Całe mo je życie widze w świet la nych bar wach, jed nak cza sy szkoły to ciem ność, czar na dziura na ma pie mo jej życiowej wędrówki.

Winston Churchill

Harry nie potrafił się skupić na tym, co robił. Jego ciało pamiętało dokładnie jak powinno się ruszać. Szpada przecinała powietrze pod odpowiednim kątem, stopy niosły go, kiedy unikał kolejnych ataków Lucjusza, ale czegoś ewidentnie brakowało. Odnosił wrażenie, jakby w jego ciele nie było życia, tej iskry, która sprawiała, że każdy z ich wcześniejszych pojedynków miał w sobie moc i siłę. Coś, czego inni mogliby im tylko zazdrościć.

Lucjusz marszczył brwi, jakby zdawał sobie sprawę, że Harry nie jest do końca duchem z nim i ewidentnie mu się to nie podobało. I naprawdę nie powinien być zaskoczony, kiedy mężczyzna naparł na niego z intencją poważnych uszkodzeń o ile nie zadania śmierci. Harry cofnął się, zanim szpada zagłębiła się w jego barku, niezdolny do obrony, a potem przywarł do ściany z szeroko otwartymi oczami, czekając na kolejny atak.

- Zwariowałeś?! – wyrwało mu się, kiedy nurkował pod stół.

Lucjusz nie ruszył za nim na szczęście. Malfoy patrzył jednak na niego z pewną irytacją.

- Szaleństwem jest stawać przede mną nieprzygotowanym – prychnął mężczyzna.

Harry nie mógł się nie zgodzić. Jednak jego uwaga była skupiona na czymś całkiem innym. I zdał sobie nagle sprawę, że to mogłoby go zabić równie szybko jak brak odpowiednich umiejętności. Nawet z nimi, jeśli nie będzie myślał o szpadzie w swojej dłoni, której nie użył nawet raz, wybierając ucieczkę przed Lucjuszem – nie czeka go długie życie. A on celował w wygraną. Coś, czego nie sięgają ludzie nie skupieni na celu.

- Wiem – przyznał, ponieważ wypowiadanie oczywistości na głos było jego działką.

Lucjusz nawet nie drgnął, czekając zapewne aż Harry stanie przed nim ponownie i zaczną od nowa. Nie był pewien czy to miało sens. Snape wypełniał wszystkie jego myśli. I Dumbledore, którego posunięć do końca nie rozgryzał. Jeśli dyrektor chciał odciąć go od ludzi, którym Harry ufał, nie miał wielkiego pola do popisu. Od samego początku Ron i Hermiona byli jego jedynymi przyjaciółmi. I Dumbledore akurat tej nici pozwolił się zawiązywać przez lata. Zerwanie jej było niemożliwe. Przynajmniej Harry nie dostrzegał takiej możliwości. Przebaczali sobie w przeszłośći już wiele.

- Jesteś dzisiaj bezużyteczny – stwierdził Lucjusz. – Zrobimy przerwę – zdecydował.

Harry miał jednak o wiele lepszy pomysł. Wycelował szpadą w stronę piersi mężczyzny, starając się chwycić samym czubkiem jeden z guzików koszuli, ale Lucjusz złapał ostrze ręką nie robiąc sobie nic z kropli krwi, które pojawiły się we wnętrzu jego dłoni. Malfoy pokręcił głową, jakby niedowierzał, ale wydawał się raczej rozbawiony jego poczynaniami. Nigdy nie robili niczego poza sypialnią Lucjusza. Kilka przelotnych pocałunków nie liczyło się tak naprawdę. A teraz chciał nadrobić dwa tygodnie, które stracili.

Lucjusz odebrał mu szpadę. Mógł pociągnąć za nią i wyrwać ją z ręki mężczyzny, ale nie był pewien czy nie odetnie mu palców. A to była jedna z tych dobrych rzeczy na temat Malfoya. Jego długie, szczupłe palce z wyraźnymi kostkami, które czuł, kiedy przeciskały się przez ciasny pierścień jego mięśni. Drżał nawet teraz na samo wspomnienie i to nie umknęło Lucjuszowi.

Mężczyzna przełożył różdżkę do prawej dłoni, mrucząc pod nosem zaklęcie.

- Co robisz? – spytał Harry niepewnie.

- Zamykam dwór – odparł Malfoy, jakby to było oczywiste.

- Snape nie przyjdzie tutaj dzisiaj – poinformował go całkiem poważnie. Lucjusz uniósł brew pytająco. – Powiedziałem mu, żeby pojawił się jutro.

Malfoy przez chwilę milczał, a potem wydął wargi.

- I skąd pomysł, że się zastosuje do twojej prośby? – spytał Lucjusz ciekawie.

Harry nie nazwałby tego bynajmniej w ten sposób. To był bardziej rozkaz. Tylko, że dopiero teraz dotarło do niego, że wydawanie takich nie miało sensu, jeśli ktoś nie miał chęci zastosowania się do nich. Snape był wolnym człowiekiem. A przynajmniej Harry nie mógł nim rozporządzać. Aurorzy stanowili całkiem nowy problem. Nie miał jednak na ich poczynania, aż takiego wpływu. Nie planował wpędzić mężczyzny w tarapaty. Chciał jedynie odpowiedzi.

- Zawsze mnie fascynuje jak można być tak bezmyślnym – podjął Lucjusz, odpinając guziki jego koszuli. – Instynktownie wiesz, że Severus cię posłucha. Nie zastanawiasz się jednak dlaczego i co to oznacza…

- Czy nie powinieneś czasem być miły, kiedy mnie rozbierasz? – spytał Harry, kiedy jego koszula opadła na podłogę w zbrojowni.

- Ja nie bywam miły – odparł Lucjusz, gryząc go w ramię, jakby chciał podkreślić swoje słowa. – A ty jesteś bezmyślny i nie możesz temu zaprzeczyć.

Nie planował nawet. Nie, kiedy Lucjusz zaczął odpinać jego spodnie, kierując go w stronę jednego z regałów. Nie miał pojęcia jak to zrobią tutaj, bez łóżka i z podłogą, która nie zapraszała do kładzenia się na niej nago. Kamienie wydawały mu się chłodne nawet, kiedy stał na nich w butach. Lucjusz jednak rozpiął jedynie jego spodnie, zmuszając go do położenia się płasko na jednym z regałów. Wypiął pośladki, czując się odrobinę głupio, kiedy nie mógł widzieć Lucjusza. W świetle dnia wszystko wydawało mu się inne. Przede wszystkim Malfoy na pewno widział jego tyłek w całej jego okazałości i wejście ukryte między pośladkami, które próbował zacisnąć, ale mężczyzna nie pozwolił mu na to.

- Rozluźnij się – polecił mu Lucjusz. – Sądziłem, że tę część mamy już za sobą.

- Jest dzień – stwierdził Harry.

- Cóż za elokwencja. Podpowiedziały ci to promienie słoneczne? – zakpił Lucjusz, wsuwając w niego palec od razu po ostatnią kostkę, co nie było, aż tak dobrym posunięciem.

Minęło dwa tygodnie, a on nie miał zwyczaju dotykania się tam, kiedy sobie obciągał. Nawet kiedy myślał o Lucjuszu.

- Jaki ciasny – rzucił Malfoy.

- Cóż za elokwencja – zakpił Harry. – Podpowiedziało ci to… - zaczął i urwał, kiedy Lucjusz dotknął jego prostaty tym swoim długim palcem.

Mężczyzna drugą dłonią uderzył go w pośladek i Harry zaskoczony poczuł muśnięcie materiału koszuli na plecach.

- Po zastanowieniu stwierdzam, że sarkazm do ciebie nie pasuje – poinformował go Malfoy całkiem poważnie.

- Nie zamierzasz się rozebrać? – spytał, ignorując kompletnie uwagę.

- Nie, to będzie raczej szybkie – przyznał Lucjusz. – W zasadzie pomyśl o tym, że jestem ubrany. Wyobraź sobie jak wyglądamy, kiedy będziesz ściskał palcami krawędź gabloty – powiedział, wsuwając w niego kolejny palec.

I Harry spiął się lekko, kiedy inwazja okazała się nie tak całkiem bezbolesna, ale było coś w tym jak mieszały się doznania. Było mu przyjemnie. Lucjusz dbał o to, żeby od czasu do czasu dotknąć jego prostaty i chociaż początkowo nie był podniecony, zaczynał powoli docierać do tego punktu. A potem mężczyzna otarł się o jego pośladki swoimi biodrami i wyczuł wyraźnie materiał spodni. To nie było nieprzyjemne – bynajmniej. Nie potrafił również zrozumieć dlaczego wzdłuż jego pleców przeszedł dreszcz na samą myśl o tym, że zaraz będzie pieprzony przez całkiem ubranego mężczyznę. Nie miał wątpliwości, że Lucjusz nie planował się rozebrać. I jeśli to miało być szybkie, już teraz szukał dobrego podparcia. Spodnie, które osunęły się do jego kostek, wcale w tym nie pomagały.

- Bardzo dobrze – wyszeptał Lucjusz i może to nie było skierowane do Harry'ego, ale i tak przyjemny dreszcz przeszedł wzdłuż jego ciała.

Było coś w pochwałach Lucjusza. Może nawet sam fakt, że nie przychodziły łatwo.

Jego ciężki członek zwisał smętnie między jego nogami i Harry zaczynał się zastanawiać jak po niego sięgnie, kiedy będzie się trzymał gabloty. I mógł sobie wyobrazić dokładnie jak Lucjusz dochodzi w nim, a on zostaje niezaspokojony, rozedrgany i brudny. A potem Malfoy obciąga mu, pozwalając mu dojść.

- Czuję, że ta myśl spodobałaby mi się – szepnął Lucjusz.

Harry nigdy nie wierzył w to, że ktokolwiek potrafiłby czytać w myślach. Przynajmniej nie bez kontaktu wzrokowego. Lekcje oklumencji i legilimencji jednak nauczyly go czegoś. Teraz jednak zastanawiał się na ile Lucjusz już siedzi w jego głowie, dopóki nie doszło do niego, że drży w tej chwili, wypinając się w stronę palców mężczyzny i podejrzanie jak na niego milcząc.

- Och, zamknij się – prychnął, chociaż równie dobrze mógłby się podzielić tą myślą.

Bransolety zabrał z sobą z Hogwartu trochę w strachu, że Ron znalazłby je, szukając słodyczy albo po prostu Quidditcha przez wieki.

- Nie powinieneś być milszy, kiedy trzymam palce tak blisko twojej prostaty? – spytał Lucjusz ewidentnie rozbawiony, a potem potarł ten punkt w nim i nie przestawał dopóki kręgosłup Harry'ego nie wygiął się w łuk.

To co początkowo było niebiańsko przyjemne, zaczęło przechodzić w lekki dyskomfort. Nie na tyle wielki, aby sprawiać ból, ale jednak ostrzeżenie zawisło w powietrzu. I Harry pojęcia nie miał, dlaczego z największą chęcią poczułby to jeszcze raz. Może przez samą intensywność doznania.

Lucjusz pacnął go w pośladek, zanim wysunął z niego palce. Dźwięk rozsuwanego zamka rozniósł się echem w zbrojowni i Harry poczuł tępą główkę członka przeciskającą się przez jego wejście. Lucjusz wszedł w niego nie bez problemów, przesuwając go przy tym odrobinę i jego pośladki znowu podrażnił materiał spodni. Wypiął się jeszcze bardziej, kiedy szukali obaj tego jedynego w swoim rodzaju kąta. I Harry wbił palce w gablotę, odrywając policzek od chłodnej szyby, kiedy Lucjusz wycofał się i pchnął ponownie bez większego wahania.

Dłonie mężczyzny przytrzymywały tylko jego biodra, nie pozwalając mu odchylić się za bardzo. I Lucjusz uderzył w jego prostatę, kiedy tylko znalazł się znowu cały w nim. Harry mógł tylko westchnąć, przyjmując to całym sobą. Jego własny członek nadal zwisał w powietrzu i może Lucjusz faktycznie czytał w jego myślach, bo nie dotknął go jak na razie nawet raz. Kolejne pchnięcie było równie przyjemne, posyłające iskry wzdłuż jego nerwów. Rozpalające.

Harry napiął się, nie chcąc wypuszczać członka Malfoya za daleko, ale ten nie wyszedł z niego. Wycofał się jedynie lekko, zanim zaczął wbijać się w niego raz po raz w tylko sobie znanym rytmie. Westchnienia, które słyszał równie dobrze mogły należeć do niego, ale szum krwi w uszach nie pozwalał mu na rozpoznanie tonów. Lucjusz zawsze o wiele bardziej nad sobą panował. To Harry jęczał i drżał, i dochodził w najmniej oczekiwanych momentach. I to on się też rozpraszał, więc kiedy dostrzegł błysk wbił wzrok w szpadę, której jakoś nie dostrzegł wcześniej. Nie była ukryta, wręcz wystawiona na widok publiczny. Po prostu nigdy nie przechodził obok tej gabloty i żałował, bo ostrze było piękne – jak wszystko co należało do Lucjusza.

Malfoy pochylił się nad nim, wbijając się w niego teraz płycej, gryząc go po odsłoniętym ramieniu. I mężczyzna chyba chciał sprawdzić po prostu co tak przyciągnęło jego uwagę. Harry byłby zawstydzony, gdyby nie fakt, że szpada naprawdę była wspaniała.

- Jest piękna – powiedział, kiedy był pewien, że Lucjusz będzie wiedział o czym mówił.

Mężczyzna prychnął, prostując się ponownie i zaczął się w niego wbijać o wiele bardziej intensywniej. I może Harry'emu się zdawało, ale Malfoy wydawał się też twardszy. Na pewno planował wybić mu wszystkie myśli z głowy, torturując jego prostatę. Ciepło rozlewające się po jego ciele, wydawało się go pochłaniać. Nie mógł skupić się na szpadzie, kiedy Lucjusz tak w niego wchodził.

- Należała do mojego mistrza – poinformował go Malfoy. – Odebrałem mu ją, kiedy go pokonałem – dodał mężczyzna.

I w powietrzu zawisło 'kiedy go zabiłem'. Niewypowiedziane. Nikt żywy nie dałby sobie zabrać takiej szpady. Harry walczyłby o nią do ostatniego tchu.

- Dlaczego jej nie używasz? – spytał, chociaż to wyszło bardziej jak jęk.

- Nie znam mieszanki antidotum – przyznał Malfoy. – Severus szuka jej dla mnie od lat.

I Harry zadrżał, bo to oznaczało, że ten wspaniały przedmiot był poza zasięgiem Lucjusza od lat. I chyba obaj pragnęli tego samego.

Uderzyło w niego również coś całkiem innego.

- Założę się, że Snape wie jakich trucizn użyłeś przy swojej szpadzie – powiedział i bynajmniej nie spodziewał się, że Lucjusz zaciśnie palce na jego biodrach tak mocno.

Siniaki szybko przestały być problemem, kiedy mężczyzna zaczął się w niego wbijać używając całej swojej siły. Harry czuł się tak, jakby penis Lucjusza nie wychodził z niego, jakby cały czas naciskał na jego prostatę i potrzeba rozluźnienia, końca rosła w nim. Jego własny członek drżał, chociaż nikt go nie dotykał i Harry był nagle bardzo świadom przeciągów w starym dworze, w którym się znajdowali. Sądził, że będzie musiał dojść tylko od penisa Lucjusza w swoim tyłku. Jego palce pobielały od tego jak mocno trzymał się gabloty i nagle było po wszystkim, kiedy mężczyzna dotknął jego fiuta, wbijając się w niego tak mocno, że Harry miał to czuć jeszcze przez wiele dni. Jego ciało było obolałe i czuł to nawet przez orgazm, który przegalopował po nim jak stado koni. Jego mięśnie nie mogły się nawet zdecydować kiedy się napiąć. I w jakiej kolejności. Więc to było chyba dobre, że jego kończyny odmówiły posłuczeństwa. Nie osunąl się na podłogę tylko dlatego, że Lucjusz nadal dochodził głęboko w nim i byli tak cudownie połączeni.

Jego dziura była obolała – czuł to wyraźnie teraz. Nie przypominał sobie jednak, aby kiedykolwiek wcześniej było mu tak dobrze.

Lucjusz nadal dyszał w jego kark i chyba obaj byli wypompowani. Malfoy nigdy wcześniej nie tracił kontroli nad sobą i dopiero teraz go to uderzyło.

- Mówiłeś, że seks to prosta sprawa – powiedział, czując jak Lucjusz mięknie w nim.

Mężczyzna nadal nie wysuwał się z niego i Harry nie wiedział jak to rozumieć. Instynkt podpowiadał mu, że coś się zmieniło, ale nie wiedział co dokładnie. Ani dlaczego.

- Może kłamałem – odparł w końcu Malfoy.

Harry nie wierzył w to ani przez sekundę. Lucjusz nie kłamał. Manipulował ludźmi i słowami, ale nie miał powodów do zafałszowywania prawdy. I to było chyba w Malfoyu najbardziej przerażające.

- Albo komplikujesz coś na siłę – stwierdził Harry i nie był zaskoczony, kiedy Lucjusz wysunął się z niego, a potem zapiął spodnie i zostawił go w zbrojowni samego.