Nie szczęście za ciem nia oczy.
Talmud
Wiedział, że był u Snape'a zbyt długo. Przede wszystkim zasnął i nie miał pojęcia jaka to godzina, ale w zamku było nienaturalnie cicho. Czar oświetlający komnaty mistrza eliksirów, którego użył wcześniej, wyczerpał się niepodtrzymywany jego magią.
A co najważniejsze – nie był sam.
Sięgnął po różdżkę o ułamek sekundy za późno. Intruz ścisnął jego nadgarstek tak boleśnie, że pomyśleć można by, że zamierzał go uszkodzić. Lumos rozświetliło pomieszczenie i przez chwilę niczego nie widział, to nie przeszkadzało mu się wcale szarpać dopóki nie poczuł różdżki przeciwnika na własnym gardle.
- Zanim zaatakujesz, zawsze upewnij się, że wiesz do kogo mierzysz – pouczył go Lucjusz, odsuwając się od niego.
Harry usiadł wygodniej na kanapie, wgapiając się z niedowierzaniem w Malfoya. Nocna wizyta w szkole, ponowna, nie była dla Lucjusza normalna. Przez chwilę zastanawiał się nawet czy Lucjusz zmierza do syna. To nie miałoby jednak sensu. Wszedłby główną bramą, a nie przez kominek Snape'a. A przynajmniej Harry przypuszczał, że to dlatego nie usłyszał jego przybycia. Sieć Fiu nie była najgłośniejszym środkiem transportu.
- Niespecjalnie jesteśmy przyjaciółmi – stwierdził, masując nadgarstek. – Przynajmniej nie poza twoim dworem – przypomniał mu.
Krzywy uśmieszek Lucjusza powiedział mu, że mężczyźnie podobała się ta riposta. Harry nie był jednak w humorze do zabawiania go. Snape'a nadal nie było i to samo w sobie niepokoiło go. Nie miał pojęcia jak długo mistrz eliksirów był poza Hogwartem, ale to powinno kogoś zaalarmować.
- Gdzie jest Snape? – spytał wprost.
Lucjusz bywał bardziej rozmowny w temacie swojego przyjaciela, kiedy chodziło o jego bezpieczeństwo.
- Na misji – odparł krótko Malfoy. – I nie znam szczegółów.
- Myślałem, że wiesz wszystko – stwierdził Harry.
- Nie bądź dziecinny – skarcił go mężczyzna. – Mogę dowiedzieć się wszystkiego.
- Ale nie wiesz gdzie jest Snape – westchnął.
- Cena informacji przerasta jej wartość – odparł Malfoy.
Harry zaplótł dłonie na piersi, nie wierząc w to.
- Jeśli byłby martwy, nie pojawiłbym się w jego komnatach – poinformował go Lucjusz. – Aurorzy przeważnie przeszukują domy zmarłych. Dlaczego miałbym chcieć, żeby znaleźli tutaj moją sygnaturę?
- Więc co tutaj robisz? – spytał Harry, bo jeszcze nie tak dawno dość wygodnie mu się spało na tej kanapie.
Mógł poczekać na Snape'a do rana. Nie miał z tym problemu. Chciał jedynie zobaczyć mężczyznę całego i zdrowego. W jego głowie od wątpliwości względem mistrza eliksirów przestało się już kotłować . Opieranie swojego zdania o człowieku na podstawie tego, co zrobił jeden szaleniec, którego nikt nie kontrolował – było w pewnym sensie wariactwem. A chociaż Harry'emu było z tym nadal dziwnie – Snape miał prawo kochać kogo chciał.
Lucjusz spojrzał na niego, marszcząc brwi i to pytanie nadal wisiało w powietrzu. A potem mężczyzna wyciągnął przed siebie dłoń, która drżała dość mocno. I Harry nie musiał pytać co to oznaczało. Crucio miało specyficzne efekty. I wiedział, że Voldemort tak trzyma w ryzach swoich zwolenników.
- Dalej uważasz, że popieranie go jest rozsądniejsze niż moja strona? – spytał Harry, podnosząc się z kanapy.
Snape musiał gdzieś trzymać eliksiry na specjalne okazje. Na półkach widział tylko składniki, ale nie marzył nawet o tym, że w któtkim czasie uwarzy cokolwiek. Wątpił też, aby Lucjusz wypił przygotowany przez niego specyfik. Wystarczył jeden rzut oka, aby wiedzieć jak dobrze znał się na dziedzinie.
- W chwilach takich jak ta, zastanawiam się raczej czy zabicie was obu nie byłoby najrozsądniejsze – przyznał Lucjusz.
Obracanie się do Malfoya tyłem pewnie nie było dobrym posunięciem z jego strony. Różdżka wbijająca się w środek jego pleców mogła oznaczać dokładnie wszystko. Jakoś wątpił jednak, żeby to skończyło się w ten sposób.
- Naprawdę nie chcesz się dowiedzieć czy cię pokonam ze szpadą w dłoni? – zakpił, wracając do przerwanych na ułamek sekundy poszukiwań.
- Nie boisz się, że może zdecydowałem się na bezpieczniejsze wyjście? – spytał Malfoy.
- Znam cię na tyle na ile mogę cię znać – odparł Harry spokojnie.
- Jesteś idiotą – stwierdził Lucjusz, ale różdżka mężczyzny przestała się wbijać między jego łopatki.
- Nie przeczę, ale nawet ja wiem, że żeby rzucić zaklęcie trzeba mieć przestrzeń – zauważył Harry. – Z czubkiem różdżki w moich plecach nie miałbyś rozmachu. Poza tym… Gdybyś chciał mnie zabić, już byłbym martwy. Po co było mnie nawet budzić – prychnął.
Kiedy odwrócił się, Lucjusz patrzył na niego na granicy rozbawienia. Zaczynał się gubić w gierkach mężczyzny, ale nie mógł odmówić im tego, że były ekscytujące.
- Nie będę uprawiał seksu w komnatach Snape'a – poinformował Lucjusza, przypominając sobie co stało się na korytarzu kilka pięter powyżej.
Malfoy uniósł brew, jakby chciał powiedzieć, że niczego takiego nie sugerował. Serce Harry'ego jednak już teraz biło odrobinę szybciej, a wiedział, że Lucjusza kręciła przewaga nad przeciwnikiem. Było też coś w tym, że robili to tutaj, chociaż Wieczysta Przysięga Malfoya nie obowiązywała w murach zamku. Świadomość, że Lucjusz nie lubił prostych rozwiązań, dawała mu więcej bezpieczeństwa niż magiczne zaklęcia Dumbledore'a. Był pewien, że Malfoy nie przysięgałby, gdyby już wtedy nie znał sposobu na obejście własnych słów.
Lucjuszowi można było wierzyć, ale ufał przede wszystkim inteligencji Malfoya.
- Naprawdę nie będę uprawiał seksu w komnatach Snape'a – powtórzył uparcie, nie wiedząc kogo przekonuje tak naprawdę. – czy ja nie szukałem eliksiru postcruciatusowego? – spytał, chcąc zmienić temat.
- Nie, bo znalazłem rozwiązanie, które jest równie skuteczne – oznajmił mu Lucjusz.
- Chcesz powiedzieć, że miewasz kochanków, bo to jest lekarstwo na Crucio? – spytał z powątpiewaniem.
- Miewam kochanków, ponieważ to doskonały sposób na zabicie czasu. I lubię seks – wyjaśnił mu Lucjusz. – Rozluźnienie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
I Harry nie mógł się z tym nie zgodzić. Jeszcze nie tak dawno myślał o tym samym. Nie chciał jednak o seksie myśleć w tak mechaniczny i bezuczuciowy sposób. Lucjusz, chociaż mocno się starał, wkładał w to emocje, których ujawniać normalnie nie chciał. Harry nie rzucał mu tego w twarz tylko dlatego, że nie był aż takim idiotą. Poza tym uprawianie seksu z kimś zawiązywało między nimi pewne porozumienie. Nie mówili o tym, co się dzieje w sypialni. Nie opowiadali o tym nikomu.
Nie, żeby Ron zrozumiał. Podejrzewał, że przyjaciel umówiłby go na wizytę w Świętym Mungo i zostawił na noc pod pozorem badań i Harry nigdy by się stamtąd nie wydostał.
Sypiał z Lucjuszem Malfoyem – człowiekiem, który uwielbiał kontrolę, a Harry mu się wyślizgiwał coraz bardziej. I jednocześnie ich to nakręcało. Może w pewnym sensie niszczyło.
Nie planował przestać.
- Nie tutaj – jęknął tylko.
Nie dodał jednak, że nie dziś.
Lucjusz zrobił krok w jego kierunku, jakby chciał go uwięzić pomiędzy sobą i regałem ze składnikami. Oczywiście mógł się oprzeć o półkę, gdyby chciał dla siebie długiej bolesnej śmierci po tym jak Snape wróci do swoich komnat. Były pewne rzeczy stałe na tym świecie. Zaczynał je powoli doceniać.
Kominek Snape'a zapłonął zielonym ogniem, który wieszczył kolejnego przybysza. Wyciągnęli różdżki w oka mgnieniu w tamtym kierunku. Przynajmniej to oznaczało, że nie on jeden nie wiedział kto jeszcze miał dostęp do pokojów mistrza eliksirów o tej porze.
- Zazwyczaj moi goście się zapowiadają – powiedział Snape, otrzepując płaszcz z resztki popiołu.
Harry starał się wychwycić jak najwięcej w jednej chwili, ale to było trudne, kiedy mężczyzna nosił nieprzeniknioną czerń. Gdyby był ranny, ślady krwi nie byłyby widoczne na tym materiale. Może od początku o to chodziło z tymi szatami.
- Słyszę stąd jak głośno myślisz – prychnął Snape, odwieszając płaszcz na oparcie kanapy.
Zakrył jego pelerynę niewidkę.
- Czuje się pan dobrze? – wykrztusił w końcu.
- Co robicie obaj w moich komnatach? – spytał sucho Snape, patrząc podejrzliwie na półkę ze składnikami.
Harry już raz został oskarżony o kradzież. Podejrzliwość mężczyzny miała jak najbardziej podstawy, tym bardziej, że faktycznie byli w połowie przeszukiwania regału.
- Eliksir, który cię interesuje jest w szafce – poinformował Malfoya Snape. – Druga półka – uściślił i westchnął przeciągle.
Lucjusz bez słowa zabrał buteleczkę, ściskając ją w dłoni, jakby była faktycznym skarbem. Malfoy spojrzał na niego, jakby chciał mu powiedzieć, że to co im przerwano jest nadal aktualne. I Harry nie wyobrażał sobie niczego innego. Mieli się zobaczyć już w piątek i miał kilka dni na zdecydowanie, co będą robili tym razem. Bransolety i jemu poddały kilka pomysłów.
Lucjusz wszedł do kominka bez zbędnych pożegnań, znikając w zielonych płomieniach. Harry nie dosłyszał nawet adresu i pewnie właśnie tak miało być.
- Powinieneś być w łóżku – powiedział Snape.
- Nie wrócił pan – westchnął tylko.
- Mniejsze lub większe misje zdarzają się – oznajmił mu mężczyzna. – Jeśli po tym jak wejdziesz do moich komnat, nie zastaniesz mnie. Nie czekaj dłużej niż godzinę – pouczył go.
Harry'emu się jednak to wcale nie podobało.
- Nie powinieneś pozostawać zbyt długo w pomieszczeniu, do którego nie wiesz kto ma dostęp – ciągnął dalej Snape.
- Podejrzewam kto tutaj ma dostęp – odparł. – Lucjusz nie jest problemem.
- Ale Draco już tak – rzucił Snape.
- Draco pomyśli, że to nasza 'przyjaźń' się zacieśnia – prychnął.
Snape spojrzał na niego twardo.
- Nasza 'przyjaźń' sprowadziła mnie do punktu, w którym Czarny Pan chce, aby przyprowadził cię na odsłonięty teren w Devonshire – westchnął mężczyzna.
- Zna pan miejsce bitwy? – spytał zaskoczony.
- Każdy z nas zna tylko część planu. I nie, Lucjusz nie zna daty – poinformował go Snape. – Wiem jednak kto wie. Jeśli jednak którykolwiek z nas zniknie, plan zostaje zmodyfikowany. Nie mogę go oddać w ręce Zakonu i czekać na efekty – przyznał.
- Legilimencja – rzucił Harry, bo to wydawało mu się receptą na wszystko.
Snape był dobry, tego nie należało ukrywać.
- Do pewnych umysłów nie chcesz wchodzić. To nie jest umysł, z którym można postąpić ostrożnie – wyjaśnił Snape.
I Harry nie potrzebował całej listy śmierciożerców, aby wiedzieć o kim mówili.
- Voldemort powierza takie rzeczy Bellatrix? – spytał z niedowierzaniem.
Facet był szaleńcem z krwi i kości.
- Od Bellatrix nie można się niczego dowiedzieć – oznajmił mu Snape. – Jej umysł jest jak najgłębsza krypta w Gringotcie – dodał.
Harry nie mógł się nie zgodzić. Nie wyobrażał sobie dostania się do tego piekła, które tam miała. Czasami nadal słyszał jej śmiech, kiedy Syriusz zginął. Tam była czysta radość. Do tamtej chwili sądził, że ludzie odczuwali pewnego rodzaju wyrzuty sumienia, kiedy zabijali. Nie byli do tego w naturalny sposób zdolni.
Myślał o tym jednak przez pryzmat siebie. A potem doszedł do punktu, w którym zaczął dostrzegać, że pewne rzeczy należało po prostu zrobić. Nie tłumaczył tego większym dobrem, ale ta fraza pojawiała się w jego umyśle częściej niż rzadziej.
- Nie będziemy znać daty, ale wiemy gdzie – stwierdził Harry. – To i tak sporo.
- To nic nam nie daje. Mogłem ci powiedzieć, że to będzie płaska, otwarta przestrzeń bez żadnych krzewów. Czarny Pan nie chce dać ci ponownej szansy na uskoczenie w bok i ukrycie się – wyjaśnił Snape. – Nie pozostawia niczego przypadkowi.
Szczęście sprzyjało mu do tej pory, chociaż nie myślał w ten sposób od czasu śmierci Cedrika. Lucjusz twierdził, że wielu się dla niego poświęcało i wielu mogło się poświęcić. To coś w rodzaju klątwy mogło się za nim ciągnąć od chwili, kiedy jego matka ochroniła go. Nie sądził, aby rozsądnym było wspominanie jej przy Snapie.
- Muszę zajrzeć do biblioteki Blacków w domu Syriusza – poinformował Snape'a.
Mężczyzna ewidentnie się zawahał.
- Dumbledore to zasugerował. Nie będzie miał nic przeciwko, jeśli zniknę jednego wieczora. Pomyślałem, że mógłby mi pan towarzyszyć. Jeden członek Zakonu zawsze powinien być ze mną – przypomniał mu.
Snape spojrzał na niego z pewnego rodzaju powątpiewaniem. Sam też zastanawiał się na ile idą ramię w ramię z Dumbledore'em. Nie zawsze mieli po drodze, ale nie mogli całkiem odejść od ludzi, którzy walczyli z Voldemortem dawno przed tym jak się urodził.
- Będziesz szukał czegoś konkretnego? – zainteresował się Snape.
- Ksiąg dość specyficznych – przyznał. – Potrzebuję wyłącznie zaklęć do rzucania lewą ręką – uściślił.
Snape nie wydawał się do tego nastawiony pozytywnie.
- W rodzinie Syriusza musiał być przynajmniej jeden szermierz – stwierdził.
Ród Blacków był wielopokoleniowy i czystokriwsty. Syriusz opowiadał mu o konflikcie, który z tego powodu powstał pomiędzy nim, a własną rodziną.
- Będę wiedział, kiedy to znajdę – uprzedził Snape'a.
- Nie wątpię – odparł mistrz eliksirów.
Ton mężczyzny sugerował, że wcale mu to nie odpowiadało. Harry wątpił, aby przekraczał magiczną granicę, za którą było tylko zło. Pewne rzeczy nadal go obrzydzały i sprawiały, że miał dreszcze. Jak umysł Bellatrix jako żywy organizm, do którego ktokolwiek mógłby mieć dostęp. Nie chodziło jedynie o jej wspomnienia, ale to jaką dawkę emocji z sobą niosły. Harry wiedział, że Snape czuł jego strach, smutek, bezsilność, kiedy wydzierał z niego wspomnienia z dzieciństwa. Nie rozmawiali o tym.
- Martwi mnie to czego szukasz – poinformował go Snape.
Harry nie był zaskoczony. Może gdyby był na miejscu Snape'a też miałby własne lęki.
- Szermierka to… - zaczął i urwał. – Szermierka to trochę jak eliksiry. Aby być dobrym trzeba mieć talent. Aby być mistrzem, trzeba cały czas się dokształcać – wyjaśnił.
Snape nie wydawał się jednak wcale uspokojony.
- Nie szukam nieśmiertelności czy zaklęć, które jakoś obejdą prawo – zapewnił mężczyznę.
- Wśród mistrzów eliksirów też są szaleńcy, ludzie, których ambicja pociągnęła o krok dalej. To nigdy nie miało jednak bezpośredniego powiązania z przedmiotem ich badań – oznajmił mu Snape.
