Ciemno w tym państwie, gdzie łotry na świeczniku. .
Stanisław Jerzy Lec
Snape przestał pojawiać się na wspólnych posiłkach, ale ponieważ mężczyzna uprzedził, że to jego prywatny protest przeciwko Dumbledore'owi, który miał w zwyczaju odnawiać od czasu do czasu, chociaż nie przyniósł nigdy skutku – Harry niespecjalnie się martwił. Zresztą gdyby w Hogwarcie pojawili się aurorzy, zapewne wiadomość ta obiegłaby szkołę lotem błyskawicy. Snape w odróżnieniu od Hagrida nie mieszkał na skraju lasu, więc i aresztowanie go nie mogło obyć się po cichu.
Hermiona nie wydawała się szczęśliwa, kiedy własnoręcznie sporządzała notatkę dla Rity w ten sposób, aby nie udało się wykryć nadawcy nawet po charakterze pisma czy resztkach magii. Mieli kilka dni na przygotowania, więc spędzała każdą wolną chwilę nad tym, aby zatrzeć za sobą wszelkie ślady. Był pod ogromnym wrażeniem jej wiedzy, bo nie spodziewał się, że czarodziejscy aurorzy również opracowali metody wykrywania sprawców dość podobne do mugolskiej kryminalistyki.
Nie wiedział czy ten cały trud miał się na coś zdać. W końcu wyłącznie informowali Ritę, gdzie będzie w sobotę, ale nigdy nie wiadomo było kto patrzy. I w jakim celu.
Odnosił wrażenie, że wrócił do tego co było. Przesiadywali teraz wspólnie o wiele dłużej w Pokoju Wspólnym. Ich domownicy musieli zauważyć, że coś znowu się święci, bo w Gryffindorze panowała dość specyficzna atmosfera oczekiwania. Może sądzili, że znowu ich trójka wyśledziła jakiegoś potwora z zamierzchłych czasów, chociaż to było śmieszne. Musiała istnieć ograniczona liczba takich stworzeń. I wątpił, aby cokolwiek wytrzymało z bazyliszkiem przez tyle lat.
- Mogę ci pomóc w pojedynkach – zaproponował mu Ron pewnego wieczora, kiedy Harry wybierał się do Pokoju Życzeń.
Szpada zostawała tam na stałe. O wiele trudniej byłoby ją ukryć w dormitorium niż eliksiry.
- To jest coś, co muszę zrobić sam – poinformował przyjaciela, rozciągając się lekko.
Ron jak zahipnotyzowany obserwował jego ruchy, jakby widział coś podobnego po raz pierwszy. Mugole uprawiali jogging czy inne sporty, ale czarodzieje prócz quidditcha wydawali się znać jedynie szachy. Jakimś cudem jednak zachowywali się w dobrym zdrowiu, czego Harry nie rozumiał. Może jedzenie przygotowane za pomocą czarów posiadało mniej kalorii. To nawet miałoby sens, odkąd mugole walczyli z tym za pomocą chemii i naprawdę modlili się o magię każdego dnia, kiedy stawali na wadze. Ciotka Petunia była naturalnie szczupła, ale wuj Vernon i Dudley zaczynali mieć problemy z nadwagą.
- Snape uczy cię czarowania lewą ręką? – upewnił się Ron.
- To coś bardziej skomplikowanego. Czaruję lewą ręką, aby mieć wolną prawą – rzucił, poprawiając szkolną szatę, która skutecznie zasłaniała jedną z tych diabelnie wygodnych koszul, które dostał od Lucjusza.
Zaczynał się przyzwyczajać do tego jak dobrze na nim leżały. Nie był pewien czy to czyniło z niego hedonistę, ale nie planował robienia sobie autoanalizy. Gdyby coś było z nim nie tak – Snape pierwszy zareagowałby, pewnie siłą sprowadzając go do parteru. Albo do pionu.
Oczy Rona rozszerzyły się lekko, jakby jego mózg nareszcie znalazł powiązanie, którego od dawna szukał.
- Szermierka – rzucił jego przyjaciel krótko. – Ojciec mówił, że dawniej w Hogwarcie był klub i…
- Pewnie nadal jest – westchnął Harry. - Ale to klub Ślizgonów – uściślił. – Ja uczę się na własną rękę. Na wszelki wypadek, gdybyśmy mieli stoczyć walkę tego typu.
- To nawet logiczne. Sam Wiesz Kto ma świra na punkcie czystokrwistości. Ale tata nigdy nie lubił pojedynków – poinformował go Ron całkiem poważnie.
- Pan Weasley nie lubi przemocy – westchnął Harry. – Powiedz mi jak bez przemocy wygramy wojnę – dodał ostrożnie.
Ron jednak nawet się nie zawahał, kiedy skinął twierdząco głową, jakby myślał o tym sam już od dawna.
ooo
Snape czekał na niego następnego wieczora jak zawsze, kiedy mieli wspólnie ćwiczyć. Zaczynał odnosić wrażenie, że uczenie się kolejnych zaklęć było dziecinnie proste. Inkantacje łączyły się w grupy, kiedy używał silniejszych czarów. Takich bardziej skomplikowanych i intencyjnych. Jak wodne i lodowe tarcze przeciwko klątwom ogniowym. Zwykłe Protego chroniło jedynie przed czystą magią. Tarcza składała się głównie z woli i powietrza, co doszło do niego dopiero wtedy, kiedy Snape rzucił w niego klątwą tworzącą kule ognia. Harry ze zdumieniem obserwował jak te przedostały się przez jego tarczę i mknęły prosto na niego. Nie sięgnęły jednak celu, bo Snape zakończył czar krótkim, szybkim i skutecznym Finite, które pewnie uratowało mu skórę – dosłownie. Nie miał na sobie nawet szkolnej szaty, która mogłaby się zająć ogniem, dając mu cenne sekundy.
Nie miał pojęcia, co będą robili dzisiejszego wieczora, ale mężczyzna wskazał bez słów na kolejny stos książek. Harry chował w kufrze kilka podobnych tomów i nawet Hermiona była zaskoczona, kiedy usłyszała jak wiele i jak szybko zapamiętał. Samo wkuwanie na pamięć zaklęć było bezsensowne, a coś takiego robili na Obronie Przed Czarną Magią każdego roku. Inkantacja zmieniała się, kiedy wypowiadało się czar w pośpiechu i czasem pod wpływem silnych emocji. Nie chodziło też przeważnie o zwykłe słowa, ale o zrozumienie ich znaczenia. Język łaciński traktował to bowiem dość luźno i szeroko zarazem. Ten sam wyraz znaczył czasami kilka różnych rzeczy i to wyjaśniało dlaczego Transmutacja na pierwszym roku była drogą przez mękę. Nie mógł się należycie skupić i sądził, że słowa same za niego zdecydują.
Tymczasem chodziło tylko i wyłącznie o jego wolę. Jego świadomość. Jego wyobraźnię.
- Pott… Harry? – rzucił Snape chłodno. – Jest jakiś powód, dla którego stoisz na środku mojego salonu jak idiota?
Harry uśmiechnął się krzywo, nie oferując żadnego wyjaśnienia. Każde byłoby tylko zaproszeniem do kpin.
- Walczymy? – spytał wprost.
Snape nawet nie drgnął, ale na jego twarzy pojawiło się coś dziwnego.
- Jeśli udzielisz wywiadu Prorokowi Codziennemu wielu ludzi będzie chciało na mnie naciskać – powiedział mężczyzna.
To nie było nic zaskakującego. Nic, czego nie przewidziałby. Nie miał pojęcia dlaczego Snape nagle mówił o oczywistościach.
- Lucjusz w przypływie nudy zapewne próbował już to zrobić. Jest niewielu ludzi, których zdanie mnie obchodzi – ciągnął dalej Snape. – Twoje zdanie mnie nie obchodzi. Nie obchodzi mnie co myśli Dumbledore. Lucjusz jak sam wiesz to całkiem inny rodzaj… jakkolwiek byś go nie uznał. Lucjusza obchodzi tylko to co on myśli o kimś, zatem nikt nie zmieni jego zdania o kimkolwiek. Może dlatego zaprzyjaźnienie się z nim jest tak łatwe. Paradoksalnie – westchnął Snape.
Harry nie był do końca pewien czy nadążał.
- Naciski, szantaże i próby manipulacji – podjął Snape, podnosząc się nagle z kanapy. – Jeśli ktokolwiek przyjdzie do mnie i zacznie twierdzić, iż przeprowadzi z tobą rozmowę, po której sam odprowadzisz mnie do Azkabanu. Roześmieję się mu w twarz – poinformował go Snape spokojnie. – Nie dlatego, że nie będzie miał wiele do powiedzenia. Dlatego, że ufam, iż zdajesz sobie sprawę kim jestem. I to przesłuchanie, które czeka na mnie jest spóźnione o dobre dwadzieścia lat – dodał Snape.
- Nie zamierzam wierzyć kłamstwom – odparł, wzruszając ramionami.
- Nie kłamstwami się przejmuję, ale prawdą – powiedział Snape, patrząc na niego tak intensywnie, że Harry miał ochotę się schować jak za starych dobrych czasów. – Zaproponowałem ci przejrzenie moich wspomnień kilkanaście dni temu. Nadal znajdują się w myślodsiewnej. Masz dostęp do moich kwater. Jeśli zatem cokolwiek usłyszysz i będziesz chciał to sprawdzić, możesz to zrobić kiedy mnie tutaj nie będzie.
- Albo mógłbym spytać jak normalny człowiek – stwierdził Harry.
Snape zaśmiał się krótko.
- Lucjusz cię nie uczył, że wiara cudzym słowom to idiotyzm? – spytał mężczyzna ciekawie.
- Jest pan legilimentą. Te wspomnienia będą równie prawdziwe jak pańskie słowa. I jeśli nie wierzy pan cudzym słowom… Dlaczego wierzy pan mnie? – odbił piłeczkę.
- Ponieważ jesteś… - zaczął Snape i urwał. – Miałem powiedzieć, że Gryfonem, ale obaj wiemy, że nie w tym rzecz. Czy tego chcesz czy nie, jednak jesteś tym, co myśli o tobie Dumbledore. Jesteś jego Złotym Chłopcem. Może będziesz nim na swoich własnych warunkach, ale to dopiero pokaże i zweryfikuje czas.
- Dyrektor mnie nie zna – powiedział Harry z pewnością w głosie.
- Podejrzewam, że ja też cię nie znam. I Lucjusz również, chociaż lubi udawać, że jest inaczej – stwierdził Snape. – Sądzę, że to bezpieczniejsze niż gdyby mieli cię znać wszyscy.
ooo
Nie spodziewał się prezentu od Lucjusza, ale piątkowy ranek zaskoczył go niewielką paczką pozostawioną na jego łóżku. Nie chciał się nawet zastanawiać nad tym co jest w środku. Chociaż wiele rozmawiali z Ronem i Hermioną, żadne nadal nie wiedziało, że spędzał tak wiele czasu z Malfoyem. Zatajanie tego weszło mu w nawyk. Nie chciał, aby potem podczas bitwy jego przyjaciele jakkolwiek inaczej się zachowywali. Nic się tak naprawdę nie zmieniło. Snape miał tę świadomość i chyba trochę mu ulżyło, że Harry również to rozumiał.
Prezent jednak leżał na jego łóżku, więc podniósł niewielki pakunek i rozdarł papier, trochę zaskoczony, kiedy okazało się, że trzyma w dłoniach małą ozdobną skrzynkę, która wyglądała na starą. Magia połaskotała jego dłoń i wieczko odskoczyło ujawniając swoją zawartość. Niemal liczył na kolejne porcje eliksirów, ale w środku znajdowały się dwie bransolety i krótki liścik.
Harry,
ponieważ tak łatwo powierzasz mi życie nie tylko swoje, ale również naszego wspólnego czarodzieja, sądzę, że odnajdziesz przyjemność w poddawaniu się mojej woli w całkiem innych okolicznościach. Bransolety są zaklęte tak, że moja magia będzie kontrolowała je zgodnie z moimi fantazjami.
Ten kuferek po tym jak zapamiętał twoją sygnaturę, otworzy się tylko dla ciebie.
Spojrzał na bransolety o wiele bardziej podejrzliwie, ale połyskiwały wyglądając tak niewinnie, że przez chwilę nie miał pojęcia co Lucjusz miał na myśli, dopóki nie wyobraził sobie ich na swoich nadgarstkach. I wtedy to nabierało zupełnie innego kontekstu. Lucjusz najczęściej i tak kontrolował go w łóżku, ale nigdy nie był skrępowany. I liny jakoś nie pasowały mu do Malfoya. Lucjusz uwielbiał magię i bransolety zapewne były odpowiedzią na jego fantazje. Harry nie potrafił nie myśleć o szpadzie mężczyzny na swojej skórze. I dreszczyku, który zawsze temu towarzyszył. Jakoś zawsze jednak wiedział, kiedy ten dotyk był seksualny, a kiedy należało się bronić i uciekać. Przeważnie zaczynali od pojedynku, który przegrywał. Chociaż naprawdę poczynił postępy i na jego przedramionach były nacięcia od ostrza Lucjusza, które powstały, gdy zaskakiwał swojego przeciwnika. Piekły jak diabli i miały zostać blizny. Już kilka jasnych linii pojawiało się na jego skórze, znacząc go permanentnie. I nie potrafił nie czuć dumy. To na pewno nie było normalne. Ludzie nie cieszyli się, kiedy zostawali ranni, ale to był symbol jego postępu. Dlatego nie rozmawiali z Ronem na temat szermierki. Weasley nie zrozumiałby. Tak jak Harry nie pojmował tego do końca. Nie potrafił tego nazwać, ale to uczucie było po prostu mieszanką emocji, które kłębiły się w nim od dawna. I chociaż nic nie było jasne i klarowne, ta sprzeczność istniała w nim na tyle długo, że chyba czas było się z tym pogodzić. Może te prywatne kodeksy, które w sobie nosili, odróżniały ich od całej reszty społeczeństwa, dla których wymachiwanie szpadą nie było sztuką.
Nie było życiem.
- Jesteś dzisiaj nieobecny – stwierdził Ron, spoglądając na niego niepewnie. – Wiesz, że jeśli masz wątpliwości, możesz zawsze się wycofać. Snape i tak zasługuje…
- Tak – wszedł mu w słowo Harry. – Pewnie tak. A może nie. Nie wiem czy ja powinienem o tym decydować. Pomógł mi jednak, kiedy nikt inny tego nie zrobił. I nadal mi pomaga. Jeśli go nie będzie, jeśli go zabiorą, a potem po przesłuchaniu wtrącą do Azkabanu albo będzie musiał uciekać, nie będę miał z kim ćwiczyć.
Ron spojrzał na niego z wątpliwościami wypisanymi na twarzy.
- Nie, stary. Naprawdę gdybyś był mi w stanie pomóc, zwróciłbym się do ciebie, ale obaj wiemy, że Snape jest twardym sukinkotem – rzucił.
Ron wydawał się zszokowany jego słownictwem i faktycznie nie przypominał sobie czy kiedykolwiek przeklinał. Tylko, że jedynie to określenie pasowało do Snape'a. I pewnie mistrz eliksirów nawet nie obraziłby się za to, ponieważ wiedziałby doskonale co Harry chciał przez to powiedzieć. Jeśli on był dokładnie tym, co Dumbledore o nim myślał, zaczynało do niego docierać, że tak właściwie niewiele sam mylił się w stosunku do Snape'a. Mężczyzna w końcu był śmierciożercą. To był czysty fakt. A za nim pojawiały się kolejne jak lista przestępstw, których się Snape dopuścił. Za które nigdy nie został ukarany. Nie do Harry'ego jednak należało ocenianie tego, co działo się w przeszłości. Może Snape nie miał nawet na to wpływu tak jak Harry nie miał możliwości zdecydowania o sobie od pierwszych chwil życia.
- Z jakiegoś powodu zdecydował się mi pomóc – podjął. – I robi to. Potrafię tak wiele, że jestem sam zaskoczony. To nie jest poziom Obrony Przed Czarną Magią Hogwartu. Może Hermiona znałaby zaklęcia, które zaskoczyłyby mnie, ale obaj wiemy, że najsłabiej z nas czaruje – westchnął.
Ron nie wydawał się przekonany jak zawsze, kiedy chodziło Snape'a. I Harry też nie był początkowo, ponieważ to nie było takie łatwe. Przez kilka lat próbował udowodnić dyrektorowi, że Snape jest śmierciożercą i nie zdawał sobie sprawy z tego, że Dumbledore mógł wiedzieć o tym przez cały czas. A teraz, kiedy do niego samego dotarło znaczenie tego słowa – zaczął przyjmować to do wiadomości jako coś normalnego. Było wiele etykietek, które przyczepiono ludziom i to nie sprawiało, że stawali się jednowymiarowi.
Snape był śmierciożercą. Snape był szpiegiem. Snape nie był nawet po Jasnej Stronie w tej wojnie. Jednak miał jakąś dziwną pewność, że siedzieli w tym obaj.
