Słońce wpadało do sypialni przez nie zaciągnięte rolety. Już wcześnie rano nagrzewało dom do nieprzyjaznej życiu temperatury.

Właśnie to najpierw dostrzegł po przebudzeniu. Dopiero potem do jego uszu dobiegła monotonna standardowa melodia budzika. Nie patrząc sięgnął po komórkę i wyłączył go. Nie czuł się bardziej wypoczęty niż wieczorem, ale wiedział, że to jest ważny dzień i nie można teraz pozwolić sobie na drobne przyjemności, jak chociażby dziesięciominutowa drzemka.

Wstał, wziął prysznic i trochę bardziej przytomnym krokiem skierował się do kuchni. Była pozbawiona śladów ludzkiej obecności podobnie jak pozostałe pomieszczenia. Przez ostatni miesiąc zaglądała tu tylko sprzątaczka by powycierać kurz i podlać rośliny. Wczorajszego wieczora nie zdążył się nawet rozpakować. Wyciągnął z walizek dwie zmiany ubrań – zielono-czarny dresik i nowy garnitur. Nie spodziewał się, że akurat tego dnia wyjdzie na dłużej na świeże powietrze, ale wolał być na wszystko przygotowany. To dlatego był najlepszy w swoim fachu.

To dzięki takiemu podejściu do pracy gazety nazywały go Mistrzem.

Podłączywszy do prądu ekspres zaczął przeszukiwać szafki. Pamiętał, że zostało mu trochę ziaren kawy. Wtedy ponownie odezwał się telefon.

- Cześć, kochanie. Jak minęła podróż?

- Cześć, Persi – przywitał się z żoną.

Persefona nigdy nie jeździła z nim za pracą. Miała ten komfort, że mogła siedzieć w domu i zająć się wychowywaniem trójki synów. Z kolei on mógł prowadzić wolny tryb życia, bez kogoś, kto ciągle mówił mu, co ma robić. Układ funkcjonował idealnie. Persi była zadowolona, dzieci miały wszystko, czego im potrzeba, a on miał święty spokój i pracę odpowiadającą jego ambicjom.

- Lot się opóźnił. Wylądowaliśmy w Madrycie o pierwszej w nocy.

- Mój ty biedaku!

Skrzywił się. Jedną ręką wsypał kawę do ekspresu i nastawił urządzenie.

- Powinienem był lecieć wcześniej – jednak chciał spędzić ostatnie dni z chłopcami. W końcu nie zobaczy ich przez najbliższy miesiąc albo dwa – Nie możemy zaniedbać tego kontraktu. Dziś jest oficjalna prezentacja dwóch naszych nowych nabytków.

- Na pewno zaczarujesz wszystkich dziennikarzy – zapewniła go Persi.

Nie miała zielonego pojęcia o jego pracy i nigdy nie okazała głębszego zainteresowania tym tematem. Nudził ją, a jemu to bardzo odpowiadało.

- To nie ja mam czarować, ale dwa dzieciaki z Niemiec.

- Zadzwonisz jutro? – zapytała.

- Oczywiście.

- Powodzenia, Sev.

Nie potrzebował go. To, że znajdował się na szczycie, zawdzięczał wyłącznie sobie – swojemu uporowi, inteligencji i talentowi. Rozumiał jednak, że kobiety są sentymentalne i skłonne do składania losu w niewidzialne ręce Boga albo przeznaczenia.

Wypił kawę, przebrał się i mrużąc oczy w słońcu przebiegł krótki dystans dzielący drzwi wynajętego domu i należący jak najbardziej do niego samochód.

Zielona trawa Ciudad Deportivo de Valdebebas zraszana o świcie z daleka mamiła niemal nienaturalnie intensywnym kolorem. Na parkingu o tak wczesnej porze poza kilkoma samochodami obsługi ośrodka i jego asystenta, stało tylko lśniące czarne cacko z gustownie wygrawerowanym w srebrze i złocie herbem klubu w miejscu, gdzie powinny znajdować się dwa stykające się owale przedstawiające wariację na temat litery „T". Wyglądało na to, że „Szczęśliwa Siódemka" wróciła z nieudanych wakacji wzbogacona nie tylko o nową opaleniznę. Charakterystycznej blond fryzury nie widać było jeszcze na jednym z boisk. Pewnie przebierał się w szatni.

Severus skierował swoje kroki do kafeterii. Nie miał nastroju, by przygotowywać sobie rano śniadanie, a wiedział, że będzie już tam na niego czekał Antonin z filiżanką espresso i najnowszym wydaniem Marcy, As'a, El Pais lub wszystkimi trzema.

- Tutaj, Sev! – Antonin zaczął wymachiwać rękoma, gdy tylko zobaczył go w drzwiach.

Nie było potrzeby. Na sali poza nimi dwoma kręciła się tylko kelnerka ustawiająca przyborniki z przyprawami.

- Siadaj, siadaj.

Antonin byłby człowiekiem irytującym, gdyby nie jego niekwestionowana użyteczność. Zdążył zamówić im obu śniadanie, wykonać kilka telefonów i przejrzeć najważniejsze gazety sportowe.

- Nowi już wstali?

- Chyba tak. Jest z nimi ich menager i Nestor. Poprowadzi ich za rączki przez całe miasto. Najpierw mają badania w La Moraleja, a potem sesję zdjęciową.

Severus przysunął jedną ze sportowych gazet. Na okładce dwóch młodych mężczyzn w jeansach i powyciąganych podkoszulkach miało niezbyt inteligentne miny. Sylwetka wyższego z nich była bardzo obiecująca: wysoki, barczysty, bez nadmiaru tkanki, jasnobrązowe włosy przycięte krótko. Drugi przy nim wyglądał jak cherlawy dzieciak wyciągnięty ze szkoły średniej. Ubranie na nim wisiało, za długie czarne włosy opadały na twarz, a z tyłu sterczały, jakby dopiero zerwał się z łóżka. Musiał je odgarnąć ręką by tymi ślepiami koloru boiskowej murawy w ogóle dostrzec, co ma przed sobą. Tytuł artykułu głosił, że są „nowymi nadziejami dla Królewskich". Prosto ze stadionów Polski i Ukrainy pod skrzydła najbardziej utytułowanego klubu na świecie.

- Przyda im się – prychnął Severus – Moi chłopcy nie mogą wyglądać jak żule z krajów trzeciego świata.

- Nowe zdjęcia, nowe koszulki. Zaraz zaczną się lansować.

- Już są gwiazdami – odparł skupiając uwagę na filiżance kawy – Choćby przez to, że przyjechali do Madrytu.

- Kto by pomyślał, że w jakimś zapyziałym niemieckim miasteczku znajdzie się takich dwóch utalentowanych dzieciaków – westchnął Antonin.

- Nie do końca zapyziałym. Ich klub w 2009 roku zdobył Puchar Niemiec. Neville dostał nagrodę dla najbardziej wartościowego młodego niemieckiego piłkarza i szczerze mówiąc nie wiem, czemu obaj do tej pory nie zwiali do Premiership.

- Wkrótce będziesz miał okazję ich o to zapytać.

Uśmiechnął się pod nosem.

- O ile będą w stanie udzielić mi wyczerpującej odpowiedzi po hiszpańsku.

- Nie za wiele wymagasz od nich na starcie?

- Za taką kwotę? Nie.

- Och, przestań – jęknął Antonin – Przecież Pottera dostałeś prawie za darmo!

- Bo tylko tyle jest wart.

- Spotkałeś go tylko raz – argumentował jego asystent – Co ci się już w nim nie podoba?

Sev wzruszył ramionami. Nie widział tego chłopaka w swojej drużynie. Potrzebował zmiennika Zabiniego, gdyby ten nabawił się kontuzji. Poza tym prezesowi klubu spodobała się gra dzieciaka na Euro. W ten sposób obaj byli zadowoleni – Severus miał nowego mocnego obrońcę, a Marvolo – środkowego pomocnika uziemionego do końca sezonu na ławce rezerwowych. Jeśli Potter miał się mu do czegoś przydać, to poza murawą.

- Załatw im jakąś nauczycielkę hiszpańskiego.

- Robi się!

- A ja pogonię naszą gwiazdę z boiska.

- Malfoy? – zdziwił się Antonin – A co on tutaj robi? Dziś nie mamy treningu.

- Pewnie próbuje leczyć nadszarpniętą dumę.

Rozstali się w dobrych nastrojach. Mieli zobaczyć się ponownie za kilka godzin na stadionie przy okazji konferencji prasowej. Antonin pożegnał się krótko z komórką przy uchu. Severus ponownie wyszedł na lejący się z nieba żar. Dwa lata w Hiszpanii po prawie dziesięcioletniej nieobecności, a wciąż nie mógł się przyzwyczaić do tutejszego klimatu. Kiedyś przychodziło mu to łatwiej, być może dlatego, że uważał Hiszpanię za swój dom. Teraz domem był Londyn. Tam mieszkała jego rodzina, tam wracał po pracy.

A jednak czasem w środku nocy spędzanej gdzieś daleko budził się z uczuciem tęsknoty za Barceloną.

Wiatr rozwiewał mu włosy. Pot lepił się do skóry, przesiąknął koszulkę i powoli zbierał się na skroniach. Po drugim okrążeniu nie czuł jeszcze zmęczenia, a euforia znana biegaczom tylko dodawała mu skrzydeł. Krew szumiała w uszach pompując endorfiny. Tutaj mógł zapomnieć o problemach i po prostu być.

W połowie trzeciego okrążenia zobaczył znajomą, wysoką sylwetkę. Ich trener nigdy zawodowo nie grał w piłkę nożną. Zastanawiające, dlaczego, skoro miał warunki fizyczne i od zawsze interesował się sportem.

Przeszedł w trucht, a następnie zatrzymał się przed ubranym w garnitur mężczyzną.

- Draco, nie mamy dzisiaj treningu. Uciekaj z bieżni.

Posłał mu standardowy uśmiech, za który kochali go wszyscy fotografowie.

- Jeszcze tylko trzy okrążenia, szefie – poprosił – Tutaj przynajmniej jest spokojnie. Od kiedy wróciłem z wakacji, nie mogę wyjść z domu bez paparazzich.

Tydzień wcześniej jego kolejna była dziewczyna udzieliła wywiadu dla plotkarskiej telewizji. Wyrzucała mu egoizm, narcyzm i całkowity brak wyczulenia na jej potrzeby. To akurat się zgadzało, bo Lavender myślała wyłącznie o wypromowaniu siebie w mediach. Okazała się jednak na tyle perfidna, by oskarżyć go o brutalność w łóżku. Kusiło go, by wystąpić w tym samym programie i przedstawić prawdziwą wersję zdarzeń. A ta była znacznie bardziej prozaiczna. Draco nigdy nie wylądował z Lavender w łóżku. Chodzili ze sobą cztery tygodnie i przez ten czas największą inicjatywą z jego strony było wsadzenie rąk pod jej sukienkę.

Trener pokiwał głową. Ciężko było stwierdzić, czy rzeczywiście wczuwa się w jego sytuację, czy też udaje zrozumienie. Draco często przekonywał się, że Snape wie zbyt dużo, by zachowywać się w jego obecności absolutnie swobodnie. Był jak szpieg śledzący każdy kaprys Justina, każde potknięcie Blaise'a i każdy żart Seamusa i Deana.

- Nie przemęczaj się.

- O to proszę się nie martwić – zapewnił Draco – Kiedy jestem w ruchu lepiej mi się myśli.

Snape przybrał dobroduszny wyraz twarzy, co jednak nie złagodziło jej ostrych rysów. Już miał odejść, ale zatrzymał się w pół kroku.

- Draco, znajdź sobie szybko dziewczynę.

- Jak na razie wystarczy mi ostatniej – machnął lekceważąco ręką.

- Masz 26 lat. Twoi koledzy są już w trwałych związkach, żenią się, mają dzieci… - Severus zawiesił głos – Znajdź sobie szybko dziewczynę, bo gazety zaczną spekulować.

Draco mimowolnie zacisnął ręce w pięści. Chyba jego trener nie miał na myśli tego samego, co on. W szatni niektórzy podejrzewali coś, ale nikt nie zapytał wprost. Tak było lepiej i dla niego i dla nich. Dzięki temu, że nosił białą koszulkę, wszyscy dobrze zarabiali. Bez niego ich pensje nie sięgałyby nawet połowy obecnej stawki. Zapewne ta świadomość wiązała im języki i mogli być przyjaciółmi także poza boiskiem.

Podczas pierwszego dnia w stolicy Hiszpanii kilka faktów rzuciło mu się szczególnie w oczy.

Po pierwsze: upał.

Neville wiedział, że aklimatyzacja potrwa kilka tygodni. Póki co pocił się jak szczur w białym podkoszulku i ciemnych spodniach-bojówkach. Wychodząc z hotelu lub chłodnego wnętrza limuzyny z trudem łapał pierwszy oddech. Miał wrażenie, że przebija się przez ścianę ognia. Z zazdrością zerkał na przyjaciela, któremu ani jedna kropla potu nie wystąpiła na czoło. W samym jerseyu i czarnych jeansach zapewnie czuł się równie komfortowo, jak w kąpielówkach na plaży.

- Co? – uniósł w górę brwi.

- Nic – Neville potrząsnął głową – mam tylko nadzieję, że jak już się przeprowadzimy do normalnego domu, to będzie tam klimatyzacja.

- Większość domów w Madrycie ma klimatyzację – zapewnił go lekko zaokrąglony Hiszpan z włosami przyprószonymi nobliwą siwizną.

Pokierował ich na schody prowadzące do głównego szpitalnego wejścia.

Jak mu było? Pretor? Cezar?... może Nestor. Mężczyzna przedstawiając się użył przynajmniej dziesięciu słów. Nie próbował zgadnąć, które to jego imiona, a które nazwiska.

Po drugie: wszyscy ważni ludzie (lub ci próbujący za takich uchodzić) noszą okulary przeciwsłoneczne.

Nie doszli do drzwi. Oczywiście, że nie doszli.

- Łaaaaaa! Harry Potter!

Jego przyjaciel przybladł nieco, ale szybko wyprostował się i z godnością podszedł do grupy piszczących młodziutkich Hiszpanek.

Neville popatrzył z ukosa na ich menedżerkę. Rita przesunęła wielkie, opalizujące lustrzanki na koniec nosa i posłała mu pełen satysfakcji uśmiech. Wyglądała dziś jak wielki robal z dżungli amazońskiej jaskrawymi kolorami odstraszający drapieżniki.

- O czym powinienem wiedzieć?

- Masz konto na Twitterze – każde jej słowo ociekało słodyczą.

Rita nigdy nie kryła powodów, dla których wybrała swój zawód. Mogła bez końca gapić się na jędrne ciała sportowców i obracać wielkimi pieniędzmi.

- Po hiszpańsku?

- Si.

Tymczasem po małym zamieszaniu przed wejściem Harry używając zaawansowanego dialektu migowego doszedł do porozumienia z dziewczynami i pozwolił się sfotografować. Właśnie obejmował dwie z nich i zaczął prezentować zestaw kombinacji gestów zwycięstwa i kciuków w górze, gdy Neville otrzymał mocne pchnięcie w plecy. Zaskoczony obejrzał się na zadowoloną Ritę.

- Przyzwyczajajcie się chłopcy do roli celebrytów! – zawołała, ale jej ostatnie słowa utonęły w pisku.

- Łaaaaa! Neville!

Po trzecie: hałas

Jak ktokolwiek mógł usłyszeć cokolwiek na szpitalnym korytarzu, nie miał zielonego pojęcia. Błysk flesza oślepił ich na moment. Na szczęście Nestor przegonił fotoreportera. Oficjalną prezentację połączoną z konferencją prasową i zwiedzaniem Bernabeu mieli zapowiedzianą na wieczór przed uroczystą kolacją z szefostwem klubu.

- To było straszne – podsumował Harry.

- Do ciebie się tak nie kleiły.

- Cóż… uznały, że z naszej dwójki ty jesteś ładniejszy.

Neville roześmiał się głośno na to stwierdzenie.

Rita zostawiła ich na pięć minut w spokoju. Musieli się przebrać przed badaniami i pozdejmować metalowe elementy.

Neville miał tylko prosty, srebrny łańcuszek od dziewczyny. Przy jego koledze za to zebrała się spora kupka męskiej biżuterii. Solidny, ale już nie najnowszy zegarek – od ojca, tybetańska bransoletka – od selekcjonera reprezentacji i dwa grube, złote łańcuszki.

- Jeszcze ci tylko kolczyków brakuje – zażartował zrzucając podkoszulek – Wiesz, kto nosi kolczyki?

- Spadaj – Harry odepchnął go lekko i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Słyszałem, że są z najczystszej platyny – Neville nie poddawał się.

- Jak to ciebie tak bardzo interesuje, to niedługo będziesz miał okazję osobiście go o to zapytać.

Harry tymczasem zaczął skrupulatnie pozbywać się wsuwek, które ginęły niezauważenie w jego czarnych włosach. Neville już otworzył usta, ale zatrzymał go uniesiony ostrzegawczo palec.

- Nie.

- A…

- Ani słowa, Nev.

- Ale…

- Gianluigi też upina sobie włosy, a ma chyba trzydziestkę.

- Gianluigi to Włoch – w mniemaniu Neville'a to wiele tłumaczyło.

- No to co? – jak widać Harry był odmiennego zdania.

Rita zrobiła im jeszcze kilka zdjęć telefonem puszczając przy tym oko Neville'owi. Przeczuwał, że za kilka godzin obrazki jego i Harry'ego z badania EKG dostaną się do Internetu.

Usposobienie jego najlepszego przyjaciela stanowiło nie do końca dającą się zdefiniować mieszankę niecierpliwości i spokoju. Dopóki zajmowali się nim lekarze, znosił wszystko. Bardzo rzadko zabierał głos i rozmawiał głównie z Nestorem. Przeczuwał, że właśnie to może stanowić dla Harry'ego największy problem.

Państwo Potterowie wyprowadzili się nagle z Wysp Brytyjskich, gdy Harry skończył rok. Od dziecka rozmawiał w dwóch językach – po angielsku i po niemiecku. Wydawało się więc, że i z hiszpańskim nie powinien mieć większych kłopotów, w przeciwieństwie do klubowego kolegi nie rozstającego się z mini słownikiem. Jednak konieczność porozumiewania się z lekarzami za pośrednictwem Nestora irytowała go. Z upływem czasu na jego twarzy coraz częściej gościł grymas.

Gdy wyrwał się wreszcie na wolność, zostawił ich daleko za sobą i zniknął w plątaninie szpitalnych korytarzy. Gdzieś z boku Rita trajkotała przez telefon, zamawiała bilety na lot powrotny do Frankfurtu. Nestor westchnął do siebie i pokręcił głową. Gest ten nie umknął uwagi Neville'a.

- Proszę pana, Harry nie będzie sprawiał kłopotów – zapewnił – to najbardziej opanowany chłopak, jakiego znam.

Starszy pan skinął mu głową, ale w jego spojrzeniu nie było przekonania.

- Będziecie mogli na niego liczyć – dodał Neville.

Wysupłał z kieszeni mocno zużyty słownik i rozejrzał się po znakach kierujących na poszczególne oddziały.

- Czego szukasz? – zapytał cicho Nestor.

- Pediatrii.

- Chodźmy – chwycił go za łokieć i poprowadził we właściwym kierunku. Zostawili Ritę przy windzie. Nie przejmował się nią. Ta kobieta odnalazłaby drogę nawet na Marsie.

Po czwarte: samotność.

Harry stał z rękoma opartymi o przeszkloną ścianę. Wpatrywał się w inkubatory, w których bezpiecznych wnętrzach tliło się życie. Wpatrywał się w sześć uśpionych istot takim wzrokiem, jakby był najsmutniejszym człowiekiem na świecie. Nie dał po sobie poznać, że słyszy ostrożne kroki, ale Neville wiedział lepiej.

- Czy ja wybrałem źle? – zapytał ochrypłym głosem.

- Nie.

Neville już miał położyć mu dłoń na ramieniu, przerwać melancholijny nastrój. To nie jest odpowiednie miejsce na tego typu rozmowę.

- Niektórych rzeczy nigdy nie będę mieć.

- Mimo to wciąż można o nich marzyć.

- Nigdy nie doczekam się własnej rodziny. Moją karierę może przekreślić jedna kontuzja – Harry zerknął na przyjaciela – I kompletnie nie rozumiem, co ci wszyscy ludzie do mnie mówią.

Ostatnie stwierdzenie podniosło Neville'a na duchu.

- Nie za wiele od siebie wymagasz? Jesteśmy tylko półgłówkami umiejącymi kopać piłkę. Po co nam znać języki?

- Jak mały Creevey – parsknął Harry.

Podobno Dennis Creevey, Kolumbijczyk z urodzenia, Anglik po rodzicach i Hiszpan z wychowania, nie umiał nawet poprawnie sklecić zdania po angielsku. Stałym bywalcom Camp Nou nie przeszkadzało to widzieć w nim boga.

- Jak mały Creevey – powtórzył za nim Neville.

Rozmowa zeszła na bezpieczny grunt.

- Zupełnie w tym roku nie zasłużył na Złotą Piłkę. W poprzednim tak, ale nie w tym.

- Czyżbyś kibicował Malfoyowi?

- Znasz moje zdanie, Nev.

- Cedric Diggory.

- Siedem minut, Nev. Tyle mu zajęło wyeliminowanie Barcelony z Ligi Mistrzów. Mam rację, panie Nestorze? – Harry zwrócił się do czekającego na nich cierpliwie mężczyzny.

- Z reguły kibicuję naszym zawodnikom.

- Wspaniale by było, gdyby w przyszłym roku wygrał Weasley.

Neville otworzył szeroko oczy i zakrztusił się własną śliną.

- Weasley? Który Weasley?

Chyba nie komplementował rozgrywającego drużyny ich największego rywala uznawanego przez wielu za najlepszego w swoim fachu, ani tym bardziej jego rozrywkowego braciszka uganiającego się za znaną amerykańską aktoreczką, zamiast szlifować umiejętności obrońcy pod bramką Barçy.

- Numer 1 – Harry poklepał go po plecach – Nasz Weasley.