Miłość jak słońce: choć zaj dzie w pomroce,
Jeszcze z blas ka mi sreb rne go miesiąca
Pow ra ca smut ne roz pro mieniać noce
I przez ciem ność przedziera się drżąca,
Pełna tęskno ty cichej i żałoby,
By wieńczyć śpiące ruiny i groby.
Adam Asnyk
Popołudniowy trening wcale nie wypadł o wiele lepiej. Harry'ego rozpraszał już nie tylko Snape, ale i zachowanie Lucjusza, który nabrał do niego pewnego dystansu. Wcześniej nie mógł nazwać ich przyjaciółmi, ale Malfoy był teraz wyjątkowo spięty. I może nie powinni byli przeprowadzać tak dziwnych rozmów. To na pewno nie było normalne. Z drugiej jednak strony nic o nich nie było. Harry sądził, że tak po prostu powinno być, ale mógł się mylić. Sypiał jedynie z Lucjuszem, nie znał zasad. Seks wydawał się ich mieć zaledwie kilka.
- Nadal jesteś nieobecny – stwierdził Lucjusz tonem, który nie wróżył niczego dobrego.
Obaj wiedzieli, że nie mogą zrobić kolejnej przerwy. Jego trening musiał trwać nieprzerwanie. Nigdy nie będzie miał wystarczająco wiele czasu, aby dokończyć szkolenie, a Voldemort mógł zaatakować w każdej chwili. Snape nie powiedział mu jeszcze, co wynikło ze spotkania z tym szaleńcem, ale w zasadzie nie rozmawiali. I to po części była jego wina. Na razie jednak nie mógł tak po prostu rozmawiać z mistrzem eliksirów nie znając faktów. A dostępu do prawdy bronili mu wszyscy.
Nie był nawet bardzo zaskoczony, kiedy Lucjusz podciął go, zmuszając go do przeniesienia ciężaru ciała na lewą stronę. Podparł się, odbijając cios w ostatniej chwili, ale czar Malfoya ciął jego prawy bok. Zapiekło, ale to było nic w porównaniu z tym, co mogło w niego uderzyć, gdyby się nie przesunął, unikając zaklęcia. Odskoczył ponownie, tym razem łapiąc równowagę pewniej, obudzony i skupiony w pełni na jednym celu. Lucjusz uśmiechał się do niego krzywo i z satysfakcją.
- Jesteś tak bardzo nienormalny – powiedział Harry. – Szaleństwo to wasza cecha wrodzona? – spytał, nie mogąc się powstrzymać.
- Linia mojej rodziny nijak nie została skażona. Zapewniam cię – odparł Malfoy.
Harry mógł tylko unieść brew wyżej.
- Jesteś spokrewniony z Narcyzą – przypomniał mu bezlitośnie.
Lucjusz prychnął rozbawiony.
- Sądzisz, że szaleństwo Blacków jest efektem działania genów? – spytał Malfoy wprost. – Przypominam ci, że twój drogi ojciec chrzestny również należał do tego zacnego rodu – dodał Lucjusz.
Harry zawsze uważał, że Syriusz był odrobinę zbyt rozrywkowy, ale nigdy nie powiedział tego wprost. I nie planował obrażać pamięci jedynego człowieka, który mógł go wyciągnąć z domu Dursleyów. Bellatrix była prawdziwie szalona, podczas gdy Syriusz był jedynie ekscentryczny. Zresztą chyba każdy chodziłby w szlafroku przez cały dzień, gdyby mógł.
- Azkaban jest odpowiedzią na wszystko – poinformował go Lucjusz. – Obawiam się jednak, że to opowieść na inną porę. Skup się na razie na treningu i zastanów się czy szaleństwo w szermierce popłaca – rzucił.
Harry znał doskonale odpowiedź na to pytanie. W końcu to on był tutaj mistrzem improwizacji. Kontrolowane szaleństwo zawsze miało swój sens, o ile wiedziało się gdzie leży cel. I jak daleko można się posunąć, aby do niego dotrzeć. Nadal były granice, których nigdy nie powinno się przekraczać.
- Azkaban jest odpowiedzią na Snape'a? – spytał.
Lucjusz nie pokwapił się nawet o odpowiedź.
ooo
Kolacja bez Snape'a przebiegła w ciszy i Harry nie mógł się doczekać powrotu do pokoju. Poranna schadzka była przyjemnym przerywnikiem, ale potrzebował snu i przede wszystkim odrobinę więcej wszystkiego. Jego ciało było spięte i mięśnie, które podczas treningu pracowały ze zdwojoną siłą, musiały się w końcu rozluźnić. Ciepła woda od dawna nie pomagała. Seks nie był odpowiedzią na wszystko, ale na pewno przyjemnie wypędzał z jego głowy nieprzyjemne myśli. Nawet jeśli Lucjusz powodował część z nich.
Już w swojej sypialni wypakował bransolety na łóżko i spojrzał na nie z pewnym wahaniem. Lucjusz zachowywał się dziwnie tego dnia i może to miało coś wspólnego z tym, że ten układ trójstronny, który mieli ze Snape'em wszystko zaburzał. Odnosił wrażenie, że nie znał całej historii i martwiło go głównie to jak Malfoy zareagował. To było oczywistym, że Snape znał skład trucizn, którymi Lucjusz zabezpieczył swoją szpadę. Stali się przyjaciółmi zanim Harry w ogóle przyszedł na świat. I w ten chory sposób dbali o siebie.
Harry jednak wiedział dokładnie gdzie leżała lojalność Malfoya i Snape'a. I to nie martwiło go tak bardzo jak powinno. Dopóki ich interesy się nie przecinały, miał pewność, że mistrz eliksirów stanie po jego stronie. I coraz mocniej zdawał sobie z tego sprawę. Zaczynał się zastanawiać na ile Dumbledore kłamał. Na ile robił to Snape. I wciąż nie potrafił zdusić w sobie złości. A jednak teraz, kiedy odrobinę ochłonął – był gotów przyjąć do wiadomości inny scenariusz wydarzeń. Snape musiał mieć odpowiedzi i dobre wyjaśnienie.
Zabrał ze sobą bransolety, chociaż ciążyły mu w dłoni. Drzwi sypialni Lucjusza były niedomknięte jak zawsze i mężczyzna wpatrywał się w ciemność za oknem. Jego długa koszula była rozwiązana, jakby po kąpieli nie zadał sobie trudu ubierania się do końca. I pewnie miał rację, bo Harry zawsze przychodził i rozbierali się.
- Rozbierz się – rzucił Lucjusz, nie odwracając się w jego stronę.
Harry zaczął rozpinać swoją koszulę guzik po guziku, kiedy podchodził coraz bliżej. Dwór był nieprzyjemnie cichy, ale zdążył się do tego przyzwyczaić. Byli tutaj tylko we dwóch, a jedyne, co miał na sobie to cienki materiał koszuli. Nigdy wcześniej nie czuł się bardziej swobodnie, niż wtedy gdy stał nago na środku sypialni Lucjusza.
Mężczyzna odwrócił się w końcu, patrząc na niego jak zawsze z tą dziwną intensywnością, która sprawiała, że na jego skórze pojawiała się gęsia skórka. Lucjusz złapał za jego nadgarstki, ściskając je lekko, zanim pchnął go w stronę ściany. Harry przylgnął plecami do chłodnej chropowatej nawierzchi wcale nie zaskoczony, że całe jego ciało się napięło. Bransolety upadły gdzieś za nimi, kiedy Lucjusz całował go odrobinę bardziej agresywnie niż zwykle. Zmiana była subtelna, ale wyczuł to przepięcie. Gdyby nie wiedział lepiej, sądziłby, że mężczyzna jest na niego zły, ale to oznaczałoby uczucia, a do nich Lucjusz nie był aż tak skory.
Udo mężczyzny wślizgnęło się pomiędzy jego nogi, które zresztą rozstawił szerzej, aby Malfoy miał więcej miejsca. Idealny nacisk na jego penisa sprawiał, że jego krew krążyła tylko szybciej. Chciał zacisnąć dłonie na włosach Lucjusza, ale ten trzymał jego nadgarstki wysoko nad jego głową, uniemożliwiając mu wszelki ruch, kiedy pożerał jego usta. Ściana była odrobinę szorstka i pewnie na jego plecach miały pozostać małe zadrapania, ale samo uczucie było tak przyjemne, że nie mógł przestać. Wypychał biodra, starając się szukać tarcia, ale to nigdy nie było dostatecznie wiele, aby dć mu satysfakcję.
Wyrwanie rąk nie było, aż takie trudne. Lucjusz trzymał go tylko pozornie mocno i Harry zdał sobie sprawę, że to była pewnego rodzaju prowokacja, kiedy dostrzegł zadowolony uśmieszek Malfoya.
- Dupek – powiedział, popychając mężczyznę w tył aż dotarli do łóżka, na które Malfoy upadł bez zbędnego protestu.
I Harry wspiął się na niego, rozsuwając jego koszulę na tyle szeroko, aby miał dostęp do jego sutków. Siedział na biodrach Lucjusza, ocierając się lekko, korzystając z tej wolności, którą wywalczył. A potem zamarł, bo nad lewą piersią mężczyzny widniała ciemna malinka. Ślad był świeży, ale nawet nie o to chodziło. Harry nigdy nie zostawił na Lucjuszu żadnego znaku.
- Co to? – spytał i Lucjusz spojrzał przelotnie w dół.
- Idiotyzm – odparł Malfoy, ewidentnie zirytowany. – Nie przepadam za śladami tego typu – przyznał i Harry doskonale to wiedział.
I jakaś część niego była świadoma, że Lucjusz sypiał nie tylko z nim. Nie miał do niego praw, bo Malfoy już był żonatym mężczyzną, ale ten ślad nieprzyjemnie mu o tym przypomniał. Nie myślenie o czymś przychodziło mu z łatwością, kiedy dowody tego nie rzucały mu się w oczy.
- Spałeś z kimś – stwierdził Harry, nie wiedząc jak się z tym czuł.
Lucjusz zresztą spojrzał na niego jakoś dziwnie, jakby sam się zastanawiał do czego to dążyło. Harry nie miał pojęcia i to było irytujące samo w sobie. W końcu znał warunki tego układu i w pełni się na nie zgadzał.
- Chyba nie sądzisz, że będę żył w celibacie, czekając na nasze jednonocne spotkania – zakpił Lucjusz.
- Nie – powiedział, a potem wydął wargi, przykładając palce do śladu, którego nie był autorem. – Nie podoba mi się – przyznał.
- Mnie też nie. Niech cię nawet nie kusi znaczenie mnie w ten sposób – ostrzegł go Lucjusz.
- Przekląłeś biedaka albo biedaczkę? – prychnął Harry.
- Nie, to byłoby w złym guście – odparł Lucjusz. – Powiedzmy, że nasze spotkania się już nie odbędą – przyznał.
Harry nawet nie planował ukrywać swojego zadowolenia.
Spojrzał na Malfoya, marszcząc brwi. Pewnie powinien był zabrać okulary z sypialni, ale to nie miało sensu. Lucjusz je zawsze zdejmował.
- Moglibyśmy się spotykać w piątki wieczorem – zaczął, ponieważ w zasadzie powinni trenować jak najwięcej.
Medalion mógł go przenosić w końcu niezależnie od dnia na teren dworu. Dumbledore zapewne zakwestionowałby to, ale nie miał już nad nim takiej władzy. I nie mógł odmówić mu treningów, których Harry z pewnością potrzebował.
Lucjusz uniósł brew, jakby rozważał jego propozycję, ale w jego oczach widział już odpowiedź na niezadane pytanie. Uwielbiał, kiedy zawierali porozumienia w jakiejś kwestii. Wszystkiego strony zawsze na tym korzystały.
Pochylił się, aby pocałować Malfoya, ale nie zrobił tego gwałtownie, bo mieli czas. I może była pora, aby to zaznaczyć. Jego mięśnie bolały, jego tyłek, który rano wiele już zniósł chyba nie był w kondycji do robienia czegokolwiek zbyt gwałtownego. I Lucjusz musiał o tym doskonale wiedzieć, bo kiedy przyciągnął go do siebie bliżej, chwytając go za pośladki, jego palce zaledwie musnęły wejście Harry'ego, zanim znalazły ten punkt za jego jądrami, który był prawie tak dobry jak naciskanie na samą prostatę.
- Cholera – wymknęło mu się i Lucjusz prychnął, leniwie masując go palcami.
Harry chwycił za jego ramiona, wbijając palce w jasną skórę, ale mężczyzna nie zaprotestował. Harry zaczął się więc ocierać o niego, szukając własnego spełnienia.
ooo
Poranki zawsze były problematyczne, ale bynajmniej nie spodziewał się, że Snape pojawi się tuż po śniadaniu, stając w progu jadalni z czymś dziwnym wypisanym na twarzy. I Harry pewnie zareagowałby inaczej, gdyby instynkt nie podpowiadał mu, że działo się coś nieprzewidzianego.
- Lucjuszu – powiedział Snape krótko i takim tonem, że Malfoy podniósł się na równe nogi, zanim Harry zdążył mrugnąć.
- Dokończ śniadanie – rzucił mężczyzna wychodząc z mistrzem eliksirów.
Najchętniej podsłuchałby, co się stało, ale Snape był zbyt dobry w przyłapywaniu go. Poza tym to nie wydawało mu się odpowiednie. To była jedna z tych granic, których nie planował przekraczać. Jeśli coś dotyczyłoby jego samego, Snape powiedziałby mu.
Lucjusz wrócił po kilku minutach i wydawał się zaskakująco spokojny. Zapewne była to jedna z jego masek, bo Harry widział jak bardzo napięte były jego mięśnie. Obaj obudzili się w znakomitych nastrojach i sądził, że ten dzień będzie naprawdę dobry. Zaczął pozytywniej spoglądać na życie, ale pojawienie się Snape'a zaburzyło wszystko.
Lucjusz dopił swoją kawę, z obojętną miną spoglądając w gazetę.
- Gdzie Snape? – spytał Harry, nie mogąc się powstrzymać.
- Czeka w bibliotece – odparł Lucjusz. – Dołączy do nas podczas obiadu.
Harry nie pytał dlaczego Snape ukrył się za starymi księgami. Może sam nie był jeszcze przygotowany do rozmowy, którą musieli odbyć. Poza tym zmarnowali z Lucjuszem całe przedpołudnie poprzedniego dnia. Chociaż akurat nie to określenie przychodziło mu na myśl, kiedy myślał o tym, co robili w zbrojowni. Nadal był trochę obolały, bo gabloty jednak były drewniane i twarde, ale nie miałby nic przeciwko powtórzeniu tego. Może tylko z dala od szpady mistrza, który uczył Lucjusza. To ostrze śniło mu się poprzedniej nocy i chciałby je dostać w swoje ręce. Nie wątpił jednak, że musiałby przejść po trupie Malfoya, aby się do niego dostać.
- Kiedy pokonałeś swojego mistrza? – spytał i Lucjusz spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem, jakby nie nadążał za jego tokiem myślenia.
Przez chwilę w jadalni panowała cisza i Harry zastanawiał się czy dostanie odpowiedź na swoje pytanie. Malfoy zresztą obserwował go niczym sokół, wychwytując najdrobniejsze reakcje jego ciała.
- Kiedy pokonałem go po raz pierwszy miałem dwadzieścia lat – przyznał Lucjusz. – Później zrozumiałem, że należało go zabić. Kiedy naprawdę pokonałem mojego mistrza dobiegałem trzydziestki – dodał.
Harry starał się nie drgnąć, ale to nie było łatwe, kiedy napięcie wisiało w powietrzu.
- I zabrałeś jego szpadę – stwierdził.
- Zabiłem, aby ją zabrać – przyznał Lucjusz, rozluźniając się odrobinę. – Lata zajęło mi zanim zidentyfikowałem pierwszą truciznę, którą polano ostrze. Metal, z których kuto ją, jest przeorany zaklęciami, które wiążą każdy czar, któremu się kiedykolwiek przeciwstawiła. To stara szpada – powiedział, chociaż Harry zdawał sobie z tego doskonale sprawę.
- Jest piękna – rzucił tylko.
- Wiem – odparł Lucjusz, uśmiechając się do niego krzywo.
