Piękności często to warzyszy ciemnota.
Baltasar Gracian y Morales
Jakimś cudem przegapił zmianę fryzury Hermiony, co w tym momencie wydawało mu się dość ważnym punktem, skoro przyciągali nagle taką uwagę. Nigdy nie myślał o swojej przyjaciółce jak o dziewczynie, ale faktycznie mogła pociągać ludzi. Niespecjalnie był zadowolony, że teraz nagle to dostrzeżono. Zawsze była świetna. Jej włosy niczego nie zmieniały.
Uśmiechała się jednak z satysfakcją pod nosem, ilekroć ktoś nadrabiał drogi, aby minąć ich stolik w bibliotece.
- Nie rozumiem tego – przyznał. – Nie wiedzą, że to nic nie zmienia? Dalej jesteś dużo mądrzejsza od nich – prychnął.
Hermiona posłała mu radosny uśmiech.
- Ale wyglądam przystępniej – poinformowała go.
- Nie wiem co z twoim poprzednim wyglądem było nie tak – wtrącił Ron, krzywiąc się, kiedy na horyzoncie pojawili się Ślizgoni z ich rocznika.
Draco im nie towarzyszył. W ogóle nie widywał Malfoya na korytarzach, co wydawało mu się dziwne. Syn Lucjusza wyglądał podczas śniadania na zmęczonego, ale sam miał trudności ze skupieniem się. Chociaż Snape wygonił go do wieży i tak spędził w komnatach mężczyzny zbyt dużo czasu. Świtało, kiedy się kładł.
- Nie – odparła Hermiona. – Dorastamy jednak i chcemy być inaczej postrzegani. Popatrz na Harry'ego – rzuciła.
I Ron faktycznie na niego spojrzał, szukając zapewne czegoś podejrzanego. Jego koszule jednak przykrywały szkolne szaty. Zmiany nie były widoczne, aż tak bardzo gołym okiem. Nadal nosił okulary i zasłaniał obrzmiałą bliznę przydługą grzywką.
- Z Harrym wszystko gra – odparł jego przyjaciel, potrząsając głową, jakby kompletnie nie wiedział w czym rzecz.
- Harry inaczej się porusza. Zmiana to nie tylko nowa fryzura. To coś, co się dzieje przede wszystkim w nas – wyjaśniła Hermiona. – Jak fakt, że Harry zamiast całymi wieczorami czytać o quidditchu, zaczął przeglądać księgi z zaklęciami i odrabiać na czas zadania domowe.
Ron skrzywił się nieznacznie, a potem spojrzał na niego tak, jakby go pytał 'dlaczego stary mi to w ogóle robisz'. Harry nie miał specjalnie czasu na zwlekanie. Jego harmonogram był mocno napięty. I jego priorytety stały się całkiem klarowne, kiedy zdecydował, że chce jeszcze jedną noc w tygodniu spędzać z Lucjuszem. Gdyby Ron miał perspektywę seksu przed sobą, zapewne też by się zmotywował do pracy.
- Tego dalej nie widać jakoś w ocenach – prychnął Ron. – Co z tego, że pisze eseje na czas, skoro obaj i tak polegniemy na egzaminach jak nad nami nie usiądziesz? – zakpił.
I to była niestety prawda. Nie stał się nagle geniuszem. Pewnie jego profesorowie nie zauważyli, że jego eseje były tylko odrobinę mniej wymięte. W poniedziałek rano zbierał się zawsze w takim popłochu po porannym treningu, że wszystko lądowało na jednej stercie.
Słowa Rona jednak przypomniały mu o czymś jeszcze. Polegali na Hermionie zawsze, kiedy chodziło o naukę. Sam nie wyobrażał sobie starcia ze śmierciożercami bez przyjaciół u boku, co jednocześnie sprawiało, że wszystko się w nim skręcało z nerwów. Do tej pory mieli szczęście. I nie podobało mu się to. Zaczynał rozumieć dlaczego Lucjusz ograniczał coś takiego jak przypadek do minimum.
Snape znał położenie miejsca, do którego Voldemort będzie chciał go zwabić i to dawało im niewielką przewagę, którą zresztą zamierzał wykorzystać. Ministerstwo musiało być powiadomione o śmierciożercach. Członków Zakonu Feniksa nie było aż tak wielu. Na pewno przybywało ich mniej niż zwolenników Voldemorta. Ministerstwo miało jednak swoich wyszkolonych aurorów, a skoro już przejrzeli na oczy – można było ich włączyć w to starcie.
I tak nie mieli większego wyboru.
ooo
Snape wyszedł z nim na błonia późnym wieczorem. W zasadzie był zaskoczony, że zaraz po zajęciach nie udali się do domu Syriusza. Nie dawało im to wiele czasu na poszukiwania, ale rozumiał, że jego częste wyjścia z Hogwartu należało utrzymać w tajemnicy. Większość osób i tak wydawała się zdziwiona, że w ogóle go widują. Nie siadywał już tak jak dawniej w Pokoju Wspólnym. Jeśli Gryffindor uważał, ze separowali się od nich – częściowo mieli rację.
Znikał, ale nie miał innego wyjścia. Chciał ćwiczyć sam w Pokoju Życzeń, a pomiędzy treningami ze Snape'em nie pozostawało mu na to, aż tak wiele czasu. Lucjusz zabierał dwa z jego wieczór w tygodniu i nie zamieniłby tego na quidditch.
- Lupin będzie nas oczekiwał – poinformował go Snape, kiedy znaleźli się poza polem uniemożliwiającym aportację.
Mistrz eliksirów wyciągnął w jego stronę dłoń i bez słowa ujął ją, całkiem świadom tego, że wyciągnięcie go z Hogwartu – spod ochrony Dumbledore'a – byłoby teraz dziecinnie łatwe. Wszystkie marzenia Voldemorta mogły się łatwo spełnić, gdyby docenił Severusa Snape'a raz w życiu.
Aportacja zawsze wywoływała u niego lekki zawrót głowy, chociaż to uczucie w niczym nie dawało się porównać do podróży świstoklikiem. A nawet do tego zaczynał się przyzwyczajać, kiedy w ten sposób przemieszczał się od dobrych kilku tygodni. Wspomnienie pucharu Turnieju Trójmagicznego szybko zostało zastąpione przez dziesiątki innych. Świstoklik jeszcze niedawno kojarzył mu się jedynie ze śmiercią Cedrika, ale teraz w pewnym sensie dawał wolność.
I medalion, który dostał od Lucjusza wtedy pierwszego dnia, ciążył mu przyjemnie na piersi, podobnie jak pierścień, którego nie zdejmował, jeśli nie musiał.
Kamienice rozsunęły się, kiedy stanęli w odpowiednim miejscu. Remus powitał ich w drzwiach i wyglądał odrobinę gorzej niż ostatnim razem. Harry nie pamiętał kiedy była ostatnia pełnia. I może przeszkadzali mężczyźnie teraz w odpoczynku po niej. Hermiona jednak nie powiedziała ani słowa, kiedy przyznał, że zamierza odwiedzić kamienicę Blacków.
- Próbowałem sam przeszukać bibliotekę, kiedy Albus poinformował mnie czego potrzebujesz, ale to nie jest łatwe – zaczął Lupin, prowadząc ich długim, ciemnym korytarzem, który zawsze przynosił mu nieprzyjemne wspomnienia.
Niemal czekał, aż Syriusz wyjdzie z kuchni w swoim szlafroku, witając go z rozrzuconymi rękami. Prawie nigdy nie widywał Blacka w faktycznym ubraniu. Nie przypominał sobie, aby Syriusz nosił coś poza łachmanami, w których uciekł z Azkabanu i tym burgundowym szlafroku, przez który Harry uświadomił sobie jak czystokriwste korzenie Blackowie posiadali.
Kuzynka Syriusza była żoną Lucjusza. Bardzo łatwo było zapomnieć o Narcyzie, która nie mieszała się do polityki. I może tak to Malfoy zaplanował od samego początku. Nikt nie mógł tej kobiecie odebrać majątku. Wydawała się z pozoru bezbarwna, ale pewnie na tym polegała jej siła. Lucjusz nie poślubiłby kogoś, z kim nie byłby się w stanie porozumieć.
- Coś ciekawego wpadło ci w ręce? – spytał.
Remus westchnął przeciągle.
- No cóż – rzucił Harry. – A cokolwiek z obrony przed czarną magią?
- Planujecie z Hermioną i Ronem kolejne lekcje na własną rękę? – zainteresował się Lupin i wydawał się zmartwiony.
- Nie – odparł Harry. – W zasadzie profesor udziela mi lekcji – przyznał.
Snape spojrzał na niego ostrzej, pewnie chcąc, aby Harry zważał na słowa. To był jednak ukłon w stronę Dumbledore'a. Mogli prowadzić pewnego rodzaju wymianę informacji. Poza tym ukrywanie czegoś tak oczywistego, nie miało sensu na dłuższą metę. To wyszłoby podczas zajęć w Hogwarcie albo jakiegoś przypadkowego ataku, do którego mogło dojść w każdej chwili.
Remus wydawał się autentycznie zaskoczony, ale też w pewnym sensie zadowolony. Może zdawał sobie sprawę, że Snape był naprawdę dobry w tym co robił. Gdyby nie fakt, że szermierka była jego główną linią ataku, postawiłby na nauki mistrza eliksirów, a nie Lucjusza. Każdy z nich był specjalistą w swojej dziedzinie. Nie można było im też odmówić doświadczenia, którego on nie miał. I miał go szybko nie nabrać.
- To dobrze – przyznał Remus. – Jeśli cokolwiek trafi w moje ręce, wyślę ci to natychmiast do szkoły – obiecał.
I stanęli przed całkiem sporym regałem, który zresztą nie był jedynym w pokoju, wyglądającym jak dobrze upchana biblioteczka. Kamienica Blacków nie była aż tak spora, chociaż jeszcze niedawno wydawała mu się pałacem. Dwór Lucjusza, który ten wykorzystywał tylko w weekendy, zapewne miał większy metraż. Nie chciał wiedzieć nawet jak wyglądała główna rezydencja Malfoyów.
Ktokolwiek zbierał księgi w rodzinie Blacków, nie poświęcił im czasu na logiczne uporządkowanie. Albo szaleństwo było dziedziczne w tej rodzie, co wyjaśniałoby Bellatrix samą w sobie.
- To są tygodnie pracy – stwierdził, otwierając pierwszą księgę.
- Tak – przyznał Snape. – Bardziej się obawiam jednak tego, co znajdziemy w księgach, których otwierać nie powinieneś.
- Jakaś może okazać się niebezpieczna? – spytał lekko, zaskoczony, chociaż jeden podręcznik w Hogwarcie przecież próbował ich już pogryźć.
Nic nie powinno go już zaskakiwać.
- Trucizna w tuszu, okładki, które stają w płomieniach, przekleństwa aktywujące się po dotknięciu – wymienił jednym tchem Snape.
- Oraz czarna magia – wtrącił Lupin.
Harry wziął głębszy wdech, nie wiedząc nawet od czego powinien zacząć. Pospiesznie jednak odłożył księgę, którą trzymał na półkę. Wyglądała jak coś, czego użyłaby kucharka, ale nigdy nie można mieć pewności.
Wiedział, że rodzina Syriusza była dość specyficzna, ale z drugiej strony był pewien, że jego ojciec chrzestny nie wyrzuciłby żadnej księgi z tej biblioteczki. Nie tylko dlatego, że były bardzo wiele warte.
Miał pod dostatkiem zaklęć na obecną chwilę. Nie wiedział jak wiele czasu im pozostało, ale i tak księgi od Lucjusza piętrzyły się pod jego łóżkiem, ukryte. Jedno zaklęcie dziennie było limitem rozsądnym, więc przyswajanie wiedzy trwało. Przynajmniej jednak pozostawała na o wiele dłużej niż lekcje obrony przed czarną magią, które prowadzono w Hogwarcie.
Chciał tych ksiąg na później, kiedy dotrze do ostatniej strony prezentów od Malfoya. Nie wyobrażał sobie przestoju. Nie chciał odejść od rutyny, która obecnie go napędzała do działania i pomagała mu się skupić. Może czuł się też dzięki niej bezpiecznie. Nie chciał tego głębiej analizować.
Wiedział, że kiedy stanie przed Voldemortem, nie będzie miał czasu wertować ksiąg. I uderzyło go, że nie miał nawet szpady, która nadawałaby się do walki. W dworze Malfoya ćwiczył ostrzem z prywatnej zbrojowni Lucjusza, które odpowiadało mu na teraz. W Hogwarcie posiadał szpadę, ale tą też dostał od swojego mistrza i kochanka. Nie była czymś, co wybrałby dla siebie sam. Nadal stanowiła idealne zastępstwo, ale w pierwszej walce w życiu, która miała go określać – nie chciał opierać się na tym, co Lucjusz sądził o nim. Na tym jak Malfoy go postrzegał i jak chciał, aby Harry był postrzegany.
Lucjusz wymyślał ludzi tak jak wymyślił siebie. A Harry był realny. Jakkolwiek bycie po prostu Harrym Potterem nie byłoby o wiele prostsze i bardziej intratne.
Pamiętał swój szok, kiedy zdał sobie sprawę jak wiele kosztowały szpady. Opustoszenie skrytki w Gringotcie wydawało mu się wtedy szaleństwem, ale może ta cena nie była jednak tak wielka.
Snape obserwował go od dobrych kilku chwil. Mgliście przypominał sobie, że Remus obiecał zrobić im herbatę i zostawił ich samych. Nie wiedział jak dawno to było. A pozostawało tak wiele spraw do omówienia.
- Remus wygląda źle – poinformował Snape'a.
- Pełnia niebawem – rzucił mężczyzna i to wiele wyjaśniało.
Zapewne wcześniej było Remusowi łatwiej, kiedy jego przyjaciele towarzyszyli mu. Niejasno przypominał sobie, że Lupin odżył, kiedy Syriusz okazał się niewinny.
- Potrzebuję mieszanki trucizn, która zadziałałaby w ułamku sekundy najpierw porażając układ nerwowy – powiedział wprost i Snape spojrzał na niego zszokowany. – Nie drgawki, ale zwykły bezruch. Śmierć ma nastąpić do pięciu sekund później – dodał.
Mistrz eliksirów zbił usta w wąską kreskę i tę minę doskonale znał.
- Mój dobry przyjaciel poprosił mnie raz o antidotum na wszystkie trucizny tego świata – podjął mężczyzna pozornie bez związku.
- Ta szpada jest naprawdę piękna – przyznał Harry.
- Jeśli twoja okaże się śmiercionośna dla ciebie…
- Nie ja się nią zranię – odparł, wzruszając ramionami. – Poza tym potrzebuję małych kamieni bezoaru, które nadawałyby się do oszlifowania.
Snape uniósł brew, jakby dopiero rozpracowywał w czym rzecz, a potem na twarzy mężczyzny pojawiło się coś dziwnego.
- Lucjusz od ponad dwudziestu lat szuka odtrutki – zaczął mężczyzna. – A dopiero Gryfon z finezją hipogryfa, znajduje idealne rozwiązanie, które powinno zawstydzić wszystkich.
- Do usług – odparł Harry.
- Lubisz proste rozwiązania – stwierdził Snape.
Harry nie był pewien czy faktycznie o to chodziło. Nie wierzył w to, że znalezienie szpady dobrej dla niego było proste. Nie był pewien nawet czy w ogóle było możliwe. Pewnie Ron nazwałby to stratą pieniędzy, odkąd szpada, którą chciał dostać w swoje ręce, leżała w zbrojowni Lucjusza. Musiał jednak mieć coś, co symbolizowało zmianę, o której mówiła Hermiona. Jego własne ostrze miało krzyczeć, że był gotowy do walki po gryfońsku.
Nigdy nie rozmawiali z Lucjuszem jak długo ten będzie jego mistrzem, ale podejrzewał, że termin był związany z tym kiedy Harry zrozumie, co oznaczało być szermierzem. Bardzo powoli to do niego dochodziło. I nie było związane z postępami w nauce. To było raczej uczucie, które nabudowywało się w jego klatce piersiowej i rozrastało tak bardzo, że przestawało się w nim mieścić.
Jego palce mrowiły, kiedy nie miał przy sobie szpady. Rozumiał dlaczego Lucjusz nosił ją ze sobą wszędzie pod postacią laski. Był chory, kiedy bezruch trwał. Kiedy nie miał godnego przeciwnika. A Snape takim nie był i nie było nadziei, aby się nim stał.
Może dlatego Lucjusza tak cieszyła myśl o uczniu. Miał z kim walczyć, kiedy sam pokonał swojego mistrza.
- Jesteś pewien, że wiesz co robisz? – spytał Snape wprost.
- Chce pan wiedzieć czy to nie za wcześnie? – zakpił. – Problem w tym, że nigdy się tego nie dowiem, dopóki nie poczuję ciężaru tej konkretnej szpady w mojej ręce – przyznał.
