Opo wieść była jak ciem ność, która ek splo duje, ciem ność, która za pada po wy buchu, a jej piękno było jak poświata tlących się węgielków dających tyl ko ty le światła, ile trze ba, aby się zo rien to wać, jak niep rze nik nione ciem ności panują wokoło.

Anne Rice 'Wampir Lestat'

Stał przed drzwiami prowadzącymi do komnat Snape'a i czuł się odrobinę jak idiota. Peleryna niewidka nie pozwalała nikomu nakryć go w lochach jak zawsze, ale jednocześnie mógł po prostu stać przed pokojami profesora, biorąc jeden głębszy oddech za drugim. Jakby to cokolwiek miało zmienić.

Mogli udawać, że nic się nie stało, że nic nie wiedział. Sama myśl jednak sprawiała, że czuł się tylko gorzej. Tak wiele pytań cisnęło mu się na usta i obawiał się, że nie chciał znać odpowiedzi na żadne z nich. A jednocześnie dałby za nie wszystko. Może to czy chciał zadać te pytania zależało od odpowiedzi, które uzyskałby. A ich obawiał się najbardziej.

Po dłuższym zastanowieniu nie pisał do Remusa, nie będąc pewnym czy informacja nie zostanie przekazana do Dumbledore'a. Prorok Codzienny nadal interesował się osobą Snape'a i ich wzajemnym powiązaniem, co mocno podobno wszystkich zaskoczyło. Gazeta miała informatora w Hogwarcie i podejrzewałby Draco, gdyby nie fakt, że Lucjusz zapewne ukarałby syna za zagrania przeciwko Snape'owi. Może zresztą młody Malfoy był lojalny wobec swojego ulubionego profesora. Albo Voldemort po prostu pilnował swojej inwestycji, co było równie prawdopodobne. Cokolwiek z tego nie byłoby prawdą, nie wierzył w ingerencję Draco.

Nic jednak nie umykało czujnemu oku Dumbledore'a. Nie raz i nie dwa czuł wzrok dyrektora na swoim karku. I może było lepiej, że Snape kontynuował swój cichy protest, nie pokazując się na wspólnych posiłkach. Nie wiedział jak zareagowałby na spotkanie. I w zasadzie nadal nie był pewien jak powinien postąpić. Sama wiedza o tym czymś, co łączyło Snape'a i jego matkę wytrącała go z równowagi. Powiedział, że to nie zmieniało niczego i to w pewnym sensie była prawda. A jednocześnie wierutne kłamstwo. Gdyby tak było niestałby przed komnatami Snape'a od dobrych piętnastu minut, zastanawiając się nad tym jak powinno wyglądać ich spotkanie. Bo co do tego, że musiało się odbyć, nie miał wątpliwości.

Drzwi komnaty uchyliły się i Snape spojrzał na ciemny korytarz, więc Harry z westchnieniem zrobił krok w jego kierunku. Przecisnął się bez słowa obok profesora, który nie drgnął nawet, chociaż Harry się o niego otarł. Nigdy nie zastanawiał się nad tym jak wyglądały interakcje z niewidzialnymi ludźmi. Czy ktokolwiek w ogóle czuł materiał peleryny niewidki, kiedy nie zakrywał się nią?

Drzwi komnaty zamknęły się za nimi, niejako pieczętując decyzję, której jeszcze nawet nie podjął. Był jednak dobry w podążaniu z prądem, więc sięgnął po szpadę bez słowa, odsłaniając się. Peleryna została zarzucona na kanapę jak zwykle i Snape stał już przed nim przygotowany.

Nie przywitali się nawet i może tak było lepiej. Nie musiał rozgryzać tego wszystkiego w tej chwili. Już i tak miał sporo na głowie.

ooo

Nadgarstek zaczynał go powoli boleć, co pewnie nie powinno go zaskoczyć, skoro spędził sporo czasu w Pokoju Życzeń, walcząc z niewidzialnym przeciwnikiem. Najczęściej wyobrażał sobie Lucjusza stojącego naprzeciwko niego, ale jego wyobraźnia nie miała granic. Czasami widział mistrza, którego Malfoy pokonał. I on też zdobywał tę piękną szpadę, która wydawała się go przyzywać.

Musiał przećwiczyć się, co nie byłoby znowu tak zaskakujące. Kiedy się denerwował latał na miotle, ale nie chciał sobie teraz wyobrażać nawet przypadkowego upadku z wysokości. Widział jak zmieniły się jego ręce i ciało. Stał się gibki, żwawy, szybki. I co najbardziej go zaskoczyło – stosunkowo silny. Nie tak jak Ron czy Hagrid, ale nie radził nikomu stawać z nim w szarnki w siłowaniu na rękę. Jego mięśnie nie były mocno zarysowane, ale może w tym tkwiła tajemnica szermierki. Jego nadgarstki były silne, jego ruchy pewniejsze i przede wszystkim nareszcie był świadom swojego ciała. Każdy krok, który wykonywał, był wyprowadzany ze środka ciężkości, prowadzony przez całą fazę, aż do jego zakończenia. Jego stopy stały pewniej na ziemi i na razie nie widział powodu, aby się od niej odrywać. Ginny zresztą zastępowała go tak godnie, że byłoby idiotyzmem zabierać jej coś, co kochała równie mocno co on szermierkę.

Poruszył niespokojnie ręką, obserwując lekką opuchliznę, która zaczęła się formować. Czuł się trochę tak, jak podczas pierwszych zajęć z Lucjuszem. Jego ręka bolała, ale teraz wiedział, że należy prosić o pomoc. I był pewien, że Snape zrobił spory zapas maści, która uratowała go już wcześniej. Peleryna niewidka była prawie jak jego druga skóra i tym razem nie wahał się, kiedy wszedł do komnat Snape'a.

I może powinien zapukać, bo profesor nie był sam. Lucjusz zajmował fotel, który normalnie był przeznaczony dla Snape'a i Harry'ego naprawdę nie powinno to tak dziwić.

Malfoy urwał w połowie zdania, patrząc ze zmarszczonymi brwiami w stronę drzwi. Nim Harry zdążył zrobić cokolwiek, różdżka została wycelowana w jego stronę i mimowolnie się spiął, zastanawiając się czy to jest ten moment, kiedy będą walczyli na śmierć i życie.

- Harry, na miłość Merlina, zdejmuj pelerynę – warknął Snape.

Lucjusz schował różdżkę równie szybko, co po nią sięgnął.

Harry byłby pod wrażeniem, gdyby jego serce nie znajdowało się w gardle. Zsunął z siebie materiał, nie wypuszczając go jednak z rąk i uśmiechnął się przepraszająco.

- Przeszkadzam? – spytał, chociaż to w pewnym sensie było oczywiste.

Nie przerywaliby, gdyby rozmowa była przeznaczona dla kogokolwiek prócz nich.

Lucjusz wydawał się jak zawsze obojętny, ale Harry grał już wcześniej w tę grę. I nie spodziewał się, aby coś innego niż Draco zaprzątało myśli Malfoya.

- Chcesz czegoś konkretnego czy to kurtuazyjna wizyta? – spytał Snape, patrząc na niego wymownie.

- Maść – powiedział krótko i zerknął na Lucjusza niepewnie. – Ramię Draco goi się dobrze? – zainteresował się mimochodem.

Słowa 'Mroczny Znak' nie padły, ale miał wrażenie, jakby z komnat Snape'a odessano całe powietrze. Lucjusz bardzo powoli uniósł głowę, spoglądając na niego z dość nieczytelną miną. To nie była jedna z tych obojętnych masek, które zwykle nosił. Serce Harry'ego zabiło odrobinę mocniej i naprawdę pożałowałby swoich słów, gdyby nie fakt, że nie planował ukrywać, że wie. Ta informacja nie zmieniała niczego. Może jedynie sugerowała, że tak jak Lucjusz trzymał w szachu jego i Snape'a, tak teraz on miał coś na Malfoya. Nie, żeby kiedykolwiek chciał to wykorzystać.

- Kto jeszcze wie? – spytał Lucjusz, nie bawiąc się nawet w słowne gierki.

Nie badali się już i Harry wyprostował się odrobinę, starając się zmierzyć godnie ze wszystkim, co przyjdzie.

- Ron i Hermiona – odparł spokojnie.

Oczy Malfoya zrobiły się odrobinę większe na krótką chwilę, ale mężczyzna niemal natychmiast nad sobą zapanował.

- Nie powiedzą nikomu. I wiedzą, ponieważ kiedy odbędzie się ostateczna bitwa, ta informacja dla nich będzie niezbędna – rzucił spokojnie.

- Zbierasz siły jak Czarny Pan – stwierdził Lucjusz.

- Dlatego Draco nosi Mroczny Znak? – spytał Harry w końcu. – Voldemort zaczyna zbierać ludzi wokół siebie? – dodał, chociaż wiedział, że nie dostanie odpowiedzi.

Lucjusz powiedział i tak za wiele.

- Draco nie jest szermierzem – stwierdził, ponieważ Malfoy powtarzał to wielokrotnie.

Lucjusz zresztą nie odpowiedział, co jednocześnie było jedynym potwierdzeniem, którego potrzebował. Draco nie był szkolony, a oni wszyscy i tak mieli mniej czasu od niego. Nie mieli też jego talentu, więc syn Lucjusza nie miał tak naprawdę znaczenia dla niego. Rona nie obeszła informacja o Mrocznym Znaku tak bardzo jak się spodziewał. Może jego przyjaciel sądził, że Draco ma go wypalonego od lat.

Harry jednak wiedział co Lucjusz myślał o znaczeniu własnego syna. I jak bardzo chciał go trzymać poza polem bitwy. Draco był jego jedynym dziedzicem, a jeśli cokolwiek miało wartość dla cynicznego Lucjusza to właśnie to. I Harry potrafił to zrozumieć. Walczył ze Snape'em, który posiadał doświadczenie bitewne, ale żadnego talentu względem szermierki. Pokonywanie go było dziecinnie proste. Draco był mięsem armatnim Voldemorta.

- Będzie bezpieczny na ile to możliwe – powiedział Harry, nie wiedząc nawet do końca czy to możliwe.

Nie planował jednak zabijać każdego kto nawinie mu się pod szpadę. Wiedział jak unieszkodliwić ludzi, którzy ostrzem nie potrafią się posługiwać. Ze Snape'em ćwiczyli różne scenariusze i czuł, że do tego akurat był przygotowany. Nie był pewien jak sprawa będzie się miała z samym Voldemortem czy Lucjuszem, ale gdyby miał się tym martwić teraz, nie osiągnąłby niczego.

Malfoy spojrzał na niego jakoś dziwnie i Harry sam nie był pewien czy uratowałby Draco przez wzgląd na fakt, że Lucjusz jest jego mistrzem czy przez noce, które spędzali razem. Zaczynał rozumieć co mężczyzna miał na myśli, kiedy wspominał o szacunku. Nie kochał Lucjusza i był pewien, że Malfoy nie kochał jego. Pewnie całkiem niedawno przestał nim gardzić.

Coś mówiło mu jednak, że o ile teraz nie zyskał jego szacunku to przynajmniej wdzięczność. I nie mógł nie zastanawiać się ile ona jest warta u Malfoya. Snape pewnie miałby wiele do powiedzenia na ten temat. Zresztą teraz przyglądał im się w ciszy z tak głęboką zmarszczką między brwiami, że Harry zaczął się zastanawiać czy po spojrzeniu na kogoś można wyczytać kiedy ten ktoś ostatni raz uprawiał seks. Może tamten korytarz jeszcze połyskiwał ich magią. Jego szaty z pewnością były już wyczyszczone. Zadbał o to z samego rana, aby skrzaty domowe nie zauważyły nawet śladu.

Snape był jednak szpiegiem od lat i pewnie potrafił czytać z ludzkich twarzy.

Lucjusz skinął w jego stronę głową w geście pożegnania, kiedy ruszył w stronę drzwi. Harry dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że mężczyzna wypowiedział do niego zaledwie dwa zdania, a miał wrażenie, jakby przeprowadzili z sobą całkiem wyczerpującą rozmowę.

- Harry, wiesz co robisz? – spytał Snape wprost, kiedy drzwi zamknęły się za Malfoyem.

- A woli pan, żebym go zabił? – spytał wprost.

Snape spojrzał na niego ostro.

- To mój chrześniak – poinformował go profesor i to było akurat dla niego zaskoczeniem.

Sądził, że Lucjusz zadba o koneksje Draco nawet w tej dziedzinie. Przyjaźń jednak najwyraźniej znaczyła dla niego o wiele więcej. To przynajmniej tłumaczyło, dlaczego Snape zajmował się Draco przez ten cały czas.

I Harry nie mógł nie zastanawiać się kim w takim razie on jest dla Snape'a. Jak wiele profesor zrobi, aby uratować jego? I nie podobało mu się ani to pytanie, ani tym bardziej odpowiedź.

ooo

Jego nadgarstek z pewnością bolał mniej, odkąd pokrywała go gruba warstwa maści Snape'a. Sądząc po tym jak Draco siedział teraz, ramię przestało mu dokuczać. Malfoy jednak wydawał się mniej rozmowny niż zwykle i może zdawał sobie sprawę, że w starciu z dorosłymi czarodziejami ze szpadą w dłoni, nie miał aż tak wielkich szans. Mówiono o klubie pojedynków w Slytherinie, ale to nie mogła być tak do końca prawda. W innym wypadku Draco czułby się o wiele pewniej, a przynajmniej tak wnioskował Harry.

- Na Merlina, co tak śmierdzi? – spytał Ron z przerażeniem.

- Moja ręka – przyznał Harry bez cienia zażenowania. – Pani Pomfrey dała mi maść, bo wczoraj zleciałem z miotły, kiedy trenowałem na boisku – skłamał. – Przepraszam Ginny, ale chyba będziesz musiała mnie zastąpić podczas przyszłego meczu – rzucił. – Miałem wam powiedzieć na treningu.

Siostra Rona przez chwilę wyglądała tak, jakby dusiła w sobie radość i w pełni ją rozumiał. Uśmiechnął się do niej lekko, unosząc kciuk lewej dłoni do góry, chociaż prawa ręka nie bolała go aż tak bardzo. Nadal była sprawna w podstawowy sposób. Nie mógłby jednak trzymać w niej szpady, a to już stanowiło poważny problem.

Miał ochotę powiedzieć Ginny, że będzie świetna, ale sporej wielkości sowa pojawiła się przed nim z niewielkim puzderkiem, które wyglądało na stare i drogie. Nie rozpoznawał drewna, z którego zostało wykonane, ale zaklęcia, aż mieniły się w porannych promieniach słońca. Czuł moc, która płynęła z puzderka i z pewną niepewnością otworzył je, nie wiedząc nawet czego się spodziewać.

Pierścień nie wyglądał specjalnie ekstrawagancko. Klejnot osadzony w samym środku nie był wielki, a stare złoto musiało zacząć korodować z biegiem lat. Gdyby nie wiedział lepiej, pomyślałby, że to jeden z dowcipów bliźniaków. Czasami bez słowa przysyłali im swoje produkty. Wyraźnie jednak czuł magię płynącą z pierścienia. I nie chodziło nawet o zaklęcia, ale coś przyciągało go bliżej.

Zerknął na Hermionę, która szeptała pod nosem inkantacje, ale przedmiot nie mógł być czarnomagiczny. Harry był tego dziwnie pewien. I chociaż nie dołączono żadnego listu, przed oczami miał tylko twarz Lucjusza. Ich wczorajsza rozmowa wracała do niego raz po raz i zastanawiał się ile była warta wdzięczność Malfoya. Najwyraźniej kolejną pamiątkę rodzinną. Jedną nosił już na szyi, ukrytą pod fałdami szkolnej szaty.

Założył pierścień na palec bez wahania, a protest zamarł na ustach Hermiony. Nie stało się jednak nic złego, co przewidział. On gwarantował bezpieczeństwo Draco, a pierścień wyglądał na podziękowanie od Lucjusza. Pewnie jedyne, jakie miał dostać.