AN: Dziękuję Filigrance za wsparcie i dobrą radę.
Charakterystyczne cztery wieże zaznaczały kontury stadionu i rzucały szerokie cienie na murawę. Intensywny błękit plastikowych krzesełek na trybunach przygasł w promieniach wieczornego słońca. Dobrze pamiętał te urokliwe wieczory, kiedy wszystkie barwy Madrytu zlewały się w jeden złoty ornament.
Gdzieniegdzie złaziła już farba. W zasłoniętych miejscach wciąż zachowały się odciśnięte w betonie ślady po deskach szalunkowych.
- Za rok to wszystko będzie wyglądać zupełnie inaczej – kilka stopni niżej prezes szeroko gestykulował otoczony rojem dziennikarzy.
- Za pięć lat będziemy mieli najwspanialszy stadion na świecie. Godny klubu z tak chwalebnymi tradycjami i osiągnięciami...
Lupin zakaszlał w rękaw garnituru kryjąc zażenowanie. Przez ostatnie 10 lat jego dawna drużyna wygrała całe nic. Odpadali regularnie z Ligi Mistrzów, a Puchar Króla i triumfy w La Liga wędrowały znacznie częściej do Katalonii. Było mu już to teraz całkowicie obojętne. Nie tęsknił za tym miejscem. Czasem wspominał kolegów z szatni i niektórych trenerów. Przewinęło się ich tak wielu przez murawę na Bernabeu. Po przejściu na sportową emeryturę i ostatecznym osiedleniu się w La Finca zaglądał tu wyłącznie na oficjalne uroczystości, kiedy Marvolo potrzebował byłej gwiazdy do wspólnej fotografii.
- Co ja tutaj robię? – zapytał cicho ukradkiem luzując węzeł krawatu.
- Stoisz i przybierasz nobliwą minę – odparł spokojnie stojący obok niego stary przyjaciel.
Garnitury Severusa ostatnio wydawały się już nie tak perfekcyjnie skrojone, jak jeszcze pół roku temu. Spinki już nie tak gustowne, a krawaty nie podkreślały jego specyficznej mrocznej urody. Pół roku wcześniej miotając się przy linii bocznej boiska i poganiając swoich zawodników wyglądał jak idealne ucieleśnienie Lucyfera – uwodzący słowami i gestami zarówno piłkarzy jak i fanów, obrażający na konferencjach prasowych rywali, regularnie narzekający na sędziów. Teraz cała ta wewnętrzna energia zniknęła. Severus był dalej tym samym ponurakiem o charakterystycznym poczuciu humoru. Jednak pod jego oczami pojawiły się cienie, a w gładko zaczesanych do tyłu czarnych włosach błyszczały pierwsze srebrne nitki.
Niedawno minęły cztery miesiące od dnia, kiedy odeszła ona.
Remy przewrócił oczyma.
- Dlaczego ja?
- Bo Raúl nie rozmawia z obecnym prezesem. Niezręcznie by to wyglądało na wspólnym zdjęciu.
- Marvolo chyba nie zrobił mu większej krzywdy niż Perez.
Snape posłał mu długie, pełne politowania spojrzenie.
- Remy, dopóki tu mnie nie zatrudnili, to Marvolo latami odpowiadał za to, kto zostanie, a kto wyleci z drużyny.
W porównaniu z prezesem Snape był szarą eminencją. Chyba nikt do końca nie wiedział, kto obecnie rządzi klubem. Lupin mógł spokojnie założyć się o każde pieniądze, że autorytarne podejście do pracy zapewniło jego przyjacielowi uwielbienie połowy szatni Realu i dozgonną nienawiść pozostałych – z dziennikarzami i włodarzami klubu włącznie.
- Powinienem być teraz z dziećmi – rzucił Remy starając się zmienić temat.
Miał nadzieję, że dawny przyjaciel opowie coś o swoich synach pozostawionych w tonącej w deszczu Anglii.
Niestety jego wysiłek spełzł na niczym. Tu był Madryt a nie Londyn. Tu Snape był w pracy. Zawsze w pracy.
- Jesteś – wskazał ręką na murawę poniżej.
W rzucanym przez jedną z wież cieniu przy częściowo sztucznym oświetleniu dwóch młodych mężczyzn w białych strojach truchtało i podawało sobie piłkę. Na nich koncentrowała się uwaga około trzydziestu zaproszonych fotografów.
- Ja ciągle mam wrażenie, że jestem nauczycielem w przedszkolu a nie trenerem.
Mimo nowego otoczenia i obecności przedstawicieli mediów z daleka dało się zauważyć świetne zgranie obu zawodników. To koledzy z klubu i reprezentacji. Lupin poświęcił dziesięć minut na zapoznanie się z ich podstawowymi profilami. Wypadało przygotować się do wspólnej kolacji i dodać otuchy stremowanym nowym nabytkom Realu Madryt. Biedacy jeszcze nie wiedzieli, co ich tu czeka.
Przewidywał, że Neville'a Longbottoma prasa zostawi w spokoju. Nie ten typ urody i charakteru. Ustatkowane życie, ta sama dziewczyna do czterech lat; chłopak spokojny, nie wadzący nikomu, ciężko pracujący na treningach, posłuszny autorytetom i grający na mało wyróżniającej się pozycji.
Co innego Potter. Coś zgrzytało w jego życiorysie. Podczas Euro w Polsce i Ukrainie chyba cały piłkarski świat zdążył poznać i wzruszyć się historią o tym, dlaczego urodzony w Wielkiej Brytanii Harry J. Potter gra w reprezentacji Niemiec. Dzieciak uczył się grać w piłkę w Bremie. W wieku 20 lat załapał się nawet do składu podstawowego miejscowego klubu, miał talent zapewne porównywalny z Dennisem Creeveyem, niemiecki selekcjoner zachwycał się każdym jego krokiem. Rok temu rodzinny klub wypożyczył chłopaka do drużyny ratującej się przed spadkiem do drugiej ligi, a teraz sprzedał Realowi Madryt prawie za bezcen. 6 milionów euro za piłkarza wybranego do najlepszej jedenastki tegorocznego turnieju to tyle co nic.
Zastanawiające, po co Marvolo (czy też Snape) go kupił. Pewnie, by nie podwinęła im go konkurencja.
Lupin zmrużył oczy i wytężył wzrok.
- Longbottom dostał szóstkę. Wystawisz go do podstawowego składu? Tak od razu? Bez przygotowania?
- A kogo mam wystawić? Potrzebuję drugiego pivoté na wczoraj. Nie mam zmienników. Gówniarze z Castilli mają dokładnie tyle talentu by robić karierę w trzecioligowych klubach Europy Wschodniej.
Młodzieńcy tymczasem zaczęli ustawiać się do proponowanych przez fotoreporterów póz.
Ponad inne odgłosy wciąż wybijały się słowa prezesa Marvolo, spijane chciwie przez dziennikarzy.
Trzy lata temu na prezentacji Malfoya zebrał się komplet widzów, dziś nie było tu nawet tysiąca osób, wliczając w to obsługę obiektu.
- Zobaczyłeś go na Euro.
- Był solidny. Ani razu nie popełnił wielkiego błędu, a jego reprezentacja doszła do półfinałów.
Lupin także oglądał ten mecz. Włosi byli dobrzy, a Niemcom zwyczajnie zabrakło szczęścia. W świat poszły ujęcia triumfalnej pozy czarnoskórego Włocha i chyba nikt nie pamiętał drobnego chłopaka w białej koszulce zlanego potem i walczącego do ostatnich sekund o zmianę wyniku, w przeciwieństwie do swoich kolegów nie dopuszczającego do swej świadomości myśli, że mecz jest już przegrany. Ten sam chłopak padł po ostatnim gwizdku na trawę i schował twarz w dłoniach. Leżałby tam zapewne aż do opuszczenia stadionu przez ostatnich kibiców, gdyby nie wyciągnięta dłoń Neville'a Longbottoma.
- Poza tym będzie grał obok Nott'a. Theo go przypilnuje.
- A Potter?
- Kaprys szefa – odpowiedział szybko Snape.
- Grałby na pozycji Zabiniego.
- Zabini mi wystarczy.
- Nie przepadasz za nim.
Tym razem długo ważył słowa. Remus już obawiał się, że nie doczeka się z jego strony żadnej reakcji.
- Blaise... ma niepożądany wpływ na innych – wyjaśnił bardzo oględnie Severus.
Były piłkarz mógł sobie swobodnie dopowiedzieć resztę. Trener obawiał się o swoją główną gwiazdę i jej przyjaźń z Włochem. Draco Malfoy liczył się bardzo ze zdaniem Zabiniego, prawdopodobnie bardziej niż z decyzjami zwierzchników.
- ... Pottera też nie lubisz – dokończył zdziwiony Lupin – Okay... Co ci dzieciak zrobił?
Najbliżsi powtarzali Remusowi, że ma dar zjednywania sobie ludzi i wyciągania od nich informacji. Tymczasem po prostu lubił mieć pełny obraz otoczenia.
Jeszcze podczas dni chwały jego wiedza o tym, który z kolegów jest w dołku, a który czuje się pewnie, gwarantowała zwycięstwa na boisku. Nigdy nie użył jej przeciwko przyjaciołom, nawet po kontrowersyjnej dla całego sportowego światka decyzji o przenosinach z Barcelony do stolicy Hiszpanii. Przyjaźnie te kosztowały go wiele nerwów i kilka siwych włosów. Mimo to nie żałował żadnej z nich.
- Bremeńczycy umieścili w jego kontrakcie klauzulę. Jeśli w ciągu dwóch lat zgarnie Złotą Piłkę, wypłacimy im dodatkowo 10 milionów euro.
Brwi Remusa poszybowały w górę.
- Rozumiem, że przy obecnych wydatkach chłopak przez te dwa lata Złotej Piłki nie dostanie.
- On jej nigdy nie dostanie. Creevey musiałby zostać złapany na dopingu, a Draco Malfoy połamać obie nogi, a i tak pozostaje jeszcze chociażby Weasley.
- I połowa Barcelony – dorzucił trzy grosze Lupin.
Snape skrzywił się i potrząsnął głową. Widać było, że Barcelona pozostaje dla niego wciąż drażliwym tematem.
x x x
Sala konferencyjna na Santiago Bernabeu nie należała do największych. Nie wypełniały jej po brzegi tłumy dziennikarzy. Lupin mógł oddychać tu całkiem swobodnie, szczególnie teraz będąc na sportowej emeryturze. Kątem oka obserwował dwóch chłopców, których białe koszulki odcinały się od pstrokatej mozaiki ze znaczkami sponsorów na ścianie.
Longbottom, mimo że wyższy z dwójki, zdawał się ginąć. Natomiast Potter wpasował się w otoczenie instynktownie. Zaskakujące, jak spokojnie wyglądał siedząc naprzeciwko hordy hiszpańskich pismaków żądnych jego łez i krwi.
- Czy jesteś szczęśliwy przychodząc do Realu Madryt?
- To ekscytujące uczucie być wreszcie tutaj. To najbardziej utytułowany klub na świecie. Myślę, że każdy młody piłkarz na pewnym etapie kariery marzy, by tu się znaleźć.
- Czego oczekujesz po tym klubie?
- Przede mną było kilku naprawdę wielkich zawodników grających na pozycji ofensywnego pomocnika. Liczę na to, że tutaj rozwinę się nie tylko jako sportowiec, ale też i jako człowiek. Cieszę się, że będę mógł grać przeciwko najlepszym klubom świata.
- Niemcy są wymieniani jako jedni z faworytów przyszłego Mundialu…
- I chcemy udowodnić, że to prawda. Szanujemy rywali. Nie zapominamy też o fanach. To też dla nich dajemy z siebie wszystko. Być może to nam tym razem uda się podnieść puchar.
Remus Lupin był pod bardzo pozytywnym wrażeniem. Chłopaka powinni jak najszybciej nauczyć języka, by miejscowi dziennikarze przypadkiem nie zinterpretowali odwrotnie jego słów. Potem wystarczy wypuszczać go w towarzystwie Finnigana i Dołochowa przed co drugim meczem. Z umiejętnością dyplomatycznego lania wody trzeba się urodzić. Potter potrafił mówić ładnie i obszernie poza tradycyjnymi zwrotami automatycznie powtarzanymi przez znaczącą większość piłkarzy: „Graliśmy dobrze", „Naciskaliśmy na rywala/rywal na nas naciskał", „Cieszymy się z wyniku" i „Sędzia faworyzował przeciwnika".
x x x
Na kolacji Potter zgasł.
Siedzieli przy sporym okrągłym stole zapełnionym wszelkiego rodzaju szklankami i kieliszkami. Większość z nich zdążyli już osuszyć. Chłopcy dostali wodę mineralną i jakieś lekkie piwo. Starsi panowie raczyli się zacniejszymi trunkami. Okropne niemieckie babsko w różowej garsonce bawiło się kolorowym drinkiem i chichotało przy każdym słowie Toma Marvolo.
Severus potwierdził swój ogromny geniusz taktyczny znajdując wśród ośmiu krzeseł miejsce nie sąsiadujące z Marvolo, Skeeter ani młodymi sportowcami. Remus widział, że często zerka pod stołem na swoją komórkę, czyta wiadomości i mało interesuje się otoczeniem.
- Jak pan sobie dał tu radę? – odezwał się cichy głos po jego lewej ręce.
Neville Longbottom odezwał się do niego pierwszy raz tego wieczora. Lupin uśmiechnął się.
- To piękne miejsce. Da się tu być szczęśliwym, o ile nie pozwolisz innym wchodzić ci na głowę.
-A… ale to, co wypisywali o panu w gazetach, znaczy kiedy pan przyszedł do Madrytu… To było okropne.
- Pocieszę cię. Teraz dziennikarze są sto razy bardziej bezwzględni.
I dzięki jego dobremu przyjacielowi żyło się im dostatnio i wygodnie. Za jego czasów szatnia pierwszej drużyny była dostępna dla wszystkich – dziwek, modelek, dziennikarzy, polityków i celebrytów. Szlajało się toto za Ronaldo, właziło do domu Gutiego i robiło zza krzaka zdjęcia rodzinie Lupinów. Obecnie drzwi do szatni zostały szczelnie zamknięte. Sportowi dziennikarze i paparazzi dostali białej gorączki, a sprzedaż gazet wypełnionych plotkami poszybowała w górę. W czasie kryzysu chwytali się wszelkich sposobów na utrzymanie się na rynku i z pewnością nie wypowiedzieli w tej lokalnej wojnie ostatniego słowa.
- Panie Marvolo, już wiem, kogo mi pan przypomina! – natarczywy głos agentki chłopaków wyrwał go z rozmowy.
Kleiła się do prezesa, ku widocznemu rozbawieniu Dołochowa i dyrektora sportowego.
- Pan wygląda zupełnie jak ten aktor z „Angielskiego Pacjenta"!
Gdyby Marvolo znał sposób na zabijanie ludzi słowem lub spojrzeniem, w tej właśnie chwili zrobiłby z niego użytek.
x x x
Rozglądał się wokół jakby pierwszy raz odwiedzał brata. Dom Charlie'go nie różnił się zbytnio od jego domu. Kolejna biała willa tonąca w zieleni i kwiatach, z basenem w ogródku i idealnie skoszonym trawnikiem od ulicy. Jednak wnętrze przeorganizowała już jego dziewczyna. Tracey usunęła wszelkie ślady kawalerskiego życia. Żadnej zużytej piłki kurzącej się przez pół roku w przedpokoju, żadnych rękawic rzuconych niedbale po powrocie z treningu. Dom Charlie'go nie wyglądał już jak dom sportowca. Był po prostu jeszcze jednym z tych nudnych budynków, których zdjęcia zamieszczano w magazynach dekoratorskich – piękny i kompletnie bezosobowy.
Kobiety zebrane wokół Angeliny wydawały z gardeł piski i okrzyki zachwytu oglądając z każdej strony jej brzuch i głośno komentując, czy już coś widać, czy jeszcze nie.
- Będzie świętować razem z tatą potrójną koronę na wiosnę – puszył się George.
Ron zastanawiał się tylko, czy jego brat jest bardziej dumny z dziecka, czy ze swojej kariery.
Charlie zebrał całą rodzinę w ostatni wolny od treningów dzień przed rozpoczęciem sezonu. Bill i Fleur przylecieli z dziećmi aż z Anglii, Percy do ostatniej chwili wymawiał się obowiązkami w swojej instytucji, ale ostatecznie dostał dwa dni urlopu, rodzice i tak wracali z wakacji na Wyspach Kanaryjskich, więc było im po drodze. Na obecność Freda też mogli liczyć. Tamten feralny wypadek sprzed dziesięciu lat zakończył jego marzenia o sporcie, ale jako ich menadżer zawsze był w pobliżu.
Przyjechała też Ginny.
- Charlie – uwiesiła się na ramieniu brata – myślałam, że to będzie taka większa impreza.
George i Ron rozejrzeli się po wypełnionym salonie. Fred udawał, że nie jest z nimi spokrewniony i skupił uwagę na abstrakcyjnym obrazie wiszącym w przejściu do kuchni. Najmłodsze Bill'a podpełzło do niego zaciekawione zadzierając głowę.
- Razem z Tracey chcieliśmy coś ogłosić – Charlie wyswobodził się z objęć siostry i uścisnął rękę swojej dziewczyny.
Nie pasowali do siebie, za cholerę nie pasowali. Dlaczego był z nią już od czterech lat? Dlaczego pozwolił jej zamieszkać pod swoim dachem?
- Druga dzidzia? – pisnęła zachwycona Fleur.
- Na razie jeszcze nie – uspokoiła ją Tracey uśmiechając się słodko – Choć to też mamy w planach.
- Powinniście wiedzieć o tym najpierw. Nie chcę, by moja najbliższa rodzina dowiadywała się z facebooka, że wreszcie ustaliliśmy datę ślubu.
- To wspaniale, kochanie! – mama przytuliła go do piersi roniąc łzy szczęścia.
George odwrócił się od nich z zawiedzioną miną.
- Uśmiechnij się chociaż – Ron szturchnął go nie siląc się na delikatność – Wiem, że cieszyłbyś się tylko wtedy, gdyby stanął u nas na bramce, ale to niemożliwe.
- Oby mu Snape tak obrzydził w tym roku życie, że wreszcie przejrzy na oczy – wysyczał George.
Wymienił z Fredem porozumiewawcze spojrzenia i chwilę później głos drugiego z bliźniaków przerwał festiwal czułości i rzewnych gratulacji.
- To kiedy jemy? Umieram z głodu.
xxx
Przy deserze humor jego brata i jednocześnie klubowego kolegi wyraźnie się poprawił.
- To się nazywa życie – westchnął – Już nikt nas nie śledzi, nie dzwoni w połowie obiadu, nie jęczy, że nie przestrzegam diety. Trzy lata na to czekałem. Wolność.
Ron milczał. Dla niego zmiana trenera nie była powodem do radości. Pamiętał ostatni mecz, kiedy zamiast uśmiechu otrzymali połajankę, bo zachowali się niegodnie.
Od tamtego majowego wieczora głos krytyki zamilkł dla nich na zawsze.
- Ale muszę przyznać, że przynajmniej było na co popatrzeć na treningach.
- Charlie… - Ginny ignorowała marudzące i zmęczone lotem dzieci, z którymi dzieliła swoją część stołu – Ten twój kolega, no wiesz, ten z kucykiem. Słyszałam, że jest wolny…
- Nie.
- Ale on jest taki fajny….
- Nie, Ginny – Charlie stanowczo potrząsnął głową i popatrzył surowo na swoją jedyną siostrę – Ani on nie jest odpowiednim facetem dla ciebie, ani ty tym bardziej dziewczyną dla niego.
- Pozwoliłbyś przynajmniej abym ja to oceniła – odburknęła.
Ron odczekał niecierpliwie do końca posiłku wysłuchując opowiadań ojca, który nawet na Fuerteventurze potrafił się zgubić wychodząc z hotelu.
Jak najszybciej uciekł na taras. Nie chciał widzieć, co stało się z ich siostrą. Z wesołej, rozsądnej dziewczyny zmieniła się w jedną z tych kobiet, które pragnęły pustej sławy u boku jakiegoś celebryty. Większość jej koleżanek zachowywała się tak samo.
Jego starsi bracia mieli dużo szczęścia spotykając swoje drugie połówki. Widocznie tak miało być, że dla niego już tego szczęścia zabrakło.
Gdzieś niedaleko przejechał samochód z mocno podkręconymi głośnikami. Coś zaszeleściło w krzakach. Poza tym okolica była spokojna. Mieszkali tu sami bogacze – artyści, biznesmeni i sportowcy. Łuna świateł zanieczyszczała wieczorne niebo. Było ciepło i bezchmurnie. Uwielbiał tutejszą pogodę. Zdążył już prawie wymazać z pamięci dzieciństwo spędzone w zimnej Anglii.
Nie zareagował na zbliżające się kroki, ale po odgłosie lodu dzwoniącego w szklance alkoholu domyślił się, że to George wyszedł na chwilę odetchnąć chłodniejszym powietrzem.
- Dennis jeszcze nie dzwonił?
Ron potrząsnął głową.
- A to dziwne. Nie zapomniał jeszcze, czy ma czyste skarpetki? Ani gdzie zostawił kluczyki do samochodu?
- On nie jest taką skończoną życiową sierotą – odparł szorstko, ale mina jego brata wskazywała, że ani trochę nie wierzy w te zapewnienia, więc dodał:
- Nie został sam w domu. Colin na pewno do niego dziś zajrzał.
- Ale to ty obiecywałeś jej, że go przypilnujesz. I co z tego macie? Kiedy ostatnio z nią rozmawiałeś? Nie zadzwoniła ani razu nawet do swojego pupilka. Ma nas wszystkich gdzieś.
- Przestań – Ron nieznacznie podniósł głos – Była najlepszą osobą, jaką w życiu spotkałem.
Był pewien, że nigdy nie zapomni ostatnich trzech lat. Po powrocie z wakacji nawet Barcelona wydawała się zupełnie innym miastem. Czegoś brakowało i nie łudził się, że kiedykolwiek to odzyskają.
