Miłość jest śle pa, dla tego lu bi ciemności.

Tadeusz Gicgier

Snape nie wydawał się zaniepokojony faktem, że Dumbledore czekał na nich, kiedy wracali do zamku. Nie czuł, aby dyrektor stosował magię w tym momencie, ale nie zdziwiłoby go, gdyby próbował dowiedzieć się czy Harry nie jest pod stałym Imperio, rzucanym raz w tygodniu przez Lucjusza i utrzymywanym przez Snape'a. To zapewne tłumaczyłoby nagłą zmianę w zachowaniu. Problem w tym, że ona nie przebiegła, aż tak drastycznie.

Harry miał sporo czasu na przemyślenia i Dumbledore musiał o tym wiedzieć, skoro nawet nie zakładał żadnej magicznej ingerencji. To bynajmniej nie była też rola hormonów czy nastoletniego załamania nerwowego. To przeszedł kilka lat temu. I dyrektora wtedy przy nim nie było. Tak samo ,jak po śmierci Syriusza, został sam.

- Severusie, zostawisz nas samych? – spytał Dumbledore, ale w jego głosie było coś takiego, że Harry wiedział, że to nie jest prośba.

- Oczywiście – odparł Snape bez wahania. – Przypominam jednak, że do ciszy nocnej pozostało niewiele czasu i pan Potter nie będzie traktowany inaczej niż pozostali uczniowie – dodał mistrz eliksirów.

Harry dałby się nabrać na jego surowy ton głosu, gdyby nie to, że doskonale wiedział, dlaczego Snape ograniczał czasowo rozmowę jego i dyrektora. Może wielu takich sytuacji w przeszłości nie dostrzegał – kiedy mistrz eliksirów pod pozorem swojej złośliwości względem niego tak naprawdę ratował go z mniejszych lub większych opresji.

Najchętniej wróciłby się do tamtych chwil, aby wszystko przeanalizować dokładnie. Czasu jednak nie można było cofnąć, i jeśli ktokolwiek wiedział o tym najlepiej – to właśnie Snape.

- Nie zamierzam zatrzymywać go długo. Z pewnością chciałby spotkać się z przyjaciółmi – stwierdził Dumbledore z uśmiechem pełnym łagodności i zrozumienia.

Harry nie wiedział nawet na co patrzył.

Gra pozorów toczyła się przed nim dalej. Nie był pewien dlaczego udają, skoro cała trójka siedziała w tym po uszy. Może chodziło o to, że kiedy przyznają co wiedzą, będą musieli na to zareagować. Harry nie wyobrażał sobie, aby Zakon Feniksa działał przeciwko niemu. Nie sądził, aby Dumbledore'owi udało się wymusić na tych ludziach coś takiego. Weasleyowie kochali go jak syna. Remus był kimś dla niego specjalnym. Niezupełnie wujem jak Syriusz, ale na pewno chciał dla niego dobrze. Wspierał go na swój cichy, dyskretny sposób.

Rozłam Jasnej Strony umocniłby Vodemorta.

Nie zastanawiał się nad tym głębiej. Nie był pewien czy o to chodziło Lucjuszowi, kiedy otwierał mu oczy, ale nie mógł tego wykluczyć. Zapewne Hermiona zgorszyłaby się jego podejrzliwością, ale fakt, że byli kochankami, niczemu nie zaprzeczał. Miał w końcu do czynienia z Malfoyem i co gorsza, każdy aspekt tej sytuacji przyjmował do wiadomości.

Patrzył na plecy oddalającego się Snape'a, trochę zaskoczony, kiedy Dumbledore nie poprowadził ich do szkoły, do swojego gabinetu. Dyrektor niemal nigdy nie opuszczał Hogwartu, chociaż nie pokazywał się uczniom poza posiłkami. Był pewien, że to ma coś wspólnego z górą dokumentów, która zawsze leżała w gabinecie Dumbledore'a, kiedy odwiedzał dyrektora.

Było dostatecznie późno, aby zamek wydawał się wymarły, szczególnie od strony, z której nie było uczniowskich dormitoriów. Widok na błonia rozciągał się przed nimi. Nie odeszli jednak od Hogwartu zbyt daleko. Widział chatkę Hagrida na skraju Zakazanego Lasu, w której nadal paliły się światła.

- Jesteś zadowolony z zajęć z Lucjuszem? – spytał Dumbledore wprost.

I to nie brzmiało jak groźba, chociaż mogło. Znajdowali się od szkoły na tyle daleko, że nikt nie mógł ich usłyszeć. Otwarta przestrzeń paradoksalnie gwarantowała prywatność. Dostrzegliby, gdyby ktoś zmierzał w ich kierunku. Tu po prostu nie było się gdzie ukryć.

- Dostatecznie – odparł, odwracając się do dyrektora twarzą, skoro w końcu przystanęli.

Zaczynało się robić coraz chłodniej na zewnątrz. I może należało pomyśleć o czymś, co zastąpi bieganie. Poranne treningi były pewnego rodzaju rutyną, która przygotowywała go do rozpoczęcia dnia, ale nie myślał wtedy o zimie. Nie wyobrażał sobie jakoś Lucjusza brodzącego w śniegu czy deszczu.

- Lucjusz jest bardzo zdolnym politykiem – rzucił Dumbledore i z pozoru to nie miało żadnego powiązania.

- Potrafi posługiwać się słowami – przyznał Harry. – I potrafi doskonale posługiwać się ludźmi – dodał, ponieważ to były oczywistości.

Dumbledore wiedział o tym. Mogli dalej twierdzić, że trawa była zielona, kiedy brodzili w ciemności. Dla Harry'ego to nie miało znaczenia. Od dawna się jej nie bał. Ciemność nie była jego wrogiem. Jeszcze niedawno dała mu schronienie, którego potrzebował.

- Poinformowano mnie, że Draco Malfoy ma wypalony Mroczny Znak na skórze – powiedział Dumbledore.

I nie tego Harry się spodziewał. Czuł na sobie jednak wzrok dyrektora, więc starał się opanować.

- Mówię ci to, bo chcę, żebyś uważał. Wieczysta Przysięga dotyczy jedynie Lucjusza – ciągnął dalej mężczyzna.

Harry byłby jeszcze niedawno wdzięczny za tę informację, gdyby oczywiście nie dotarło to do niego wcześniej. Wątpił też, aby Snape powiedział dyrektorowi cokolwiek. Nie chodziło tylko o to, że mistrz eliksirów przestał być szpiegiem Dumbledore'a, ale nie sprzedałby w ten sposób dziecka swojego jedynego przyjaciela. Były lojalności, których nie kwestionował. I nie byłby zaskoczony, gdyby Snape myślał o nich wszystkich jak o dzieciach, których nie chciał w konflikcie przerastającym ich wszystkich. Może dlatego mężczyzna protestował od samego początku, kiedy interesowano się Harrym.

Draco od dłuższego czasu trzymał się w cieniu. Pewnie sam nie chciał się wychylać jak Harry w czasie Turnieju Trójmagicznego i przez te wszystkie lata wcześniej, kiedy chciał po prostu żyć. Presja i przygody odnajdywały go same. Nie myślał o tym w tych kategoriach jeszcze nigdy, ale to wydawało się teraz oczywiste.

Mieli po szesnaście lat. Dorosłość nie powinna ich interesować.

- Voldemort zbiera wokół siebie zwolenników – dodał Dumbledore.

Może to miało być ostrzeżenie dla niego. A może dyrektor po prostu mówił mu wprost, że Lucjuszowi nie powinno się ufać. Jakby Harry o tym nie wiedział od samego początku. Sam Malfoy mówił mu to prosto w twarz i nie dalej jak dwanaście godzin temu wciągnął go w pułapkę, która skończyłaby się jego porażką – śmiercią – gdyby ten pojedynek odbywał się pomiędzy dwoma szermierzami, a nie mistrzem i jego uczniem. Lucjusz nie miewał skrupułów, ale nie było w tym nic złego. Harry przynajmniej wiedział, że spodziewać się może wszystkiego.

Większy problem był z ludźmi, którym powinien ufać, bo się przyjaźnili. Oni zawsze znajdywali się poza podejrzeniem i może dlatego jego rodzice nie żyli.

Nie sądził, aby Draco planował cokolwiek. Szczególnie kiedy Voldemort był pewien, iż kontrolują go poprzez Severusa Snape'a. Jednak to była jego furtka, o której niemal zapomniał. Lucjusz nie chciał, aby jego syn cokolwiek donosił swojemu nowemu panu w obawie o skutki tego i miał rację. Voldemort karał każdego, kto się mylił. A nawet tych, którzy byli jego najbardziej gorliwymi zwolennikami.

- Dziękuję – odparł spokojnie.

Nie był pewien jakiej reakcji oczekiwał Dumbledore. I wydawało mu się, że ta rozmowa w pewnym sensie była zawieszeniem broni pomiędzy nimi. Nie był w tym jednak dobry.

- Czy w pana rodzinie nie przekazywano z pokolenia na pokolenie ksiąg, w których znajdywały się jedynie czary bez wnikliwego opisu? – spytał ciekawie, bo nie tylko Malfoyowie byli czystokrwiści i majętni.

- Poślę sowy – poinformował go dyrektor. – Sugerowałbym ci jednak przejrzenie biblioteki Blacków. Remus Lupin nadal powinien opiekować się domem – dodał.

I Harry przyjął to do wiadomości.

ooo

Zawsze dziwnie się czuł, kiedy wracał do zamku, do Rona i Hermiony. Nie do końca potrafił się przestawić w bardziej rozluźniony tryb i chyba jego przyjaciele zaczynali to zauważać. Ron nawet słowem nie wspomniał o tym, że położyli się stosunkowo wcześnie spać. Harry był jednak wyczerpany i zdał sobie z tego sprawę dopiero, kiedy przebrał się w piżamę i przyłożył głowę do poduszki.

Nie śnił o niczym, co nie było niczym nowym. Voldemort nie torturował go tym razem żadnymi wizjami, więc nie oczekiwał, że w Proroku Codziennym następnego dnia będą donosić o kolejnych atakach. Rano jednak uderzyło go, że skoro Dumbledore wiedział o Draco, a Snape nie powiedział mu o tym, dyrektor miał innego szpiega w szeregach Voldemorta. I ta myśl nie była przyjemna.

Nie mógł nie zastanawiać się kto to. A nie znał zbyt wielu śmierciożerców z nazwisk, co dopiero teraz zaniepokoiło go tak naprawdę. Z góry zakładano, że Slytherin przychylał się ku teoriom zwolenników przez swoje czyste pochodzenie. Co jednak z Puchonami i Krukonami? Peter Pettigrew nie byłby też pierwszym Gryfonem, który zmienił stronę. Hogwart nie stanowił jedynej placówki oświatowej, chociaż wojna z Voldemortem wydawała się na razie ograniczać do czarodziejskiej Wielkiej Brytanii.

Zerknął w stronę stołu Slytherinu, ale Draco nie zwracał uwagi na nikogo. Nie chciał myśleć o tym jak bardzo Lucjusz chciał syna poza tym bałaganem. Ta myśl nie dawała mu spokoju z wielu względów. Nie chciał się dowiedzieć, że Malfoy zawarł układ z dyrektorem, że Draco pozostanie bezpieczny niezależnie od wyniku wojny. Lucjusz nie wydawał się naiwny, ale desperacja pociągała ludzi do dziwnych czynów.

Nie wiedział co zrobiłby, gdyby stanął przed Draco na polu walki. Pokonanie amatora nie byłoby trudne. Jednak świadomość, że jego równolatek nie chciał tam nawet być, nie była przyjemna. Z Draco znali się i to sprawiało ogromną różnicę, bo oprócz dziecinnej niechęci, nie mógł powiedzieć, aby młody Malfoy zrobił mu cokolwiek.

Na pewno nic, za co zasługiwał na pewną śmierć.

Severus Snape wszedł do Wielkiej Sali, zajmując swoje miejsce przy stole bez słowa, chociaż McGonagall patrzyła na niego dość zaskoczona. Może nadszedł kres cichego strajku. Dumbledore mógł rozmawiać też z mistrzem eliksirów wczoraj w nocy, kiedy Harry już zasypiał.

- Dziwnie się czuję, patrząc na faceta – przyznał Ron, wpychając sobie tost do ust.

Harry doskonale wiedział w czym rzecz. Zmiana podejścia do kogoś była trudna. A kiedy mierzył się z faktami, naprawdę ciężko było z nimi walczyć. Nie sądził, aby z biegiem czasu miało stać się łatwiej.

Tylko Hermiona wydawała się cholernie zadowolona z siebie. W końcu to ona dowodziła im od lat, że ich niechęć do Snape'a nie miała podstaw. Nie mieli dowodów. I powinni byli wiedzieć, że ona i tak zawsze miała rację.

- Ministerstwo zaczyna przesłuchania każdego, kto może mieć informacje o śmierciożercach – powiedział na tyle głośno, że usłyszały go też młodsze roczniki.

Neville wydawał się wręcz spanikowany.

- Naprawdę? – spytał Collin podekscytowany.

- Myślisz, że napoją kogoś Veritaserum? – rzuciła Lavender.

- Nie byłbym zaskoczony. Przesłuchania chyba prowadzą aurorzy – westchnął.

- Ale Veritaserum jest nielegalne – wtrąciła Ginny. – Na pewno nie będą poili wszystkich na prawo i lewo.

- Aurorzy mają prawo do użycia eliksiru, odkąd Wizengamot uchwalił ustawę w czasie pierwszej wojny z Voldemortem – poinformowała ich Hermiona rzeczowo. – Uznano, że efekty uboczne eliksiru nie mają znaczenia w porównaniu do informacji, które można było w ten sposób uzyskać.

Przy stole zrobiło się nieprzyjemnie cicho.

- Czekaj, ale jeśli przesłuchują wszystkich, którzy mogą wiedzieć cokolwiek – zaczął Ron spanikowany nagle. – Czy to znaczy, że nas też?

ooo

Komnaty Snape'a stanęły dla niego otworem, kiedy tylko pojawił się przed drzwiami. Był trochę zaskoczony, że mężczyzny nie było w środku. Nie był przyzwyczajony do pustki, która go otaczała, chociaż nie spodziewałby się, że mistrz eliksirów wprowadzał do jakiegokolwiek pomieszczenia pierwiastek życia.

Cisza, która panowała wokół, nie była jednak przyjemna – musiał to przyznać. Siedzenie w samotności i milczeniu w cudzym domu było krępujące. Gdyby Snape go jednak tutaj nie chciał, nie zaczarowałby tak drzwi, aby wejście dla niego było możliwe.

Ktoś przystanął na korytarzu i zapukał, a potem nacisnął klamkę. Harry instynktownie nakrył się peleryną, ale drzwi nie ustąpiły. Petent odszedł bez większego wahania. Harry nie był specjalnie zdziwiony, odkąd Snape nie był jednym z tych najprzyjemniejszych pedagogów.

Ból głowy przyszedł tak nagle, że strącił okulary z własnego nosa, kiedy chwycił się za skroń. Wiedział, że wilgoć pod jego palcami to krew. To nie był w końcu pierwszy raz, kiedy Voldemort się wściekał. I pewnie używał Niewybaczalnych, odkąd był niekontrolującym się draniem. Harry miał jedynie nadzieję, że śmierciożercy nie atakowali kolejnej mugolskiej wioski. Nikogo już nie dziwiły poranne doniesienia Proroka Codziennego. A nie tak powinna wyglądać ich rzeczywistość.

Nie był pewien jak długo trwał jego ból głowy, ale kiedy tylko minął, zdał sobie sprawę, że Snape'a nie było. Może mężczyzna przebywał z szaleńcem, który miał właśnie taki napad złości, że jego przyprawił o mdłości. Nie wiedział czy powinien czekać nadal w komnatach mistrza eliksirów. Nie miał kogo spytać o to co powinien zrobić. Snape nigdy nie zdradził mu jak długo trwały spotkania z Voldemortem ani jak często je odbywali. Czasami miał wrażenie, że to właśnie teraz, w tej chwili. Jednak mógł się mylić. Nie odbierał wszystkiego. A trudno też było oddzielić od czego tak naprawdę bolała go głowa.

Podwinął pod siebie nogi, nie wiedząc czy powinien obserwować drzwi wejściowe czy kominek. Umawiali się ze Snape'em na dzisiejszy wieczór, ale najwyraźniej Voldemort wezwał mężczyznę tak nagle, że mistrz eliksirów nie zdążył odwołać ich lekcji. Nie wiedział co o tym myśleć.

I nie podobało mu się, że pozostało mu jedynie czekać.