Tony Stark nienawidził, jak to lubił je nazywać, dni audiencyjnych. Dziesiątki ludzi przychodziły do jego gabinetu, żeby zawracać mu gitarę, bo oczywiście jego ojciec nie mógł ich przyjąć. A on musiał słuchać męczących wywodów, najczęściej dotyczących pomysłów i projektów tak żałosnych, jakby robił je licealista. No, może nie każdy licealista. Ale biorąc pod uwagę, co Tony prezentował na szkolnych dniach nauki... Nie, nie to również błędne założenie. Był przecież geniuszem. Nie mógł aż tak generalizować. Powinien też pamiętać, że właśnie na takiej audiencji po raz pierwszy spotkał się z Brucem Bannerem, który przecież mógł się popisać nie lada intelektem.
Nie mniej jednak Tony wychodził z założenia, że jedynym pozytywnym aspektem takich dni było to, iż wyglądał fenomenalnie w garniturze.
- Nawet go nie słuchałeś - syknęła Pepper, gdy dość ozięble pożegnał się z kolejnym petentem.
- Słuchałem, Pep - prychnął. - Po prostu realizujemy już identyczny projekt. Nie możemy sami sobie robić konkurencji.
- W takim razie pan Jones pójdzie do Hammera i Hammer będzie robił nam konkurencję.
- Hammer to błazen, a nie nasza konkurencja. Poza tym, niby co miałem zrobić?
- Włączyć Jonesa do projektu.
- Pep! Ci ludzie pracują nad swoim projektem od ponad sześciu miesięcy! Nie mogę im kazać przyjąć do zespołu kogoś zupełnie zielonego i oczekiwać, że wszystko będzie ok!
- Cóż za zadziwiający takt! Jakoś nigdy wcześniej się przejmowałeś, co pomyślą ludzie, których masz pod sobą. Dlaczego teraz postanowiłeś zastanowić się, co wypada, a co nie, i to kosztem Jonesa, który jest najprawdopodobniej najbystrzejszym technikiem, z jakim mieliśmy do czynienia od ponad...
Wywód przerwało jej niespodziewane pukanie do drzwi. Jones miał być ostatnim petentem tego dnia, dlatego zarówno Tony jak i Pepper spojrzeli ze zdziwieniem na wejście do gabinetu, w którym stanęła niepozorna rudowłosa kobietka w modnej garsonce.
- Przepraszam bardzo, ale nie była pani umówiona - syknęła Potts, odruchowo zasłaniając młodego Starka przed przeszywającym spojrzeniem nieproszonego gościa.
- Nie była umówiona? Cudownie, w takim razie wychodzę - stwierdził Tony, wzruszając ramionami. Miał za sobą naprawdę długi i męczący dzień i nawet nie zamierzał udawać, że było inaczej.
- Wolałabym, by pan został, panie Stark. - Rudowłosa powstrzymała go nie tylko gestem, ale i wyjątkowo czarującym uśmiechem. Powoli sięgnęła do torebki i wyciągnęła identyfikator. - Natasha Romanoff, TARCZA. Panna Potts, jak mniemam. Rozmawiałyśmy jakiś czas temu przez telefon.
Tony zamarł w bezruchu. TARCZA? To chyba jakiś koszmarny żart! Prosił przecież Pepper, żeby nic nie robiła w tej sprawie! Cholera! Minęło pieprzone pół roku! Zdążył już prawie o wszystkim zapomnieć, przejść do porządku dziennego. I co teraz? Zupełnie jakby ktoś wiertarką rozgrzebał mu starą ranę! Może jakoś podpadł? Może to TARCZA podpadła? Czyżby próbowali jeszcze raz dobrać się do jego projektów?
Natasha i Pepper rozmawiały o czymś pozornie spokojnymi głosami. Widział jednak doskonale, że obie ledwie powstrzymują się przed wybuchem. Aż buzowało w nich od z trudem tłumionych emocji. Co ciekawe, Tony pomimo swych socjopatycznych zapędów, zdał sobie sprawę, że nie są to emocje negatywne. O co właściwie chodziło?
W co tym razem Pepper chciała go wpakować?
