Okolica była zielona i cicha. Daleko, za ścianą z równo przyciętych wiecznie zielonych drzewek majaczyły opuszczone rusztowania. Ta część miasta nie dudniła gwarem ludzi. Niedokończone place budowy sprawiały przygnębiające wrażenie. Tu miała być kolejna dzielnica białych willi z basenami i luksusowych wieżowców. Zostały dźwigi i rozjeżdżony piasek. Valdebebas wyglądało jak obiekt z innego świata.

Przez mgłę Harry Potter dostrzegał zieleń i ściany niskich budynków. Wysiadając założył kaptur i zapiął bluzę. Na szczęście powietrze było ciepłe i pachniało trawą i wilgocią.

- Czytałem, że Madryt ma najwięcej słonecznych dni ze wszystkich stolic Europy – odezwał się z tyłu Neville – A my musieliśmy trafić na ten bez słońca.

Obaj zlustrowali prawie pusty parking. Na samym jego końcu stało kilka zakurzonych i nienajnowszych samochodów należących zapewne do pracowników. Nestor podwiózł ich bliżej budynku mieszczącego szatnię pierwszej drużyny. Tu rzucały się w oczy zaledwie dwa auta. Czarny gustowny sedan kosztował zapewne trzy razy więcej niż na to wyglądał. Krzykliwy włoski kabriolet z kolei wyglądał zapewne na dokładnie tyle ile kosztował.

- Nawet w Madrycie czasem są chmury, Neville – odpowiedział jego przyjacielowi Nestor – Jest jeszcze wcześnie. W spokoju zapoznacie się z otoczeniem. Jeśli będziecie chcieli się o coś zapytać, pytajcie.

- Nie umiem po hiszpańsku – wyznał cicho Harry – Kompletnie ani słowa.

- Nauczysz się – zapewnił go Nestor – A póki co zawsze znajdzie się ktoś, kto choć trochę zna angielski.

- Myślałem, że trening zaczyna się o 11.00. Dlaczego tu jest tak pusto? – zapytał Neville.

Harry w myślach podziękował mu, że zmienił temat rozmowy.

Poza tym też był ciekaw. Po 10.30 w Niemczech wszyscy pracowali.

- W Hiszpanii ludzie właśnie kończą śniadanie.

- To ja wolę nie myśleć, co oni robią do bladego świtu – wymamrotał cicho Neville z wyrazem lekkiego przerażenia na twarzy.

Harry puścił do niego oko i uśmiechnął się.

- No wiesz... – zawiesił znacząco głos.

- Jestem z Hannah i nie interesują mnie „takie" rozrywki.

Jego przyjaciel poprzedniego wieczora spędził dwie godziny rozmawiając z pozostawioną w Monachium dziewczyną. Bardzo tęsknił. Tęsknił zawsze, gdy nie mogli się zobaczyć, ale kiedy się spotykali, czas rozłąki zupełnie przestawał dla nich istnieć.

W pomieszczeniach Valdebebas było więcej życia. Ludzie gdzieś szli, coś robili. Ktoś pozdrowił Nestora, ktoś zamienił z nim kilka słów.

Starszy i już łysiejący pan w granatowo-zielonym treningowym dresie zatrzymał ich opiekuna i wymienił z nim kilka uwag po hiszpańsku. Harry zrozumiał tylko przewijające się w rozmowie nazwisko Snape'a.

Szatnia nie wyróżniała się niczym szczególnym. Szafki na ubrania z trzech stron i wolna przestrzeń pośrodku sprzyjały integracji zawodników. Obsługa już dostosowała je do obecności nowych nabytków klubu. Neville od razu poszedł do szafki z numerem 6.

- Widziałeś? – zapytał Harry'ego zdejmując buty.

- Co? – Potter w trakcie zmieniania podkoszulka nie widział nic.

- Malfoy już trenuje.

Faktycznie, miejsce gdzie powinna wisieć koszulka z numerem 7, było puste. Z półki poniżej mieszczącej do wyboru: długie spodnie, rybaczki i krótkie spodenki, zniknęły te ostatnie.

Harry przełknął głośno ślinę i postarał się przybrać obojętny wyraz twarzy. A więc stało się. Już niedługo nie tylko pozna osobiście największą gwiazdę swojego nowego klubu, a także będzie z nim grać.

- Wszystko będzie dobrze – zapewnił go Neville – Wystarczy tylko, że zrobimy postęp poza to idiotyczne „no hablas espanol".

Nie zdążył powiedzieć więcej, bo otworzyły się drzwi do szatni i wszedł spokojnym krokiem pierwszy z ich nowych kolegów.

Gładko ogolona twarz i równo przycięte włosy nie zdradzały jego wieku. Theo Nott wyglądał dobrze i cieszył się niezłą formą jak na trzydziestolatka. Jego ubranie kojarzyło się Harry'emu z hipsterskimi gazetami, które ostatnio czytała jego siostra i oglądanymi przez nią romansidłami o wampirach.

Theo przystanął na środku pomieszczenia. W przeciągu sekundy obejrzał dwóch chłopaków i skojarzył ich obecność akurat w tym miejscu i o tej porze. Harry dosłownie widział cały proces myślowy na jego twarzy.

- ¡Bienvenidos!

- Cholera by to wzięła... – wymamrotał z boku Neville na wszelki wypadek przechodząc na niemiecki – Do tego jeszcze nie doszedłem...

Skierował tęskny wzrok pod swoją szafkę, gdzie leżał wymiętoszony kieszonkowy słownik.

Mężczyzna zaśmiał się krótko i wyciągnął do nich rękę.

- Dzień dobry, jestem Theodore Nott – odezwał się najczystszą angielszczyzną, jaką można usłyszeć na wykładach w Eton lub w oksfordzkiej bibliotece – Możecie mówić do mnie Theo.

Z tonu głosu dało się wywnioskować, że to jedyne zdrobnienie i przezwisko, jakie toleruje.

Mocno uścisnął dłoń Harry'emu i na dłuższą chwilę zatrzymał się przy Neville'u.

- Naprawdę cieszę się, że będziemy razem grać. Doprawdy, w tym roku potrzebujemy pomocy profesjonalisty. Krycie środka pola z ligowymi średniakami jeszcze jakoś wygląda, ale na Barçę i Ligę Mistrzów to za mało.

Neville kilkakrotnie otwierał i zamykał usta, zanim wymyślił logiczną odpowiedź. Do tej pory jedynie selekcjoner kadry zwracał na niego uwagę. Trenerzy klubowi zostawiali go samemu sobie, bo nigdy nie sprawiał problemów, nie buntował się i grał na równym poziomie.

- Oż cię... Żeby to jasna cholera... – do szatni wtoczył się na wpół zaspany młody mężczyzna z potężnym afro na głowie.

Właściwie to spod jego włosów nie dało się rozpoznać twarzy. Na szczęście odgarnął je prezentując nowym kolegom śnieżnobiały szeroki uśmiech.

- Nott, to ja miałem być dziś pierwszy! – jęknął zataczając się pod szafkę z numerem 12.

Theo wzruszył ramionami.

- Więc... o czym to ja mówiłem? Aha, szkoda, że nie załapaliście się na presezon w Los Angeles. Ogralibyśmy się bardziej. Ale w sumie to nic straconego... Niektórzy robili sobie zakupy i umawiali się na randki z aktorkami zamiast myśleć o lidze.

- Nott! Przez ciebie przegrałem zakład z Zach'em!

- To powiedz mu, że przyjechałeś razem z poranną zmianą pierwszym autobusem.

- Ha ha ha. To nie było zabawne. Ani trochę.

Wydawało się, że nawet włosy piłkarza lekko opadły.

- Lee Jordan – przedstawił się obejmując Neville'a, a potem Harry'ego i klepiąc ich po plecach – Kto wymyślił wstawanie o dziewiątej rano? To nieludzkie kazać wstawać komuś tak pięknemu i zdolnemu jak ja o takiej porze.

Neville miał przeczucie, że nowa drużyna należy do tych bardzo przyjacielskich, gdzie trenerzy zachęcają podopiecznych do jak najczęstszego kontaktu fizycznego. Firenze kiedyś im to wyjaśniał na zajęciach z oddychania. Dotyk wytwarza więź i łagodzi stres. Nie możesz długo gniewać się na kogoś, kto okazuje radość po zdobytym golu padając ci w ramiona.

Przerażone spojrzenie Pottera z drugiego końca pomieszczenia świadczyło, że myśli o tym samym.

- Czy Mister „Walking Grace" zaczął już was zanudzać opowieścią o tym, jak to Tottenham stał się najwspanialszym klubem na świecie?

- Właśnie mi przerwałeś.

Sądząc po odgłosach dobiegających z korytarza, pojawiła się większa grupa.

- Ej, Jordan! Co robi twoja fura na parkingu? Wczoraj w Marca TV podali, że znów dostałeś mandat.

Po chwili do szatni wtargnęło dziesięć osób. Na kwadrans przed treningiem wszyscy poświęcili przynajmniej kilka sekund by się przedstawić i wypytać nowych kolegów o Madryt, Niemcy i ulubione aktorki filmowe. Gdyby nie to, że Harry znał ich twarze z wiadomości sportowych, miałby trudność z zapamiętaniem wszystkich imion i nazwisk. W ciągu kolejnych pięciu minut pomieszczenie zapełniło się sportowcami w różnych fazach ubrania bądź też rozebrania. Ktoś włączył muzykę ze smartfona. Ktoś inny narzekał, że za poprzedniego trenera to można było wnieść do szatni normalny sprzęt grający.

- Cieszcie się, że jeszcze nie lecą powtórki z FCB TV! – przerwał litanię porównań zdecydowany głos z mocnym, południowym akcentem.

Co prawda najnowszy hit popularnego hiszpańskiego piosenkarza, syna jeszcze słynniejszego hiszpańskiego piosenkarza, dalej dudnił w tle, to jednak ogólne odgłosy przycichły. Piłkarze przytaknąwszy swojemu koledze kończyli w pośpiechu zakładać stroje treningowe.

Lekko oszołomiony Harry przysiadł na ławce. Szafki obok mieli rezerwowi wyrwani z Castilli i dwóch prawie sportowych emerytów po trzydziestce. Dopiero kiedy w jego polu widzenia zjawiły się dwie pary obuwia – jedne czarne, drugie wściekle niebieskie z małymi hiszpańskimi flagami – podniósł wzrok.

- Harry Potterze – sam Charlie Weasley wyciągał do niego rękę.

Ten Charlie Weasley nazywany tu Królem Carlosem, żywa legenda stojąca w bramce Realu Madryt w czasach, kiedy mały Harry błagał dosłownie na kolanach babcię Neville'a by ta pozwoliła wnukowi zapisać się do szkółki Werderu.

- Jestem Charlie, a to Seamus.

- Sie ma – drugi kapitan skinął Harry'emu głową.

- Witamy w Realu Madryt. Cieszę się, że trafiliście tutaj. Czeka nas dużo pracy, ale wierzę, że jako drużyna damy sobie radę ze wszystkimi...

- W wolnym tłumaczeniu: „Idziemy po La Decimę" – streścił jego kolega.

- Dziękuję, Seamus.

- Nie ma za co... – w jasnych oczach długowłosego piłkarza Harry zidentyfikował niebezpieczny błysk – Stary!

Zdobyczny skarb reprezentacji Hiszpanii klepnął z całej siły swojego kapitana, aż ten omal nie przygniótł Harry'ego. Sam tymczasem zniknął w grupie głośno rozmawiającej po hiszpańsku.

- Przepraszam – Charlie przysiadł obok na ławce – Seamus ostatnio nie daje mi spokoju z tym „starym". Jakbyś czegoś nie wiedział, nie rozumiał, ze wszystkim, ale to wszystkim możesz przyjść do mnie. Nawet z tym, co uważasz za głupstwo.

Rozejrzał się po szatni i poskrobał się za uchem.

- Zasady są właściwie takie same jak w innych klubach. Słuchasz trenera, nie kwestionujesz autorytetów i się nie obijasz. Dzień wolny dostaniesz tylko wtedy, kiedy twoja sytuacja osobista tego wymaga. A kara za spóźnienie na trening wynosi od 5000 do 40000 euro. Jakieś pytania?

- Jeszcze nie dostałem pierwszej tygodniówki...

Śmiech Charlie'ego zadzwonił donośnie w uszach. Jakoś miał wrażenie, że jego nowy kapitan ostatnio rzadko się śmieje.

Nieco dalej widział czarnoskórego wysokiego mężczyznę podającego rękę Neville'owi. Rozmawiali o czymś powoli. Dopiero gdy ten odwrócił się, Harry dostrzegł jego numer na plecach. Dziesiątka, Blaise Zabini, główny rywal do pierwszego składu.

Nagle rozmowy urwały się. Charlie wstał i wyszedł na środek szatni. Harry idąc za jego przykładem także wcisnął się między kolegów.

- Dzień dobry, panowie. Ufam, że ostatni wolny dzień w tym miesiącu spędziliście owocnie.

W drzwiach stał Severus Snape. Kontury jego postaci zniekształcały promienie porannego słońca wpadające z korytarza.

- Tak, panie trenerze! – odezwał się chór głosów.

Snape podniósł dłoń i wykrzywił usta w czymś, co należało zapewne odbierać jako uśmiech.

- Proszę, tylko bez szczegółów... – przerwał mu śmiech - ...Tych się dowiem z dzisiejszego wydania Marcy i Asa.

- Oj! To nie moja wina, że na pustej prostej drodze zrobili ograniczenie prędkości – bronił się Lee Jordan.

- A gdyby tam przechodziła staruszka z chodzikiem, albo matka z trójką dzieci?

- O pierwszej w nocy?

Za plecami lewego obrońcy rozległ się tłumiony chichot.

- Poza tym kiedy pan widział ostatnio w Madrycie matkę z trójką dzieci?

- Nie zmienia to faktu, że złamałeś przepisy, dałeś się złapać i teraz to senior Oliveira będzie się tłumaczyć przed dziennikarzami, dlaczego klub zatrudnił grajka, który nie rozróżnia drogi do Alcorcon od najnowszej wersji GTA.

- Lo siento... Lo siento... – wymamrotał zażenowany Lee kryjąc twarz w dłoniach.

- W najnowszej wersji GTA drogi wyglądają lepiej – zauważył cicho stojący obok Harry'ego Michael Corner – Poprawili grafikę.

Za plecami trenera pojawił się starszy pan, którego widzieli już wcześniej. Między nimi prześliznął się prawie niezauważenie spocony jasnowłosy mężczyzna.

- Nie martw się – tymczasem Seamus Finnigan pocieszał głośno kolegę ku ogólnej radości szatni – Pamiętaj, że będziemy cię kochać tak długo jak długo nie pomylisz Estadio Bernabeu z najnowszą wersją FIFA.

- Czego i ja wam życzę – dokończył Snape i zmienił temat – Zdążyliście już poznać nowych kolegów z Niemiec. Tak, to ci, od których kilku z was dostało baty na ostatnich mistrzostwach – na chwilę jego głos utonął w fali śmiechów i komentarzy – Ale ponieważ jesteśmy teraz w Hiszpanii i reprezentujemy hiszpański klub, od tej chwili rozmawiacie tylko po hiszpańsku.

Tym razem, ku zdziwieniu Harry'ego, nie było żadnych protestów.

Na zawołanie starszego pana szatnia zaczęła powoli się opróżniać. Charlie i Seamus wydawali się nieco ociągać i rozmawiali szybko przyciszonymi głosami. Draco Malfoy w ekspresowym tempie zmienił przepoconą koszulkę na czystą. Dean Thomas wyłączył szybko komórkę i schował ją do szafki.

- Ale... panie trenerze... – Neville zebrał się na odwagę i podszedł do Snape'a – My w ogóle nie znamy hiszpańskiego.

- Antonin zapisał was obu na prywatne lekcje.

- Ale...

- W mojej szatni nie ma podziału na grupy hiszpańską, portugalską czy francuską. Nie będzie też grupy niemieckiej.

- Ale jak mamy trenować nie rozumiejąc poleceń?

- Cóż – na twarzy Snape'a znów pojawił się grymas imitujący uśmiech – Nauczycie się szybciej.

- ¡Animo Potter! – zawołał cicho Dean tonem, który miał mu zapewne dodać otuchy.

Harry był jednak zbyt wytrącony z równowagi, by zauważyć lecącą w jego kierunku butelkę z wodą. Próbując ją jednak złapać w ostatniej chwili potknął się i upadł.

Piękny przykład zachowania równowagi w każdej sytuacji, i to akurat na oczach trenera, obu kapitanów i jego.

- ¿Como estás? – cień nad rozłożonym ciałem Harry'ego należał do blondwłosej gwiazdy.

Draco Malfoy wypowiedział jeszcze kilka słów z ledwie zauważalnym miękkim akcentem i wyciągnął do niego rękę.

- Nie, dzięki.

Na przystojnej twarzy przez moment pojawił się wyraz zaskoczenia. Malfoy przybrał neutralną minę i wycofał się.

Zanim Harry pozbierał się z podłogi, jedynie Neville z niepewnym uśmiechem czekał na niego w drzwiach.

- Chodź, słyszałem, że mogą nam wlepić nawet 40000 euro kary, a jeszcze nie zdążyłem nawet tyle tu zarobić.

x x x

Trening wyglądał podobnie jak te organizowane przez Firenze. Przez dwadzieścia minut wykonywali rozgrzewkę – truchcik po obwodzie boiska, ćwiczenia rozciągające, truchcik z przeszkodami. Na drugim końcu starszy pan, którego wcześniej widzieli ze Snape'm, nadzorował postępy bramkarzy. Potem trener dał znać asystentowi by ten pozbył się reporterów i zaczęli ćwiczenia z piłką. Harry siłą bezwładu ciągnął za swoją grupą. Powtarzał te same zagrania, co koledzy ustawieni przed nim w kolejce. Wszyscy żartowali między sobą. Widział uśmiechy na twarzach. Widział jak Blaise Zabini ciągnie Malfoy'a za koszulkę, jak Terry Boot i Dean Thomas próbują zaskoczyć Rogera Davies'a i jak Theo Nott tłumaczy coś spokojnym tonem uważnie słuchającemu Miles'owi Bletchley'owi. Jednak równie dobrze mógł znajdować się na obcej planecie. Czuł się na murawie Valdebebas tylko widzem mogącym dopingować bardziej doświadczonych i utalentowanych kolegów. Nie rozumiał ani słowa z rzucanych często przez trenera uwag.

x x x

Zmęczony i rozgoryczony zwlókł się do szatni i długo moknął pod prysznicem. Jako jeden z ostatnich piłkarzy opuszczał budynek. Jeszcze Davies i Corner zatrzymali się porozmawiać z grupą dawnych kolegów z Castilli.

Neville czekał na niego przy wejściu do budynku intensywnie przyglądając się kawałkowi papieru wielkości wizytówki.

- Idziemy?

- Uhm... Dołochow zapisał nas na lekcje hiszpańskiego...

- Super – Harry nawet nie próbował symulować oznak entuzjazmu.

- ... dwa razy dziennie. W niedziele też.

- Co?! Dwa treningi, dwa razy na lekcje, Rita umówiła mnie chyba na 20 wywiadów tylko w tym tygodniu. Kiedy niby mam się tu zaaklimatyzować?

Neville posłał mu współczujące spojrzenie. Dotarli na parking, ale po samochodzie Nestora nie było już śladu.

- Zastanawiam się, jak wrócimy do hotelu...

- No nareszcie, człowieku! Myślałem, że zasnęliście tam – przywołał ich oparty o maskę drapieżnie wyglądającego srebrnego auta Seamus Finnigan.

x x x

Skóry na tylnym siedzeniu były obscenicznie miękkie. Z niewidzialnych głośników sączyła się ckliwa piosenka nadająca się bardziej na wieczorną porę. Harry nie rozumiał ani słowa, ale tonacja i pełen słodyczy kobiecy głos podpowiadały mu, że jest o miłości.

- Gdzie was trzymają? W La Finca?

- Nie. Mieszkamy na razie w tym hotelu – siedzący obok ich nowego kierowcy Neville wydobył z portfela odpowiednią wizytówkę.

- Ach, to jedziemy do Centro – ku zgrozie obu pasażerów Seamus przestał patrzeć na drogę – Człowieku, ile ty tego tam masz? Nie pęknie ci? – zapytał wskazując palcem na portfel Neville'a wypchany pokaźną ilością wizytówek i karteczek z adresami, nazwami i numerami telefonów.

- Wolę być przygotowany na każdą sytuację.

- Ja mam od tego agenta – spojrzenie Neville'a musiało być co najmniej powątpiewające, bo po namyśle Finnigan dodał:

- I komórkę.

- A jak ci się bateria wyładuje?

Roześmiał się głośno.

- Dobra, człowieku, wygrałeś.

- Zawsze tu taki mały ruch? – zagadnął Neville.

- Och, nie – ich kierowca potrząsnął głową wprawiając w ruch krótki kucyk – w godzinach szczytu ledwie da się przejechać. Poza tym w centrum trzeba uważać na pieszych. Zawsze przechodzą na czerwonym.

Harry zobaczył we wstecznym lusterku pionową zmarszczkę na czole ich kierowcy i intensywnie zamyślone spojrzenie.

- Nie sprowadziliście tu swoich samochodów?

- Nie znam miasta.

- Nie mam samochodu.

Finnigan przyhamował na skrzyżowaniu ustępując pierwszeństwa ciągowi aut. Odwrócił się do tyłu.

- Harry, nie dorobiłeś się jeszcze własnego ferrari?

- Nnie…

- Ani porsche?

- Nie.

Mina jego przyjaciela mówiła, że Neville'owi drastycznie poprawił się humor.

- Człowieku, dlaczego?

Harry odgarnął wilgotne włosy z twarzy.

- Jakoś posiadanie samochodu nie było na liście moich priorytetów.

- To nic – jego drugi kapitan w ogóle nie odczuł cienia sarkazmu w ostatniej odpowiedzi – Pomogę ci. Zobaczysz, rok ze mną i będziesz innym człowiekiem.

Akurat co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości.


AN: Jeśli istnieje taka potrzeba, mogę na końcu każdego rozdziału umieścić minisłowniczek pojęć np. gdzie znajduje się La Finca, lub kim jest Gianluigi i dlaczego poprzednim klubem Theo Nott'a był Tottenham. Jakby coś - dajcie znać na PM.