Bach! Bach! Bach!

Cios za ciosem, pięści Rogersa trafiały w worek treningowy. Ćwiczył tak od kilku godzin i wciąż nie miał dość, czego nie można było niestety powiedzieć o workach - kilka doszczętnie zniszczonych sztuk walało się po podłodze siłowni. Jeszcze kilka miesięcy temu miałby wyrzuty sumienia, że tak beztrosko niszczył państwową własność, teraz jednak był na to zbyt wściekły.

Najwięcej bólu sprawiał mu fakt, iż nawet nie potrafił jasno sprecyzować, kto był winien całej tej absurdalnej sytuacji.

Z jednej strony to dyrektor Fury zlecił mu tę misję.

Z drugiej - to Natasha uznała, że jest gotowy, by wykazać się w terenie.

Ale tak na dobrą sprawę, sam się zgodził, nikt go do niczego nie zmuszał. Nikt też nie kazał mu wchodzić w emocjonalny kontakt z celem. Przeciwnie, wielokrotnie go ostrzegali, by się nie angażował się uczuciowo.

Czuł się jak dziecko we mgle. Nie tylko nie miał pojęcia, co go właściwie spotkało, ale i nie potrafił o tym zapomnieć, choć doskonale wiedział, że powinien. Tylko jak miał zupełnie wypchnąć z myśli Tony'ego Starka, jego roziskrzone oczy, błąkający się w kącikach jego ust łobuzerski uśmiech! Cholera jasna!

Materiał kolejnego worka nie wytrzymał zderzenia z pięścią Steve'a i miałki piasek posypał się na posadzkę.

- Hej, kochaniutki - szepnęła mu Nat prosto na ucho, podkradając się nie wiadomo jak i kiedy. - Wyjaśnisz mi, czemu nie przyszedłeś obgadać tego, co ci zaległo na wątrobie? Czy może podpadłam tak bardzo, że nie masz już ochoty mi się zwierzać?

- To nie tak - zaczął niechętnie, nawet na nią nie patrząc. - Po prostu... Nawet nie wiem od czego zacząć.

- Chodzi o młodego Starka?

Nie był przygotowany na tak bezpośrednie pytanie. Uszy momentalnie mu poczerwieniały i cały jakby zamknął się w sobie, licząc na to, że w ten sposób zniechęci Natashę do zadawania dalszych pytań. Och, jak bardzo się mylił!

- Co? Aż taki był dobry? Wiesz, jak chcesz się z nim jeszcze kiedyś spotkać...

- Daruj sobie - syknął Steve, mimowolnie wyładowując na przyjaciółce całą swoją frustrację. - Wiesz dobrze, że nic z tego nie będzie.

- Skąd ta pewność?

Nie potrafił znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Po prostu czuł całym sobą, że nic z tego nie wyjdzie. Zupełnie jakby byli wrogami, którzy jedynie przez krótką chwilę znaleźli się po tej samej stronie barykady. Właściwie, porównanie to było wręcz przerażająco trafne. Stark Industries reprezentowało sobą wolną od państwowej ingerencji kapitalistyczną myśl niepohamowanego postępu. TARCZY natomiast, chociażby ze względu na powody, dla których powstała, wciąż przyświecały klasyczne ideały „Bóg, honor i ojczyzna", w mniej lub bardziej konserwatywnym aspekcie.

Z tego właśnie powodu wszelkie próby zwerbowania Howarda Starka kończyły się niepowodzeniem.

Chociaż tak na dobrą sprawę, chyba jeszcze nikt z TARCZY nie pomyślał, by zatrudnić jego syna...

Steve potrząsnął gwałtownie głową, chcąc opędzić się od tych zgubnych myśli. „Nic z tego nie będzie" powtarzał sobie w duchu, mając nadzieję, że dzięki temu uchroni się przed potencjalną porażką. Nie umknął mu jednak drapieżny błysk w oczach Natashy, która zapewne jak zwykle doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co działo się w jego głowie.

Po co w ogóle wchodził w tą rozmowę?