Kto wie rzy w światłość, uj rzy ją, ciem ność is tnieje tyl ko dla niewierzących.
Mikołaj Gogol
Odnosił wrażenie, że balansują na bardzo cienkiej granicy. Lucjusz stał się ostrożniejszy, kiedy unosił szpadę do góry, przygotowując się do ataku. Oceniał go coraz dłużej, decydując się na sposób, w jaki przebiegnie walka, bo Harry nie miał wątpliwości, że mężczyzna planował wszystko z góry. I z precyzją prawdziwego mistrza.
Zatem on też patrzył, starając się wychwycić jak najwięcej niuansów. Lucjusz go szkolił i był jego mistrzem, Harry jednak nie stanowił jego wiernej kopii w walce. Wtedy Malfoy nie miałby takich problemów z opanowaniem go i przewidzeniem jego kolejnych ruchów.
Droga do tego punktu nie była łatwa. Pamiętał doskonale początki, a maść na jego dłoni, która roznosiła zapach ziół po całym pomieszczeniu, pokazywała mu tylko, że szermierka nigdy nie będzie sportem łatwym czy bezproblemowym. Uraz był tym od czego zaczął, a teraz stanowił rodzaj trofeum, które chciał pokazywać każdemu, kto wiedziałby na co patrzył.
Problem tkwił w tym, że niewielu zdawało sobie sprawę w czym rzecz.
Szpada Lucjusza przylgnęła do jego szyi i mężczyzna patrzył na niego z pewnego rodzaju irytacją.
- Skup się – powiedział cicho Malfoy. – To jeszcze nie czas, abyś świętował zwycięstwo. Pamiętaj, że przeciwnika nie docenisz tylko raz. Cieszenie się z teoretycznej wygranej nie zapewni ci faktycznego zwycięstwa.
Harry wyprostował się, czekając aż Lucjusz zabierze szpadę, ale mężczyzna patrzył na niego nadal, jakby zastanawiał się nad czymś głęboko. Ich walki traciły na szybkości z czasem i powoli zaczynało do niego docierać dlaczego. Kiedy cięli raz za razem, odpowiadając na swoje ciosy, łatwiej było o pomyłkę. Nie miał jeszcze faktycznej przewagi, ale zaczynał dostrzegać niespójności w ruchu Lucjusza. To jak Malfoy odsłaniał się, kiedy w grę wchodziły czary.
Magia działała rozpraszająco podczas walki, może dlatego, że żaden z mistrzów nie chciał pokonać przeciwnika zabijając go zwykłą Avadą. Nawet Harry'emu wydawało się to po prostu nieodpowiednie, kiedy w jego ręce tkwiła szpada. I musiał pamiętać o tym, że kiedy stanie przed Voldemortem, nie będzie miał przed sobą szermierza, ale zwykłego szaleńca.
Nie wiedział jak wiele z tego, czego uczył go Lucjusz miało mu się przydać podczas starcia ze Śmierciożercami, ale nie planował zakończyć swojego życia na tym. Nie, kiedy odkrył, że mógł znaczyć coś więcej w magicznym świecie.
Lucjusz zabrał swoją szpadę, ale nie przygotował się do ponownego ataku. Harry nie widział w jego oczach wahania, ale Malfoy wydawał się spięty. Było coś niepokojącego w tym jak stał. Niemal niezauważalne napięcie mięśni, odrobinę szerzej rozstawione stopy, jakby to Lucjusz przygotowywał się do defensywy, której przeważnie unikał.
Która oznaczała przegraną.
Tak mówił do niego jeszcze nie tak dawno.
Nie powinno go to cieszyć i nie cieszyło. Zresztą, kiedy tylko ruszył do przodu, tym razem stawiając się w roli napastnika, to wszystko okazało się jedynie grą. Szpada wypadła mu z dłoni, zanim zdążył zareagować. I Lucjusz uśmiechał się do niego krzywo z czystą satysfakcją, której nawet nie krył. I Harry naprawdę nie spodziewał się niczego innego.
- To jeszcze nie ten punkt – poinformował go Malfoy, jakby to było jedyne i ostatnie ostrzeżenie, które miał dostać.
Korzystał z każdej z tych lekcji.
ooo
Zastanawiał się czy zaciągnięcie Lucjusza do sypialni byłoby zbyt dziecinne. Snape miał się zjawić za kilka godzin, a obiad mógł poczekać. Harry w zasadzie nie był aż tak głodny, a jego mięśnie potrzebowały raczej rozluźnienia. Krótka kąpiel nie pomogła. Koszula jedynie teraz lepiła się do jego ciała, kiedy patrzył jak Lucjusz zaczyna sączyć leniwie wino.
- Jak wiele zaklęć opanowałeś? – spytał Malfoy ciekawie, spoglądając w końcu na niego.
Harry mógł przestać udawać, że je.
- Nie powiem ci – odparł.
Lucjusz uśmiechnął się lekko.
- Bardzo dobrze – stwierdził mężczyzna.
- Jak wiele zaklęć ty opanowałeś? Jak wiele ksiąg? – spytał Harry, nie kryjąc tego, że wie, iż nie dostanie swojej odpowiedzi.
Lucjusz sugerował mu unikać sytuacji, w której nie osiągnie celu. Odpowiedzi jednak nie interesowały go tym razem. Krzywy uśmieszek Malfoya pogłębił się – dokładnie tak jak zakładał. Możliwe, że oszalał, skoro wiedział, co bawi Lucjusza. Nie mógł się jednak jakoś powstrzymać. Pewnie gryfońska mieszanka wścibstwa i odwagi pchała go dalej każdego dnia. Od tego się w końcu to wszystko zaczęło.
Lucjusz nie powiedział ani słowa, skupiając się na swoim winie.
- Jak długo jesteś mistrzem? – spytał, kiedy cisza przeciągała się.
Lucjusz odłożył kieliszek na stół. I Harry doskonale znał tę minę. Malfoy promieniował zadowoleniem. Najwyraźniej to pytanie mu się podobało.
- Nie byłem wiele starszy od ciebie – przyznał Lucjusz.
I nie chwalił się, ale czerpał z tego satysfakcję tak po prostu. Jak każdy, kto był zdolny i wybitny ze swojej pracy i osiągnięć.
- Więc jesteś mistrzem ponad dwadzieścia lat – stwierdził, szybko szacując w myślach jak wiele pojedynków to oznaczało.
Nie wiedział do ilu ksiąg z czarami miał dostęp Lucjusz, odkąd te, które interesowały szermierzy były dość rzadkie. Podejrzewał jednak, że Malfoy miał sporą kolekcję. Odziedziczoną po przodkach albo po prostu zdobytą w taki czy inny sposób.
Nie wyobrażał sobie jak wiele godzin ćwiczeń i treningów Lucjusz miał za sobą.
- Pijesz do mojego wieku? – zakpił Malfoy, kiedy zapadło między nimi milczenie.
Harry nie potrzebował jednak tak wielu słów jak dawniej. Zdał sobie sprawę z tego dopiero teraz, kiedy odkrył, że połowa tych konwersacji odbywa się w jego głowie, kiedy rozważa każdą opcję. Wszystkim zdobytym informacjom przyglądał się dokładnie, zastanawiając się, dlaczego w ogóle zostały ujawnione.
Jeśli Lucjusz próbował go nastraszyć, przejrzał tę fasadę pozornej pewności siebie. Wiedział, że pokonanie Malfoya nie będzie łatwe. Po prostu zaczynał wierzyć, że w ogóle jest możliwe.
Jeśli czegokolwiek Lucjusz go nauczył, to cierpliwości właśnie. Miał poczekać na odpowiednią chwilę tak długo jak to będzie konieczne.
- Odkąd przestałeś pić do mojego wieku, twój to sprawa drugorzędna – odparł.
- Nigdy nie kpiłem z twojego wieku, a jedynie z twojej głupoty – przypomniał mu Lucjusz.
- Ostatnio nie robisz nawet tego – zauważył Harry.
Lucjusz wzruszył ramionami.
- Może ten etap masz już za sobą – stwierdził mężczyzna. – A może po prostu się znudziłem.
- Utrzymywano mnie w przekonaniu, że nie ma bardziej interesujących ludzi niż Gryfoni. Nigdy nie wiadomo czego się po nas spodziewać – powiedział, obserwując rozbawienie na twarzy Lucjusza.
- Chcesz, żebym cię skomplementował? – spytał mężczyzna wprost, chociaż Harry bardziej chciał sprostać szybkiej wymianie zdań, niż dążyć do konkretnego celu.
Planowanie konwersacji z Malfoyem było bezsensowne. Lucjusz nie udzielał odpowiedzi, których można było spodziewać się po kimkolwiek. Harry nigdy nie był pewien kiedy mężczyzna odsłaniał się przy nim naprawdę. A kiedy mówił tylko o tym co oczywiste dla każdego. Troska o Draco była tak normalnym zachowaniem, że uderzyła w niego dość mocno. A przecież Lucjusz był rodzicem, o czym Harry zapomniał bardzo szybko.
- Chcesz mnie skomplementować? – odbił piłeczkę.
- Za dzisiejszy popis? Za triumf wypisany na twarzy, który mogłem obrócić przeciwko tobie? – spytał Lucjusz. – Byłeś tak pewien wygranej, że promieniowałeś. Roznosiła cię energia, która obróciła się przeciwko tobie. Najmniej doświadczony szermierz z oczami w odpowiednim miejscu, pokonałby cię bez najmniejszych trudności.
Harry nie mógł się nie skrzywić.
- Ale nie stał przede mną nikt taki – przypomniał mu. – Trenujemy.
- I nawet przy mnie nie powinieneś opuszczać gardy – poinformował go Lucjusz. – Myślisz, że po tylu latach będę chciał oddać mój tytuł? – spytał wprost.
Harry znał odpowiedź na to pytanie.
- Jeszcze po to nie sięgam – zauważył jedynie.
Jeśli Lucjusz chciał ściągnąć go na ziemię, robił to niepotrzebnie. Dla Harry'ego nauczką dostateczną było, że dał się nabrać. Może powinien był ufać swojemu instynktowi, który podpowiadał mu, że coś faktycznie było nie tak.
- Jeszcze nie – powiedział Lucjusz. – A ja nie będę cię komplementował, kiedy nie stwierdzę, że to czas. W końcu moje słowa powinny coś znaczyć – rzucił.
ooo
Snape pojawił się odrobinę wcześniej, ale nie przerwali treningu. Mistrz eliksirów trzymał się na dystans, aby im nie przeszkadzać, ale Harry był pewien, że nie umknęło mu nic. Jeśli Lucjusz cokolwiek zauważył, nie powiedział słowa. A może był przyzwyczajony do tego, że obserwowano go. W końcu w ruchach Malfoya była pewna poezja, której nie można było mu odmówić.
Harry nie był pewien czy jego kroki też przypominały taniec, czy też poruszał się z taką finezją.
Niewielka zbrojownia pachniała jak pracownia Snape'a przez maść, która pomogła ranie zasklepić się o wiele szybciej. Może część ziół wniknęło w skórę. Nie był pewien. To nie miało znaczenia, jeśli pomagało. Jeszcze niedawno poprosiłby Hermionę o zbadanie wszystkiego, co dostał od Snape'a, ale czasy się zmieniły dość szybko. Nie sądził już, że zostanie otruty.
- Pewnie zainteresuje cię, że dostałem list z Ministerstwa – powiedział mistrz eliksirów, kiedy tylko zakończyli trening.
Harry nie mógł nie być zdziwiony.
- Chyba nie sądzisz, że jeden artykuł zmieni cokolwiek. Muszą przynajmniej udawać, że nie masz nad nimi władzy – prychnął Lucjusz.
- Ale… - zaczął Harry.
- Nie panikuj – wszedł mu w słowo Snape. – To jedynie list z prośbą o stawienie się o wyznaczonej godzinie w celach wyjaśnienia.
Harry nie miał pojęcia, dlaczego miałoby go to nie martwić.
- To oznacza brak Veritaserum – poinformował go Snape.
- To oznacza co najwyżej legilimentów na sali – dodał Lucjusz.
- A to oznacza, że skopie im pan tyłek jak spróbują się dostać panu do głowy – odgadł, pamiętając jak skończyły się ich własne lekcje oklumencji.
Naprawdę współczuł każdemu, kto spróbuje zmierzyć się ze Snape'em w tej dziedzinie.
- Jeśli to tylko prośba, może pan się nie stawić – stwierdził, bo sam zapewne wybrałby tę drogę.
- Jestem nauczycielem w Hogwarcie i byłym Śmierciożercą – powiedział Snape. – Muszę się stawić do wyjaśnienia. Odmowa współpracy nie byłaby mile widziana. Jestem pewien, że dyrektor miałby w tej kwestii wiele do powiedzenia.
- Ale on też nie może cię zmusić – stwierdził Harry.
- Nie możesz reagować agresją na każdy ruch z ich strony – odparł jedynie Snape.
I to miało sens. Wszystko posiadało swoje granice. Nawet ich przyjaźń, którą ogłosił radośnie Prorok Codzienny nie tak dawno. Dumbledore próbował już z nim igrać i prawie mu się udało. Harry nie był już jednak elementem tej gry, ale stroną. Może zamienili się ze Snape'em i to teraz mistrz eliksirów stanowił pionka, którego szarpano w każdym kierunku.
Nie czuł się z tym dobrze.
Po Snapie mógł przyjść czas na Rona i Hermionę, a jego przyjaciele nie byli tak dobrzy w ukrywaniu prawdy jak mistrz eliksirów. Lucjusz pewne z przyjemnością sam przesłuchałby ich, aby dowiedzieć się, co Harry robił w czasie, kiedy się nie widywali. Były powody, dla których nie zdradził jak często w tygodniu trenował. I chociaż dawał z siebie wszystko podczas tych weekendów, rozwinął się o wiele bardziej niż Lucjuszowi się wydawało.
Potrafił walczyć ze szpadą w lewej dłoni. To mogło się okazać przydatne, odkąd to prawa ręka najczęściej była raniona. Próbował też wymyślić dobry sposób na schowanie gdzieś bezoaru, odkąd szpady nasączone były truciznami. Laska, w której Lucjusz przechowywał swoje ostrze, była inkrustowana. Może nie jeden kamień, ale kilka pomniejszych udałoby się połączyć ze srebrem.
Miał sporo pomysłów i planował je przedyskutować ze Snape'em, kiedy tylko znajdą na to czas. Jego doba skracała się jednak i zapomniał o Ministerstwie. Poczuł się na chwilę tak bezpieczny, że stąpający im po palcach aurorzy wypadli mu z głowy.
Może po prostu dwór Lucjusza miał taką atmosferę, że łatwo było się rozproszyć i zapomnieć o świecie poza. Nie byłby zdziwiony, gdyby właśnie taką funkcję budynek miał pełnić. W końcu Malfoy zapraszał tutaj kochanków i nie krył się z tym
- Ciekawe kiedy mnie wezwą do wyjaśnienia – rzucił.
Snape spojrzał na niego zaskoczony.
- Mierzyłem się z Voldemortem – przypomniał mu Harry spokojnie. – Ministerstwo będzie przesłuchiwało każdego, kto miał styczność ze Śmierciożercami. W końcu dojdą do mnie.
Mistrz eliksirów wydawał się teraz zaniepokojony. I Harry również nie czuł się dobrze z wizją stawienia się ponownie w tamtym budynku. Zeznawał już przed Wizengamotem i to wspomnienie nie było miłe. A wtedy Albus Dumbledore we własnej osobie był jego obrońcą.
Nikt wtedy nie chciał go słuchać. Przerzucano się oskarżeniami. Nie wiedział jak wygląda zeznawanie przed aurorami, ale miał nadzieję, że to będą rozsądniejsi ludzie.
Lucjusz spiął się wyraźnie, jakby dopiero teraz do niego dotarło, że taka opcja w ogóle istniała. Harry chciał spytać dlaczego przesłuchiwano Snape'a, a jego nie, ale odpowiedź była zapewne gdzieś pomiędzy układami Malfoya a pieniędzmi jego rodziny. Nie miała znaczenia tak dokładnie w tej chwili. Lucjusz potrafił się zabezpieczyć o czym doskonale wiedział od samego początku.
On był Harrym Potterem. To znaczyło sporo w tym świecie i mógł tego nienawidzić, ale może nareszcie miało zagrać na jego korzyść. Szczególnie odkąd Snape przestał go za to prześladować. Udzielanie kolejnego wywiadu Ricie nie miało sensu, ale Hogwart plotkował. I wszystko co działo się w szkole zawsze roznoszono. Społeczeństwo czarodziejskie było dość zamknięte i niemal każdy miał dziecko w szkole magii.
Nie wiedział jeszcze co mu to dawało, ale to należało bliżej zbadać.
