – odparł Snape. – To jest coś, co postanowiłem zrobić. Moje powody nie mają znaczenia. Jedyne co ma znaczenie to to, czy wiesz jakie konsekwencje poniesiesz, kiedy udzielisz tego wywiadu. Chcesz być szermierzem. Widziałem jak cię to cieszy i widzę jakie osiągasz wyniki w krótkim czasie. Lucjusz zawsze miał dobre oko. W to nie wątpiłem. Jeśli jednak Dumbledore uzna, że należy cię odciąć…
- Nie pozwolę na to – powiedział tak po prostu.
- Zamierzasz uciec z Hogwartu? Myślisz, że Wieczysta Przysięga będzie cię chroniła, kiedy zerwiesz kontakty z dyrektorem i wrócisz po nauki do Lucjusza? – spytał Snape.
- Lucjusz chce, aby świat wiedział, iż byłem jego uczniem. Nie skrzywdzi mnie dopóki będzie mnie uczył – powiedział i wzruszył ramionami. – Poza tym nie muszę uciekać ze szkoły. Dumbledore nie ma prawa zabronić mi czegokolwiek. Nie znam członków Zakonu, ale oni walczą teraz, ponieważ sądzą, że jestem Wybrańcem. Dyrektor nie zaryzykuje straty kogoś takiego.
- A nie stracił cię już teraz? – spytał wprost Snape.
- Może nie miał mnie tak naprawdę nigdy – odparł Harry. – Jest pan zaniepokojony, co rozumiem. Lucjusz jednak nie przeciągnie mnie na swoją stronę. Jest draniem. Jest śmierciożercą. Zabijał ludzi – wymienił jednym tchem.
- Jest twoim mistrzem – wtrącił Snape sucho.
- To porozumienie na zupełnie innej płaszczyźnie – wyjaśnił.
- I zabijesz go, jeśli stanie ci na drodze? – spytał Snape wprost.
Harry zaśmiał się.
- To nie jest mój dylemat. Lucjusz jest nadal zbyt dobry, żebym miał szansę go pokonać – przyznał bez żenady. – Może walka będzie trwała kilka sekund dłużej. Jeśli nikt nie trafi w środek jego pleców zbłąkaną klątwą, będę martwy, zanim przypomnę sobie jak trzyma się szpadę – dodał.
Snape nie wydawał się zaskoczony. Ani zaniepokojony.
- Lucjusz jest… - zaczął i urwał. – Mam swoje priorytety. I nie jestem niczyim Harrym Potterem – dodał prostując się lekko.
Snape skinął głową, jakby przyjmował to do wiadomości.
- Jeśli jest pan ze mną. Ja jestem z panem – powiedział całkiem szczerze i profesor dopił do dna alkohol, zanim przetarł swoją zmęczoną twarz.
ooo
Lojalność była śmieszną sprawą. Ron nie mrugnął nawet okiem, kiedy dowiedział się, że Harry wiele przed nimi ukrywał, bo nie miał wyjścia. Hermiona wydawała się wręcz z niego dumna, że tak wiele pracy wykonał zupełnie sam. Nie rozmawiali o Lucjuszu, ale powiedział im, iż Snape został sam, co było ciężkim orzechem do zgryzienia dla Rona. Jednak nawet Weasley musiał zgodzić się z tym, że nie mogli dopuścić do przesłuchania profesora przez aurorów. Snape był podwójnym szpiegiem i dostarczał im informacji. Wiedział, że Harry posiadał połączenie z Voldemortem. To nie mogło wyjść poza wąską grupę jego przyjaciół.
- Chcesz udzielić wywiadu Prorokowi Codziennemu? – spytał Ron z niedowierzaniem.
- Raczej nie mogę stawić się w Ministerstwie i żądać rozmowy z Ministrem – odparł.
- Tata raczej by tego nie załatwił – przyznał jego przyjaciel. – Ale naprawdę Prorok Codzienny? – spytał, jakby go to bolało.
I Harry też żywił do tej gazety niechęć, ale to tego szmatławca czytało czarodziejskie społeczeństwo. Snape jeszcze tego wieczora miał pojawić się na spotkaniu z Voldemortem i wyjawić jak wielki wpływ miał na niego. Harry musiał działać jak najszybciej, aby poprzeć słowa profesora czynami. Nie wiedzieli też kiedy aurorzy pojawią się w zamku. Snape na razie usłyszał same pogłoski o przesłuchaniach, ale wysłannicy Ministerstwa zabierali wszystkich do swojej siedziby znienacka, aby nie mogli przygotować odpowiedzi, co miało sens. Harry jednak nie był zbyt zadowolony z faktu, że nie znali dokładnej daty. To wiele ułatwiłoby. Rita pewnie zgodziłaby się nawet na włamanie do szkoły w zamian za wyłączność. Ona jedna nie miała skrupułów.
- Czego dokładnie uczy cię Snape? – spytał Ron wprost.
- Czaruję lewą ręką – odparł.
Oczy Rona zrobiły się okrągłe jak talerze. Był wyjątkowo dumny, że faktycznie wychodziło mu to coraz lepiej. Kiedy w Pokoju Wspólnym próbował zaklęć z książek od Lucjusza, udawało mu się raz za razem. Jego tarcze też były coraz silniejsze, kiedy w walce musiał się bronić przed magią. Malfoy jeszcze nie wprowadzał tego elementu na stałe, ale to miało się stać lada chwila.
- Co chcesz, żebyśmy zrobili? – zainteresowała się Hermiona.
- Jeśli ktokolwiek zacznie mnie uważać znowu za wariata, poświadczcie za mnie – poprosił jedynie.
Ron zaśmiał się cierpko.
- Chcesz, żebyśmy ratowali Snape'a. Jeszcze sam nie uwierzyłem, że jesteś normalny. Daj mi ze dwa dni – rzucił jego przyjaciel.
