Ale niebo nig dy nie miało już być w ta kim sa mym od cieniu niebies kości. Chcę po wie dzieć, że świat od tej po ry na zaw sze już wyglądał inaczej i na wet w chwi lach zna komi tej szczęśli wości zaw sze gdzieś czaiła się ciem ność, poczu cie naszej słabości i naszej beznadziejności.

Luanne Rice

Wspólny bieg nie sprawiał mu już problemów. Zauważył nawet, że jego kondycja poprawiła się tak bardzo, że poranny jogging był zaledwie rozgrzewką przed tym, co miało się stać. Przy śniadaniu zaczął się zastanawiać czy Lucjusz kiedykolwiek wypuszcza z rąk prasę. Jeśli nie przeglądał Proroka Codziennego to inne magazyny, których nazwy niczego nie mówiły Harry'emu. Nie miał pojęcia jakie interesy w czarodziejskim świecie prowadził Lucjusz, ale zapewne byłby odpowiednikiem biznesmena w mugolskich realiach.

Czego oczywiście nie planował mu mówić.

Jego mięśnie przyjemnie rozgrzały się i nie pamiętał kiedy ostatnim razem był tak blisko tego stanu ducha, który nazywano szczęściem. Może jego pierwsze święta w Hogwarcie nosiły ten smak, chociaż bardziej związane to było z prezentami, które otrzymał. Tymczasem teraz czuł się zupełnie bezwolny. Spokojny. Bezpieczny. I to ostatnie pewnie powinno go zaniepokoić. Jeśli ktoś kilka tygodni wcześniej powiedziałby mu, że nie będzie się czuł zagrożony w samej obecności Malfoya – zaśmiałby mu się w twarz i odesłał do Świętego Mungo. I bynajmniej miał świadomość, że Lucjusz był groźny, ale potrafił już rozpoznawać te momenty, kiedy należało się go wystrzegać.

- Piękna szpada – powiedział, wchodząc do zbrojowni.

- Prowokujesz mnie? – spytał Lucjusz wprost, ale w jego oczach był dziwny błysk.

Ostatnim razem, kiedy wspomniał o tej szpadzie ukrytej za cienką szybą, doszedł spektakularnie szybko. Nie o seks chodziło mu tym razem i Lucjusz musiał o tym wiedzieć, kiedy przełożył różdżkę z prawej ręki do lewej. Nie czarowali zbyt często. Cięcia były o wiele lepszą i szybszą formą walki. Zaklęcia jedynie miały rozpraszać przeciwnika, który nie był przyzwyczajony do myślenia dwutorowego. Do obserwowania wszystkiego wokół. Harry miał podzielną uwagę – zauważył to podczas zajęć ze Snape'em, kiedy mężczyzna rzucił w niego krzesłem podczas walki. Wybieg miał rozproszyć, ale Harry szedł dalej i jego profesor bynajmniej się tego nie spodziewał.

Wygrywał ze Snape'em raz po raz. Nigdy nie przynosiło mu to radości.

- A jestem w stanie cię sprowokować? – spytał Harry ciekawie.

- Każdego można sprowokować, jeśli się wie, gdzie uderzyć – przyznał Lucjusz.

- Tak jak ty prowokujesz Snape'a – stwierdził Harry, bo to było całkiem oczywiste.

Lucjusz znał wszystkie tajemnice mistrza eliksirów. Wiedza dawała władzę. Snape jednak również musiał wiedzieć wszystko o nim. Przyjaźnie takie jak ta nie bywały jednostronne.

- Ale on nigdy nie wykorzystuje nic przeciwko tobie – rzucił Harry, patrząc wymownie na Lucjusza. – Gdzie twoja lojalność?

Malfoy bynajmniej nie wydawał się poruszony.

- Czy Severusowi kiedykolwiek wyszedłem na złe? Jest chroniony zarówno przez ciebie jak i przeze mnie. Sądzisz, że w tej chwili są bardziej potężni? – spytał wprost mężczyzna.

I Harry bynajmniej nie uważał się za posiadającego jakąkolwiek władzę.

- Jedno twoje słowo do Proroka Codziennego, a Biuro Aurorów decyduje o tym, że przesłuchanie Severusa nie jest jednak konieczne. A mieli już ustaloną wstępną datę jego powtórzonego procesu – poinformował go Lucjusz z lekkim uśmieszkiem samozadowolenia, jakby to z jego ramienia powstał tamten artykuł.

- Jedno moje słowo – powtórzył Harry, patrząc wprost na niego, bo jakoś nie potrafił w to uwierzyć.

- Masz władzę nad opinią publiczną. Coś, czego nie udało się dokonać nawet Ministrowi Magii – ciągnął dalej Lucjusz i ewidentnie sama myśl sprawiała mu przyjemność. – Twoje słowo to jeszcze nie prawo, ale dostatecznie blisko, aby Ministerstwo musiało się mieć na baczności. Już raz ogłosili cię wariatem i okazało się, że miałeś rację. Nie mogą sobie pozwolić na kolejną pomyłkę. Nie, skoro wszyscy uważają, że zbawisz ten świat – zaśmiał się.

- Bawi cię to – stwierdził Harry i nie był pewien nawet dlaczego jest zaskoczony.

- Zawsze uważałem to za… rozbrajające – przyznał Lucjusz. – I to jest smutne, że nigdy nie będziesz potrafił tego wykorzystać – dodał, patrząc na niego z jakąś dziwną melancholią.

- Mówisz o mnie tak, jakbyś mnie znał – zauważył Harry.

Lucjusz uśmiechnął się do niego krzywo.

- Znam każdego na tyle, na ile muszę go znać. Wiem o tych, którzy się liczą, wszystko – powiedział Malfoy, ale jego ton głosu świadczył o tym, że raczej o tym po prostu przypomina.

Iluzja, którą tworzył Lucjusz wokół siebie, była tak gęsta, że coraz trudniej było mu przez nią przejrzeć. Oplatała go jak mgła. A Harry od dawna nie wierzył w ludzi, którzy wiedzą i potrafią wszystko. Lucjusz sam sobie zaszkodził, psując wizerunek Albusa Dumbledore'a, który Harry czcił od dawna. Wierzył tylko w dyrektora, a bez tej wiary, sprawdzał dwa razy każdego. Nawet samego siebie.

Bez tej odrobiny magii, którą dawniej dostrzegał w ludziach, pozostawali jedynie skorupami z jego wyobrażeń. Może przed tym chciał go uchronić Snape wcześniej, nieświadom tego, jak bardzo Harry potrzebował przejrzeć na oczy.

- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – poinformował go.

- Mądry chłopak – pochwalił go Lucjusz i uśmiech nie zszedł mu z ust nawet na chwilę.

ooo

Nie był pewien czy jest w stanie nauczyć się od Lucjusza czegoś więcej. Odnosił wrażenie, że utknęli w martwym punkcie. Malfoy z pewnością nie był tak szalony, aby nauczyć go jak wygrać z nim samym. Przecież tego Lucjusz chciał uniknąć. Nawet jeśli nie ze względu na tytuł Mistrza Gildii, to zapewne przez wzgląd na samą szpadę, która wydawała się dzielić ich tak samo jak łączyć.

Walczyli przez kilka godzin bez chwili wytchnienia i nie sądził, że przegapili posiłek, dopóki jego żołądek nie wydał z siebie tego żenującego dźwięku. Jego koszula była mokra od potu, ale nie czuł zmęczenia w takim znaczeniu jak powinien. Jego ciało było rozgrzane, ale gdyby miał ponownie unieść szpadę nie zawahałby się. Jeszcze kilka tygodni wcześniej wracali spacerem do dworu. Jego kondycja uległa poprawie tak znacznej, że zaczynał się zastanawiać czy nie powinien tego ukrywać.

- Zostałem rezerwowym szukającym – poinformował Lucjusza.

Malfoy uniósł brew tak, jakby pytał 'a co mnie to obchodzi'.

- Draco mógłby powiedzieć Voldemortowi, że nie jestem w najlepszej formie. Wszyscy wiedzą, że bolał mnie nadgarstek i Ginny mnie zastępuje – rzucił.

Lucjusz wziął głębszy wdech, kiedy zmarszczył brwi.

- Nie – powiedział krótko Malfoy. – Draco, ani ja nie będziemy podrzucać żadnych informacji o tobie Czarnemu Panu – oznajmił mu i to tonem, który nie otwierał pola do dyskusji.

Harry jednak nie był Gryfonem jedynie z tytułu.

- Dlaczego? – spytał wprost.

Sądził, że to będzie niemal jak robienie Malfoyom przysługi. I sądził, że Lucjusz i tak podrzuca Voldemortowi jakieś informacje.

- Jeśli to się okaże nie do końca prawdą albo Czarny Pan uzna, że nie było prawdą. Dojdzie do bitwy, a ty mimo wszystko przegrasz, nie będę obserwował egzekucji mojego pierworodnego – poinformował go Malfoy ze spokojem w głosie.

Coś zacisnęło się nieprzyjemnie wokół jego krtani.

- A dlaczego miałbym przegrać? – spytał, nie mogąc się powstrzymać. – Szkolisz mnie. Jestem dobry – powiedział, ponieważ to była cholerna prawda. – I dalej nie wierzysz, że wygram?

- Losy tej bitwy są mi obojętne – odparł Lucjusz. – Ja i moja rodzina jesteśmy w sytuacji, w której nie musimy wpływać na Historię. Cokolwiek się nie stanie, Malfoyowie zawsze triumfują – powiedział tak pewnie, jakby miał to na papierze.

- Jeśli wygram trafisz do Azkabanu – przypomniał mu.

Lucjusz potrząsnął głową.

- Stopa żadnego Malfoya nie stanęła w Azkabanie. I to się nie zmieni. Przynajmniej nie za mojego życia – odparł Lucjusz. – Zanim kurz bitwy opadnie, nie będzie mnie, nas – poinformował go. – Mój majątek jest zbyt wielki, żeby Ministerstwo mogło zrobić cokolwiek. Rynek runąłby. Firmy upadałyby jedna po drugiej. Jeśli będą na tyle zidiociali, żeby zamrozić moje środki, w czarodziejskiej Wielkiej Brytanii wybuchną zamieszki. Gringott nie zbankrutuje, ale oni pierwsi zaczną pozywać Ministerstwo. Jeśli koniec świata miałby od czegoś się zacząć, to od zamrożenia moich aktywów – prychnął rozbawiony.

Harry nie wiedział za bardzo jak zareagować na to wyznanie.

- Będą próbowali zająć część mojego majątku – ciągnął dalej Lucjusz. – Severus zapewnie zaprotestuje. W posiadłościach nie mogą mieszkać inne rody. Nasze dwory są zbyt stare, aby fundamenty zniosły inną krew. Mój spokój wywodzi się z tego, że moja rodzina inwestowała w Ministerstwo zbyt długo, aby istniał sposób bezpiecznego usunięcia nas zza kulis.

- Masz cholernie wielkie ego – poinformował go Harry w końcu.

- Nie przeczę, ale nawet one jest podparte dość mocnymi faktami – odparł Lucjusz. – Pomyśl jednak o tym w ten sposób: Moje pieniądze i informacje byłyby w stanie jedynie ukryć Severusa. Ty jednym słowem sprawiłeś, że jest bezpieczny tam, gdzie jest. Tam gdzie zawsze chciał być. Może jednak nie da się wszystkiego kupić? – zakpił Malfoy.

- I to mówisz ty? – Harry udał, że się dziwi.

- Żeby wiedzieć jak ldobrze lokować swoje inwestycje, trzeba wiedzieć dokładnie co, kto i kiedy są na sprzedaż – przyznał Lucjusz. – Świadomość tego, że nie wszystko kupisz, sprowadza się jedynie do tego, że szukasz innej metody pozyskania tego. Dobra na tym świecie są ograniczone. Wyścig trwa. Czego w tej chwili chce Harry Potter? – spytał wprost.

A jego wzrok mimowolnie powędrował do szpady ukrytej pod warstewką szkła.

Lucjusz się roześmiał.

- Zatem chcemy tego samego – zakpił Malfoy. – A ty jesteś na tyle inteligentnym, aby wiedzieć, że jeśli sięgniesz po moje, to może się źle dla ciebie skończyć - dodał.

- Kiedyś będę od ciebie lepszy – przypomniał mu, nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmiechu.

- Wtedy śmierć nie będzie dla mnie problemem. Zapewniam cię. Nigdy nie planowałem żyć wiecznie – odparł mężczyzna, wzruszając ramionami.

ooo

Pojawienie się Snape'a wieczorem nie było dla nikogo żadną niespodzianką. Harry do tego czasu miał zestaw nacięć na skórze, na które Lucjusz patrzył z odrazą. Zaskakiwał Malfoya, ale nadal nie był bliski wygranej. Nie chciał próbować wszystkich sztuczek, które opracował wraz z mistrzem eliksirów w zaciszu Hogwartu. Element zaskoczenia był równie ważny, co sam ruch. Nauczył się już tego.

Jego własne ćwiczenia, które nadal przeprowadzał w Pokoju Życzeń, przestawały wystarczać. Odnosił wrażenie, że utknął w martwym punkcie. Lucjusz pokazał mu już wszystko. Snape nie stanowił wyzwania, a nie miał do kogo zwrócić się, aby przyjrzeć się innej technice walki. Był świadom, że egzystowanie jako kopia Lucjusza, nie było jego przeznaczeniem. Przede wszystkim nie byłby tak doskonały w byciu Malfoyem jak oryginał. Nie miał pojęcia jednak jak odnaleźć w sobie Harry'ego Pottera. Jak zbudować się na nowo i odkryć jaki rodzaj ruchu odpowiada mu najbardziej.

Obawiał się, że to będzie oznaczało powrót do pewnego rodzaju szaleńswa i improwizacji. Nadal miał swoje wyskoki i może to była jego droga. Jednak ryzyko sprawiało, że za każdym razem, kiedy unosił szpadę do góry nie miał pewności wygranej. A przecież Lucjusz wyraźnie powiedział, że jeśli w głowie nie jest zwycięzcą, nie powinien w ogóle podejmować walki. I on naprawdę nie chciał zginąć młodo.

Snape spoglądał na jedno z nacięć, które otworzyło się podczas kolacji ze zmarszczką między brwiami.

- Pokaż to – polecił mu mistrz eliksirów i Harry bez wahania wyciągnął do niego dłoń. – Głębokie – westchnął. – Będzie się otwierało – dodał i popatrzył ostrzej na Lucjusza. – Nie możesz bardziej uważać? – mruknął ewidentnie niezadowolony.

Harry miał ochotę powtórzyć mu to, o czym już raz mówili. Każda z tych ran dowodziła tego, że Lucjusz przestał sobie dawać radę. Że stawał się tak dobry, że jego przeciwnik popełniał błędy. Snape jednak miał przecież wyborną pamięć. Wykazał się tym kilkukrotnie w przeszłości. Nie wierzył, żeby umknęło mu coś podobnego.

Lucjusz tymczasem siedział poirytowany u szczytu stołu. I Harry nie mógł się nie uśmiechnąć, odgadując na czym polegała mała prowokacja mistrza eliksirów.

- Mam maść. Jeśli nałożysz jej kilka warstw i postarasz się nie zetrzeć jej przez noc, skóra szybciej się wygoi. Zostanie blizna, ale tego raczej nie udałoby się uniknąć nawet przy użyciu magii – ciągnął dalej Snape.

- Dziękuję – powiedział Harry krótko, szczerząc się do niego jak idiota.

ooo

Pudełko z maścią Snape'a ciążyło mu w dłoni. Mistrz eliksirów przeniósł się z powrotem do Hogwartu i był pewien, że dzisiejszą noc też spędzą z Lucjuszem, tarzając się w pościeli, co nie sprzyjało jego dłoni. Nie wyobrażał sobie scenariusza, w którym miałby nie otrzeć o nic wierzchem ręki.

Wsunął się więc do sypialni Lucjusza z pudełkiem maści, obiecując sobie solennie, że użyje jej, kiedy będą kładli się do snu. Nie spodziewał się bynajmniej, że znajdzie Malfoya z kolejną gazetą w dłoni.

- Piszą coś ciekawego? – spytał wprost, bo to zaczynało być irytujące.

- Nic a nic – przyznał Malfoy, odkładając w końcu gazetę na szafkę.

Wzrok mężczyzny padł na pudełko w jego dłoni i ta zmarszczka niezadowolenia pojawiła się na czole mężczyzny.

- Na później – uprzedził.

Lucjusz nie wydawał się wcale bardziej szczęśliwy.

- Daj – powiedział tylko mężczyzna, zanim wciągnął go na łóżko, a potem zaczął okrężnymi ruchami nakładać pachnącą ziołami papkę na jego dłoń.

To byłoby prawie czułe, gdyby nie fakt, że Lucjusz wydawał się być na skraju kontrolowania swojej złości. Pewnie dowody tego, że jednak powoli zawodził, nie były przyjemne do oglądania.