AN: Pierwsza kolejka: Real Madryt - Valencia CF


To nie tak miało wyglądać. Wiedział, że piłkarze będą jeszcze rozkojarzeni, że połowa wciąż myślami jest na Ibizie albo Bali, ale po pierwszym gwizdku sędziego nic nie zapowiadało katastrofy.

Ławka ziewała z nudów. W błękitnym półcieniu tylko Bletchley uważnie śledził tok gry. Obok niego Potter wytrzeszczonymi oczyma gapił się na do połowy zapełnione trybuny nic nie rozumiejąc z okazjonalnych gwizdów i przyśpiewek.

W dziesiątej minucie Smith strzelił gola, ucieszył się jak dziecko, wyściskał się z kolegami, a potem poprawił wyblakłą grzywkę. Po drugiej stronie boiska Weasley poza zasięgiem kamer pił wodę z bidonu, wycierał kark ręcznikiem i ogólnie starał się nie zasnąć.

Po pierwszej bramce tempo gry spadło. Na lewym skrzydle Malfoy stał i wydawał się przebywać myślami w innym wymiarze czasoprzestrzennym. W środku Zabini człapał i udawał, że coś robi. Na prawym skrzydle MacMillan biegał bez celu machając rękoma. Norma.

W tym czasie piłkarze Valencii postanowili trochę poszarżować. Zbliżał się koniec pierwszej połowy. Weasley, który przez pół sezonu potrafił wydeptać ścieżkę na linii bramkowej, doznał objawienia, że przecież może wyjść do nadlatującej piłki. Zaskoczył tym kompletnie nie tylko Nietoperze. Nott i Thomas, przyzwyczajeni do tego, że Charlie zwykle nigdzie się nie spieszy, stoi w bramce i pozuje na najbardziej coolerskiego z Weasleyów, też rzucili się do piłki…

Motywowanie zbieraniny idiotów i wbijanie im do łbów strategii na drugą połowę kosztowało go wiele cierpliwości. W szatni okazało się, że Nott będzie miał guza. Weasley siedział otumaniony pod swoją szafką z gustownym plastrem na czole. Zapewne sprawdzał, czy wciąż ma wszystkie klepki. W pomieszczeniu sanitarnym obok Dean Thomas właśnie stracił przytomność.

Gdyby obserwował tę sytuację z boku, pewnie by się uśmiał. Miał trzech kontuzjowanych graczy, a wszystko to po akcji bez udziału rywali. Żeby jeszcze Finnigan nie darł tak mordy.

- Ja im jeszcze pokażę! To przez tych dwóch dupków! Chcieli nas wyrolować!

Snape znał drugiego kapitana od ponad roku i kłócił się z nim regularnie przynajmniej dwa razy w miesiącu. Wciąż zdumiewało go, jak mocno hiszpańska mentalność mogła się zakorzenić w dziecku Irlandczyków. Finnigan nawet nie klął jak Irlandczyk ale jak przepłacony hiszpański piłkarz. Największym wulgaryzmem, jaki dotychczas usłyszał od niego Snape, było stwierdzenie: „jesteś zerem".

- Drugi raz się tak nie damy! Jeszcze mnie popamiętają!

- Chcesz im pokazać, to strzel gola – rzucił chłodno Malfoy wracając pod swoją szafkę.

Finnigan się zamknął. Pozostał mu tylko zawzięty wyraz twarzy.

Gdyby Severus żył w raju, przegnałby połowę tych gwiazdeczek i zatrudnił młodzieńców mających ambicję i pracujących dla dobra drużyny. Gdyby żył w czyśćcu, obwołałby Finnigana pierwszym kapitanem, a Malfoya drugim. Weasley wylądowałby wówczas w głębokich rezerwach i dopiero wtedy miałby prawdziwy powód, by wypłakiwać się młodszym braciom z katalońskiego cyrku.

Niestety Snape pracował w piekle.

- Finnigan, jeśli zaraz wyjdziesz z takim nastawieniem na murawę, to wrócisz tutaj po dziesięciu sekundach – spróbował przemówić chłopakowi do rozumu.

Wierzył, że gdzieś tam w tym jego zakutym łbie wypełnionym myślami o nowej dziewczynie-piosenkarce, flamenco i ostatnim obiedzie u mamusi, kołata się przynajmniej jedna szara komórka. Wystarczy tylko ją odnaleźć i obudzić.

- Nie chcesz chyba osłabić drużyny?

- Nie.

- Więcej koncentracji z tyłu i uwaga na faule. Corner, biegnij na rozgrzewkę. Wchodzisz za Thomasa. Jordan! – podniósł głos by przywołać trzeciego kapitana, który przeszkadzał medykom w opatrywaniu ich kolegi.

- Jordan, wchodź głębiej w połowę Nietoperzy. Jak trzymasz się bocznej linii to za często grają na aut, a dziś ich raczej nie oszukasz.

Kwadrans mijał. Chłopcy zbierali się do wyjścia i ten właśnie moment wybrał Thomas, by się obudzić.

- Gdzie ja jestem… Gdzie ja jestem?!

Sanitariusze próbowali go uspokoić.

- Nie! Co to jest?!

- Popatrz tutaj… Jak się czujesz? Jak się nazywasz?

-… nazywam się Alfred… Co ja tutaj robię?

Snape zamknął oczy i policzył do trzech. Pieprzony dywersant. Teraz to już na pewno nie będą myśleć o piłce, tylko o kumplu, który najwyraźniej ma nie po kolei w głowie.

Zdusił w zarodku chęć kopnięcia swojego piłkarza, by ten się zamknął. Zdołał nawet sformułować pytanie o stan jego zdrowia. Sanitariusze nie mieli optymistycznych wieści. Zabierali go do szpitala na dalsze badania.

Na drugą połowę wychodzili z minami, jakby każdy z nich oberwał w głowę. Weasley chwiał się nieco, ale mając do wyboru pierwszego bramkarza z guzem i drugiego – zdrowego jak młody bóg, zostawił między słupkami Weasleya. Tylko Finnigan żwawo potruchtał na swoją pozycję pokrzykując: „Vamos! Vamos!" do pozostałych kolegów.

Dołochow czekał na niego w fotelu.

- Podejdź do linii bocznej, poganiaj ich trochę, bo Marvolo znów będzie się ciebie czepiał, że się nie angażujesz.

- Mój najlepszy na chwilę obecną stoper jedzie do szpitala z podejrzeniem wstrząsu mózgu. Mój podstawowy bramkarz wygląda, jakby miał zaraz paść i nie wstać. Marvolo powinien się cieszyć, jeśli zakończymy to spotkanie remisem.

X X X

Remus schował papierową torbę pod obszerną bluzę dresową. Czuł się jak nastolatek wymykający się z domu, by w ciepłą, letnią noc zabrać dziewczynę na spacer ulicami Lyonu. Wtedy też rozglądał się na boki, sprawdzał, czy u rodziców pali się wciąż światło i czy przypadkiem wścibskiej sąsiadce nie zachciało się o północy konwencjonalnie wywieszać prania.

Tym razem dreszczyk emocji zapewniała mu świadomość, że na drzewach otaczających białą willę mogą siedzieć paparazzi. Na szczęście tej nocy w La Finca panował spokój.

Posesję niemal dokładnie naprzeciwko domu Snape'a zamieszkiwała od kilku długich lat rodzina Zabinich. Dorobili się nawet zwierzaka – płowego labradora, wielkiego jak stodoła z nosem wyczulonym na dziennikarzy madryckich gazet.

Lupin doskonale znał swoją dzielnicę z porannych przebieżek i wieczornych spacerów z Dorą i Tedem. Trzy przecznice dalej willę z obscenicznie wielkim basenem wynajmował stoper „Królewskich" – Finnigan; bardziej na południe, w domu z najładniejszym trawnikiem w tej części Hiszpanii, mieszkał Malfoy. Dean Thomas, Terry Boot i Ritchie Coote byli niemal jego sąsiadami. Bliżej wylotówki w kierunku centrum 11 lat temu osiadł Charlie Weasley.

Pewnym krokiem wszedł na ganek i zadzwonił. Odczekał dobrą minutę, zanim frontowe drzwi uchyliły się.

- Czego?

- Mam butelkę galicyjskiej aquardiente. Myślę, że na dwie osoby wystarczy.

Drzwi zamknęły się mu przed nosem po to tylko, by otworzyć się szerzej i wpuścić go do środka.

- Ale ponieważ nie chcę się dzielić, to przyniosłem też twoje ulubione 10-letnie porto – dodał szybko.

Dom wyglądał, jakby go wystawiono na sprzedaż. O pobycie istot ludzkich świadczyła tylko sterta książek o medycynie sportowej niechlujnie zebranych na stoliku w salonie.

Remus podążył za Snapem zagarniając po drodze dwie szklanki z kuchni. Nie ma co się silić na subtelność i szukać odpowiednich kieliszków pasujących do rodzaju trunku.

- Po co tu przylazłeś?

- Przyjaciele powinni spędzać trochę czasu razem.

Znaleźli się w gabinecie – jedynym pomieszczeniu, które Severus zaadaptował do swoich potrzeb. Biurko zawalone schematami taktycznymi i odręcznymi notatkami, dwa regały ze starannie ułożonymi książkami, na ścianach kilka zdjęć z drużynami piłkarskimi i jakaś pamiątkowa tabliczka z wygrawerowanym po włosku napisem.

- Nie jestem twoim przyjacielem – skwitował Severus siadając za biurkiem.

Ponieważ jednak odsunął na bok papiery i przyjął szklankę z ciemnym alkoholem, Remus nie przejął się jego słowami. Ze Snapem zawsze tak było. Mógł mówić i robić rzeczy, które ludzie z jego otoczenia uważali za przykre i niesprawiedliwe, jednak w ostatecznym rozrachunku wychodziło im to na dobre. Czasem uświadamiali to po kilku dniach lub tygodniach, innym zabierało to całe lata.

- Ale ja jestem twoim.

- To dziwne, bo mieszkam od roku w tym samym mieście, a przez ten czas spotkaliśmy się tylko trzy razy. Wliczając w to proszoną kolację u Marvolo.

Remus skrzywił się. Wprawnym ruchem otworzył swoją butelkę i wlał do szklanki zacną porcję pachnącego kawą trunku. Kilka sekund pomogło mu zebrać odpowiednie słowa. Wiedział, że niektórych tematów lepiej unikać, choć właśnie o nich najchętniej by porozmawiał. Co się stało w Barcelonie? Dlaczego przez dwa lata, kiedy Sev mieszkał we Włoszech, ani razu nie odebrał od niego telefonu? Co skłoniło go do przyjęcia oferty Marvolo rok temu? I dlaczego od powrotu z urlopu powoli staje się cieniem samego siebie?

- Wtedy mnie nie potrzebowałeś – stwierdził.

- Teraz też ciebie nie potrzebuję. Chyba że zdecydujesz się zrobić wreszcie licencję i poprowadzić któryś z naszych Juvenili.

Potrząsnął głową słysząc tę propozycję. Marvolo sugerował coś podobnego za każdym razem, gdy Lupin odważył się pojawić w okolicach Concha Espina lub Valdebebas.

- Musisz się komuś wyżalić – widząc uniesione w górę brwi i pobłażliwe spojrzenie starego przyjaciela, kontynuował – Przyznaj wreszcie, że nie masz tu nikogo innego, żeby porozmawiać chociażby o dzisiejszym dniu. Nie przyznasz się ani przed Dołochowem, ani przed Olivieirą, że ten wynik jest dla ciebie jak porażka.

Severus westchnął prawie niezauważalnie i odchylił się w fotelu. Na meblu, zamiast tradycyjnego pokrowca, wisiała sprana niebieska koszulka angielskiej drużyny.

- W Madrycie każdy wynik, który nie jest zdecydowanym zwycięstwem, jest odbierany jako porażka. Sam to wiesz.

- Nie przejmuj się gazetami.

Zaśmiał się sucho i opróżnił szklankę z winem.

- Jutro, kiedy będę szedł do piekarni po świeże bułeczki dla Teda, z krzaków wyskoczy seniorita Parkinson z Punto Pelota i zasypie mnie pytaniami o ten mecz.

- Wyślij po zakupy gosposię - rzucił krótko Snape – Albo odpowiedz jej, że to moja wina.

- Akurat co do tego na pewno nie będę musiał jej przekonywać – Remus pochylił się do przodu i splótł dłonie – Sev, co tym razem poszło nie tak?

Musiał odczekać dłuższą chwilę, bo dawny przyjaciel zaczął kontemplować kontrolowany chaos na swoim biurku.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że w całym domu nie zobaczył ani jednego zdjęcia przedstawiającego rodzinę Severusa. Żadnego śladu po trzech synach i filigranowej żonie. Jakby zupełnie nie istnieli, a w jego życiu liczyła się tylko piłka.

- Zabini coś ukrywa. Jeszcze nie wiem, co, ale pewnie to wkrótce wypłynie. Montague beczy, że nikt go w Madrycie nie lubi i w dodatku lata z tym do dziennikarzy, jakby wierzył, że ich obłaskawi. Malfoy uważa, że pozjadał wszystkie rozumy. Nie wiem już, jak go przekonać, że może wciąż się rozwijać.

- W tym sezonie kończy 27 lat. Chyba zdaje sobie sprawę, że od tego momentu dla większości napastników zaczyna się równia pochyła.

- Ma kolana jak dziewiętnastolatek. Dumbledore genialnie nim pokierował, oszczędził chłopakowi zdrowie. Nie to, co w Londynie zrobili Diggory'emu.

Severus zawiesił głos.

- Marvolo i Fudge naciskają, żebym częściej wystawiał żółtodziobów z Castilli. Dlaczego nie mogą zrozumieć, że ktoś taki jak Raúl trafia się raz na 50 lat? A poza tym ustawiają te dzieciaki zupełnie innym systemem. Gówniarza, który by się sprawdził na skrzydle, wystawiają jako napastnika, innego gówniarza, który nawet ma trochę talentu, by zostać niezłym pivote, rzucają do gry na stoperze.

- A ty wiesz lepiej.

- Oczywiście, że wiem lepiej.

Ostatnie stwierdzenie nie podlegało dyskusji. Remus mógł już nie interesować się układami sił panującymi w korytarzach Valdebebas, ale zdawał sobie sprawę, że jeśli chodzi o stronę taktyczną i psychologiczną, wiedza Snape'a nie ma sobie równych. W dotychczasowym życiu spotkał tylko jedną osobę mogącą wyjść zwycięsko z dyskusji z jego przyjacielem.

Niestety obecnie dzieliło ich coś więcej niż ocean.

X X X

Seniora Minerva była starszą kobietą, której nie przeszkadzał zbytnio upływ czasu. Wciąż trzymała się prosto. Mimo siwych włosów i pooranej zmarszczkami pociągłej twarzy, jej czujne oczy wychwytywały każdy ruch. Neville i Harry byli tylko kolejnymi przedstawicielami ostatniego z wielu pokoleń piłkarzy, których kontrakty rzuciły do stolicy Hiszpanii. Nie oczekiwała po nich wiele. Pierwsze lekcje przeprowadzała w taki sposób, jakby ktoś ją uprzedził, że będzie pracować z upośledzonymi dziećmi.

Późnym popołudniem uczyła ich nowych słówek, rano przepytywała z poprzednich zajęć. Nie zaczęła nawet podstaw gramatyki, uważając zapewne, że albo są zbyt głupi, by z tego skorzystać, albo wkrótce zostaną wywaleni z Madrytu do jakiejś mało znaczącej ligi.

Neville'owi odpowiadała staroświecka atmosfera salki lekcyjnej ze starymi dwuosobowymi ławkami i czarną tablicą, nad którą często unosiła się chmura kredy. Godzina rano na przygotowanie się do pełnego zajęć dnia i dziewięćdziesiąt minut po południu na refleksję nad tym, czego już się nauczył i kiedy mu się to przydało. Ich nauczycielka mówiła szczerze, jakie mają braki i ile potrwa zaznajomienie się z językiem w stopniu co najmniej komunikatywnym.

Dla Harry'ego zajęcia były katorgą. Nie umiał wbić do głowy najprostszych zdań, nie rozróżniał słów. Każde kolejne niepowodzenie zwiększało jego frustrację. Gotował się w sobie, ale zaciskał zęby i wyczekiwał końca kolejnej godziny.

- Todo recto – seniora Minerva wykonała gest jak policjant kierujący ruchem na skrzyżowaniu.

- Todo recto – powtórzyli za nią z przyzwyczajenia.

Napisała oba słowa na tablicy i przyczepiła magnesem odpowiedni obrazek z widokiem ulicy opatrzony odpowiednimi strzałkami.

- A la izquierda.

- A la izquierda.

Harry tym razem nie podniósł wzroku, zajęty rysowaniem kanciastych wzorków w swoim zeszycie w kratkę.

- A la derecha.

- A la derecha.

- Otra vez – poleciła znudzonym tonem.

- A la derecha – powtórzył Neville nie słysząc z boku głosu przyjaciela.

- Seniores – nauczycielka przestała się opierać o swoje biurko – Wasz trener przekazuje konkretne polecenia, zarówno kiedy gracie, jak i kiedy tylko trenujecie. Spodziewacie się dobrze grać nie uczestnicząc w pełni w treningach?

- Staramy się – wyjąkał słabo Neville.

Harry uparcie nie podnosił wzroku znad zeszytu.

- Panie Potter, mogę opisać pana wieloma słowami. Tonto. Estupido. Necio. A i tak pozostanie mi jeszcze co najmniej dziesięć kolokwializmów. To, że uważam pana za głupca, nie zobowiązuje pana do codziennego udowadniania mi, że mam rację.

W niezręcznej ciszy odgłosy ulicy wydawały się równie natrętne, co przelot komara. Seniora Minerva stanęła nad nimi, a na jej twarzy malował się wyraz dezaprobaty.

- Rodzice zapomnieli nauczyć pana, co się mówi w takich sytuacjach?

- Przepraszam.

Z tonu głosu przyjaciela Neville wywnioskował, że wcale nie jest mu przykro. Harry po tygodniu miał już naukę hiszpańskiego gdzieś, bo nie widział żadnych efektów.

- En Español – powiedziała z naciskiem nauczycielka.

- Lo siento…

Komórka Neville'a zawibrowała krótko w kieszeni. Zbliżali się do końca porannej lekcji, a Terry Boot właśnie wysłał mu wiadomość, że czeka przed budynkiem i że podwiezie ich na trening.

Z jednej strony się ucieszył, bo czuł się głupio wykorzystując dobrodusznego zarośniętego szofera pracującego dla klubu, a zamawianie taksówki wciąż sprawiało mu trudności. Z drugiej strony…

Terry Boot jakoś nigdy nie przejawiał inicjatywy w kontaktach z nowymi piłkarzami. Był przyjazny, śmiał się z kawałów Ritchiego Coote, oglądał się za ładnymi dziewczynami w krótkich sukienkach i na tym ograniczała się wiedza Neville'a Longbottoma. Cóż, kiedyś musi nadejść ten moment, gdy starzy wyjadacze zrobią kawał żółtodziobom. Lepiej wcześniej niż później.

- Widzi pan, panie Potter? El idioma Español no es dificil – rzuciła kwaśno seniora Minerva i zerknęła na stary zegar stojący w kącie – W nagrodę wyciera pan tablicę. Hasta luego, senior Longbottom!

Mały parking na tyłach szkoły wciąż był pogrążony w cieniu. Pod wątłym drzewkiem wyrastającym spomiędzy brukowej kostki stał duży, czarny, terenowy samochód. Terry wstał z siedzenia kierowcy widząc kolegę z drużyny. Po mistrzostwach zaczął układać włosy na żel i dawało to średni efekt w zestawieniu z poszarpanymi jeansami oraz podkoszulkiem z wizerunkiem Najświętszej Maryi Panny.

- Cześć – przywitał się Neville – To twoje auto? Myślałem, że jeździsz tą żółtą corvettą?

- Ech, pożyczyłem go od Erniego.

Terry schował dłonie w kieszeniach. Jego spojrzenie było niemal przepraszające.

- Gdzie Harry?

- Zaczekajmy na niego chwilę. Musiał jeszcze zostać na górze…

W tym momencie na głowie Neville'a Longbottoma wylądował kawał czarnego materiału. Minutę później związany sznurowadłami i zakneblowany klubowym ręcznikiem wylądował w obszernym bagażniku czarnego samochodu.

X X X

Obsługa podkręciła tym razem klimatyzację. Theo Nott w sekrecie lubił rozkoszować się ciepłem. Pokochał Hiszpanię za to, czego zupełnie nie doceniali tubylcy – słońce przez prawie cały rok, czterdziestostopniowe upały latem i specyficzny odcień nieba. Koledzy z drużyny nazywali go przekornie estetą albo profesorem, bo jako jedyny dorobił się dyplomu uczelni wyższej, i to wcale nie w dziedzinie związanej ze sportem. Theo miał być architektem, budować domy i całe miasta. Na szczęście dla piłki nożnej jego przyjaciele z dzieciństwa często wyciągali go na podwórko. Dzięki nim dorósł pomiędzy szeleszczącymi kartkami książek i zielenią murawy.

W Madrycie, również ze względu na wiek, łatwiej dogadywał się z ludźmi ze sztabu trenerskiego, niż z dużymi chłopcami skaczącymi w bieliźnie po szatni. Nie znaczyło to, że odcinał się od nich, wprost przeciwnie, lubił się pośmiać z dobrego i przemyślanego kawału, choć nigdy ich nie wymyślał.

Już wchodząc do szatni domyślił się, że coś się święci. Draco biegał dookoła trzeciego boiska, co akurat nie odbiegało od normalności. Bletchley z namaszczeniem sznurował korki, Coote prezentował światu nowe dzwonki na swoim gadżecie, Justin Finch-Fletchley próbował ujarzmić żelem niesforny kosmyk włosów, który nie poddawał się prawom grawitacji.

Zaskoczył go brak nowych znajomych z Niemiec. Dzień w dzień zjawiali się przynajmniej na 20 minut przed treningiem przywożeni przez Hagrida. W drugą stronę brali taksówkę, albo zabierali się z którymś z chłopaków. O ile po Potterze spodziewał się odrobiny niefrasobliwości związanej z młodym wiekiem i upartym charakterem, o tyle był pewien, że Longbottom nie dopuści do ujawnienia się tych cech u najlepszego przyjaciela. Nie tak wcześnie, gdy nie znają jeszcze miasta ani możliwości miejscowej prasy w tworzeniu skandali.

Jeszcze bardziej podejrzana była wczesna obecność wesołej grupki złożonej z Lee Jordana, Terry'ego Boota i cesarza „Królewskich". Kibice mogli się roztkliwiać nad wiernością Charliego Weasleya jednemu klubowi, zachwycali się umiejętnościami Draco Malfoya i dopingowali postępy nowej nadziei cantery - Rogera Daviesa. Żaden z nich jednak nie mógł się równać z nieformalnym władcą szatni, który był równie charyzmatyczny, co głupi. Gdy mu się chciało, walczył jak lew i zagrzewał do boju całą drużynę. Gdy przeważała lekkomyślność, łapał kartkę za kartką łamiąc już kilka klubowych rekordów.

Finnigan był w tak doskonałym humorze, że wydawało się, że zaraz odleci na orbitę porywając ze sobą najbliższych kumpli. Dopiero wejście Erniego MacMillana nieco stłumiło uśmiech na jego twarzy.

- Seamus! Mogłeś mnie wczoraj uprzedzić, że bierzesz moją furę! Przecież wiesz, że ci nie żałuję.

- To nie ja, to on – Finnigan wskazał na Terry'ego.

- Byłeś zajęty – wytłumaczył się.

Ernie nabrał trochę koloru.

- Mogliście mi powiedzieć…

- Wysłałem ci smsa. Nie miałeś czasu, by odebrać? – Seamus uśmiechnął się znacząco.

Kolory widoczne na twarzy Erniego nabrały intensywności.

- Spakowałem tam wieczorem moją kosmetyczkę.

- To leć – Terry rzucił mu kluczyki – Zdaje się, że widziałem ją w bagażniku. Jeszcze zdążysz, zanim przyjdzie Mister.

Charlie, dobry, zawsze wierzący w ludzi, obdarzony złotym sercem i stalowymi dłońmi Charlie, wreszcie podszedł do przyjaciół i zainteresował się ich rozmową.

- Seamus, co się dzieje? Za dziesięć minut zaczynamy, a jeszcze nie ma Harry'ego i Neville'a. Dzwoniłeś do nich? Może coś się im stało? Może mieli wypadek po drodze, albo stoją w korkach?

- Spokojnie – drugi kapitan uniósł ręce w obronnym geście – panuję nad sytuacją.

Theo przestał ich słuchać i przebrał się szybko w biało-niebieską koszulkę. Otworzył drzwi swojej szafki i… omal się nie przewrócił. Prosto na niego wypadła ściśnięta osoba Harry'ego Pottera związanego i zakneblowanego klubowymi ręcznikami w sposób gwarantujący brak siniaków i otarć. Spojrzenie chłopaka wołało o krew.

- A gdzie Neville?! – ponad salwę śmiechu wybił się zatroskany głos Weasleya.

- Nie zmieściłby się do szafki.

Theo szybko wyswobodził Pottera. Wyciągnął do niego ręce by go powstrzymać i przemówić do rozumu, ale dzieciak okazał się genialnie szybki w unikach.

- Finnigan! – drugi kapitan został gwałtownie popchnięty na szafki mimo że ważył o 10 kilo więcej i przewyższał chłopaka z Niemiec o pół głowy – Ty sukinsynu! Co ty myślisz, że ja jestem twoją zabawką?! Nie będziesz mnie przestawiać z miejsca w miejsce, jak ci się podoba! Rozumiesz?!

Każdy wykrzyknik był poparty wbijaniem wskazującego palca pod obojczyk Seamusa. Ponieważ Finnigan nie należał do najłagodniejszych piłkarzy pokornie znoszących krytykę nawet od osób stojących wyżej w hierarchii, Theo profilaktycznie przesunął się bliżej, zdeterminowany, by nie dopuścić do bójki.

Połowa obecnych wciąż zbierała szczęki z podłogi, druga połowa zaczęła kibicować nowemu. Finnigan stał jak zaczarowany, przyparty do szafki przez czarnowłose chuchro, i dawał się opierniczać.

- Kończcie już wymieniać dowody sympatii – w ogólnym zamieszaniu nikt nie dostrzegł Snape'a, który znudzonym wzrokiem lustrował z progu wnętrze szatni – Trzecie boisko, za pięć minut.

Ulotnił się równie bezszelestnie, jak się pojawił, nie zająknąwszy się ani słowem na temat zastanej sytuacji.

Theodore Nott uśmiechnął się do siebie.

Harry Potter właśnie zdobył szacunek w szatni i pokazał, że ma wystarczająco silny charakter, by grać w Madrycie i nie zwariować.