Ciem ność... kiedy wszys tko co znałeś i kochałeś zos ta je ci zab ra ne... Myślisz je dynie o swym gniewie, niena wiści, na wet o zemście... i wte dy nikt cię nie uratuje.

Masashi Kishimoto

Harry spodziewał się jakiejś zmiany w zachowaniu uczniów Hogwartu, ale to było naiwne i niecierpliwe. Wrócili z Hogsmeade we względnej ciszy, bo o ile wcześniej się denerwował tym jak udzieli tego wywiadu – teraz dochodziły jeszcze kwestie następstw, które w przyszłości uderzą w nich wszystkich. Coś, czego przewidzieć nie potrafił nawet Snape, więc jego ramowy plan przeciwdziałania wszelkim szkodom wydawał się dziecinną igraszką.

Nikt nie wiedział o wywiadzie, co było całkiem logiczne, odkąd udzielił go kilka godzin wcześniej. Nawet w Hogwarcie wiadomości nie roznosiły się tak szybko, a jednak rozglądał się wokół w poszukiwaniu najmniejszych nawet odstępstw od normy. Zawsze wiedzieli, że Prorok Codzienny miał kontakty ze zwolennikami Voldemorta. Dlatego tak mocno odcinał się od tego szmatławca. Im nie zależało na ujawnianiu prawdy, ale zaciemnianiu, zamazywaniu wszystkich granic pomiędzy tym co dobre i złe.

Hermiona twierdziła, że nawet artykuły tuż przed Turniejem Trójmagicznym, stawiały go w fatalnym świetle. Jako skrzywdzone przez los dziecko, niezdolne do obrony samego siebie, a co dopiero magicznego społeczeństwa. Jeśli miał się stać liderem i symbolem Jasnej Strony nie mogli sobie pozwolić na coś podobnego. Ludzie musieli w niego wierzyć, a Rita skutecznie to uniemożliwiała.

Snape wydawał się całkiem spokojny, kiedy prowadził ich wszystkich do Hogwartu. Może ktoś by się na to nabrał, ale nie Harry. Mężczyzna musiał być równie zdenerwowany co on, bo jeśli ich plan nie wypali – to mistrz eliksirów poniesie najsurowsze konsekwencje. A nie chciał, aby Lucjusz odsyłał mężczyznę w siną dal, w miejsce, w którym nikt nie mógł go dosięgnąć.

Harry mógł podziwiać złożoność ich przyjaźni, ale Snape był dla niego kimś ważnym. Nie chodziło już nawet o treningi i sam fakt, że poświęcał mu niemal każdy wieczór w tygodniu. Ta bezinteresowność sprawiała, że nie wiedział co dokładnie myśleć o mężczyźnie. Snape dotąd nie objawił mu się z tej strony.

- Cichniesz coraz częściej – zauważyła Hermiona.

- Mam sporo do przemyślenia – przyznał.

- Nie wątpię – odparła bez chwili wahania. – Zastanawiam się tylko, kiedy przegapiłam, że zmieniłeś się tak bardzo.

- Może wszyscy się zmieniliśmy – rzucił, wzruszając ramionami. – Nie skarżysz się już dziecinnie, że Snape cię ignoruje podczas lekcji – przypomniał jej.

Przewróciła oczami, ale nie wydawała się zirytowana jego uwagą. I dotarło do niego, że właśnie zastosował jedną z technik Lucjusza i Snape'a. Przeniósł rozmowę na zupełnie inny temat, odsuwając zainteresowanie od swojej osoby. Byłby z siebie dumny, gdyby to było świadome działanie, a nie instynktowne zagranie.

Hermiona nie wydawała się zauważyć czegokolwiek, ale jej należało się więcej.

- Idziesz teraz do biblioteki? – spytał.

- Mamy esej na… - zaczęła i Ron jęknął.

- Kolejny esej? – spytał Weasley.

- Sądzę, że ci potowarzyszymy – stwierdził Harry ponad wszelką wątpliwość.

ooo

Spotkali się ze Snape'em wieczorem w komnatach mężczyzny. Szpada ciążyła Harry'emu w dłoni jak nigdy. Jego ciało wydawało się nienaturalnie spięte i powoli docierało do niego, że przyzwyczaił się do wysiłku. Ćwiczył każdego dnia, ale weekendy były bardzo intensywne. Lucjusz i on zaczynali wchodzić na zupełnie nowy poziom pojedynkowania się. Musiał być skupiony przez cały czas, aby unikać szpady mężczyzny i jednocześnie nie zranić Malfoya przez przypadek. Lucjusz twierdził, że jeśli zginie z jego ręki podczas treningu – to będzie oznaczało, że uczeń przerósł mistrza, ale jego to nie bawiło. Nie potrzebował takich dowodów. Wystarczyłoby mu, gdyby Malfoy pewnego dnia zakończył ich spotkania, twierdząc, że więcej nie będzie w stanie mu dać.

Pod tym względem Harry wierzył w jego uczciwość.

Snape kończył swoją herbatę, kiedy Harry w pelerynie wsunął się do jego komnat, zatrzaskując za sobą szczelnie drzwi. Zrzucił płaszcz, rozkładając go na oparciu kanapy i spodziewał się, że mężczyzna wstanie, bo rzadko tracili nawet chwilę. Snape jednak patrzył na niego z dziwną intensywnością, którą Harry doskonale znał.

- Zrobiłem coś źle? – spytał wprost. – Nie umiem udzielać wywiadów – przyznał niemal pospiesznie.

- Nie chodzi o to co powiedziałeś, ale jak to zrobiłeś – rzucił Snape sucho. – Twoje zaufanie zapewne jest skarbem czarodziejskiego świata – zakpił.

Kąciki ust Harry'ego drgnęły odrobinę, bo nie mógł się powstrzymać, kiedy mistrz eliksirów obśmiewał wartości, które były jak najbardziej wirtualne. Wielu uważało go za nowe wcielenie magii. Z tego należało się śmiać. Harry nie lewitował przez sen. A przynajmniej niczego takiego nigdy nie zauważył, a Ron z pewnością poinformowałby go, gdyby coś takiego się stało.

- Aczkolwiek twierdzenie, że jestem równie niewinny co ty.. . – urwał sugestywnie Snape.

- Może ja nie jestem tak niewinny jak wszyscy sądzą – odparł Harry, bo o tej porze właśnie kończyłby swoją kąpiel, aby wsunąć się do łóżka Lucjusza.

Mieli się nie widzieć dwa tygodnie. Nie sądził, że to tak szybko wpłynie na jego libido. Nie mógł powiedzieć, że uprawiali systematycznie seks, ale był nastolatkiem. To wydawał się długi okres czasu, odkąd Malfoy był w nim. A z prezentem w postaci bransolet, ukrytym bardzo skutecznie i głęboko, trudno było nie myśleć o seksie.

To na pewno stanowiło sporej wielkości rysę na jego nietkniętym obrazie. Gdyby ludzie się dowiedzieli, wybuchłby skandal. Wcześniej bał się czegoś podobnego, obecnie czuł jedynie lekkie rozbawienie. Podejrzewał, że większość czarodziejskiego świata nie uwierzyłaby w te plotki.

- Jesteś dokładnie tak prawy jak zakładają – poinformował go Snape. – Nie mówimy o niewinności. Mówimy o twoich naturalnych predyspozycjach do zauważania czym jest dobro, a czym jest zło. Pomimo tego, że pozwalałeś się sprowokować Draco, kiedy byłeś młodszy, wiedziałeś, że twoje zachowanie nie było odpowiednie i nie protestowałeś przeciwko karze. Wiesz, że wszystko co złe, powinno zostać ukarane…

- Nie wiem do czego pan zmierza – przyznał.

Snape spojrzał na niego jakoś dziwnie.

- Zabijałem – przypomniał mu mężczyzna.

Harry pojęcia nie miał dlaczego do tego wracali.

- Wiem. Nie dam panu rozgrzeszenia. To jednak nie znaczy, że w tym momencie, w tych okolicznościach nie ufam panu równie mocno, co moim przyjaciołom, których znam od lat – przyznał spokojnie, zastanawiając się czy wypowiada właściwe słowa. – Zabijał pan i będzie pan zabijał. I ja też zabiję. Wszyscy zabijemy. Każdy być może z innych powodów. Nie chciałbym, żeby okazało się, że zabijamy z tych samych. Że zwolennicy Voldemorta są tą samą stroną tej samej monety.

- Zapewniam cię, że mają z gołą inne priorytety – prychnął Snape.

- Nie wiem jak na to patrzeć – przyznał.

Długo nad tym myślał. Miała rozsądzić ich historia, więc może faktycznie powody nie miały znaczenia, skoro zostaną zapomniane przez czas. I nawet jeśli nie będą odpowiednie, na samym końcu jedyne, co będzie miało znaczenie – to zwycięstwo.

- Ktoś kiedyś powiedział, że jedyna wojna prowadzona w słusznej sprawie, to ta, w której się bronisz* – poinformował go Snape.

Harry skinął głową, bo to akurat diabelnie wiele ułatwiało.

ooo

Jego ramiona były przyjemnie obolałe. Był to ten rodzaj napięcia, który przychodził po dobrze wykonanej pracy, kiedy dawało się z siebie wszystko i w zasadzie nic nie zostawało w człowieku. Harry czuł się wyzuty z energii, cały jego zapał odszedł w niepamięć. Prawdziwie jednak dumny był z faktu, że Snape nie nosił na dłoniach żadnych – nawet pomniejszych ran. Nie chciał kaleczyć mężczyzny, ale jednocześnie to świadczyło o tym jak dobrze posługiwał się bronią.

- Chyba jesteś coraz lepszy – stwierdził mistrz eliksirów.

I na dobrą sprawę to były słowa najwyższej pochwały, które mogły wyjść z tych wąskich ust.

- To się dopiero okaże – odparł Harry, bo to miał zweryfikować jego przyszły przeciwnik.

I naprawdę modlił się, aby Lucjusz na polu bitwy był jak najdalej. Nie wiedział czy mężczyzna specjalnie nie będzie go szukał podczas walki. Nie był pewien jego zamiarów. Nie byli przyjaciółmi. Nie stanowili jednak tak do końca wrogów. Jeśli miałby ich określić jednym słowem, musiałby ich nazwać kochankami. To było jedyne prawidłowe miano, które nie zostawało naznaczone piętnem wojny. To było ich i nawet Snape o tym nie wiedział. Bywały chwile, kiedy sądził, że mężczyzna zrozumiałby ten układ. W innych Harry był pewien, że mistrz eliksirów zareagowałby nawet ostrzej od Dumbledore'a.

- Nie wiem jak określić postęp – przyznał Snape.

- Nie ma pan ran na dłoniach – rzucił Harry. – To znaczy, że albo pan jest tak fatalny, albo ja coraz lepszy w panowaniu nad ostrzem.

- Lucjusz cię rani? – zdziwił się Snape, kiedy dostrzegł kilka świeżo wygojonych nacięć.

Harry nie mógł się nie zaśmiać.

- Lucjusz jest zirytowany, że mnie rani – powiedział wprost. – To oznacza, że nie może przewidzieć, gdzie moje kończyny będą za chwilę. Nie wie co zrobię. I przede wszystkim nie wie jakim cudem robię takie szybkie postępy. To musi byś frustrujące dla kogoś takiego jak on, kto wie wszystko.

- Niech cię nie zmyli ta poza. Lucjusz wiele przypuszcza – poinformował go sucho Snape. – inteligencją dotarł dalej, niż cała jego rodzina przez wieki dzięki galeonom – dodał. – Jeśli podejrzewa, że ćwiczysz poza jego dworem, lista osób, którym mógłbyś zaufać w tej kwestii, jest naprawdę krótka.

- Lista osób zamyka się do pana – przyznał Harry bez cienia zażenowania. – Hermiona i Ron nie wiedzą.

- Nie jestem zaskoczony. Weasleya usłyszelibyśmy zapewne jeszcze w tej samej chwili w całym zamku – westchnął Snape. – Nie zrobiłby tego oczywiście specjalnie, ale chłopak powinien trzymać emocje na wodzy, kiedy w grę wchodzą nie jego tajemnice.

Harry mógł jedynie się zgodzić.

ooo

Zastanawiał się czy wysłanie listu do Lucjusza byłoby nieodpowiednie. Nie rozmawiali przez siedem dni i to się wydawało dziwne. Zdążył się przyzwyczaić do osądów mężczyzny i słów, które burzyły jego światopogląd raz po raz. Monotonia Hogwartu zaczynała go przytłaczać. Nadmiar czasu, który nagle spadł na niego, doprowadzał go do szaleństwa. Próbował uczyć się zaklęć z ksiąg, które dostał, ale przyswojenie więcej niż jednego dziennie wydawało mu się idiotyzmem. Subtelne zmiany w ułożeniu ręki, które rozróżniały jeden czar od drugiego, szybko mu się mieszały. Kiedy miał dobę na zapamiętanie zaklęcia, ono zdążyło zapaść mu w pamięć. Uczenie się wszystkiego na raz nie było po prostu możliwe i frustrowało go. Podobnie jak rzecz miała się z samą szermierką, potrzeba było czasu i systematycznej pracy. I zaczynało do niego docierać, że zajmie mu lata przyswojenie wszystkich zaklęć. I wtedy, kiedy będzie uważał, że nie pozostało już nic, co mógłby wiedzieć, zapewne znajdzie nowe księgi. Ta wiedza nie mogła być skończona.

Transmutacja i Eliksiry nauczyły go, że jeśli znał fundament, na nim mógł oprzeć wszystko inne. I pod pewnymi względami ta wiedza przydawała mu się i teraz. Problem tkwił jednak w tym, że chciał zrobić jak najwięcej teraz, w krótkim czasie, zanim miał spotkać się twarzą w twarz z Voldemortem. I nie mógł. Ta sztuka była zbyt delikatna, aby zaburzać ciąg nauki, treningu.

I tak sporo udało mu się osiągnąć ze Snape'em przez te kilka tygodni, ale mężczyzna pracował i potrzebował czasu choćby na to, aby poprawić eseje innych roczników.

Harry został zatem w Pokoju Wspólnym z nadmiarem czasu. Zaklęcie, którego uczył się dzisiaj, znajdowało się gdzieś w jego podświadomości. Nie myślał o nim cały czas. Po prostu jego dłoń poruszała się sama, jakby wykonywał czar, ale bez odpowiedniej motywacji i z różdżką, która znajdowała się w nie tej ręce, to było jedynie ćwiczenie. Z pewnością mógłby robić coś innego, coś więcej, ale jedyne propozycje, które miała dla niego Wieża Gryffindoru to plotki z Lavender albo Eksplodujący Dureń z Seamusem. Nawet Ron dzisiejszego dnia nie grał w szachy, a jedynie próbował nadrobić zapomniany esej z Zielarstwa, o którym przypomniała im Hermiona. Zaczynał żałować, że z przyzwyczajenia zrobił zadania w piątek, przygotowując się do co weekendowego treningu z Lucjuszem. Przyzwyczajenie okazało się jego zgubą.

Jeszcze nigdy tak naprawdę się nie nudził. Zajęcia u Binnsa przesypiali systematycznie i w zasadzie to nie było takie złe w czasach, kiedy śniły mu się koszmary. Wizje, które zsyłał Voldemort, nie pozwalały mu zmrużyć oka. Wtedy Binns był wybawieniem. Gdyby mógł, przesypiałby również zajęcia Trelawney, ale to byłoby już zbyt wiele. W końcu też musiał trzymać pieczę nad ilością razy, kiedy go uśmiercano. Chyba już mieli za sobą wszystko, włącznie z potrąceniem przez Hogwart Express. Gdyby Trelawney była na tyle miła i podała mu czas zgonu, postarałby się udowodnić jej, że żadna z tych śmierci nie miała prawa bytu. Jednak jak każda jasnowidząca, jego profesor uważała, że to zbyt delikatna sprawa, aby bawić się w matematykę. Czy chociaż logikę.

Ron gryzmolił ostatnie słowa eseju z wyciągniętym na wierzch językiem i Harry rozłożył się na kanapie, spoglądając tempo w sufit.

Gdyby ten weekend spędził u Lucjusza jak zawsze, teraz jedliby kolację we trójkę. Wiedział, że Snape został w Hogwarcie dzisiejszego dnia i to go zastanowiło. Jeśli byli tutaj obaj, to co robił Malfoy? Lucjusz nie wyglądał mu na człowieka, który się nudził.

_

* to chyba nawet słowa, które padły na soborze watykańskim w XIII czy XIV wieku, kiedy Zawisza Czarny był wysłannikiem polskiego króla… dopiero zaczynał się konflikt z Krzyżakami