Światłem bądź. Bądź światłem, im większa ciem ność wokół nas.
Mieczysław Maliński
Maść szczypała lekko, ale do bólu Harry zdążył się już przyzwyczaić. Zapach też nie był najgorszy. Snape z pewnością posiadał takie papki, od których mdliłoby go. Pamiętał doskonale niektóre z eliksirów ze skrzydła szpitalnego Hogwartu. Gdyby nie bał się madame Pomfrey tak bardzo, zapewne wylałby połowę z tego, co mu przynosiła po każdym wypadku.
Lucjusz metodycznie nałożył maść, a potem zamknął pudełeczko, szepcząc jedno z zaklęć czyszczących. Zapewne nie chciał mieć maści na własnych dłoniach. Harry nie był zbytnio zaskoczony. Bardziej zszokował go fakt, że został w sekundę później wepchnięty w pościel, a Malfoy przygwoździł go całym ciężarem ciała do łóżka. Chciał zaprotestować, ale Lucjusz pocałował go, uciszając go tak cholernie skutecznie. A potem wokół jego nadgarstków zamknęły się ciężkie bransolety. Kiedy Malfoy je przywołał, nie miał pojęcia. Z pewnością jednak miały pomóc w tym, żeby nie starł maści z rany. Był unieruchomiony, a przynajmniej jego górna połowa.
Lucjusz oderwał się od jego ust tylko na chwilę, patrząc na niego przelotnie, jakby dawał mu czas na wycofanie się. A Harry dostatecznie długo myślał o bransoletach, aby wiedzieć z czym wiązało się ich użycie. Nie był pewien czy to była odpowiednia pora, ale z drugiej strony wątpił, aby jakakolwiek miała być dobra. Nie chodziło o brak zaufania do Lucjusza, po prostu czuł, że jeśli to zrobią w ten sposób, przekroczą pewną granicę, której mieli przecież nie ruszać. A to Malfoy cały czas popychał go dalej.
Pierścień na jego palcu nie wydawał się wcześniej tak ciężki. Chłód metalu bransolet szybko zniknął, gdy rozgrzał je swoim ciałem i wypchnął biodra w przód, żeby otrzeć się o ciało drugiego mężczyzny.
- Nie – powiedział krótko Malfoy przygważdżając go do łóżka.
Nie miał spętanych nóg, ale pod ciężarem Lucjusza nie mógł zrobić nic. A jednak nie czuł się wcale więźniem.
Nie tutaj. Nie teraz. Nie przy nim.
Lucjusz całował jego szczękę, zmuszając go do poddania mu się. Ręka Malfoya znalazła się na jego karku, odchylając jego głowę w tył, ukazując całą kolumnę szyi, w którą mężczyzna się lekko wgryzł. Nie na tyle mocno, żeby zostawić ślad, ale z pewnością Harry zrozumiał przekaz. Z unieruchomionymi dłońmi, bez różdżki, nie mógł wiele. To Lucjusz kierował jego ciałem i Harry miał ochotę się zaśmiać, bo przecież Malfoy robił to od samego początku.
Harry poddał mu się już w pierwszej chwili, kiedy zdecydował się zostać szermierzem. Przyjął wszystko, co było z tym związane. Nawet początkowo niechciany dotyk Lucjusza, który z czasem zmienił się w pasję, która porywała teraz jego. Jeśli Malfoy chciał mu coś udowodnić, to nie było pole do tego. Harry oddał mu już wszystko co miał i nie żałował tego nawet przez chwilę.
Nawet przez moment nie miał też wątpliwości, że chociaż to Lucjusz unieruchamiał jego, obaj byli od siebie w pewien sposób uzależnieni. Może tak zacieśniały więzy wspólne tajemnice? Bransolety można było zdjąć, ale ich sekrety – coś, co wiedzieli i czuli tylko oni, to co ich łączyło naprawdę – pozostawało.
Palce Lucjusza wbiły się w jego biodro niemal boleśnie. Dotyk mężczyzny balansował na granicy, ale Harry i tak spróbował jeszcze raz otrzeć się o drugie ciało. Bezskutecznie. Lucjusz trzymał go w swoim uścisku pewnie. Palce drugiej dłoni Malfoya zresztą zacisnęły się na jego karku, zmuszając go do odchylenia głowy tak mocno, że oddychał z trudem, kiedy mężczyzna zostawiał na jego skórze delikatne ugryzienia.
Jego ciało było napięte jak struna. Starał się obserwować Lucjusza, ale to nie było takie łatwe teraz, kiedy przed jego oczami obraz się rozmywał. Nie bardzo wiedział, co Malfoy chce osiągnąć, ale krew w jego żyłach krążyła tym szybciej im bardziej zbliżali się do granicy. Zęby Lucjusza na jego skórze były równie ostre jak szpada, którą napotykał nie raz.
Nie całowali się i Harry nie mógł nawet ocierać się o mężczyznę, ale jego członek był boleśnie twardy i tak. Nie wyobrażał sobie jak czułby się, gdyby był w stanie się ruszyć, bo na pewno nie powstrzymałby się przed wykorzystaniem wagi Lucjusza do swoich celów. Koszula nocna mężczyzny była zresztą rozchełstana i czuł ciepło jego ciała naprzeciwko swojego własnego.
Usta Malfoya dotarły w końcu do jego ramienia i Lucjusz przywarł do jego obojczyka, oddychając ciężko przez nos, jakby i jemu kontrolowanie się przychodziło z trudem. Powietrze wokół wydawało się wręcz gęste. Harry starał się brać równomierne wdechy, żeby się uspokoić, ale to nie było łatwe, kiedy Lucjusz sunął palcami i ustami po jego skórze. Jego ciało drżało. Mrowienie pojawiło się niemal znikąd, a budujące się w podbrzuszu dobrze znane mu uczucie potęgowało tylko doznania. Pewnie mógłby ruszać stopami, ale wyciągnął je przed siebie do granic możliwości, starając się tak rozciągnąć pod Lucjuszem, aby nie zostawał centymetr przestrzeni nie pokryty ciałem Malfoya. Chciał go czuć. Całego. Teraz.
Jeśli Lucjusz o tym wiedział, nie mówił ani słowa, zmuszając go do leżenia w bezruchu, gdy sam badał jego skórę ustami. Harry nie sądził, że kiedy w końcu zrobią to w ten sposób, będzie tak spięty. I to nie była nerwowość, to co wypełniało go teraz. Raczej oczekiwanie. Obserwacja. Niepewność, gdzie to teraz zaprowadzi ich obu. Może w pewnym sensie strach, że to jednak nie jest coś co powinni zrobić. Z drugiej strony jednak Lucjusz nie wydawał się wcale przerażony. I nie ukrywał tego jak bardzo go chciał w tej chwili.
Dłoń mężczyzny przesunęła między jego nogi i Lucjusz objął jego jądra, zaciskając na nich palce.
- Merlinie – wyrwało mu się, bo to z pewnością bolało.
A jednak Harry miał co do tego całkiem mieszane uczucia. Prawie doszedł tutaj i teraz. I to naprawdę byłoby cholernie dziwne, bo jego jądra promieniowały nadal bólem i napięciem, chociaż Lucjusz zabrał dłoń.
Wspomnienie samego dotyku jednak zostało, a Harry walczył z sobą, żeby się nie poruszyć teraz, gdy część ciężaru mężczyzny z niego zniknęła. Mógłby, ale nie chciał.
Dłoń Lucjusza błądziła po jego udach, Malfoy zarysował paznokciami wnętrze jego nogi i pewnie miał po tym zostać czerwony ślad, którego nikt inny miał nie oglądać. Jego penis był tak twardy, że Harry podejrzewał, że wszystkie znaki na jego skórze i tak zostaną pokryte niedługo spermą. Wątpił, aby miał wytrzymać wiele dłużej. Lucjusz zresztą przesunął palcami po jego członku i objął dłonią jego fiuta, Harry prawie zawinął się wokół jego ręki, szarpiąc się z bransoletami po raz pierwszy, odkąd zaczęli tę grę.
Możliwe, że wymknęło mu się ciche przekleństwo, bo Malfoy uśmiechał się teraz do niego krzywo, wrednie. Z pewnością Harry nazwałby to złośliwością.
- Zawsze uważam – poinformował go nagle Lucjusz.
I Harry mgliście przypomniał sobie rozmowę ze Snape'em. Uwagę mistrza eliksirów o ranach na jego dłoniach. Lucjusz był niezadowolony wtedy i nałożył na jego skórę maść. Czuł jej zapach w powietrzu, podobnie jak aromat ich spoconych ciał.
- To jest kara? – spytał wprost.
Nie było sensu udawać, że nie powiedział Snape'owi jak ważny był fakt, że Lucjusz go ranił przypadkowo. Był coraz lepszy, a to oznaczało, że w pewien sposób Malfoy przygrywał. Tracił przewagę nad kimś, kto być może kiedyś sięgnie po mistrzostwo w Gildii. A jednocześnie na pewno mógł być dumny z siebie jako nauczyciela.
Dłoń Lucjusza poruszyła się na jego penisie, jakby Harry był jeszcze niedostatecznie twardy. To nie było nic specjalnego. Malfoy nie zacisnął dłoni. Harry czuł jedynie jak jego palce przesuwają się po napiętej skórze. Mężczyzna z pewnością wiedział co robił. I kontrolował każde drgnienie. Nie tylko swojej dłoni, ale również reakcje Harry'ego, co byłoby bardziej przerażające, gdyby nie fakt, że Harry nie mógł się doczekać finału.
Lucjusz zaczął poruszać swoją dłonią bardziej intencjonalnie, trafiając dokładnie tam, gdzie powinien. Ciągnąc na tyle mocno, aby Harry był całkiem świadom tego, co się działo. Nie na tyle silnie, aby sprawić ból. Łzy w jego oczach pojawiały się głównie dlatego, że nadal lekko obolałe jądra od dawna były ciężkie od spermy. I chciały wypchnąć z siebie cały ładunek, ale nie mogły. To nie było to, czego potrzebował.
- Czy to ci wygląda na karę? – spytał Lucjusz wprost.
Harry powiedziałby, że tak, gdyby nie fakt, że tracił powoli kontrolę nad swoim ciałem. Drżał, jego skóra mrowiła. I to było wspaniałe. Gdyby zamknął oczy, z pewnością mógłby odlecieć. Chciał jednak patrzeć na wyraz skupienia na twarzy Malfoya. Tą determinację widywał tylko, kiedy stawali się przeciwnikami ze szpadami w dłoniach. I może nigdy tak naprawdę nie grali po tej samej stronie. Może tak to już miało wyglądać. Nie potrafił się tym przejmować, kiedy Lucjusz ruszał dłonią na jego fiucie coraz szybciej i szybciej.
Aż wszystko przed jego oczami zaczęło się zacierać, rozmazywać. Ciemnie plamki zaczęły przesłaniać mu widok. Może to było niedotlenienie. Nie był pewien czy oddychał. Nie był pewien czy obchodziło go to. Kiedy orgazm przejmował nad nim kontrolę, to nie było zaskoczenie. Raczej cholerna ulga. I nie trwał tylko kilka sekund. Harry był całkiem świadom każdej minuty, która rozciągała się w wieczność, kiedy Lucjusz wypompowywał dłonią z jego fiuta każdą kroplę.
Chciał łkać, ale nie wiedział nawet czy jego usta są rozchylone. Był trochę jak bezwolna lalka, zawieszony na własnych nadgarstkach.
ooo
Lucjusz nie obejmował go, kiedy Harry się obudził. Mężczyzna czytał jakąś starą księgę w ciszy, przy świetle pojedynczej świecy. Bransolety z jego nadgarstków zostały zdjęte i nie widział żadnych obtarć, chociaż mógł przysiąc, że kiedy dochodził, szarpnął się przynajmniej raz. Maść Snape'a nadal znajdowała się na starej ranie od szpady, więc nie wiercił się podczas snu.
Nie był pewien czy Lucjusz doszedł. Mężczyzna jednak nie zwracał na niego na razie uwagi, pochłonięty bardziej księgą. I poczułby się urażony, gdyby nie fakt, że całkiem podobną miał w swoim własnym pokoju. Lucjusz nadal studiował zaklęcia. Szermierka nie była dziedziną, w której nauka kończyła się kiedykolwiek. I to trochę nakręcało jego samego.
- Czego dotyczą czary? – spytał ciekawie, obracając się na drugi bok.
Jego mięśnie przypominały o wysiłku, którego sam nie pamiętał.
- Żywioły – odparł krótko Lucjusz, ale nie zrobił nic, aby odsunąć się od niego, kiedy Harry zajrzał mu przez ramię.
- To wydaje się bezsensowne – stwierdził, bo sam natrafił o wiele wcześniej na prostsze zaklęcie tego typu.
Pamiętał ruch nadgarstka i intencje. To nie był czar namierzający i nie można było go wycelować.
- O ile nie planujesz podpalić czegoś, aby odwrócić od siebie uwagi – odparł Lucjusz spokojnie.
- Albo trafić w wielu przeciwników na raz, wywołując panikę – odgadł Harry.
Lucjusz zerknął na niego przelotnie, a potem w kącikach jego ust pojawił się delikatny uśmieszek.
- Twoja strona nie podpala żywcem ludzi – poinformował go Malfoy.
Harry miał ochotę prychnąć. Z drugiej jednak strony nie chciałby widzieć miny Remusa, gdyby nagle zaczął stosować ten czar.
- Nie ma przeciwzaklęcia? – spytał ciekawie.
I to było idiotyczne. Te księgi zostały skonstruowane w dość specyficzny sposób. Nawet jeśli na następnej stronie znajdował się czar znoszący, nie wiedziałby na co patrzy, zanim nie zacząłby go stosować. Niektóre z ruchów były podobne. Dlatego zaczął grupować czary. Nie traktował ich jednak jako coś co wypadało mu użyć lub nie. Walka toczyła się na całkiem innych prawach. To była kwestia przeżycia i może po prostu przeciwnikiem, którego należało pokonać był każdy, kto stawał naprzeciwko w niego.
W końcu Malfoy stanowił idealny przykład jego wroga doskonałego. Lucjusz stał wysoko w hierarchii zwolenników Voldemorta. I to nie był nawet początek góry lodowej. Harry wiedział, że pewnego dnia zachce jego pozycji. Jeśli nie zostanie nic więcej do zdobycia, ta szpada, która leżała ukryta za szkłem, przywoła go.
I wątpił, aby którykolwiek z nich miał sentymenty.
- Przeciwzaklęcie jest bezsensowne – odparł Lucjusz. – Potrzeba o wiele więcej wody, a więc i magii, siły, skupienia, aby zwyciężyć ogień.
- Nie zwyciężysz ognia ogniem – stwierdził, bo tego akurat był pewien.
- Chyba, że planujesz obrócić świat w perzynę. Jeśli nie będziesz miał wyjścia, a śmierć pojawi się przed twoimi oczami, czy będzie miało znaczenie od czyjego czaru zginiesz? – spytał Lucjusz.
I nie miał odpowiedzi na to pytanie. A może ona majaczyła gdzieś w jego podświadomości. Twarze Rona, Hermiony i Snape'a pojawiły się przed jego oczami. Byli ludzie, dla których mógłby zginąć bez mrugnięcia okiem. Może Lucjusz mówił właśnie o tym. A może mężczyzna po prostu siał i sprawdzał, które z jego ziaren miało trafić na podatny grunt.
- Myślę, że Voldemort pociągnie was wszystkich na śmierć dla własnej wygranej – stwierdził, ponieważ to była jedna z tych prawd, którym nikt nie mógł zaprzeczyć.
- To z pewnością różni go od ciebie – odparł Lucjusz. – Może dlatego on wygra – rzucił Malfoy, nie odrywając wzroku nawet na chwilę od swojej księgi.
